ŻAL – Teodor
Paulina Miedzińska:

Muzyka ŻAL’u jest mroczna u podstaw, a drąży ją taneczne ziarno.

zvλd – Baklava
Maciej Kaczmarski:

Tajemnicze słodycze.

M.E.S.H. – Hesaitix
Paweł Gzyl:

Czy angielskiemu producentowi udało się przeskoczyć nowatorski debiut?

Nadah El Shazly – Ahwar
Łukasz Komła:

Egipska awangarda na krawędzi jawy i snu.

Anja Schneider – SoMe
Paweł Gzyl:

Pierwszy album niemieckiej producentki od dziewięciu lat.

Gajek – 17
Paweł Gzyl:

„17” to tak naprawdę odwrócone „71”.

Fallbeil – Macht Macht Zement
Paweł Gzyl:

Genialni dyletanci powrócili!

Various Artists – Watergate XV
Paweł Gzyl:

Tak się bawi Watergate.

Paul St. Hilaire & Rhauder ‎– Derdeoc
Maciej Kaczmarski:

Spadkobiercy kolektywu Basic Channel.

John Lake – #void
Jarek Szczęsny:

Jan od odczłowieczania.

Blush Response – Infinite Density
Paweł Gzyl:

EBM w służbie techno – i na odwrót.

Burial – Untrue po 10 latach
Redakcja:

Jak oceniamy „Untrue” z perspektywy 10 lat? Jak mocno ta płyta wpłynęła na nas, a jak mocno na elektronikę? Przeczytajcie opinie autorów NM i komentujcie.

Moritz Von Oswald & Ordo Sakhna – Moritz Von Oswald & Ordo Sakhna
Paweł Gzyl:

Mistrz dub-techno i kirgiska kapela ludowa. Co z tego wynika?

Acid Jesus – Flashbacks 1992 – 1998
Paweł Gzyl:

Ponadczasowa klasyka.

Moderat

Dlaczego nie będę płakać po Moderacie? / Moderat – II

Jak pewnie większość z Was wie, a jeśli nie to spieszę być posłańcem złej nowiny (nie mam z tym oporów, a głowy i tak mi nie obetniecie), Moderat kończy swoją działalność (zobacz). Oczywiście, zgodnie z zasadami „instagramowo-viralowo-socialowego” (żyjemy w dziwacznych czasach) savoir vivre, „zawiesza”, ale umówmy się, kończą. I jeśli zagrają kiedyś w przyszłości, to raczej z wiadomych względów – pecunia non olet. W końcu pokazali już gdzie widzą swoją widownię (co z tego, że nie mogą zobaczyć ani jednej twarzy czy emocji, a odbiór następuje przez telebimy (yyh…)). I naprawdę wątpię, że się mylę (choć pewnie chciałabym). Jestem zgryźliwa? Trochę tak, mimo, że jeszcze żaden ząb mi nie wypadł i nie narzekam. Z drugiej strony honorowa niczym Zawisza, nie zamierzam być gołosłowna.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam album „III”, a nieco wcześniej singiel „Reminder”, pomyślałam sobie: „O nie, słało się, „they lost it”” (tak naprawdę wypowiedziałam to nieco innymi słowami, ale dzieci mają dostęp do Internetu i sami rozumiecie, „łódka bols”). Liczyłam głęboko, że może jak posłucham tej płyty dłużej to coś się zmieni, ale ułuda to taka jak to, że coś może trwać wieczne. Nie, nie może. Wszystko jest tylko drogą, piękniejszym lub mniej (fatalnym) odcinkiem z punktu A do B. Dziś to wiem. Choć jak pisał m.in. R.M. Rilke, poniewczasie. „III” to przykład tego co się dzieje, gdy dochodzi do zaprzeczenia. To płyta naprawdę słaba. Wtórna, nie tylko, choć zdecydowanie najbardziej to słychać, jeśli chodzi o „II”. Tak jakby Moderat chciał powtórzyć sukces „II”, grając wszystko to samo tylko od tyłu. Niestety, tak się nie da. A to dlatego, że po prostu nie da się powtórzyć czegoś tak idealnego jak „II”. To muzyczna magnolia. Serio.

I to taka, której rozkwit możemy obserwować w całości. Świetny jest wprowadzający „The Mark” i „Bad Kingdom”. Ale „II” zaczyna się dla mnie gdy słyszę „Versions”. Otwiera się nowy świat. Bardzo delikatna kompozycja, z charakterystycznym rysem Moderata (zauważcie, że ta pętla jakby krążyła w każdym z ich pozostałych utworów). Plus końcowa perkusja. Dabelju-o-dabelju. Następny – „Let It In The Light”. To utwór, który ukoi każde nerwy. W żadnym wypadku nie oznacza to jednak zwolnienia. „Milk”, jeden z najlepiej rozkręcających się numerów jakie znam. I kiedy myślę, że to już, pojawia się ten dziwny zmiksowany „sprzeciw”. A potem to wszystko zaczyna idealnie współgrać. Lubię to, że jest taki długi. Pozwala swobodnie porozciągać myśli. A po nim mój ulubiony „Therapy”, nie tylko z „II”, chyba w ogóle taka ścisła dziesiątka moich melodii. Jest tak wciągający, że czasem nawet kiedy go sobie przypominam w głowie, to nie mogę się skupić na niczym innym (a to u mnie bardzo rzadki stan, co do zasady funkcjonuję na szóstym biegu, na tempomacie, i tak bez przerwy). Plus cudowne przejście, wymierzone w połowie utworu z precyzją właściwą najsłynniejszego wynalazkowi twórcy „panharmonikonów”, J.N. Mälzla czyli metronomu. Dwa kolejne pomijam. I wtedy pojawia się „Ilona”. Nigdy nie wiem czy wpędza mnie w depresję czy w euforię. I to trochę jak cała płyta. Bo ja właściwie do dziś nie wiem, czy ona jest radosna czy smutna, czy do miłości czy do usychania. A może to po prostu jedna z tych płyt, które są blisko Ciebie zawsze kiedy ich potrzebujesz? Tak. To chyba najlepsze podsumowanie. Naprawdę zachęcam Was, jeśli jeszcze nie macie, koniecznie ją kupcie. Prawdopodobnie nigdy już nie będziecie samotni. Po „Damage Done” (opcjonalnie, nie zawszę daję radę), pojawia się zamykający „This Time”. Takie moje happy place. Wszystko jest dobrze. Easy. I dlatego nie będę płakać po Moderacie. Doskonałe już nagrali. A jak wiadomo, lepsze jest wrogiem dobrego. Z kolei robiąc wciąż to samo nie sposób odkryć niczego nowego.

W kolejności opisanej:

PS: 6 sierpnia 2017 roku była dokładnie czwarta rocznica ukazania się tej płyty nakładem Monketown Records. Czwarta rocznica. Niektórzy twierdzą, że to „kwiatowa” (czasem jedwabna). Może, w końcu jak napisałam wyżej, „II” to muzyczna magnolia.

6 sierpnia 2013 r. | Monketown Records

A_GIM – Votulia

Agim Dżeljilji poszedł na solo. Czytaj dalej »

Moderat – III

No i wrócili!  Czytaj dalej »

Przewodnik festiwalowy: Europa

Sprawdźcie nasz subiektywny wybór pięciu drogowskazów na letni festiwal w Europie.

Czytaj dalej »

Before Tauron Nowa Muzyka z Moderatem

Gwiazdą festiwalowej rozgrzewki przed tegorocznym festiwalem będzie trio Moderat, które zaprezentuje swe multimedialne show 29 marca w Galerii Szyb Wilson w Katowicach.

Czytaj dalej »

Podsumowanie 2013 – Maciek Kaczmarski

To był kapitalny rok – najlepszy od 2009. Czytaj dalej »

Jon Hopkins – Immunity

Patrząc na muzyczne CV Jona Hopkinsa, można śmiało stwierdzić, że jest poważnym gościem. Co daje nam jego najnowszy, czwarty solowy album „Immunity”?

Czytaj dalej »

Tauron Nowa Muzyka 2013 – nasza relacja

„Co za techniawa! To są chorzy ludzie!” – powiedział ochroniarz do kolegi, komentując to, co działo się na jednej ze scen tegorocznej edycji Tauron Nowa Muzyka. A co sądzi o festiwalu ekipa Nowamuzyka.pl? Sprawdźcie naszą relację. Czytaj dalej »

Moderat – II

„You cannot kill the 4/4 rhythm of techno… It’s like an evil plant that does not want to die”*

Czytaj dalej »

Będzie nowy Moderat

Niemiecka supergrupa ogłosiła plany wydania drugiego albumu – zaznaczcie w kalendarzu datę 2 sierpnia 2013!

Czytaj dalej »

#5 Tauron Festiwal Nowa Muzyka – relacja

Koniec sezonu urlopowego wcale nie musi być smutny. Piąta edycja Festiwalu Tauron Nowa Muzyka to najlepszy dowód na to, że przedwrześniowy marazm można zamienić na kolorową bajkę pełną wrażeń. To cztery dni wielogodzinnej bibki i przejażdżki, czasem bez trzymanki, po eksperymentalnych dźwiękach.

Koniec sezonu urlopowego wcale nie musi być smutny. Piąta edycja Festiwalu Tauron Nowa Muzyka to najlepszy dowód na to, że przedwrześniowy marazm można zamienić na kolorową bajkę pełną wrażeń. To cztery dni wielogodzinnej bibki i przejażdżki, czasem bez trzymanki, po eksperymentalnych dźwiękach.

To pokazy filmowe, wystawa w Muzeum Śląskim, warsztaty fotograficzne, muzyczne. Tytułem zarysu entourageu: muzyka rozbrzmiewała w jednej z najbardziej magicznych miejscówek w zasięgu krajowym, czyli KWK w Katowicach, która przenosi uczestników w inny wymiar egzystencji niezależnie od pogody.

#5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaNa tle industrialnego krajobrazu zaczarowanego w barwne miasteczko zabawy, chillu i radochy poza trzema scenami, o których będzie za chwilę, prężyły się estetycznie strzeliste ozdóbki terenu w postaci orange-talerzyków, zaległy bufiaste poduchy przygotowane pod chill-out, była okazja do leżakowania (po ewentualnej traumie z przedszkola nie ma śladu), a po geometrycznych pergolach pięły się roślinki. Do dyspozycji były stoiska z vinylami i cd, także w okazyjnych cenach (Mouse On Mars 20 PLN), do odwiedzin zachęcał upstrzony od środka farbkami namiot-pawilon z warsztatami dla dzieciaków.

Sceny

Pod stopami piasek, gdzieniegdzie z powodu pogody zamieniany konsekwentnie w błotko, a na nim mnóstwo pielgrzymujących między kolejnymi atrakcjami festiwalowiczów dzierżących najbardziej popularny na imprezach trunek oraz gastronomia z przepysznymi ruskimi. No i wreszcie muzyka. Dwie duże sceny (Live i Club) oraz trzecia, mniejsza – Redbull. Mniej więcej w tym miejscu zaczynamy zastanawiać się, na jakim etapie są eksperymenty z klonowaniem i czy Dolly ma się dobrze, bo oferta była bogata: od jazzu, nu-jazzu, odprysków instrumentalnego hip-hopu, glitchu, przez rytmy odurzone i duszne, rytmy taneczne, idm, dnb, dub step, nowe disko, minimal w wersji barokowej i electro, przez kompletną kpinę z metrum aż po kameralny koncert finałowy.

Bonobo - #5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaPrzypisywanie stylów zresztą przy niektórych artystach okazuje się pomyłką, bo podczas piątej edycji Festiwalu kilku z nich zafundowało prawdziwe wojaże po odległych meandrach elektroniki i – wymykając się opisom i szufladkom – ustawiło się w szeregu czarnych koni tegorocznego katowickiego big-weekendu. Czy można wyobrazić sobie lepszą końcówkę lata? Zdecydowanie nie.

King Midas Sound

Utwierdzić w tym mógł już koncert King Midas Sound. To był istny miotacz basu. Raz przybliżając się do zakamarków upalonego bristol-brzmienia znanego z albumu, nie rezygnował z niepokojącego tła, częściej energetycznie odcinał się szaleńczymi eskapadami po ostrych kątach hard dub stepu. Tak było przy świetnym „Lost”, który porwał publikę wokalizą, zahipnotyzował trip-hopowo, rozbujał tłum melodyką, by w finale przeistoczyć się w metalicznego potwora, bombardującego porywającą kakofonią. Po tym numerze owacja pełna euforycznych krzyków naprawdę nie dziwiła. Mocne uderzenie i doskonały otwieracz do koncertów. Wata w uszach utrzymywała się dobry kwadrans.

Pantha du Prince

Gdy bębenki powróciły już na swoje miejsce, przyszedł czas na zgoła inną dawkę wrażeń. Pantha du Prince zaczął live-act od swego znaku firmowego – rozdźwięczonych pogłosów, dzwonków, rurek, deszczu ampułek, kropelek i szkiełek. Zakapturzony jawił się niczym szaman-kuchmistrz mieszający w gigantycznym mikserze niezliczoną dawkę słodkich płynów i kryształków. W krainę rozdźwięków stopniowo wprowadził rytm, na ekranie pokazały się ruchome piaski migrujące w takt muzyki, erozja przed oczyma odpowiadała tej słyszalnej, choć jeszcze nie dowierzało się, że to wszystko jest jawą.

Świdrował idmową melancholią, sporadycznie mrucząc basem, ciągle zgrabnie brnąc przez zakręty wdzięcznych loopów i odnóg, rozhulał całe towarzystwo. I zwodził, mistrzowsko zwodził [Why?] – raz nęcąc samą melodyką, gdzie indziej samplując tylko (po)głos linii wokalnej [Why to decide?]. I tylko z tego tytułu można mówić o minimalnym niedosycie, że nie dane nam było wykrzyczeć w zastępstwie Panda Bear „Why stick to the things that Ive already tried?”. Hendrik Weber zdecydowanym ruchem wbił drogowskaz, za którym moim zdaniem powinna podążać współczesna muzyka stricte nowo-klubowa. Wielokrotny ukłon.

Bonobo Live Band

Po solidnej dawce basu i tanecznych brzmień, koncert Bonobo Live Band stanowił z jednej strony ukojenie dla zwojów nerwowych, z drugiej mistrzowskie podtrzymanie festiwalowej roztańczonej atmosfery. Simona Greena aka Bonobo przedstawiać nie trzeba, Bonobo Live Band – wypadałoby. Kolektyw zaprezentował łatwopalną mieszankę trip-hopu, jazzu, soulu, śpiewu. Znane z płyt utwory (set lista skakała między „Days to Come” a najnowszym „Black Sands” z chwilą wytchnienia przy „Noctuary”) rozpisane na spory skład instrumentów, zyskały swą lotność, gęstość i smak. Partie fletu wykonane na żywo uwzniośliły kompozycje, perkusja i saksofon nadały im zdecydowanego tonu, a Andreya Triana oczarowała głosem i wdziękiem.

Bonobo - #5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaO tym, że gitara basowa to nowe wcielenie Bonobo, przekonał nas on sam, zarówno dodając głębi swym kompozycjom, jak i publicznie złożoną deklaracją pod koniec występu „Guitar is my new wor(l)d”. Rozkołysanie magią brzmienia intensywniało z utworu na utwór, przy jednym z moich faworytów „Kong” rozbujana była już cała publiczność. Jednak prawdziwe szaleństwo przypadło na bisy: rewelacyjne solówki na perkusji (Jack Baker) i saksofonie (Mike Lesigre) wyfrunęły zwiewnym „El Toro”, a fraza-faworyt z poprzedniej płyty „Well we cant change the world, we sure can change the way we live” („Between the Lines”) to najlepsze zakończenie koncertu Bonobo, jakie mogłam sobie wymarzyć.

Bonobo - #5 Tauron Festiwal Nowa MuzykaMożna by snuć fantazje, jak poprowadzić ciąg dalszy, kim i w jakim stylu, lecz kojące – jednak – rytmy wg koncepcji Greena okazały się dobrym podkładem pod czekające festiwalowiczów zresetowanie porządku wszechświata.

Autechre

Autechre to występ osobny, dosłownie. To czysta kpina z tempa i harmonii. Booth i Brown zgodnie ze swoją ideą, by nastawić słuchaczy na odbiór tylko i wyłącznie dźwięków, zamknęli się w kompletnej ciemności w pionowo ustawionych „trumienkach”, świdrując jedynie dwoma zielonymi punkcikami niczym dwa alieny. Swój kosmicznie wyobcowany live-act poprowadzili wg patentu współakcentowania bitów 100 uderzeń na minutę i wolniejszych, z jednoczesnym atakiem, który niektórzy pamiętają ze składanek Thunderdome – na ucho powyżej 180 bpm.

Zaryzykuję stwierdzenie, że do Autechre można było potańczyćCały knyf polegał na tym, że dla każdego coś innego mogło stanowić pierwszy plan i, niezależnie od tempa, fanom radochę niewątpliwą sprawić mogły słyszalne zapożyczenia klimatyczne z niefrasobliwych melodii „Incunabuli”, melancholijne pasaże z czasów „Amber” czy bezkompromisowe szatkowania i serie z karabinu z przedostatniego etapu twórczości. Zaryzykuję stwierdzenie, że do Autechre można było potańczyć (co nie jest takie oczywiste, jak dwa lata temu, również w Katowicach): kto śmiał zmierzyć się z arytmią, mógł odnaleźć proste pociągnięcia na sporadycznych jungleowych podkładach czy pożyczkach z minimalu.

Najlepiej jednak chyba było się poddać. Na węglu, pod niebem, gwiazdami, jednak odcinając i te ostatnie czarne wrażenia-przeszkadzajki, po prostu zamykając oczy, pozwolić Autechre zesłać łaskę autentycznej kontemplacji (jednak) chaosu, zmierzenia z własną wyobraźnią i ledwo próby wejścia w ich zimny, pogmatwany zaświat. Warto, Ae-bsolutnie.

Pink Freud, Bibio

Wchodzących na teren kopalni drugiego dnia powitała piękna pogoda i ucieszny widok sportowych igraszek (frizbi, mini piłka nożna, konkursy w zarzucaniu świecących rurek jak najwyżej na drzewach), a w tle słyszana końcówka (a szkoda, bo ciekawa) jazzowo-eksperymentalnych Pink Freud. Gusta skierowały jednak znów na Club Stage, gdzie Bibio okazał się artystą wielowarstwowym: w całym jego livie dał się zarysować głosowo-rytmiczny koncept. Pominął elementy folk-tronikowe i zaproponował jazdę po wokalnych samplach – od otwierających dziecięcych, rozmytych pogłosików leżakujących na ambientalnych, wysokotonowych wdzięcznościach, przez wstawki mówione (filmowe?) i śpiewane męskie i damskie, które okraszały jedną z lepszych wycieczek od hip-hopowej bazy, przez dub-step i energetyczny idmowy flow, zakłócany glitchowymi przesterami, aż po wesolutki funk i metaliczne disco.

Miękkie i jasne dźwięki urozmaicały błąkające się w powietrzu bańki mydlane i migoczące na ekranie plamki światełek słońca, które przedzierając się między chmurkami, wiatrem i liśćmi, dopełniały idyllicznych wrażeń. By słodkości nie było jednak za dużo, gdy tylko zapadł zmrok, Bibio doskonale skłócił ze sobą tempa, pociął pogłosy, przemieszał nastroje. Prawdziwą niespodziankę, taką z okolic euforii, sprawił wariacją na temat kultowego „Hitchhikers Choice” Minilogue, by w finale zgnieść nas hitami dub stepu. Bezapelacyjnie jeden z barwniejszych sobotnich live-actów po raz pierwszy.

Nosaj Thing

Wspomniany eklektyzm kontynuował na Club Stage Nosaj Thing, dzięki czemu okazał się dla niektórych największą niespodzianką festiwalu. Poza świetnie poprowadzonym spacerkiem po gatunkach i tempach, uwagę zwracała synchroniczność dźwięków i obrazów. Najpierw ukołysał tłum mięciutkim idmem i kojącymi wizualizacjami, by po chwili wplątać kanciasto ciosane bity, szafować basem, przy których to, co dla oka łagodne i obłe, zmieniało się w ostre i kwadratowe.

Zakłócał i urozmaicał linearny rozwój akcji i nastrojów. Pod koniec występu i ku zadowoleniu publiki znalazło się miejsce na „Islands” The XX czy ucieszne nu-rave i retro disco-funk skąpane we współcześnie obowiązującej chmurce basu. Bezapelacyjnie jeden z barwniejszych sobotnich live-actów po raz drugi.

DMX Krew

Świetnym, energetycznym pomostem line-upowym między rozkręcającymi imprezę Bibio i Nosaj Thing a wyczekiwanym przez wielu Moderatem, okazał się solowy projekt Brytyjczyka Edwarda Uptona aka DMX Krew. Właściwie już na poziomie wizualnym można wyobrazić sobie jego świat: klasyczne klubowe geometryczne, pulsujące wzory, technoidalne napisy, grafitti. To kraina retro-electro bez kompleksów czerpiąca z chłodu Kraftwerk, lecz podana z olbrzymim dystansem i mrugająca okiem w old-schoolowym stylu disco / breakbeat. Set bogaty w fikuśne sample, chwytliwe melodyjki, robotycznie wypowiadane na żywo przez Uptona kwestie, wycisnął z ludzi siódme poty i wzniósł na dziesiąty level wariacji. Naprawdę trudno orzec kto bawił się lepiej, publika czy on. Wstrząsająca electro-bomba.

Tak rozochocone towarzystwo mogło oddać się najbardziej spektakularnej dawce optyczno-dźwiękowych bodźców przygotowanej przez wspólny projekt Apparata i duetu Modeselektor.

Moderat

Oceniając na oko Moderat skupił najliczniejszą publiczność i na pewno wywołał największy (obok piątkowego Bonobo Live Band) entuzjazm. Inaczej ocenia się pierwszy, a inaczej któryś z kolei występ projektu. Ten ostatni mógł już odrobinę nużyć materiałem serwowanym „z płyty”, zatem zamiast tańców i hulanek, obeznani z show mogli oddać się odsłuchowi, który – jak głosi prastara prawda – najlepiej trafia do układu nerwowego, gdy wyłączy się wzrok. Patentu tego nie polecam jednak osobom obcującym z Pfadfinderei po raz pierwszy, bo makro wizualizacje jego autorstwa, operujące z reguły konkretem (w odróżnieniu od popularnych mikro-abstrakcji) to integralna część projektu Moderat. Niezależnie od liczby odsłuchów albumowy materiał wykonywany live zawsze zdecydowanie zwyżkuje.

Ów – dla nich – charakterystycznie połamany bit uroczo miotający się między nu-ravem a dub stepem wciąż porywa tłumy, a „A New Error”, „Rusty Nails”, „Seamonkey” czy „No. 22” to niekwestionowane euforiogenne hity. Urozmaiceniem set listy okazał się ukłon w stronę działalności Modeselektora, czyli „Prototype” Headhuntera, zremiksowany przez duet w ubiegłym roku; gdy dodać do tego zagrany pod koniec utwór, zdaje się – nowy, pozostaje trzymać kciuki za dalszą współpracę kwartetu, bo okazał się być prawdziwą gwiazdą nie tylko tego festiwalu. Także na poziomie kontaktu z publicznością. Obserwując zachowanie tłumu, śmiało można stwierdzić, że Moderat to dziś najbardziej wyrazisty pomost łączący nowe brzmienia z prawdziwą muzyką dla mas.

Prefuse 73 & Aukso Orkiestra

Tytułem połączeń nie sposób pominąć koncertu finałowego Prefuse 73, czyli Guillermo Scotta Herrenna z kilkunastoosobową tyską orkiestrą kameralną smyczkową Aukso, pod batutą Marka Mosia i żywą perkusją majaczącą zza kotary światło-cienia. W wejściu do kolejnego atmosferycznego miejsca, jakim jest Szyb Wilson w dzielnicy familoków, przybyszów witał obraz Lenina w gwiazdorskiej czapie. Za ciemną kotarą jednak kończyły się żarty, a czekał projekt, który Scott Herren przygotował specjalnie na tę okazję: „The Predicate Compositions: An exploration in orchestral and preparedelectro acoustic movements”.

Partie skrzypiec i altówek, kwartetu wiolonczelistów, kontrabasu zaprosiły słuchaczy do muzycznej refleksji i fazy wyciszenia. To nie był punkt kulminacyjny, lecz przepiękny, kinematograficznie brzmiący finał festiwalu, tkwiący w pamięci niczym kropka nad i, która pokazuje, że elektroniczne efekty (generowane przez Prefuse 73 szelesty, podmuchy, ambientowe tła, niemal anielskie, lecz zawsze drugoplanowe, chóry), potrafią wzbogacić klasykę o surrealistyczną przestrzeń, a tej ostatniej nic tak nie animizuje, jak to, co prawdziwe i namacalne. Powagę sytuacji łamały sporadycznie igraszki smykami, zabawy pauzami i brzytwiaste cięcia. Obiecano też nam, że jeśli organizatorzy zaproszą Guillermo po raz drugi, poprosi się go o skomponowanie bardziej rytmicznych utworów. Czy rzeczywiście trzeba?

Dub Mafia

Nagłośnienie festiwalowych scen wypadło bardzo dobrze. Scena klubowa odpowiednio bardziej zaopatrzona w większą dawkę basu w stosunku do sceny Live, lecz jednocześnie potrafiąca oddać wysokotonową specyfikę brzmienia Autechre czy DMX Krew. Live Stage chwalili sami artyści. Wokalistka Dub Mafii obiecała w świat przyjaciół nieść wieść, że na Festiwal Tauron Nowa Muzyka absolutnie warto i trzeba się wybrać. Kto jak kto, ale ludzie rozkochani w drumnbasie potrafią to (d)ocenić. Swoją drogą zespół zaprezentował prawdziwy szaleńczy gig z potężną i pozytywną energią wspomnianej Evy Lazarus na wokalizie – odcinającej się od wyalienowanego, królującego dub stepu, za to uosabiającą prawdziwą, dnbasową magię płynącą prosto z serducha i krwi – gdyby sparafrazować entuzjastyczne słowa tej przesympatycznej pani.

Należy się również olbrzymi socjalny plus dla ekipy Dub Mafii, która mimo napiętego planu koncertowania, ostatniej nocy poszła w miasto i hasała do późnych godzin nocnych z nami na afterowym parkiecie. Była też okazja poobcować z Gonja Sufi i pogadać, nawet jeśli odbyło się to tylko na migi ;-). Nawiasem mówiąc trudno stwierdzić, czy był zadowolony z publiki, którą zachęcał do wspólnego śpiewania i czy audytorium było usatysfakcjonowane Gonją (różne opinie krążą), ponieważ po trzech utworach uznałam, że zdecydowanie wolę go w domowym i albumowym wydaniu i nogi poniosły gdzie indziej….

Skoro już jesteśmy przy after-parties, trzeba ukłonić się w stronę klubu Flow. Podobnie jak w ubiegłym roku zaserwowali świetną chwilową odskocznię od ściśle pojmowanych nowych brzmień, przeplatając w zależności od wieczoru basy, hip-hopy i housey, prawdziwą frajdę sprawiając jednak ostatnim festiwalowiczom setlistą podczas trzeciej wspólnej nocy.

Ta, naszpikowana wszech-hitami – Donna Summer, Timo Maas, Faithless, Madonna, David Bowie, Metallica, The Doors, stare The Prodigy i The Chemical Brothers, Moloko & many, many more – okazała się być najbardziej uroczym zwieńczeniem festiwalowych szaleństw, jakie można sobie wyobrazić. W dodatku pokazującym ciągłość muzyki (nie tylko) klubowej z nowymi brzmieniami, których wspólnym elementem są po prostu kolejne pokolenia ludzi.
Do zobaczenia za rok.

Za zdjęcia dziękujemy Maćkowi Krügerowi.