John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.

Kaos Protokoll – Everyone Nowhere
Łukasz Komła:

Było pytanie, jest odpowiedź!  

We Will Fail – Dancing
Jarek Szczęsny:

Wywrotka przed metą.



deep techno

Vril ‎– Anima Mundi

Orbitowanie bez cukru.

Październik okazał się łaskawy dla sympatyków miksu techno i dub techno z nieoczywistymi brzmieniami ambientowymi. Otóż za sprawą holenderskiej wytwórni Delsin ukazał się długogrający album niemieckiego producenta Vrila, kontynuacja kasety o tym samym tytule, opublikowanej w 2017 r., będącej kolejną perełką w katalogu wytwórni Giegling z Jeny, z której każde wydawnictwo to jasno błyszcząca gwiazda w elektronicznym gwiazdozbiorze. Dowodem tego wyprzedające się w mgnieniu oka nakłady każdej z tych „gwiazdek”. To właśnie w Giegling wydawali lub wciąż wydają m.in. Traumprinz (aka DJ Healer aka DJ Metatron aka Dr Sun aka Prime Minister of Doom aka Prince Of Denmark), Edward, Kattenkarussell, Leafar Legov czy map.ache. To oczywiście artyści cytowani wg subiektywnego klucza, ale wszystkie wydawnictwa Giegling polecam każdemu, w całości i zawsze.

Taka rekomendacja tyczy się też albumu Vrila, który jest płytą fenomenalną i nie ma co zostawiać tego stwierdzenia na koniec. Trzynaście utworów, które trafiły na „Anima Mundi” to kompozycje obłędne. Vril stworzył w nich wyjątkowe brzmienie techno wyciągając z dubów i ambientu esencję pełną świeżości i głębi. Schematyczność dubów nie usypia skupienia słuchacza, a gęste podkłady beatów lekko niosą za sobą atmosferę darków, a czasem zaś pozytywnego deep techno. Jest też ambientową repetytywność. Wszystko to nadaje „Anima Mundi” kosmicznego charakteru, momentami wywołującego wręcz poczucie ekstazy i błogiej pełni.

Klimat ten nie opuszcza albumu ani na chwilę ożywiając metaforyczność zakodowaną w kolejnych utworach, z których każdy jest oryginalną historią i z których każdy przy kolejnym odsłuchu budzi nowe skojarzenia. „Manium” – wieszczący spokój panujący w nowym świecie rodzącym się po cyberpunkowej zakładzie, „Statera Rerum”, który wyjątkowo powinien przypaść do gustu fanom techno i ping-ponga, breakbeatowy utwór tytułowy, „Infinitum Eternis Anime” budzący skojarzenia z klasykami The Fielda, zagadkowy „Ilojim”, „In Via” z elementami cosmic, delikatny „Spes”, „Sine Fine” będący drumową interpretacją tanecznego poranka w lesie, budzący niepokoje „Iustus Est” po którym płynie uspokaja sytuację nostalgiczny „Eon”. Całość zamyka bajecznie kołyszący „Longius Astrum”, który w szczególności powinien zachwycić fanów twórczości Deepchorda. A wśród tej bogatej materii Vril znalazł jeszcze miejsce dla dwóch reworków – „Riese” i „Haus” z kapitalnej EP-ki z początku roku, która ukazała się nakładem wspomnianej Giegling. Całość to majstersztyk.

Na „Anima Mundi” Vril genialnie operuje niuansami i dyskretnymi efektami, które choć subtelne to perfekcyjnie współgrają z tempem, żywą barwą basów i oddychającymi beatami. „Anima Mundi” bez dwóch zdań odzwierciedla znaczenie platońskiego konceptu czystej duszy (tzw. „duszy świata”), rozproszonej we wszechobecnej naturze. Wyobraźnię w tym zakresie budzą nie tylko dźwięki i brzmienia, ale także okładka wydawnictwa będąca oczywistym nawiązaniem do pojęcia stworzonego przez Platona. Dlatego na koniec raz jeszcze: płyta fenomenalna. Duby pełne życia, przyjemnie wibrujące techno i kosmiczny ambient. Istne orbitowanie. Na wiele różnych miejsc i na różne warunki. A wszystko bez zbędnego cukru.

2018 | Delsin Records

VRIL na Facebooku » Profil Delsin Records na Facebooku » VRIL na Bandcamp »

Gas – Rausch

Stąd do wieczności.

Czytaj dalej »

3 pytania – Michał Wolski

Nasz cykl zawitał do jednego z najważniejszych twórców rodzimego techno. Czytaj dalej »

VA – Conglomerate 2

Michał Wolski wraca z drugą częścią projektu „Conglomerate”. Czytaj dalej »

Secluded – Distant Memories

Hipnotyzujące połączenie magicznego ambientu oraz bezpardonowego techno rodem z Detroit.

Czytaj dalej »

Heathered Pearls – Body Complex

Nasz człowiek w Ghostly International

Czytaj dalej »

3 pytania – PVNV

Tym razem nasze pytania dotarły do PVNV, którego nowa epka „Consortium” ukazała się wczoraj. Czytaj dalej »

Efdemin – Decay

Być może Philip Sollmann znalazł inspirację w Japonii – ale przełożył ją na europejski język, silnie zaznaczając niemieckie korzenie swej twórczości.

Czytaj dalej »

Deep’a & Biri – Emotions Visions Changes

Skoro sam Derrick May wziął ich pod swoje opiekuńcze skrzydła i umieścił dwa utwory na kompilacji wytwórni Transmat, a Hell zaproponował wydanie singla i albumu, to znaczy, że warto na nich zwrócić uwagę.

Czytaj dalej »

Abstraxion – Break Of Lights

Debiutancki album francuskiego producenta z powodzeniem możemy postawić na jednej półce obok pamiętnych płyt Petara Dundova czy Christiana Löfflera z ostatnich lat.

Czytaj dalej »

Jonsson/Alter – 2

Wielu jest producentów sięgających po podobne rozwiązania melodyczne czy aranżacyjne – ale ci dwaj Szwedzi mają jakiś wyjątkowy dar do tworzenia niezwykle pięknych brzmień.

Czytaj dalej »

Kaito – Untill The End Of Times

Ten, komu jednak nie przeszkadza wyjątkowa uczuciowość japońskiego twórcy, odnajdzie na „Untill The End Of Time” wiele głęboko poruszającej muzyki.

Czytaj dalej »

Juan Atkins & Moritz Von Oswald – Borderland

Niezobowiązujący jam dwóch gigantów współczesnej elektroniki. A może jednak coś więcej?

Czytaj dalej »

Jimpster – Porchlight And Rockingchairs

Z jednej strony erudycyjne znawstwo współczesnej elektroniki, a z drugiej – świeżość spojrzenia na klubowe granie.

Czytaj dalej »

Minilogue – Blomma

Gdyby grupa Pink Floyd grała techno, niewykluczone że brzmiałoby ono tak, jak nowy album Minilogue.

Czytaj dalej »

Paul Ritch – Green & Blue

Rezydent Cocoon w cyklu imprez Cocoon Heroes na Ibizie. Jego pierwsze wydawnictwa etykietowane były nazwami wytwórni Get Physical i Resopal Schallware. Jest właścicielem Quartz Rec i za sprawą wydawnictwa dla tej wytwórni  („Split Part 1”) był nominowany w kategorii „najlepszy wykonawca techno” na Beatport. Kompilacja, to live recording z prestiżowego, niemieckiego festiwalu open air Green & Blue, wydana z okazji dziesiątego jubileuszu Cocoon. Produkcje Ritcha podładowane są adrenaliną, charakteryzują się melodyjnością, a zarazem siłą i głębią. Swoim perfekcjonizmem i ambicją wypracował sobie status uznawanego i szanowanego producenta i dj’a.

Tytułowy zielony z niebieskim to zimne kolory, ale klimat kompilacji paradoksalnie kontrastuje z chłodem,  który od nich bije. Wręcz idealnie komponuje się z klimatem gorącej Ibizy i Cocoon, spływającego potem i muzyczną ekstazą, która w odpowiednich okolicznościach na pewno powinna towarzyszyć odsłuchowi tego miksu. Całość poprowadzona jest w stylu deep techno, z którym to kojarzony jest i w którym specjalizuje się Paul Ritch. Jednostajny rytm i spójność wprowadzają w trans. Jadąc tramwajem i słuchając tego miksu, złapałam się na miarowym poruszaniu głową w przód i w tył jak to zwykły robić zabawkowe pieski na tylnych szybach samochodów. To jest jedna z tych kompozycji, która działa bardziej na ciało niż na umysł i zwana jest potocznie ‘dancefloor killerem’. Dobre na zimę, bo rozgrzewa lepiej niż herbata z miodem!

Właściciel wytwórni Cocoon Recordings Sven Vath nie wybrałby byle kogo do stworzenia tejże kompilacji. Nie lada zaszczytem jest taka gratyfikacja ze strony prawdziwego techno weterana  i stąd też, bardzo słusznie zresztą, miks uświetniający celebrację minionej dekady przypadł właśnie Paulowi Ritchowi.

http://www.facebook.com/pages/Paul-Ritch/94158243842?fref=ts

http://www.cocoon.net/recordings

Christian Löffler – A Forest

Ta płyta powinna się ukazać jesienią. W upalnym świetle czerwcowego słońca może nie być należycie doceniona. Bo znajdujące się na niej dźwięki powstawały, kiedy jej autor mieszkał w małej nadbałtyckiej miejscowości na północy Niemiec w domku, którego okno wychodziło wprost na gęsty i mroczny las. Wędrówki wśród drzew często owocowały ciekawym materiałem dźwiękowym – teraz wplecionym w tkankę kilku nagrań z albumu.

Christian Löffler zadebiutował trzy lata temu, wydając w kolońskiej wytworni Ki winylową dwunastocalówkę „Heights”. Zgrabne połączenie indie-rockowej emocjonalności z wywiedzioną z detroitowego techno elektroniczną głębią spotkało się z ciepłym przyjęciem na europejskiej scenie klubowej. Na produkcje młodego studenta sztuki zwrócili uwagę bardziej uznani twórcy podobnych brzmień – Pawel Kominek i Till Rohmann – w efekcie czego jego nowe nagrania ujrzały światło dzienne nakładem ich wytwórni Orphaner i C.Sides.

Debiutancki album Löfflera to zgodnie z tytułem mistyczna podróż w głąb cienistego lasu, symbolizującego w czytelny sposób ludzką duszę. Oczywiste nawiązana do słynnego nagrania grupy The Cure pod tym samym tytułem znajdujemy od razu w otwierającym krążek utworze. Miarowy puls rodem z klasyki kolońskiego tech-house`u wiedzie nas wprost przez gąszcz chrzęszczących i szumiących efektów do nostalgicznej melodii przywołującej od razu wspomnienie legendarnej kompozycji Roberta Smitha i spółki. Ponieważ klawiszowy pasaż brzmi niczym odtworzony od tyłu – całość nabiera mocno psychodelicznego charakteru.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/456976-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=456976-01″ allowscriptaccess=”always”]

Kolejne nagrania kontynuują wątki wprowadzone przez „A Forest”. Niemiecki producent z jednej strony sięga po motoryczne bity o tanecznym charakterze, a z drugiej – zanurza je w głębokich pasażach perlistych syntezatorów o bajkowym tonie („Signals” czy „Eisberg – Hemal”). Wspomnieniem indie-rockowej przeszłości artysty (grał w zespole A City Is A Tree) są tutaj masywne pochody przejmująco zawodzącego basu („A Hundred Lights”), a przejawem jego fascynacji klasyką – tkliwe dźwięki fortepianu („Pale Skin”). W kilku kompozycjach pojawiają się również wokale – ale czy śpiewa duński muzyk Gry Noehr Bagøien („Feelharmonia”) czy niemiecka wokalistka Mohna („Eleven”) – ich delikatne głosy pogłębiają tylko tęskną nostalgię kolejnych kompozycji.

Zresztą nieuchwytny smutek przeszywa wszystkie nagrania z zestawu. Löffler wyciska go z niemal z każdego dźwięku – bez względu czy jest to spowolniony bit „Slowlight” czy elegijny pochód klawiszy w „Ash & Snow”. Ta głęboka emocjonalność muzyki niemieckiego producenta jest jednak ubrana w nadzwyczaj melodyjne dźwięki. Dlatego jego nagrania urzekają od pierwszego przesłuchania – zachwycając momentami wręcz nieziemskim pięknem. Kulminacją tej wzniosłości jest pozbawiona rytmu kompozycja „Swift Code”, której głównym elementem okazuje się być przejmująca melorecytacja niemieckiego poety młodego pokolenia – Marcusa Roloffa.

Sięgając do najgłębszych pokładów ludzkich emocji łatwo popaść w patos lub banał. Całe szczęście Löfflerowi udaje się cudem tego uniknąć. A decyduje o tym najprostszy z możliwych zabieg – wpisanie wszystkich tych skłębionych uczuć w formułę energetycznego tech-house`u. W tym korzystaniu z czystych i wzruszających dźwięków niemiecki producent przypomina zresztą na „A Forest” nieco Petara Dundova z jego majestatycznym albumem „Ideas From The Pond” czy Claro Intelecto z niezwykłej urody płytą „Reform Club”. Wszystko wskazuje więc na to, że modne eksperymenty z deformowaniem dźwięków na współczesnej scenie elektronicznej wywołały zaskakująco szybką kontrreakcję – wyrazistą tęsknotę za klasycznym pięknem i harmonią.

Ki 2012

www.ki-records.com

www.myspace.com/kicologne

www.christianloeffler.net

www.myspace.com/christianloeffler

Glitterbug – Cancerboy

Większą część swego dzieciństwa w latach 1975 – 1983 młody chłopak z Essen spędził w tamtejszym szpitalu na oddziale onkologicznym. Lekarze walczyli o jego życie, poddając go radioterapii i chemioterapii, będących w tamtym czasie w fazie zaawansowanych eksperymentów. I udało się – przeżył. Tamten okres pozostawił jednak na jego psychice niezatarte ślady. Trzy dekady później Till Lohmann postanowił rozliczyć się ze swym dzieciństwem napiętnowanym stygmatem śmiertelnej choroby. W ten sposób powstał najnowszy album jego projektu Glitterbug – „Cancerboy”.

Płyta rozpoczyna się odgłosami szpitalnych urządzeń – w ten sposób niemiecki producent wprowadza nas w klimat swej młodości („Backwards”). Z czasem wyłania się nich niepokojący strumień ambientowego szumu, podbity miarowymi uderzeniami perkusji i powoli ale nieubłaganie kroczącym basem („To Guess”). Kiedy niespodziewanie uderza minimalowy bit, ta klubowa rytmika wydaje się być tu zupełnie nie na miejscu („Abyss”). Musi minąć dłuższa chwila aż zaczynamy się przyzwyczajać, że o tak intymnych i dramatycznych przeżyciach Lohmann chce nam opowiedzieć przy pomocy techno.

Niemiecki twórca buduje swe monumentalne kompozycje w typowy dla siebie sposób – na miarowo pulsujący rytm nakłada kolejne partie klawiszy, które uzupełniając się wzajemnie, tworzą panoramiczną narrację poszczególnych nagrań. Jak wspomnieliśmy – na pierwszy ogień idzie hipnotyczny minimal, który wypełniają nerwowo brzmiące zawodzenia warczących loopów, skontrastowane z porozmieszczanymi na drugim planie masywnymi pasażami trance`owych syntezatorów („Undertow” i „Passages”).


Dopiero w połowie płyty Lohmann przechodzi do epickiego deep techno. Sięgnięcie po pogłębioną rytmikę jest dla niego okazją do uderzenia w inne tony – raz bardziej tęskne, bo wprowadzane przez kojącą melodię wygraną na pastelowych klawiszach („Those Hopeful Moments”), a kiedy indziej – bardziej gniewne, bo niesione przez agresywne akordy rodem z detroitowej klasyki („Don`t Stop”).

Jest tu również moment odrealnionego zawieszenia – wtedy uderzenia bitu ustają, ustępując miejsca rytmicznemu klaskaniu i mechanicznym stukom, otwierającym drogę powoli modulowanym strumieniom monochromatycznych klawiszy, przywołującym wspomnienie niemieckiej tradycji elektronicznej – zarówno kosmische musik („From Here On”), jak i Neue Deutsche Welle („Dragged Along”). Wszystko to prowadzi do zrealizowanego z rozmachem wyrazistego finału. Wychodząc od radykalnie zredukowanych i wyciszonych dźwięków, Lohmann powoli rozwija zakończenie płyty, rozpisując je na melodyjne kaskady zbasowanych syntezatorów, tworzących głęboko emocjonalne zwieńczenie całości („Outside My Window” i „We`ll Still Be Here Tomorrow”).

Czy są bardziej dramatyczne chwile w życiu człowieka niż walka ze śmiertelną chorobą? Till Lohmann podjął się wyjątkowo ryzykowanego zadania opowiedzenia o nich przy pomocy techno, trance`u oraz ambientu. I udało mu się – traumatyczne przeżycia z dzieciństwa znalazły swój intrygujący wyraz w bogato zaaranżowanej muzyce nie pozbawionej jednak swej rytmicznej dosłowności. W ten sposób niemiecki producent obalił ostatnie bariery – i pokazał, że przy pomocy nowoczesnej elektroniki można wyrazić wszystkie ludzkie emocje. To znaczy, że techno jest pełnoprawnym gatunkiem muzycznym – jak klasyka, folk, blues czy rock.

c.sides 2012

www.csides.net

www.myspace.com/csidesfestival

www.glitterbug.de

Manuel Tur – Swans Reflecting Elephants

Choć ma sympatyczne polsko brzmiące nazwisko Kiparski, na potrzeby działalności artystycznej zmienił je na Tur. Ale nie miejmy mu tego za złe. W końcu debiutował jeszcze jako… szesnastolatek, wydając dokładnie dziesięć lat temu pierwszą dwunastocalówkę dla brytyjskiej wytwórni Mada Music. Sympatia dla jego poczynań ze strony Anglików towarzyszy mu zresztą do dzisiaj. W 2008 roku związał się bowiem z londyńską firmą Freerange, która opublikowała mu całą kolekcję winylowych dwunastocalówek i pierwszy album – „0201”.

Od wydania tego ostatniego wyrósł na jednego z czołowych producentów funkcjonalnego deep house`u. Zapewniły mu to nie tylko nagrania dla Poker Flat, Ovum czy Mule, ale również remiksy realizowane na zamówienie takich tuzów, jak Azari & III, Jazzanova czy… Wilbirds & Peacedrums. Spore sukcesy przyniosły mu również wspólne projekty z innymi producentami – Ribn i Dplay. Wszyscy jego fani czekali jednak na drugi album swego ulubieńca. I w końcu jest – pod zapożyczonym od Salvatora Dali tytułem „Swans Reflecting Elephants”.

Wspomnieniem wczesnych dokonań niemieckiego twórcy jest tutaj otwierający całość „Back To Me” – seksowne disco zanurzające zmysłową wokalizę tajemniczej dziewczyny w głębokich falach onirycznych syntezatorów. „Phantom Ride” to już zwrot w stronę wysmakowanego deep house`u. Przyjemnie kumkające akordy klawiszy niosą tutaj subtelną partię fortepianu, nadającą całości lekko nostalgiczny ton. Nieco inaczej wypadają dwa kolejne nagrania w tym stylu. „Feel” ma bardziej dramatyczna narrację – ze względu na pomysłowe wpisanie przetworzonego męskiego śpiewu w soundtrackowe pasaże smyczków. Natomiast energetyczne „Maybe Next Lifetime” wykorzystuje formułę klasycznej piosenki – łącząc jednak soulowy wokal Marka „Blakkata” Bella z nieoczywistym tłem utkanym z świdrującej partii gitary.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1953686-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1953686-02″ allowscriptaccess=”always”]

Drugą stronę nowego albumu Manuela Tura stanowią mniej typowe dla niego kompozycje odwołujące się do przestrzennego techno. Zaczyna się od „High Needs Low”, w którym zdubowany podkład rytmiczny stanowi podstawę do odtworzenia od tyłu męskiego śpiewu, co nadaje nagraniu lekko psychodeliczny sznyt. „Obsidian” przynosi z kolei wycieczkę w stronę deep techno – skoncentrowaną na nerwowo pobrzękujących akordach analogowych klawiszy podbitych funkowo giętym pochodem basu. Bardziej mechaniczny puls ma natomiast „Serenity” – ale kontrapunktem dla rwanego bitu są tutaj psychodeliczne sample rodem z ambientowej klasyki w stylu The Orb czy The KLF. I wreszcie umieszczony na koniec „I`m Alive” – podsłuchany u Andy`ego Stotta eksperyment ze zredukowaniem rytmu do dalekiego tła – pozwalający na wysunięcie na pierwszy plan ekstatycznej wokalizy wspomnianego Blakkata.

Chwile wytchnienia między tymi tanecznymi segmentami płyty przynoszą dwa typowo ilustracyjne nagrania. „Mirrors” i „Just Love” mieszczą się w ramach smolistego downtempo rodem z dawnego Bristolu, łącząc sugestywną atmosferę seksualnego napięcia z oszczędnością aranżacji.

Debiutancki album Manuela Tura był całkiem niezły. „Swans Reflecting Elepehants” jest jeszcze lepszy. Bo roztacza szerszy wachlarz gatunkowy, wymodelowany na indywidualną modłę niemieckiego producenta. Sporo tu intrygujących pomysłów brzmieniowych, nie brak niebanalnych melodii, a całość ma wielce oryginalny sznyt. Oby tak dalej.

Freerange 2012

www.freerangerecords.co.uk

www.myspace.com/freerangerecordsuk

www.manueltur.com

www.myspace.com/manueltur

Jason Lanox – Burning Every Bridge That I Cross To Find Some Beautiful Place To Get Lost

Zapewne dzięki prężnej działalności wytwórni Clone, Delsin i Rush Hour jesteśmy obecnie świadkami wysypu młodych producentów na holenderskiej scenie elektronicznej. To dobrze – bo trafiają się wśród nich twórcy, na których faktycznie warto zwrócić uwagę.

Jednym z nich Jason Lanox, który do tej pory miał okazję zaprezentować się nam jedynie na dwóch dwunastocalówkach. Jego droga do produkcji własnych nagrań była dosyć typowa dla większości reprezentantów pokolenia obecnych dwudziestolatków. Dorastając dzięki rodzicom w otoczeniu dźwięków jazzu, soulu i funku, jako nastolatek zachwycił się subkulturą hip-hopową. Potem oczywiście trafił na pierwsze rave-parties i odkrył nową muzykę taneczną. Ponieważ rodzice byli wyrozumiali dla jego fascynacji, w pokoju holenderskiego młodzieńca zaczęły niebawem rosnąć stery elektronicznego sprzętu.

Efektem kilku lat spędzonych przez Lanoxa między klubami a sypialnią jest debiutancka płyta holenderskiego producenta – „Burnig Every Bridge That I Cross To Find Some Beautiful Place To Get Lost”. Ponieważ jest to concept-album podsumowujący wczesną młodość swego autora, poszczególne nagrania łączą się ze sobą, tworząc zwartą opowieść o jednoznacznie ilustracyjnym charakterze.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/448961-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=448961-01″ allowscriptaccess=”always”]

Zaczyna się od ambientowego wstępu („Tonight Is The Night”), który prowadzi nas do masywnego dub-techno o zaskakująco bogatej aranżacji („Destinator”). Lanox miesza tutaj podwodne pasaże syntezatorów z melodyjnie pobrzękującymi akordami, szeleszczące perkusjonalia z dzwoniącymi efektami, nie popadając jednak w barokowy przepych. Potem rozbrzmiewa dynamiczny tech-house – w którym jest miejsce na swingujący pochód basu, niosący wokalny refren ozdobiony IDM-owymi ornamentami („Blinded By The Numbers”).

Choć kolejna kompozycja rozpoczyna się od bujających rytmów o hip-hopowym metrum, z czasem zamienia się w oniryczny deep house, w którym rozlane tło przeszywa dramatyczna wstawka soundtrackowych smyczków („Get Lost”). A potem kolejny zwrot akcji – dudniący ciężkim bitem i zwalistym basem rozhuśtany dubstep, zatapiający jamajską partię melodiki w ambientowych strumieniach monochromatycznego dźwięku („Wired”). Stąd już blisko do bajkowego IDM-u – wpisanego w formę nienachlanej miniatury wypełnionej plumkającymi akordami rozjarzonych syntezatorów („You Can`t Save Anyone From Themselves”).

Ten wyciszony nastrój znajduje swą kulminację w niemal filmowym „Dark Waters” – bo przestrzenne brzmienia są tu tylko tłem do wyszeptanej intymnymi głosami rozmowy kochanków. Do pionu przywraca nas dopiero umieszczony na koniec „The Seas Of Aesfa”. Tym razem Lanox znów sięga po sprężysty tech-house o funkowym groovie, w którym rwany loop zestawiony z melodyjnie popiskującym motywem wiedzie nas ku kakofonicznemu finałowi o niemal orgiastycznej ekspresji.

Holenderski producent debiutuje w intrygującym stylu. Nagrania z jego albumu łączą głęboką emocjonalność z dojrzałą muzykalnością, demonstrując że ich autorowi z łatwością przychodzi opowiadanie zajmujących historii opakowanych w dobrze brzmiące dźwięki.

Henk 2012

www.henkrecordings.com

www.myspace.com/jasonlanox