Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.



Kranky

Tim Hecker – Virgins

Siódmy album studyjny Heckera mógłby być wymarzonym debiutem większości twórców muzycznej hybrydy spod znaku ambient/drone/noise. I naprawdę trudno się temu dziwić. Poruszając się po rejonach, które przyszło mu stworzyć i zasiedlić, sam sobie jest bogiem, który nigdy nie wahał się skorzystać z kłębów chaosu, a nawet zanurzyć się w nich dogłębnie – zawsze z korzyścią dla tworu. Czytaj dalej »

3 pytania – Loscil

Wysłałem wiele maili z prośbą o krótki wywiad. Bardzo ucieszyła mnie odpowiedź Scotta Morgana, jednego z moich ulubionych artystów muzyki ambient. Dzisiaj to Loscil w mini odpowiedziach zdradza nam czego słucha i nad czym pracuje. Czytaj dalej »

Mirrorring – Foreign Body

Kiedyś musiało do tego dojść . Na jednym krążku spotkały się dwie znakomite kobiety: Jesy Fortino, znana bardziej jako Tiny Vipers i Liz Harris tworząca projekt Grouper.

Czytaj dalej »

Disappears – Pre Language

Odkąd znaleźli schronienie w wytwórni Kranky rokrocznie wydają album studyjny. Parominutowe petardy, z których zionie zarówno chłód Joy Division, jak i punkowa wściekłość, są właściwie jedynym produktem wychodzącym spod szyldu Disappears. Ale skoro jest się w czymś dobrym, to po co to zmieniać? Czytaj dalej »

Miks do załadowania – Tim Hecker

W dzisiejszej odsłonie cotygodniowego cyklu kompletny zapis koncertu Tima Heckera z tegorocznego festiwalu muzyki elektronicznej Moogfest. Czytaj dalej »

Tim Hecker – Dropped Pianos

Instrumenty klawiszowe są chyba najczęściej preprarowanym sprzętem muzycznym, biorąc pod uwagę wyłącznie ten, który nie potrzebuje prądu, by działać poprawnie.
Czytaj dalej »

Benoît Pioulard

Gitara, looper i paleta efektów pod nogą – ten zestaw uniwersalny, który dla śpiewającego muzyka stać się może samowystarczalną machinerią do tworzenia muzyki, już od dziesięciu lat jest pomyślnie eksploatowany przez amerykańskiego pieśniarza ukrywającego się pod pseudonimem Benoît Pioulard. Za przydomkiem sięgającym korzeniami fikcyjnych francuskich przodków kryje się Thomas Meluch mieszkający w Portland w stanie Oregon.

Ten neurotyczny bard czuje się dobrze zarówno w klimatach folkowych, jak i okołoambientowych, co zostało dostrzeżone przez wytwórnię Kranky w której wydał trzy albumy – „Précis” (2006),„Temper” (2008) oraz „Lasted” (2010). Prócz tego Meluch na swoim koncie ma przynajmniej tuzin płyt, z czego większość jest trudno dostępnymi nagraniami lo-fi dokumentującymi jego przeobrażanie się z poszerzającego granice własnych możliwości amatora w świadomego artystę.

Wielbiciele nadtopionych brzmień Boards Of Canada i heckerowskich glacjałow powinni być zadowoleni z tego odkrycia. Ci zaś, którzy w neofolku ciągle wypatrują artysty nieszablonowego mogą przy spotkaniu z muzyką Melucha zyskać naprawdę wiele.

http://www.discogs.com/artist/Benoit+Pioulard
http://www.myspace.com/pioulard
http://pioulard.bandcamp.com
http://pioulard.com/nest.htm

A Winged Victory For The Sullen – A Winged Victory For The Sullen

Oto album, który łączy w sobie dramaturgię muzyki klasycznej z minimalistycznym podejściem do budowy kompozycji. Album, przy którym nie wstyd uronić łzy. Oto album, na który warto było czekać cały rok.

A Winged Victory For The Sullen to wypadkowa dwóch talentów – Dustin O’Halloran, amerykański pianista/kompozytor, spotkał się z Adamem Wiltzie, znanym głównie ze Stars Of The Lid, zupełnie przypadkiem. Wspólnie zrzucili z siebie okowy przyzwyczajeń, jakie hodowali w sobie nagrywając okołoambientowe produkcje. Rezultat, niesiony na skrzydłach solidnego wykształcenia kompozytorskiego, przerósł zdaje się oczekiwania samych jego twórców stając się zarówno dla nich, jak i dla odbiorców tego projektu swoistym detoksem, terapią oczyszczającą umysł z wysoce przetworzonych projekcji muzycznych. Doświadczenie wyniesione z rodzimych projektów procentuje zarówno w „A Symphony Pathetique”, będącego interpretacją gatunku drone, jak i obrazowego, słodko-smutnego „We Played Some Open Chords”, który jest idealnym wabikiem zachęcającym do zapoznania się z całością.

Ogromne przestrzenie, w jakich nagrywano materiał na album, zostawiły po sobie wyraźny ślad tchnący ducha skutecznie usypiającego rzeczywistość. Majestatyczny rys utworów, bardzo charakterystyczny choćby dla quasi-symfonicznych produkcji Eluvium, został tu otrzymany przy użyciu mikroskopijnych ilości elektronicznych manipulacji i cyfrowych ozdobników. Zamiast przesterowanej masy rzężących gitar usłyszymy fortepian koncertowy ne plus ultra, fagot i waltornię wspierane sekcją smyczkową. Efekt? „Steep Hills of Vicodin Tears” można potraktować jako wyzwanie rzucone w stronę Matthew Coopera. Wyzwanie, któremu naprawdę trudno będzie sprostać nie tylko jemu, ale także większości artystów parających się muzyką nieśmiało sięgającą korzeniami klasyków. Suita „Requiem for the Static King”, ambiwalentnie piękna, mogłaby towarzyszyć zarówno pogrzebom, jak i narodzinom. Niemożliwym jest nie zachwycić się obecnymi tu partiami fortepianu naniesionymi na symfoniczne impasty, nadającymi całości miękkiego, ciepłego finiszu. Przestrzegam, przestrzegam przed słuchaniem „A Winged Victory For The Sullen” przy użyciu komputerowych głośników podczas codziennego wertowania Internetu. Byłoby to bluźnierstwo bliskie wkrojeniu trufli do fastfoodowej buły.

O’Halloran i Wiltzie jednym tylko albumem dorównali forpoczcie ambientu, momentami osiągając nawet więcej i to odcinając się od jakże kuszących możliwości deformacji muzyki klasycznej, które nieustannie święcą triumfy w produkcjach Basinskiego, Frosta, Heckera, czy Stars Of The Lid. Grzechem byłoby zresztą nazwać dokonania duetu A Winged Victory For The Sullen ambientem. Album ten równie dobrze mógłby zagościć na półce melomana muzyki poważnej zasłuchanego w audycjach Programu Drugiego Polskiego Radia. Określenie ‘neoklasycystyczny ambient’ jest moim zdaniem rozsądnym kompromisem. Uskrzydlające przeżycie.

Erased Tapes Records/Kranky | 08.2011

5/5

[aside]*http://en.wikipedia.org/

wiki/Winged_Victory_of_
Samothrace[/aside]

Implodes – Black Earth

Anonimowy chicagowski zespół podpisuje kontrakt płytowy z miejscową wytwórnią. Fakt ten mógłby zostać przemilczany, gdyby wytwórnią tą nie było Kranky Records odpowiadające za popularyzację takich artystów, jak Goodspeed You! Black Emperror, Tim Hecker, Stars Of The Lid, czy też Atlas Sound. Warto więc przyjrzeć się temu benjaminkowi, gdyż istnieje niemałe prawdopodobieństwo, iż to właśnie Implodes będą w przyszłości flagowym zespołem reprezentującym ten słynny label.

Pierwsze wrażenie po kontakcie z ‘Black Earth’ było piorunujące. Wracając późnym wieczorem do domu przez oczekujące nadejścia burzy miasto muzyka Implodes zdawała się ingerować w rzeczywistość tak bardzo, iż ruch przydrożnej roślinności nie wydawał się być powodowany tylko wiatrem, a reklamówka dostrzeżona kątem oka w ciemnościach nie do końca wydawała się być zwykłą celofanową meduzą. Wszystko poruszało się i żyło w sposób nienaturalny, odrealniony. A to naprawdę wiele, kiedy muzyka przekracza próg świadomości wpływając na nasze emocje oraz sposób postrzegania przez nas otoczenia.

Otwierający album ‘Open The Door’ nadaje kierunek całej produkcji – lejący się ze wzmacniaczy gitarowych brudny przester, śpiew ginący w głębokim eterze i rytm nabijany miarowo na kotłach. To także cenna wskazówka – zawartość tej płyty nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego. Dosłownie. Jej mistyczna aura jest tak ulotna, iż prawo bytu ma jedynie w ciszy dominującej nocą. Wtedy właśnie można w pełni docenić jej walory, skacząc w tę dźwiękową otchłań.

Ciężarem gitarowego brzmienia Implodes śmiało dorównuje dokonaniom grupy Black Sabbath. Mimo tego wszystko na tej płycie zdaje się, wbrew tak przytłaczającej masie, unosić. Z chmury szumu na zmianę wyłania się wsparty ołowianymi riffami głos wokalisty stopiony z własnym echem oraz instrumentalne kompozycje o rodowodzie sięgającym twórczości Tima Heckera i Sunn O))). Te ostatnie miały zapewne pełnić rolę przerywników między utworami wokalnymi. Tymczasem to właśnie one stanowią o rzeczywistej sile ‘Black Earth’ – dźwigając ogromny ładunek niewytłumaczalnej dramaturgii nadają produkcji depresyjnego kolorytu, tak przecież pożądanego przez tę chicagowską grupę.

Implodes czarują także gitarą akustyczną – proste partie przewijające się przez ‘Oxblood’ oraz ‘Experiental Report’, wraz z cichym nuceniem przebijającym się przez tło generowane mocą syntezatorów, odciążają na moment sąsiednie kompozycje nie pomniejszając nieustannie pielęgnowanego poczucia uczestnictwa w bankiecie u Alistaira Crowleya.

Zastanawia okładka albumu. Postać zastygła w bezruchu z uniesionym wysoko nożem wywołuje mimowolny uśmieszek na mojej twarzy. Toż to poza ograna do bólu, sięgająca swymi popkulturowymi korzeniami do hitchcockowskiego mordu pod prysznicem w ‘Psycho’. Czyżby protekcjonalny nawias mający uchronić ‘Black Earth’ przed nadmierną krytyką? A może Implodes chcą udowodnić, iż nawet tak kiczowate zdjęcie pod wpływem ich muzyki może budzić niepokój i ciekawość? Bo w kogo tak naprawdę wycelowany jest ten nóż?

‘Black Earth’ prezentuje zespół u progu kariery, który na debiutanckim albumie poprzestać nie powinien. Witch-house przeżywa już swoje pięć minut. Witch-rock natomiast, będący obecnie w fazie embrionalnej, pod przewodnictwem Implodes może zapewnić sobie żywot znacznie dłuższy.

Kranky Records | 20.04.2011

4/5

Disappears – Guider

Jeśli Kranky Records promuje gitarowy zespół, to należy się temu przyjrzeć. Tę zasadę potwierdza przede wszystkim Goodspeed You! Black Emperror, który pod sztandarem chicagowskiej wytwórni wydał kultową już pozycję ‘F♯ A♯ ∞’. I choć po Disappears trzęsienia ziemi się nie spodziewałem, to trzeba przyznać, że swoim najnowszym albumem sieją i tak niemałe spustoszenie.

Pięć krótkich gitarowych petard wraz z zamykającym całość ‘Revisiting’, który wydaje się być wizją Joy Division grającego shoegaze, nie zwalnia tempa ani na moment. Płytę pochłania się w całości, gdyż zespół nie tracąc czasu na eksperymentowanie postawił na surową, rockową energię wypływającą z prostoty. Bez solówek i bez dłużyzn.

Króciutki wstęp ‘Superstition’ śmiało mógłby pełnić rolę wizytówki Disappears. Bez instrumentalnych popisów solowych, z rwanymi, wykrzykiwanymi wersami przepuszczonymi przez delay i pogłosem lejącym się ze wzmacniaczy. Przez trzydzieści minut ta dźwiękowa saperska formacja systematycznie burzy rockowe konwenanse budując na nich swoje brzmienie nie przejmując się przy tym fundamentami. Ma być szybko, głośno i drapieżnie. Piętnastominutowy ‘Revisiting’ z miażdżącą sekcji rytmiczną opartą na powtarzającym się motywie tylko z pozoru wydaje się być przydługawym, monotonnym zapychaczem. Hipnotyczny śpiew i gitary zalewające tło coraz to nowymi kaskadami brudnych riffów zamieniają ten motoryczny pochód w mantrę ostatecznie zagrzebując słuchacza pod gruzami rockowych bachanaliów.

Album ten jest dobrym przykładem pomyślnego ujarzmienia scenicznej ekspresji na nagraniach studyjnych. Utwory z początku mogą razić chropowatym brzmieniem i arogancką niechlujnością, jednak dla Disappears właśnie to posłużyło do wykreowania własnego muzycznego ego. ‘Guider’ proponuje podróż przez znajome obszary muzyki, lecz swoją własną ścieżką.

Kranky | 17.02.2011

3,5/5

Tim Hecker – Ravedeath, 1972

 

W 1972 roku grupa studentów z Bostonu w zorganizowanym przez siebie happeningu zrzuciła z dachu uczelni zepsute pianino. Pozornie nieistotny incydent 39 lat później dla twórcy muzyki ambient z Montrealu stał się punktem wyjścia do refleksji nad ewolucją, jaką muzyka, jedna z głównych gałęzi sztuki, przeszła w nowożytnej historii człowieka – od zaprezentowania pierwszej płyty CD-Audio w 1978 roku (‘Analog Paralysis 1978’), po ich masowe destrukcje buldożerami w krajach azjatyckich (‘Hatred of Music’). A mnogość prawdopodobnych domysłów podpartych tytułami utworów jest tylko jedną z wielu możliwych form deszyfracji albumu Ravedeath, 1972.

Otwierający całość ‘The Piano Drop’ zdaje się być zapowiedzią powtórki z pandemonium zamkniętego na płycie ‘Harmony In Ultraviolet’. Nic bardziej mylnego, gdyż pozostałe utwory, wyciszone i mniej dynamiczne, w niczym nie przypominają pulsującego wstępu. Hecker zapewne celowo odstąpił od perfekcjonizmu, jaki cechował produkcję jego dwóch ostatnich albumów, na rzecz często prymitywnych rozwiązań – skokowych zmian natężenia głośności oraz gwałtownych cięć montażowych poszczególnych ścieżek. Surowy klimat utworów uzasadnia fakt, iż rdzeń albumu został nagrany na kościelnych organach piszczałkowych w Reykjavíku. Obecne momentami głuche skrzypienie ław uzupełniające echo, w którym zatopione są inne naturalne odgłosy drewnianej cytadeli oraz słyszalna praca dmuchawy organowej i pedałów, przypomina o sakralnym charakterze miejsca i genezie tego rodzaju muzyki. To, co usłyszymy na Ravedeath, 1972 nie jest li tylko zapisem twórczości jednej osoby. Ben Frost, jeden z ciekawszych producentów/kompozytorów współczesnej muzyki eksperymentalnej, brał czynny udział w obróbce studyjnej nagranego materiału oraz dogrywaniu dodatkowych ścieżek. Był także odpowiedzialny za rejestrację dźwięku w kościele. Do masteringu zaś zaproszony został James Plotkin, znany między innymi z współpracy z Sunn O))) oraz ISIS.

Warstwa brzmieniowa także wyróżnia się na tle jego poprzednich dokonań – oparta przede wszystkim na partiach wspomnianych już organów kościelnych oraz zamglonych fortepianowych kadencjach nie jest już tylko nośnikiem szumu, który tak szczelnie wypełniał przestrzeń na ‘An Imaginary Country’ i ‘Harmony In Ultraviolet’. Ciepło analogowej saturacji, choć nieustannie towarzyszące instrumentom klawiszowym, jedynie momentami przeradza się w nawałnicę burząc medytacyjny porządek kompozycji. Podobieństwo do dokonań Williama Basinskiego jest momentami wyraźnie słyszalne (‘No Drums’, ‘Studio Suicide, 1980’), jednak Hecker nie wykorzystuje nagrań muzyki liturgicznej – tworzy muzykę świecką głęboko osadzoną w sakralnej atmosferze drewnianego nordyckiego kościoła.

Rejestracja nowego materiału w warunkach koncertowych okazała się strzałem w dziesiątkę. Kompozycje z pomyślnie zaszczepionymi elementami gry na żywo wchłonęły atmosferę nietypowego miejsca nagrań dzięki czemu Ravedeath, 1972, będący zbiorem niespokojnych, pełnych niedopowiedzeń elegii, wyróżnia się spośród płyt Heckera nietypowym brzmieniem oraz fenomenalnym pogłosem. Jak to możliwe, że silnie zniekształcone partie minorowych akordów ginące echem w warstwie szorstkiego pasma białego szumu, które choć brzmią jakby nagrano je na zrzuconym z wysokości pianinie, mogą być jednocześnie tak piękne i obdarzone tak ogromnym ładunkiem emocjonalnym? Jeśli zastanawialiście się kiedykolwiek jak w dniu Sądu Ostatecznego brzmiałyby organy w walącym się kościele i kto mógłby wtedy na nich grać, to myślę, że odpowiedzi nie trzeba szukać daleko.
Kranky | 14.02.2011

4/5

Jonas Reinhardt – Powers Of Audition

Podbój kosmosu na dzień dzisiejszy uważany jest za szczytowe osiągnięcie ludzkiej myśli technicznej. Nic dziwnego, że twórcy muzyki, w szczególności muzyki eksperymentalnej, znaleźli w tym temacie niewyczerpane wręcz źródło artystycznego natchnienia. Nie jest więc przypadkiem to, iż narodziny dźwięków powstałych z tychże inspiracji przypadają na przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia – okres, w którym człowiek zapisał pierwszą kartę historii swej gwiezdnej tułaczki. Ci, którzy podróżować nie mogli, a było ich wielu, musieli zadowolić się psychodelicznym space rockiem spożywanym równocześnie z kolejnymi dawkami narkotyków.

Muzyka grupy Jonas Reinhardt brzmi dziwnie znajomo. Melodyjne gitarowe pasaże przesycone delay’em, piętrzące się na tle ściśle współpracujących z akustyczną perkusją pulsacyjnych rytmów, wytyczonych przez elektroniczny kombajn złożony z sekwencerów i samplerów. Pojawiający się sporadycznie wokal stanowi właściwie dodatkowy element dźwiękowej układanki – mocno przetworzony pełni rolę równorzędnego instrumentu, aniżeli przekaźnika idei zawartych w śpiewanym tekście. Kompozycje rozwijają się powoli, dając tym samym możliwość pełnego zasmakowania w nawarstwiających się partiach instrumentów dołączających do motywu przewodniego. W utworach słychać wyraźne echa dokonań Tangerine Dream, zaś brzmienie instrumentów klawiszowych zdaje się być żywcem wycięte z albumów Jean Michel Jarre’a. Zespół uniknął moich oskarżeń o plagiat sprawnie zszywając własne pomysły ze świeżym spojrzeniem na klasykę. Obrazowo można by przedstawić to tak: Wyżej wymienieni muzycy decydują się na współpracę w czasach swoich największych sukcesów. Robią sobie przerwę wychodząc na godzinę ze studia, w którym roi się od porozkładanego wszędzie sprzętu. Wtedy, z ambitnym postanowieniem stworzenia czegoś nowego, jednak z nieustannie wirującymi w głowie dźwiękami swoich idoli, jakie usłyszeli przed chwilą przez ścianę, do akcji wkracza ekipa Jonas Reinhardt, która korzystając z pozostawionego instrumentarium nagrywa własny materiał.

W efekcie treść pozostała niezmieniona – dostarczanie przeżyć ezoterycznych słuchaczom, bądź po prostu – czerpanie radości z grania i przekazywanie wytwarzanej tym samym energii do naszych uszu. Natomiast, dzięki świeżemu spojrzeniu na temat, forma – choć czasem wpędzająca słuchacza w muzyczne deja vu, zyskała wiele nowego przez syntezę krautrockowej przebojowości z muzyką elektroniczną swobodnie przenikającą się z ambientem. Stąd też utwory takie jak ‘Atomic Bomb Living’, czy też tytułowy ‘Powers Of Audition’ skojarzą się z NEU! na prochach, a w ‘Only You Can Achieve Nitrogen’ oraz ‘Near A Mirrored Pit Viper’ łatwo znajdziemy odbicie twórczości Vangelisa/wczesnego Oldfielda. Zresztą na równi ze słuchaniem dużą radochę sprawia wyławianie inspiracji, jakie wpłynęły na brzmienie tej kalifornijskiej grupy.

Wydawać by się to mogło ryzykowną strategią w momencie, kiedy wiele współczesnych zespołów całkiem skutecznie potrafiło po swojemu zinterpretować szkołę przestrzennego grania odcinając się, jak to tylko możliwe, od dokonań przodków, lub też sprawnie zacierając źródła natchnienia. Ryzyko to jednak opłaciło się – walory artystyczne, jakie prezentują na albumie ‘Powers Of Audition’ podopieczni Kranky Records, górują nad ładunkiem sentymentalnym towarzyszącym muzyce. Cytaty oraz zapożyczenia nie przekraczają granicy zuchwałej kradzieży, a charakterystyczne dla lat osiemdziesiątych sztuczne brzmienie trąbki produkowanej przez syntezator gitarowy oraz analogowe podkłady klawiszowe przeżywają drugą młodość, stając się sprawnie władanym orężem w rękach zespołu łączącego wiele nurtów muzycznych powstałych na przestrzeni lat, których wspólnym mianownikiem była chęć wyniesienia słuchacza w rejony pozaziemskie drogą inną niż robiło to NASA.

Space rocka odkrywać już nie trzeba – zrobili to Brytyjczycy blisko 40 lat temu. Jonas Reinhardt składa hołd gatunkowi, który zespoły takie jak Pink Floyd, czy też wspomniany już Tangerine Dream sukcesywnie eksplorowały na swoich najlepszych albumach, a wiele innych włączyło jego składowe do swojego stylu. Nowa pozycja w katalogu chicagowskiej wytwórni jest skierowana przede wszystkim do tych, którzy z sentymentem powracają do muzyki gigantów tamtych czasów. Zaś dla tych, których odkopywanie kamieni węgielnych minionej epoki nie napawa dreszczem emocji krążek ‘Powers Of Audition’ będzie wymarzoną wprost okazją, aby zapoznać się z ‘nowożytną’ odsłoną kosmicznych wojaży.

Kranky | 15.03.2010

4/5

Tim Hecker – Harmony in Ultraviolet

W 1973 roku dwóch panów używając prymitywnego, lekko zmodyfikowanego magnetofonu szpulowego nagrali dwie, parunastominutowe kompozycje, po czym zadowoleni z efektu, jaki uzyskali, lecz bez większych nadziei na sukces komercyjny swojego dzieła, zapisane taśmy odstawili do archiwum na blisko rok. Tym samym byli jednymi z pierwszych, którzy w świadomy sposób przyczynili się do stworzenia nowego gatunku muzycznego ochrzczonego z czasem nazwą Ambient. ‘No Pussyfooting’, bo o tym albumie mowa, dziś uważany jest za pionierskie dzieło, które pomyślnie przeszczepiło ducha dokonań minimalistów muzyki klasycznej na pole eksperymentów z instrumentami elektronicznymi. Zaś jego twórcy – Robert Fripp oraz Brian Eno – zyskali sobie miano ojców chrzestnych gatunku, który dziś, jak chyba żaden inny, wykorzystuje nowinki techniczne związane z cyfrową obróbką dźwięku.

‘Harmony in Ultraviolet’ momentami przypomina przeszukiwanie pasma radiowego, z tą jednak różnicą, iż naszym celem nie jest znalezienie mocnego sygnału nadającej stacji, a wsłuchiwanie się w to, co znajdziemy w trakcie jej szukania. Nakładające się na siebie szczątkowe melodie zatopione w szumie białym, trzaski potencjometru. Ekspresjonistyczny muzyczny obraz stworzony przez Heckera, wykorzystującego paletę wykreowanych przez siebie dźwięków, uwiedzie nas tym bardziej, im więcej czasu mu poświęcimy. Odrzucenie konwencjonalnych brzmień instrumentów oraz zatarcie większości poszlak mogących naprowadzić nas choćby na słaby trop metrum, w jakim nagrany został dany utwór, może zaowocować eksplozją skojarzeń, którymi nasza świadomość będzie próbowała dopasować słyszane dźwięki do wspomnień wyłowionych z pamięci. Mózg łatwego zadania nie ma, a Hecker zdaje się nie pomagać mu za wiele, z rzadka jedynie puszczając oko tytułami utworów, byśmy w poszukiwaniach nie zapuścili się za daleko (‘Stags, Aircraft, Kings and Secretaries’), lub wskazując skrót ułatwiający mariaż naszych myśli z muzyką (‘Spring Heeled Jack Flies Tonight’). Jednak przez większość podróży będziemy pozostawieni sami sobie, bez asekuracji w postaci okrzepłych, dobrze znanych naszym uszom muzycznych środków wyrazu. Na fale Heckerowskiego ultrafioletu warto wypłynąć pod osłoną nocy, kiedy zarówno światło dzienne jak i wszelkie bodźce jemu towarzyszące, mogące utrudniać odbiór muzyki, nikną.

Wykład o harmonii, jaki prezentuje nam Kanadyjczyk, zaczyna się od quasi-symfonicznej inwokacji, która powoli zatapia się w zniekształconej plamie Herców. Ryk rozciągniętych w czasie akordów walczących o prawo bytu z opadającą na słuchacza kaskadą bezlitosnego szumu drażniącego zmysły po chwili ustępuje balsamicznym, klawiszowym nutom przynoszącym autentyczne ukojenie. ‘Harmony in Blue’ będący swoistym, albumowym katharsis jest ostatnią przystanią przed skokiem w drugą, odmienną nieco stylistycznie część płyty. ‘Radio Spiricom’, zdradzający Heckerowskie fascynacje rockową, gitarową złością jest dobrym przykładem na to, że krucha równowaga między melodią i wirem destrukcji ani na chwilę nie zostaje zachwiana. Album, choć w głównej mierze skonstruowany z kompletnie odhumanizowanych i syntetycznych dźwięków, przez blisko pięćdziesiąt minut oddziałuje na ludzką percepcję będąc niesamowitym transmiterem emocji – nieokreślonego smutku, lęków egzystencjalnych, a nawet strachu.

Finałowa suita wlewająca w uszy coraz to nowe fale spiętrzonej fonii, których interferencja z czasem słabnie, aby ostatecznie wygasnąć, pozostawi słuchacza na środku dźwiękowego Solaris – żywego oceanu będącego tworem równie fascynującym, co trudnym do sklasyfikowania i przyrównania do istniejących już treści.

Kranky | 16.10.2006

5/5