MONOH – MONOH
Łukasz Komła:

W oparach myśli.

ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.



Implodes

Podsumowanie 2011 – Daniel Barnaś

Kolejna cegiełka do redakcyjnych podsumowań AD 2011. Czytaj dalej »

Implodes – Black Earth

Anonimowy chicagowski zespół podpisuje kontrakt płytowy z miejscową wytwórnią. Fakt ten mógłby zostać przemilczany, gdyby wytwórnią tą nie było Kranky Records odpowiadające za popularyzację takich artystów, jak Goodspeed You! Black Emperror, Tim Hecker, Stars Of The Lid, czy też Atlas Sound. Warto więc przyjrzeć się temu benjaminkowi, gdyż istnieje niemałe prawdopodobieństwo, iż to właśnie Implodes będą w przyszłości flagowym zespołem reprezentującym ten słynny label.

Pierwsze wrażenie po kontakcie z ‘Black Earth’ było piorunujące. Wracając późnym wieczorem do domu przez oczekujące nadejścia burzy miasto muzyka Implodes zdawała się ingerować w rzeczywistość tak bardzo, iż ruch przydrożnej roślinności nie wydawał się być powodowany tylko wiatrem, a reklamówka dostrzeżona kątem oka w ciemnościach nie do końca wydawała się być zwykłą celofanową meduzą. Wszystko poruszało się i żyło w sposób nienaturalny, odrealniony. A to naprawdę wiele, kiedy muzyka przekracza próg świadomości wpływając na nasze emocje oraz sposób postrzegania przez nas otoczenia.

Otwierający album ‘Open The Door’ nadaje kierunek całej produkcji – lejący się ze wzmacniaczy gitarowych brudny przester, śpiew ginący w głębokim eterze i rytm nabijany miarowo na kotłach. To także cenna wskazówka – zawartość tej płyty nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego. Dosłownie. Jej mistyczna aura jest tak ulotna, iż prawo bytu ma jedynie w ciszy dominującej nocą. Wtedy właśnie można w pełni docenić jej walory, skacząc w tę dźwiękową otchłań.

Ciężarem gitarowego brzmienia Implodes śmiało dorównuje dokonaniom grupy Black Sabbath. Mimo tego wszystko na tej płycie zdaje się, wbrew tak przytłaczającej masie, unosić. Z chmury szumu na zmianę wyłania się wsparty ołowianymi riffami głos wokalisty stopiony z własnym echem oraz instrumentalne kompozycje o rodowodzie sięgającym twórczości Tima Heckera i Sunn O))). Te ostatnie miały zapewne pełnić rolę przerywników między utworami wokalnymi. Tymczasem to właśnie one stanowią o rzeczywistej sile ‘Black Earth’ – dźwigając ogromny ładunek niewytłumaczalnej dramaturgii nadają produkcji depresyjnego kolorytu, tak przecież pożądanego przez tę chicagowską grupę.

Implodes czarują także gitarą akustyczną – proste partie przewijające się przez ‘Oxblood’ oraz ‘Experiental Report’, wraz z cichym nuceniem przebijającym się przez tło generowane mocą syntezatorów, odciążają na moment sąsiednie kompozycje nie pomniejszając nieustannie pielęgnowanego poczucia uczestnictwa w bankiecie u Alistaira Crowleya.

Zastanawia okładka albumu. Postać zastygła w bezruchu z uniesionym wysoko nożem wywołuje mimowolny uśmieszek na mojej twarzy. Toż to poza ograna do bólu, sięgająca swymi popkulturowymi korzeniami do hitchcockowskiego mordu pod prysznicem w ‘Psycho’. Czyżby protekcjonalny nawias mający uchronić ‘Black Earth’ przed nadmierną krytyką? A może Implodes chcą udowodnić, iż nawet tak kiczowate zdjęcie pod wpływem ich muzyki może budzić niepokój i ciekawość? Bo w kogo tak naprawdę wycelowany jest ten nóż?

‘Black Earth’ prezentuje zespół u progu kariery, który na debiutanckim albumie poprzestać nie powinien. Witch-house przeżywa już swoje pięć minut. Witch-rock natomiast, będący obecnie w fazie embrionalnej, pod przewodnictwem Implodes może zapewnić sobie żywot znacznie dłuższy.

Kranky Records | 20.04.2011

4/5