Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.

Christian Scott aTunde Adjuah – Ancestral Recall
Jarek Szczęsny:

Raróg zwyczajny.



Actress

Actress x London Contemporary Orchestra ‎– LAGEOS

Przesunięta granica. Czytaj dalej »

Ostatnie ogłoszenie artystów na Tauron Nowa Muzyka 2014

Skalpel, Actress, Bilal, Gui Boratto, Mooryc i U Know Me Records Showcase w przedostatni weekend sierpnia w Katowicach. Czytaj dalej »

Actress – Ghettoville

Zasada reinkarnacji głosi, że dusza po śmierci wciela się w nowy byt fizyczny, rozpoczynając kolejny z wielu żywotów. W zależności od perspektywy wydawać się nam to może błogosławieństwem lub przekleństwem.

Czytaj dalej »

Płyta roku 2012 według czytelników Nowamuzyka.pl

Już po raz ósmy wybieraliście swój album roku. Dziś prezentujemy wyniki głosowania – miejsce pierwsze to precedens w dotychczasowej historii plebiscytu. Sprawdźcie sami! Czytaj dalej »

Boiler Room

W Twoim mieście nie ma interesujących imprez? Artyści, których cenisz nie przewidują w najbliższym czasie zawitać do Polski? A może lubisz muzykę klubową, ale nie przepadasz za nocnym imprezowaniem? Czytaj dalej »

Porysowane Płyty #4

Bez zbędnych zapowiedzi – zapraszamy do posłuchania czwartej części podcastu Porysowane Płyty. Czytaj dalej »

Rozdajemy wejściówki na wydarzenie z Actressem! – Update

W zeszłym tygodniu pisaliśmy o imprezie, która będzie miała miejsce 20 stycznia we wrocławskim klubie Log:In. Wczoraj ogłosiliśmy konkurs, dzisiaj (czwartek) poznaliśmy zwycięzców. Czytaj dalej »

Actress we Wrocławiu na Zupa B-Day Party!

Okrzyknięty przez Fact Magazine „jedną z najbardziej fascynujących postaci brytyjskiej sceny muzycznej”, Actress, czyli Darren J Cunningham wystąpi we wrocławskim klubie Log:In.

Czytaj dalej »

Lukid – wywiad

Krótko, ale treściwie. Właśnie dzięki tej filozofii Luke Blair zajechał tak daleko. Ponure liryczne nastroje w opakowaniu klubowej awangardy z metką Werk Discs, kilka lat temu uczyniły go jednym z najciekawszych artystów młodego pokolenia. Jego ostatnie wydawnictwa dla oficyny GLUM z laboratoryjną prezycją odicnają się od modnych inspiracji, które w branży muzyki elektronicznej rozprzestrzeniają się niczym autodestrukcyjny wirus. Z autorem albumów Foma i Chord rozmawiał Marcin Gładysiewicz.

Temat, który chciałbym poruszyć na wstępie wywołuje ostatnio sporo kontrowersji. Powiedz mi, czy jesteś w stanie nakreślić wyraźną linię, różnicującą występy na żywo od aktywności djskiej? Na pewno wielokrotnie słyszałeś o artystach używających podczas występów facebooka etc. A to nie podoba się publiczności.

Główną różnicą jest przede wszystkim to, że podczas występów live artyści prezentują głównie swoje własne utwory, manipulując ich brzmieniem, zapętlając czy dodając jakieś nowe dźwięki. Szczerze mówiąc, wątpię by publiczność w ogóle zwracała uwagę, z którą z tych opcji ma do czynienia. Goście chcą po prostu słuchać dobrej muzyki, a moim zadaniem jest po prostu im to dać. Przez godzinę, dwie – nieważne – interesuje mnie tylko to, żeby rano po imprezie, na której grałem powiedzieli „koleś dał radę”

Ale bardzo często ludzie przychodzą na koncert, żeby ‘zobaczyć’ swoich idoli.

Naprawdę? Może fani mogliby tak robić, gdyby szli zobaczyć Dj Yode czy coś w tym stylu. Ale wierz mi, że jest to ostatnia rzecz, o której marzę. Wolałbym myśleć, że ludzie przychodzą na moje koncerty by posłuchać dobrej muzyki czy rozprostować kości po całym tygodniu w pracy. By nie zwracali uwagi na to czy koleś przy komputerze sprawdza pocztę czy robi cokolwiek innego. Jeżeli dobrze się bawię to w czym problem?

To może zrezygnować z klasycznej sceny?

Właśnie o to chodzi. Dj powinien być częścią imprezy, a nie wisieć gdzieś wysoko nad ziemią. Przez to nie mogę często rozpoznać twarzy znajomych (śmiech)

Moglibyśmy nawet pójść trochę dalej i rozszerzyć ideę anonimowej zabawy na sposób zarządzania przemysłem fonograficznym. Wytwórnia dla której wydałeś kiedyś singiel – Thriller. Tak naprawdę nigdy oficjalnie tego nie ujawiono, ale discogs podejrzewa, że za tym projektem stoi Darren Cunningham (Actress). Czy Ty jako artysta, wyobrażasz sobie tworzenie muzyki całkowicie anonimowo?

Tak, Darren jest mózgiem tego projektu, który na przestrzeni czasu przyjmował różne formy. Niestety wydawnictw ma tam jak na lekarstwo, ale imprezy Thriller promują zagadnienie z perspektywy muzyki klubowej. Myślę, że idea nie umrze, ale jak będzie dalej funkcjonować? Szczerze mówiąc nic mi na ten temat nie wiadomo.

Wiesz, wydawanie muzyki anonimowo byłoby najprostszym rozwiązaniem. Ale to, dlaczego tego nikt nie robi jest sprawą jeszcze prostszą. Każdy marzy by jego muzyka miała swoje pięć minut. Każdy kto dłubie w muzyce wyobraża sobie siebie przed publiką skandującą na jego cześć. Każdy, w tym i ja.

To może trzeba było zostać piłkarzem?

Łatwo powiedzieć (śmiech) kto by nie chciał. Teraz pozostało mi tylko oglądanie meczów w telewizji.

Zbliżają się Mistrzostwa Europy, będzie okazja obejrzeć w Anglików na polskich boiskach. Trzymasz kciuki by tym razem im się udało?

Szczerze? To absolutnie nie. Anglia potrzebuje wielkich zmian. Musimy zainwestować w młodzież i dać sobie spokój z drewniakami, którzy zmarnowali już wystarczająco dużo danych im szans. Potrzebujemy młodego managera, który nie boi się ryzyka oraz ma pomysły jak stworzyć prawdziwy zespół, a nie zgraję indywidualności. Nie potrzebujemy kolejnego trenera, który przyjeżdża do naszego kraju na emeryturę i pobiera pensje, która wywołuje u mnie zawroty głowy. Oczywiście chciałbym, żeby Anglicy grali i zwyciężali, ale z perspektywy ogólnego dobra chciałbym, żeby mistrzostwa skończyły się dla nas kompletną klapą. Przegrajmy każdy mecz, po powrocie zróbmy burzę, wejdźmy na głowę FA (odpowiednik naszego PZPN – przyp. red) by zrobili porządek z tym żałosnym i nudnym stylem gry, którym staramy się grać przez ostatnie 12 miesięcy.

Ale chcesz wiedzieć co naprawdę się stanie? Wyjdziemy z grupy, przegramy z Niemcami, Capello będzie się śmiać idąc na banku, a później managerem kadry zostanie Redknapp. I koło się zamyka. Wszystko zacznie się od początku, czyli krótko mówiąc – nic się nie zmieni.

Jest to związane z żądzą natychmiastowych zwycięstw. Nikt nie da gwarancji, że czas, który dostanie na rozwój swojego projektu okaże się strzałem w dziesiątkę. W muzyce jest chyba podobnie?

Jasne, tyle tylko, że łatwiej przyjąć porażki (śmiech)

Kontynuując temat wytwórni. Ostatnie miejsce, w którym wydajesz to równie tajemnicza oficyna GLUM.

GLUM to oficyna dla ponuraków (glum ang. ponury, posępny) I szczerze mówiąc nie wiem o niej za dużo. W dwóch słowach. Są szarzy i wściekli.

Podobnie jak Twój najlepszy w ostatnim czasie utwór. „My Teeth In Your Neck” startuje agresywnie już od pierwszej sekundy trwania. Nie ma żadnych schematów wolno – szybko – wolno – szybko.

Cieszę się, że to zauważyłeś bo właśnie taki był zamysł. Chciałem właśnie gwałtownie i furiacko rozpocząć tą EPkę. W sumie to nie ma tutaj żadnego intro, może na końcu jest trochę więcej spokoju. Zrobiłem ten utwór całkiem szybko, starając się nie myśleć o strukturze, załamaniach tempa – czy są czy ich nie ma. Zrobiłem ten numer dzięki chwilowej inspiracji i jak widzę czuć energię o której wtedy myślałem.

Wystarczy tej energii, żeby cały czas tworzyć? Gdzie widzisz siebie za kilka lat?

Widzę siebie wciąż robiącego muzykę. Tyle tylko, że maczającego palce w wielu rozmaitych projektach.

No właśnie, słyszałem, że zacząłeś prace z wokalistą. Wyobrażasz to sobie jako duet na kształt projektu Dreadnought? (Untold & Samuel Chase) czy może raczej SBTRKT i Sampha?

Nie, nie! Nigdy nie widziałem siebie w duecie producent + wokalista. Wydaję mi się to zbyt prymitywne i wymuszone. Oczywiście nie mam tutaj na myśli projektów, które wspomniałeś, ale na samą myśl o jakichkolwiek wokalnych featuringach robi mi się niedobrze. To po prostu nie dla mnie. Mojej muzyce nie potrzeba głosu.

Projekt, w który jestem zaangażowany nie ma nic wspólnego z moją aktywnością jako LUKID. To totalnie nowa rzecz. Ale uprzedzając Twoje następne pytanie – nie powiem Ci nic więcej. Nie lubię zdzierać gardła na temat rzeczy, których nie jestem do końca pewien. Później okazuje się, że ostatecznie nic się nie wydarzyło, albo wydarzyło, ale nie jesteś zadowolony z efektu końcowego. Po co gadać bezsensu?

DRC Music – Kinshasa One Two

Rozwiązując grupę Blur Damon Albarn odciął się od britpopowego współzawodnictwa, jakie na Wyspach przybrało swojego czasu wymiar świętej wojny, by skupić się na projektach pobocznych. Jeden szturmem podbił cały świat, zaś pozostałe zostały przez krytyków oraz melomanów dopisane do krótkiej listy albumów, które w zgrabnie skrojonych piosenkach eksponują elementy folkloru z odległych od Europy geograficznie miejsc. Tym samym Brytyjczyk może pochwalić się między innymi powołaniem do życia wielogatunkowej hybrydy Gorillaz, supergrupy The Good, The Bad & The Queen, balansującej pomiędzy afrobeatem i rockiem alternatywnym oraz skomponowaniem muzyki do chińskiej opery „Monkey: Journey To The West”. Do tego radosnego grona dołącza „Kinshasa One Two”, kolejny album w dorobku Albarna wymykający się zarówno łatwej ocenie, jak i jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej.

DRC* Music inspiracjami sięga głęboko w ląd Czarnego Lądu szukając ciekawych melodii, barw, głosów oraz instrumentów, jakie można by przepuścić przez zwoje mózgowe całej armii muzyków związanych z tym projektem. Damon Albarn, koordynując kierunek rozwoju „Kinshasa One Two”, na swoich usługach zgromadził niemały oddział znanych nazwisk, z których Actress, Dan The Automator, Richard Russell oraz Kwes są jedynie wierzchołkiem góry lodowej.

Afryka oczami pokolenia wychowanego na DJskich manipulacjach, muzyce rave oraz trip-hopie jest jednym wielkim roztańczonym organizmem. Przebojowo melodyjny rap, wprawnie przełożony hip-hopowymi bitami powstałymi na bazie elektroniki i folklorystycznego instrumentarium, egzystuje tu obok skomplikowanych struktur rytmicznych wygrywanych na endemicznej odmianie ksylofonu – mbili, a plemienne zaśpiewy naturalnie zlewają się z tanecznie podrygującymi aerofonami sprawującymi się nie gorzej, niż sekcje dęte w twórczości Jamesa Browna. Od rytualnych modlitw gęsto obsianych elektroniką („Ah Congo”), przez warczące gitarą basową ludowe improwizacje („Respect Of The Rules”), a kończąc na szalenie przebojowych klimatach world music („K-Town”) DRC Music daje się poznać jako grupa pomysłowa, pomyślnie przeszczepiająca swoje pomysły do czarnych melodii. Głos Albarna przyjdzie nam usłyszeć jedynie w otwierającym album utworze „Hallo” i w sumie bardzo dobrze, gdyż dzięki temu jego sława nie przytłacza egzotycznego dorobku kulturowego, jaki wręcz wylewa się z głośników podczas słuchania.

Album „Kinshasa One Two”, nagrany podczas pięciodniowego pobytu kolektywu DRC Music w Kinszasie, przez prezentowanie nietypowych rozwiązań kompozycyjnych oraz brzmieniowych, a także osoby zaangażowane w jego stworzenie, powstał w celu nadrzędnym – by skierować uwagę opinii publicznej na kryzys humanitarny, który w ciągu czterech lat pochłonął życie dwóch milionów obywateli Demokratycznej Republiki Konga. Fakt ten, zestawiony z tanecznym charakterem produkcji, nie pozwala w pełni cieszyć się muzyką bez obecności sumienia milcząco przyglądającemu się naszej stopie podążającej za rytmem. I o to właśnie chodziło.

Warp Records | 3.10.2011

  • Całość do posłuchania tutaj
  • http://drcmusic.org/
  • *DRC – Democratic Republic of the Congo
  • Wszystkie wpływy ze sprzedaży albumu zasilają organizację Oxfam

Lukid – Spitting Bile EP

Na wstępie obiecałem sobie, że ani razu w tej recenzji nie padnie słowo Actress. Bo mimo, że muzyka Lukida nie wymyka się jednoznacznym skojarzeniom, to poprzez drogę, którą wybrał należy mu się indywidualne i bezprzykładne potraktowanie jego muzyki.

Odnoszenie się do przeszłości jest pozbawione sensu, co związane jest nie tyle z niesłychanym tempem rozwoju młodego Brytyjczyka, co ze stylistyką, która zmienia się szybciej niż pogoda w górach. Zaczęło się od IDM-owego „Onandon”, poprzez hip-hopowe „Foma” i wonky sałatkę „Chords”. Oczywiście wspominam tylko o albumach, bo to co się działo na dwunastocalówkach to już kompletne pomieszanie z poplątaniem. Choć na przekór, wydaje mi się, że brzmienie Lukida ukształtowały właśnie single, a szczególnie pierwszy w katalogu labetu Thriller „BBQ/Genie”, którego tech/house’owe echa słychać po dzień dzisiejszy.

Dyskusje na temat wyższości poszczególnych albumów bywają równie zaciekłe, jak te dotyczące wyższości świąt Bożego Narodzenia nad świętami Wielkiej Nocy. I na dodatek już teraz wiem, że „Spitting Bile” to tylko kolejny kamyczek wrzucony do tego ogródka. Bo dopiero ten materiał ostatecznie przekonał mnie, że po mało docenionym, ostatnim długogrającym materiale Luke Blair wcale już nie chce nikomu nic udowadniać. Z jednej strony perspektywiczny i rozwijający się, a z drugiej nieczuły na modne inspiracje artysta, który doskonale bawi się swoim brzmieniem, nieustannie poszukując i znajdując dlań adekwatne ramy. I o to właśnie chodziło!

Drugie wydawnictwo dla enigmatycznej oficyny Glum to najbardziej wciągające i przykuwające do głośnika minuty od czasu debiutu duetu Sepalcure. Co mi się najbardziej podoba? Konkretność. Muzyka Lukida to sam słodki miąższ. Nie trzeba nic odkrajać, wypluwać czy wyrzucać do kosza. Żadnych resztek, wszystko zjedzone w kilka sekund. Doskonałym przykładem jest otwierające „My Teeth in Your Neck” kiedy to już w pierwszej sekundzie numer zaczyna grać na pełnych obrotach, bez żadnych początkowych techno zwolnień (czyniąc na pewno większą trudność dj’owi we wkomponowani numeru w swoje sety, bo chyba musiałby zagrać go od tyłu). I dobrze zrobił. Dopiero teraz widać jak zdolnym jest kompozytorem.

Jednak na tym nie koniec. Dalej jest równie ciekawie, a uwagę przykuwa ostatni na krążku utwór „Dragon Stout” będący dojrzałym spojrzeniem na meskalinowy dorobek Zomby’ego. Trzeźwe tempo, identyfikowalne zagmatwanie i ponury klimat, które razem stanowią już znak rozpoznawczy Lukida. I wierzcie mi, wcale nie trzeba słuchać kilka razy by to zauważyć.

5/5

Glum / 2011