Various Artists – Flowers From The Ashes: Contemporary Italian Electronic Music
Paweł Gzyl:

Nowe otwarcie?

Ljerke – Ljerke
Jarek Szczęsny:

Malownicza forma życia.

Fahrland – Mixtape Vol. I
Paweł Gzyl:

Domowe melodie.

Wojciech Jachna / Ksawery Wójciński – Conversation with Space
Jarek Szczęsny:

Nie ma to jak sobie pogadać.

Kazuya Nagaya – Microscope of Heraclitus
F P:

Natura lubi się ukrywać

Syny – Sen
Jarek Szczęsny:

Dużo, ciemno i głośno.

Fluxion – Ripple Effect
Paweł Gzyl:

Odświeżająca wersja gatunku.

FFRANCIS – Off The Grid
Ania Pietrzak:

Najciekawszy „polski” mariaż popu i elektroniki, polecany w szczególności sceptykom tego pierwszego.

Rebekah – My Heart Bleeds Black
Paweł Gzyl:

Jaki tytuł, taka muzyka.

Lemiszewski/Olter – Post Refference
Jarek Szczęsny:

To ja sobie poleżę.

Ursula K. Le Guin & Todd Barton – Music and Poetry of the Kesh
Jarek Szczęsny:

Czytajcie i słuchajcie.

Kapital & Richard Pinhas – Flux
Łukasz Komła:

Ziemianie z planety Flux!

Dax J – Offending Public Morality
Paweł Gzyl:

Apologia wolności twórczej.

Jerzy Przeździecki & Andrzej Karałow – Wir
Łukasz Komła:

Wyimprowizowana opowieść na fortepian i syntezatory modularne.  



Glacial Movements

Northaunt – Istid III

Marznąca woda. Czytaj dalej »

Celer – Without Retrospect, The Morning

Pod szyldem Celer kryło się w początkowym okresie działalności tegoż projektu małżeństwo – Will Long i Danielle Baquet-Long. W ciągu czterech lat jego wspólnej aktywności muzycznej powstała niezliczona ilość płyt, na których para penetrowała z powodzeniem różne oblicza eksperymentalnego ambientu. Niestety – w czerwcu 2009 roku Danielle zmarła nagle na atak serca. Will nie zaprzestał jednak tworzenia – i przeprowadziwszy się z Kanady do Japonii opublikował do dzisiaj drugie tyle wydawnictw. W samym tylko 2012 roku ukazało się aż czternaście albumów firmowanych szyldem Celer.

„Without Retrospect, The Morning” jest wśród nich wyjątkowy. Long zaczął zbierać materiał dźwiękowy, który nań trafił trzy lata temu, kiedy zimą pracował jako fotoreporter w kanadyjskiej południowej Albercie. Aura była wówczas niezwykła – często zdarzały się takie dni, że w ogóle nie widać było słońca za gęstej kurtyny opadającego śniegu, a mróz pokrywał swoimi rysunkami całe okna wynajętego domu, w którym mieszkał artysta. Long wziął ze sobą magnetofon z mikrofonem oraz kilka taśm wcześniej przygotowanych nagrań fortepianu i syntezatora. Dokonując terenowych rejestracji, miksował je na analogowym sprzęcie z przetworzonymi dźwiękami wspomnianych instrumentów. Potem wyjechał z Kanady – i dopiero dwa lata później przypomniał sobie o projekcie, dokonując jego ostatecznego miksu i masteringu w swoim nowym studiu w Tokio.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/2098007-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=2098007-02″ allowscriptaccess=”always”]

Materiał zamieszczony na „Without Retrospect, The Morning” podzielony został na na dwie części. Pierwszą tworzą krótkie utwory o impresjonistycznej urodzie, skoncentrowane na statycznych plamach przetworzonego szumu, niczym nasłuchiwane z ciepłego mieszkania dalekie smagnięcia lodowatego wiatru. To otwierający płytę „Holding Of Electronic Lifts”, a także późniejsze „A Small Rush Into Exile” czy „Variorum Of Hierophany”. Na drugi segment składają się majestatyczne kompozycje, bardziej rozbudowane, ukazujące kanadyjską zimę w pełnej krasie. Dziesięciominutowy „Dry And Disconsolate” owiewa nas chłodnym podmuchem świdrujących dźwięków, zza których wypływają oniryczne fale shoegaze`owych syntezatorów, podbite miarowo dudniącym dronem. Jeszcze bardziej minimalistyczny charakter mają „A Landscape Once Uniformly White” i „Distance And Mortality” – mrożąc słuchacza chmurnymi kaskadami monochromatycznych klawiszy. Pewne ocieplenie wprowadza dopiero „With Some Effort, The Sunset”, wnosząc w te lodowate dźwięki ledwo słyszalną melodię.

„Without Retrospect, The Morning” to arktyczny ambient w swej najbardziej radykalnej formie. Dlatego album Celera przypadnie do gustu przede wszystkim odbiorcom przyzwyczajonym do wymogów tego rodzaju estetyki. Ale takie potraktowanie muzycznej materii ma swój głęboki sens. Czyż właśnie nie w ten sposób wyobrażamy sobie podbiegunowe zimy na krańcach naszej planety?

Glacial Movements 2012

www.glacialmovements.com

www.celer.bandcamp.com

www.facebook.com/pages/Celer

Retina.it – Descending Into Crevasse

Działający od połowy lat 90. w Neapolu duet tworzony przez Lino Monaco i Nicolę Bruno początkowo penetrował rozległe obszary muzyki IDM. Świadectwem tego jest debiutancki album projektu, ilustrujący doświadczenie życia u podnóża Wezuwiusza – „Volcano Waves 1-8” – opublikowany przez wysoko cenioną w tamtym czasie amerykańską wytwórnię Hefty. Potem włoscy producenci zwrócili się w stronę bardziej ambientowych dźwięków – a udokumentowały to ich dwa kolejne wydawnictwa: „Retina.it” i „Randomicon”. Nic więc dziwnego, że w końcu trafili do znanej i u nas wytwórni Glacial Movements.

Podobnie, jak i inne płyty wydawane przez Alessandro Tedeshiego, również i czwarty album w oficjalnej dyskografii Monaco i Bruno jest dedykowany arktycznym pejzażom. Otwierający stawkę „Synth On Axis” wypełniają metaliczne drony, które powoli zstępują w mroczną przestrzeń, wypełnioną tektonicznymi odgłosami. Głównym wątkiem „Freezing The Fourth String” jest miarowo kroczący pochód masywnego basu – uzupełniony w zaskakujący sposób dramatycznymi smagnięciami klasycznych smyczków. „Moonshine” ma wyjątkowo statyczny charakter – a o jego urodzie decydują oszczędnie dozowane akordy lodowatego piano.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1972069-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1972069-02″ allowscriptaccess=”always”]

W minimalistycznym „Attrazione Magnetica” trafiamy na niemal industrialne wyziewy – zapętlone w uderzające i cofające się fale monochromatycznego szumu. „-32°F Porcelain, Metal & Ice” to chyba najciekawsza kompozycja w zestawie – łącząca w oryginalny sposób głęboką pulsację dubowego basu z mroźnymi akordami zimowych klawiszy. Na finał dostajemy natomiast coś wyjątkowo monumentalnego – „Descending Into Crevesse” to preparowana neoklasyka, w której podniosłe drony splecione z orkiestrowych sampli dęciaków i smyczków zderzają się z monotonnym strumieniem podskórnego noise`u.

Wbrew pozorom nowy album Retina.it ma wyjątkowo rozbudowaną strukturę brzmieniową. Choć sześć umieszczonych na nim nagrań zostało wpisanych w formułę arktycznego ambientu, włoskim producentom udało się przemycić doń kilka zupełnie nieoczywistych elementów, wywiedzionych z zupełnie odmiennych estetyk. W efekcie ich płyta jawi się jako jedno z najbardziej oryginalnych wydawnictw w kolekcji Glacial Movements.

Glacial Movements 2012

www.glacialmovements.com

www.myspace.com/glacialmovements

www.retinait.com

www.myspace.com/retinait

Pjusk – Tele

Jostein Dahl Gjelsvik i Rune Andre Sagevik to właściwie weterani norweskiej elektroniki. Pierwszy z nich zaczynał już na początku lat 90. tworząc techno w projekcie Neural Network, aby potem zwrócić się w stronę ilustracyjnego IDM-u w duecie Circular. Drugi zaczynał jako promotor klubowych imprez – i dopiero później zajął się tworzeniem własnej muzyki. Kiedy Gjelsvik usłyszał kiedyś w jednej z radiowych audycji nagrania Sagevika, zafascynowały go one na tyle, że skontaktował się z nim i zaproponował wspólną sesję. W ten sposób w 2005 roku narodził się Pjusk, który później trafił do amerykańskiej wytwórni 12k, nakładem której ukazały się dwa dotychczasowe albumy formacji – „Sart” i „Sval”. Mroczna i chmurna muzyka duetu spodobała się z kolei Alessandro Tedeschemu, prowadzącemu w Rzymie firmę Glacial Movements. Po nitce do kłębka – i oto po dwóch latach przerwy mamy trzecią płytę Pjusk.

Jej początek przypomina wcześniejsze dokonania norweskich producentów – szeleszczące dźwięki otoczenia („Fnugg”) prowadzą nas do abstrakcyjnego kolażu mrocznych wyziewów przerywanych mrożącymi krew w żyłach rykami zawodzącego dronu („Gneis”). Chrzęszczące efekty poddane zostają glitchowej obróbce, w efekcie czego powstaje skorodowany minimal o niepokojącym klimacie („Flint”).

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1904195-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1904195-02″ allowscriptaccess=”always”]

Ku zaskoczeniu słuchacza, wraz z kolejnymi kompozycjami, muzyka zaczyna się jednak… ocieplać. „Skifer” rozbrzmiewa głęboko zdubowanym basem, a w „Krystall” pojawia się chroboczący loop zapętlony w zredukowany podkład rytmiczny. Dźwięki te zostają zanurzone w strzelistych tonach ambientowych syntezatorów, oddających spokojny rytm życia skandynawskiej przyrody („Granitt” i „Bre”). Najbardziej urokliwy w tym zestawie jawi się „Kram” – subtelna kompozycja niosąca łagodną melodię podszytą ukrytymi w dalekim tle cyfrowymi defektami. Podobnie zresztą wypada finałowy „Polar” – bo i tutaj pojawia się bardziej wyrazisty motyw melodyczny, tym razem wprowadzony przez przestrzenną wariację syntezatorową rodem z klasyki kosmische musik.

Niezwykle ważnym elementem twórczości Pjusk jest… cisza. Norwescy producenci lubią zawieszać na moment prowadzoną przez siebie dźwiękową narrację – aby zyskała ona dodatkowy kontrapunkt w postaci niespodziewanej pauzy. Być może to dlatego, że Gjelsvik i Sagevik nagrywają swe płyty w odizolowanym od świata zewnętrznego studiu na dalekiej prowincji. W efekcie ich eteryczna muzyka staje jakby w poprzek współczesnego świata – zatrzymując na niemal godzinę jego galopujący puls.

Glacial Movements 2012

www.glacialmovements.com

www.myspace.com/glacialmovements

www.pjusk.no

www.myspace.com/pjusk

Stormloop – Snowbound

Ktoś kiedyś powiedział, że black metal ma największą świadomość ekologiczną spośród wszystkich gatunków muzycznych. Być może cos w tym jest – gdy człowiek zostaje sprowadzony do poziomu zwierzęcia kierującego się wyłącznie instynktami, jego związek z naturą z pewnością nabiera „wyjątkowego” charakteru.

Zupełnie inne podejście do świata przyrody prezentuje muzyka ambient. Bo nie ulega wątpliwości, że to właśnie natura jest głównym motywem tematycznym tego gatunku. Jednak już sam fakt, że tworzący go artyści korzystają z najnowszych technologii kreowania dźwięku, stawia ich w jakimś sensie poza obszarem swej fascynacji. Przyroda jawi się bowiem w muzyce ambient jako element zewnętrzny wobec człowieka – obiekt zachwytu, źródło inspiracji, przedmiot uwielbienia – ale pozostający poza obszarem codziennego doświadczenia twórcy.

Przykładem takiej postawy jest najnowszy album brytyjskiego producenta Kevina Spence`a, działającego pod szyldem Stormloop. Nagrywając od połowy minionej dekady dorobił się on już jedenastu wydawnictw – ale opublikowanych własnym nakładem wyłącznie w postaci cyfrowej. „Snowbound” wydany przez włoską wytwórnię Glacial Movements to jego pierwszy album na nośniku fizycznym.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1845963-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1845963-02″ allowscriptaccess=”always”]

Znajdujący się na nim materiał powstał podczas dwóch mroźnych zim – w 2005 i 2009 roku. Odcięty od świata gęstymi opadami śniegu, Spence zamknął się wówczas w swym domowym studiu w Leeds i stworzył zestaw medytacyjnych kompozycji, kontemplujących kolejne fenomeny zimowej pogody – od mrozu, przez mgłę i zamieć, po gęste zachmurzenie. Efektem tego jest płyta, w której wspomnienie chłodnych miesięcy zostało rozbite na dziesięć kompozycji.

Brytyjski producent koncentruje się oczywiście na tworzeniu zimowego nastroju – służą temu przede wszystkim strumienie zaszumionego dźwięku, które splatają się w fantazyjne wzory przypominające zaszronione obrazy odmalowywane przez mróz na szybach naszych mieszkań („Driftin Decent”). Te monochromatyczne brzmienia uzupełniają jednak czasem szczątkowe motywy melodyczne lub rytmiczne – choćby powtarzające się stonowane partie syntezatorów („Snowbound”) czy zapętlone sample jazzowych perkusjonaliów („Losing Sleep”). Pojawia się również ludzki głos – to fragmenty radiowych audycji, brzmiące niczym raporty dochodzące do Ziemi z dalekich stacji kosmicznych („Space Station J”).

Czasami Spence sięga jednak po zupełnie inne dźwięki. W „Melt” rozbrzmiewają podniosłe tony niebiańskich chórów – podszyte jednostajnym szumem płynącej wody. „A Calm Reflection” uderza z kolei dronowym wyziewem z głębokiego tła – niosąc jednak kruchą melodię wygraną na rozedrganych klawiszach. I jeszcze „A Blizzard” – kłujący w uszy niemal fizycznie namacalną chmurą lodowatych efektów.

Wszystko to słuchamy w poczuciu pełnego bezpieczeństwa – jakby będąc w ciepłym i jasnym domu, za oknami którego bezlitosna zima skuwa lodem i przykrywa śniegiem całą ziemię. To właśnie ten intelektualny dystans typowy dla muzyki ambient – o którym pisaliśmy na wstępie. Dzięki niemu możemy zachwycać się majestatem natury i kontemplować jej piękno bez popadania w blackmetalową herezję.

Glacial Movements 2011

www.glacialmovements.com

www.myspace.com/glacialmovements

www.stormloop.bandcamp.com

bvdub – I Remember (Translations of Mørketid)

Kiedy Alessandro Tedeschi, właściciel włoskiej wytwórni Glacial Movements, zaproponował w zeszłym roku wydanie płyty Brockovi Van Weyowi, wysłał mu kilka własnych produkcji, które zrealizował w minionych latach pod szyldem Netherworld. Jeden z albumów – „Mørketid” – wywarł na amerykańskim muzyku wielkie wrażenie. „Płyta przywołała wspomnienia z okresu, kiedy byłem jednym z uczestników sceny rave, marzenia o zrealizowaniu pięknej utopii, która istniała tylko w naszych umysłach.  Zabrała mnie ona z powrotem w czasy, kiedy ambient był czysty i prawdziwy” – wyjaśnia Van Wey. Nic więc dziwnego, że kiedy Tedeschi zaproponował mu dokonanie „tłumaczeń” (nie remiksów) nagrań z „Mørketid”, amerykański producent zabrał się za nie z wielką pasją.

Muzyką z „I Remember” można się cieszyć bez znajomości oryginału. Van Wey wymodelował bowiem kompozycje Tedeschiego na charakterystyczny dla siebie sposób. Co najważniejsze – być może w wyniku konfrontacji z cudzym tworzywem, wprowadził kilka nowych pomysłów brzmieniowych, które w intrygujący sposób ożywiły jego muzykę.

Otwierający album „The Place Has Only Known Sadness” to elegijny ambient w tradycyjnym stylu – lodowate pasaże sążnistych klawiszy oplatają subtelne tony gitary, przez które przeplata się anielski zaśpiew zapętlony w wokalny loop. Kompozycja sporo zawdzięcza pierwowzorowi Netherworld – bo „Mørketid” odmalowywał zimnymi dźwiękami ośnieżone pejzaże Arktyki.

W „We Said Forever” słychać wyraźnie shoegaze`owe fascynacje Van Weya. Nagranie otwiera bowiem ściana gitarowego szumu o onirycznej barwie – przywołując wspomnienie późnych nagrań Cocteau Twins. Amerykański producent myli jednak trop – po kilku minutach pojawiają się głębokie akordy zbasowanych syntezatorów wywiedzionych z kosmische musik. Jakby tego było mało – z czasem rozlega się umieszczony w dalekim tle miarowy puls techno. W efekcie powstaje jedno z najciekawszych dokonań Van Weya w całej jego karierze.

„The Promise (Reprise)” rozbrzmiewa echami klasycznych inspiracji artysty. Epicki charakter nagrania tworzą podniosłe fale romantycznych klawiszy przeplecione wokalnym samplem – nic dziwnego, że słuchając utworu przypominają się monumentalne produkcje Wolfganga Voigta z cyklu Gas.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1791845-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1791845-02″ allowscriptaccess=”always”]

„Would It Be The Same” skręca w zupełnie przeciwną stronę – tym razem Van Wey podszywa szeroko rozlany strumień modulowanych syntezatorów połamaną strukturą rytmiczną. W efekcie powstaje breakbeatowa wizja ambientu, którą pamiętają już tylko najstarsi wielbiciele stylu z nagrań chociażby The Irresistable Force.

„There Was Beauty In My Heart” zaskakuje delikatnym pięknem kruchych dźwięków – na syntezatorowym tle pojawia się dialog akustycznej gitary i kobiecego głosu. Kiedy wydaje się, że nic nie rozproszy tego ulotnego nastroju chwili, z tła wypływa strumień onirycznego szumu, który zalewa wszystko swą potężną mocą.

Całość kończy najkrótszy utwór w zestawie, właściwie miniatura, bo sześć minut w porównaniu do czternastu to niewiele – „A Taste Of Your Own Medicine” o mocnych akordach stąpających klawiszy wpisanych w monotonny loop o hipnotycznym pulsie.

„I Remember” to jedna z ciekawszych propozycji Brocka Van Weya. Wydaje się, że spotkania z innymi artystami wyjątkowo służą amerykańskiemu producentowi. Być może pójdzie w przyszłości tym tropem?

Glacial Movements 2011

www.glacialmovements.com

www.myspace.com/glacialmovements

www.bvdub.org

www.myspace.com/bvdubtechnology