BNNT is Michał Kupicz – Multiversion #2
Jarek Szczęsny:

Część druga.

Coil – The Gay Man’s Guide To Safer Sex +2 OST
Ania Pietrzak:

Absolutne kuriozum!

Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.



Nils Petter Molvaer

Geir Sundstøl – Brødløs

Żyły sobie avant-folk i ambient między Warszawą a Alabamą. Czytaj dalej »

Eklektik Session Wrocław 2018 – relacja

Na przecięciu wyjątkowej muzyki, miejsc i emocji – warto łączyć, a nie dzielić! Czytaj dalej »

Eklektik Session #5 – Nils Petter Molvaer / Eivind Aarset / Samuel Rohrer / Eklektik Orchestra

Zbliża się tegoroczna odsłona wrocławskiego festiwalu Eklektik Session, który odbędzie się między 5 a 7 października. W dzisiejszym odcinku przybliżamy bohaterów finałowego koncertu: Nils Petter Molvaer, Eivind Aarset i Samuel Rohrer. Czytaj dalej »

Eklektik Session 2018 Wrocław

Trzy wyjątkowe lokalizacje i dwudziestu artystów z USA, Norwegii, Niemiec, Szwajcarii oraz Polski – znamy program Eklektik Session! Festiwal odbędzie się między 5 a 7 października 2018. Czytaj dalej »

3 pytania – Nils Petter Molvaer

Skandynawski mistrz trąbki odpowiada na nasze pytania – krótko i na temat. Czytaj dalej »

Punkt Eklektik Session Festival + konkurs

Nils Petter Molvaer oraz wybitni muzycy/producenci z Polski i Norwegii spotkają się we Wrocławiu. Czytaj dalej »

Jazz na bezdrożach

[/wide]

Dyskografię The Cinematic Orchestra, Skalpel i Jaga Jazzist znasz już na pamięć, tęsknisz za starymi albumami Amon Tobina, ostatnia płyta Bonobo nie była tym, na co czekałeś, a nu jazz wydaje Ci się gatunkiem zagrożonym, o ile już nie wymarłym? Zapraszam do lektury subiektywnego przewodnika po dziesięciu godnych uwagi albumach, na których jazz jest tylko punktem wyjścia do różnogatunkowych, nowomuzycznych fuzji.

 

Bruford Levin Upper Extremities – Bruford Levin Upper Extremities (Discipline Global Mobile | 1999)

Wspólny projekt Davida Torna, tytana gitarowej muzyki eksperymentalnej, z sekcja rytmiczną King Crimson ad 1981 był tylko kwestią czasu po tym, jak znaleźli wspólny język podczas nagrywania płyty „Cloud About Mercury”. Poszło nadzwyczaj dobrze – „B.L.U.E” aż kipi od ciekawych pomysłów wystrzegając się przy tym dłużyzn i dźwiękowych mielizn. Zabójczo przebojowy „Etude Revisited”, marszowy „Original Sin”, ambientowy „Thick With Thin Air”, czy wreszcie free jazzowy “President’s Day” – każdy urzeka na swój sposób prezentując przy tym niepodległą wizję tego, jak wiele muzycznych odcieni może posiadać zespół pozostając przy tym brzmieniowo spójny.

Największym zaskoczeniem jest tu obecność Chrisa Botti. Zagadką pozostanie dla mnie to, jak ten kojarzony przede wszystkim ze smooth jazzem i dobrze skrojonymi garniturami trębacz został wciągnięty w tak wywrotowe towarzystwo. Spisał się jednak znakomicie i odkąd znam B.L.U.E złego słowa o nim nie powiem. Jego tęskny „A Palace Of Pearls”, o atomowym „Etude Revisited” nie wspominając, powinien zamknąć usta wszystkim malkontentom.

Tu nic nie jest oczywiste – rytm łamany jest w metrum, za którym trudno podążać stukając nogą, a riffy i solówki gitarowe brzmią tak, jakby wykradziono je z tajnych laboratoriów NASA. W ciągu dwóch lat projekt B.L.U.E zdołał zdefiniować endemiczne brzmienie, zebrać dobrą prasę oraz zainteresować swoją twórczością fanów zarówno jazzu, jak i rocka. Dla nienasyconych pozostaje „B.L.U.E Nights” – dwupłytowy album dokumentujący trasę koncertową, na którym tematy znane z produkcji studyjnej rozkwitają życiem równie bujnym, co niespodziewanym.

 

Esbjörn Svensson Trio – Leucocyte (The ACT Company | 2008)

Godzinna podróż po dziewięciu kręgach piekła. Elektroniczna preparacja brzmień fortepianu, kontrabasu, a nawet perkusji jest tu wszechobecna. Zamykający album, rozbudowany do trzydziestu minut kwadryptyk, tytułowy „Leucocyte”, jest prawdziwym wyzwaniem dla wielbicieli muzyki jazzowej z nieprzystępnych peryferii tegoż gatunku. „Ab Initio”, z wściekle ryczącym kontrabasem, mógłby śmiało pełnić funkcję soundtracku kluczowej sceny filmu noir bez happy endu – wpisując się klimatem w kliszę czarno-białego filmu imponuje dynamiką oraz umiejętnie rozwijaną dramaturgią. Naprawdę trudno uwierzyć, iż to, co słyszymy jest improwizacją, wytworem chwili, a nie przemyślaną i w pełni dopracowaną kompozycją.

Bezpośrednio związany z nim „Ad Mortem” powinien zostać obrany za encyklopedyczny przykład muzycznego turpizmu. Wijące się boleśnie, zniekształcone dźwięki kontrabasu oraz fortepianu podświadomie wymuszają wręcz do zmiany tego utworu na następny. Pozostając jednak świadkami tej dantejskiej męki usłyszymy coś, co przyrównać mogę, jeśli posłużyć się muzyczną onomatopeją, do żałobnego płaczu dusz umęczonych. Muzyka ta drażni psychikę, porusza każdy nerw ciała. Muzyki takiej jak ta warto szukać czasem całe życie.

Jednego dnia zespół promuje swoją przebojową, upajającą pięknymi melodiami płytę „Tuesday Wonderland”, a kolejnego zamyka się w studio, by eksplodować agresją, brzydotą i brudem z taką siłą, iż termin ‘jazzowa improwizacja’ zdaje się być jedynie jałowym, nieadekwatnym określeniem. Nikt wcześniej nie dotarł tak daleko przekraczając w jazzie granice gatunkowe. Ambient, glitch, noise, post-rock będące nośnikami uczuć tak namacalnych, że wydają się być własnymi.

 

Portico Quartet – Knee-Deep In The North Sea (Babel Label | 2007)

Portico Quartet jest jednym z tych zespołów, których pierwszy album wystrzelił bezpośrednio do jazzowej forpoczty. Rozpoznawalne brzmienie grupy oparte jest przede wszystkim o Hang – instrument będący tworem stosunkowo nowym, który łączy w sobie dynamikę perkusji oraz melodyjność przytłumionych cymbałów. Mający na swoim koncie dwa albumy studyjne Portico Quartet ucieka od wszędobylskiej elektroniki zadziwiając świeżym spojrzeniem na jazz akustyczny nie stroniąc przy tym od odważnych eksperymentów. Muzyka romantyczna, tęskna i delikatna. Chciałby się powiedzieć, iż idealna do kieliszka wina i dobrej książki, lecz jest na to zbyt absorbująca – co świadczy tylko na jej korzyść.

 

Kazutoki Umezu Kiki Band – Alchemic Life (Not Two Records | 2008)

Rytmicznie – brutalny, synkopowany hard rock. Instrumentalnie – bałkańskie melodie i tonacje zaczerpnięte z Bliskiego Wschodu łamane iście coltrane’owską furią przez saksofon Kazutokiego, który na scenie o prawo bytu walczyć musi z huraganem gitarowych riffów i solówek Kido Natsuki. Kazutoki Umezu Kiki Band, mająca na swoim rachunku osiem płyt długogrających, to grupa złożona z muzyków znanych w rodzimym kraju głównie z projektów niekomercyjnych, undergroundowych, z wykluczeniem lidera, który w Japonii, a także na świecie, jest ceniony za swój eklektyczny styl gry oraz artystyczną płodność, czego odzwierciedleniem była współpraca z tak odległymi od siebie muzycznie artystami, jak John Zorn oraz B. B. King.

„Alchemic Life”, zarejestrowany na żywo w krakowskiej Alchemii, prezentuje zespół zaskakujący kalejdoskopem egzotycznych inspiracji opasanych rockową werwą i jazzowym polotem. Goście z odległego o osiem i pół tysiąca kilometrów kraju szybko rozkochali w sobie publiczność łamanym angielskim oraz przede wszystkim wybuchowym, scenicznym temperamentem. Nie mówiąc wcale na wyrost – Weather Report XXI wieku.

 

Erik Truffaz – The Walk of the Giant Turtle (Blue Note | 2003)

Erik Truffaz tylko pozornie depcze po piętach Molværowi. Jego muzyka, choć nierzadko flirtująca z elektroniką, odznacza się większą dbałością o pracę sekcji rytmicznej oraz mniej uduchowionym podejściem do dźwięku, a jeżeli już, to jest to jazz zakonników lubiących sobie trochę wypić, aniżeli tych pogrążonych w modlitwie. „The Walk of the Giant Turtle” aspiruje do czegoś więcej, niż kolejnej pozycji na półce z naklejką ‘acid jazz’. Charakter płyty można śmiało określić jako schizofreniczny – obok siebie znaleźć można utwory takie, jak „Next Door”, wręcz żywcem wyjęty z „On The Corner” Milesa Davisa, czy „Scoody, Pt. 2”, o lekkiej, miło bujającej się melodii prowadzonej przez trąbkę. Truffaz potrafi zaczarować atmosferę snując senne wici równie umiejętnie, co Molvær, by zaraz zaatakować kaskadą agresywnie szarpanych arpeggiów. Dobra płyta, by poszerzyć swoje jazzowe horyzonty o ciekawego artystę z dyskografią zapewniającą godziny dobrej muzyki na nadchodzącą jesień.

http://www.youtube.com/watch?v=tfODVm1StlQ

 

King Crimson – Live at Summit Studios, 1972 (Discipline Global Mobile | 2000)

Rok 1972 upłynął King Crimson na promocji płyty „Islands” w Stanach Zjednoczonych. Cóż jednak z tego, skoro to, co nagrane nie za bardzo pokrywa się z koncertowym obliczem grupy. Zasłuchany w nagraniach Coltrane’a Ian McDonald oraz coraz szybciej dryfujący w stronę jazzu Robert Fripp byli nie lada kontrapunktem dla sekcji rytmicznej zakochanej w muzyce bluesowej. Tym samym, prócz utworów studyjnych utrzymanych w klimacie mocno jazzującym, publiczność zebrana w Summit Studios mogła wysłuchać rozbudowanych improwizacji, które nijak mają się do łatki „rock progresywny” oraz „ci od 21st Century Schizoid Man”, jakie przyschły do tego zespołu zdaje się na stałe.

Koncert ten rejestruje niesłychanie krótki fragment istnienia zespołu, kiedy to funkujący saksofon, chrobotliwe akordy oraz obijany na wszelkie sposoby hi-hat były na koncertowym porządku dziennym. W tej formie zespół nie przetrwał długo – po zakończeniu trasy ad 1972 zapadł się pod ziemię, by powrócić w nowym składzie z „Larks’ Tongues In Aspic” oraz „Red”. Świetny jazz-rock w kryształowej jakości dźwięku.

 

Nils Landgren / Esbjörn Svensson – Swedish Folk Modern (The ACT Company | 2004)

Fortepian, puzon i cisza. Szwedzki folk jest jedynie tematem, punktem wyjścia, do dialogu dwóch wybitnych instrumentalistów interpretujących rodzimy dorobek kulturowy – psalm („Hymn: Morgon Mellan Fjallen”), rapsodie („Midsommarvaka”), tudzież taniec narodowy o znajomo brzmiącej nazwie polska („Lap-Nils Polska”). Poprzetykane kompozycjami autorskimi urzekają nastrojem oraz dynamiką, które na „Swedish Folk Modern” pozostają w niespotykanej nigdzie indziej równowadze.

Album otulony jest aurą, której nie śmiem opisywać słowami „melancholijny”, „smutny”, „żałobny”. Uczucie nieobecności bliskiej nam osoby miesiąc po jej pochówku, lub wspomnienie dawno minionych, ważnych w naszym życiu chwil, do których wrócić można jedynie dzięki zawodnej i nieustannie płowiejącej pamięci, lepiej opisują nastrój „Swedish Folk Modern” – nazwany, jednak bliżej nieuchwytny. Kameralny, wyciszony, kontemplacyjny album.

 

Nils Petter Molvær – Khmer (ECM Records | 1997)

Trębacz samotnie wędrujący pośród analogowych, wielościeżkowych podkładów, niestroniący przy tym od modulacji brzmienia swojego instrumentu. Molvær, dzięki stylowi gry oraz unikatowym pomysłom, został jednym z ojców chrzestnych wtedy dopiero definiowanego nu-jazzu, „Khmer” zaś – pierwszym fragmentem w jego muzycznym genotypie. Fuzja jazzu, ambientu, downtempo i muzyki trance w formie tanecznej oraz medytacyjnej o lekko orientalnym zabarwieniu. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich zasłuchanych w The Cinematic Orchestra, czy Jaga Jazzist, którzy jakimś cudem nie zetknęli się jeszcze z twórczością Molværa.

 

Waldeck – Ballroom Stories (Dope Noir | 2007)

Klaus Waldeck zadzwonił niegdyś do Parova Stelara, pytając, czy ten nie ma nic przeciwko, by spróbował nagrać album utrzymany w klimacie electroswingu – gatunku, nad którym Stelar pracował od początku swojej kariery. Taka jest geneza roztańczonej, przebojowej płyty „Ballroom Stories”, na której odżywa jazz lat 40tych oraz 50tych – zintegrowany z trip-hopem, muzyką downtempo oraz dub, lekko tylko przyprószony elektronicznymi ozdobnikami, stanowi rdzeń tej produkcji. Od deszczowych brzmień noir, przez tango i swing, aż po nowoorleańskie marsze. Idealne na imprezę wolną od radiowych jętek.

 

Jansen/Barbieri/Karn – Playing In a Room With People (Medium Productions Limited | 2001)

Płyta art-rockowa z jazzowymi inklinacjami. Artyści, znani przede wszystkim ze stałej współpracy z Davidem Sylvianem, chcąc pochwalić się dorobkiem autorskim zainicjowali wspólną trasę koncertową. Zarejestrowany występ odznacza się znakomitym doborem kompozycji, z naciskiem na budowanie mistycznego nastroju smugami dźwięków generowanych mocą analogowych syntezatorów wspartych karkołomnymi riffami basowymi. Dodając do tego iście gilmourowskie solówki w wykonaniu Stevena Wilsona oraz eteryczne partie klarnetu/saksofonu Theo Travisa „Playing In a Room With People” jawi się jako album dla tych wszystkich, którzy ciągle poszukują brakującego ogniwa między muzyką jazz-rockową, a ambientem.