SCSI-9 – Squares & Circles
Paweł Gzyl:

Pierwszy nowy album projektu od siedmiu lat.

Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…



Flying Lotus

Flying Lotus – Flamagra

Fire Walk with Me. Czytaj dalej »

3 pytania – Dorian Concept

Przepytujemy członka Brainfeeder family. Czytaj dalej »

Lunice – CCCLX

Teatr w 360 stopniach. Czytaj dalej »

Brainfeeder Showcase w Warszawie

Za tydzień, 20 czerwca 2017 r., w warszawskim klubie Progresja odbędzie się niesamowite wydarzenie muzyczne – Brainfeeder Showcase organizowany przez agencję Go Ahead. Wystąpią na nim gwiazdy wytwórni Brainfeeder tj. sam jej założyciel – Flying Lotus, a nadto Thundercat, Dorian Concept i Jameszoo.

Czytaj dalej »

Sonar Festival 2015

A może w tym roku do Barcelony? Czytaj dalej »

Podsumowanie roku 2014 – Bartek Woynicz

Subiektywna lista płyt odchodzącego roku. Czytaj dalej »

Flying Lotus – You’re Dead!

Gdyby Miles Davis dzisiaj żył, tworzyłby ze Stevenem Ellisonem. Czytaj dalej »

Thundercat – Apocalypse

Apokalipsa w kulturze, także w muzyce, pojawiała się już nieraz. Po raz pierwszy jednak ktoś stworzył do zagłady całkiem przyjemny soundtrack.
Czytaj dalej »

Flying Lotus – Until The Quiet Comes

Wydając w 2008 roku przełomowy album Los Angeles, Steven Ellison vel Flying Lotus dokonał co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze, zwrócił na siebie uwagę całego nowomuzycznego świata, który ochrzcił go Następnym Wielkim, a po drugie – otworzył drzwi dla całych rzesz sypialnianych producentów, którzy dzięki temu załapali się na kolejną falę instrumentalnego hip-hopu.

Fala jednak opadła i zaczęła się cofać. W rezultacie scena jest wręcz zalana mniej lub bardziej utalentowanymi twórcami, o których dziś mówi się, że „grają pod Lotusa” (żeby wspomnieć choćby Lone czy Samiyama, prywatnie zresztą kolegę Ellisona). Tymczasem sprawca całego zamieszania już na następnym krążku oddalił się od hip-hopu w kierunku jazzu i szeroko pojętego eksperymentu. Płyta Cosmogramma (2010), choć momentami intrygująca, cierpiała jednak na klęskę urodzaju. Czy tym razem Kalifornijczykowi udało się uniknąć przerostu formy nad treścią?

Jak przyznaje sam Ellison, Until The Quiet Comes to „kolaż stanów mistycznych, snów, spania i kołysanek” (i zapewne doświadczeń z dimetylotryptaminą, vide kojący i słodko wyśpiewany DMT Song z udziałem Thundercata). W rzeczywistości jest to niejako kontynuacja poprzedniego albumu. Podobnie jak tam, i tutaj rozbrzmiewają utwory, których źródło bije z przeróżnych miejsc na muzycznej mapie ostatniego półwiecza. Hip-hop nadal płynie wartko w żyłach Lotusa, o czym świadczy obfity sampling i gęsta, często synkopowana rytmika, ale znacznie więcej tu cyberjazzu, ambientu, bepopu, funku i neo-soulu (w See Thru U pojawia się nawet Erykah Badu i jest to jeden z najlepszych fragmentów całości).

Jazzowe jest tu przede wszystkim podejście do materii twórczej. Płyta jawi się niczym zapis spontanicznego i niekoniecznie trzeźwego jamu z przyjaciółmi (oprócz już wspomnianych, są to Niki Randa, Laura Darlington i Thom Yorke). Kompozycje sprawiają wrażenie szkiców, które mają tendencję do urywania się w mało odpowiednich momentach. Niekiedy radykalne zmiany dokonują się w obrębie jednego utworu. Na przykład w The Nightcaller, parkietowym tłuściochu upstrzonym syntezatorami rodem z kosmische musik. Również w Electric Candyman, który rozpoczyna się jak klasyczny przesterowany abstract hip-hop, po czym dość nagle przeradza się w jazzującą improwizację, z której na 40 sekund przed końcem wyłania się pozbawiona słów wokaliza Yorke’a. Podejrzewam, że fani Radiohead mogą być rozczarowani.

Zachwyty recenzentów nad Until The Quiet Comes wydają się być stawiane nieco na wyrost. Oczywiście w żadnej mierze nie jest to zły album; jest po prostu przekombinowany i niedopracowany, lub raczej „przepracowany” (bo nie mam wątpliwości, że włożono weń dużo pracy), pełen zbyt wielu nie do końca spełnionych pomysłów i niezawiązanych wątków. Z drugiej strony jest tu mnóstwo znakomitej producenckiej roboty, są pełne uroku niuanse i psychodeliczna atmosfera. Brzmi to wszystko jednak zaskakująco niespójnie. To największa wada tego materiału, którego tytuł nabiera w tym kontekście ironicznego znaczenia – kiedy po trzech kwadransach faktycznie pojawia się cisza, nie chce się jej przerywać ponownym odsłuchem.

Warp Records | 2012