Kompozyt – Hybridism
Jarek Szczęsny:

Rozbudzić może uśpione pokłady filozoficznej głębi.

New Rome (Tomasz Bednarczyk) – New Rome
Ania Pietrzak:

Nowe oblicze wrocławskiego producenta.

Catnapp – Break
Paweł Gzyl:

Basowe piosenki.

Joshua Sabin – Sutarti
Paweł Gzyl:

Zew z litewskich lasów.

Thom Yorke – Anima
Maciej Kaczmarski:

1997-2019-2049?

Koza – Mystery Dungeon
Jarek Szczęsny:

Moby Dick.

D. Carbone – A.C.A.B.
Paweł Gzyl:

D. Carbone idzie na wojnę.

Fire! Orchestra – Arrival
Jarek Szczęsny:

Zrobiło się ciszej.

SØS Gunver Ryberg – Entangled
Paweł Gzyl:

Ciekawie, ale za krótko.

Palmer Eldritch – [dog]
Jarek Szczęsny:

Nieustanny proces chwalenia.

LSD – Second Process
Paweł Gzyl:

Kreatywna kooperacja czy skok na kasę?

Lena Andersson – Söder Mälarstrand
Paweł Gzyl:

Owoc studyjnego spotkania Eomaca i Kyoki.

Michał Miegoń & Adam Witkowski – Dwuja
Jarek Szczęsny:

Zawsze słucha się inaczej.

Lost Few – Between The Silence
Paweł Gzyl:

Muzyka na poprzemysłowe przestrzenie.



Oneohtrix Point Never

Oneohtrix Point Never – Age Of

Piosenki – tak. Koncept – nie. Czytaj dalej »

Ryuichi Sakamoto – Async-Remodels

Pomnik ze śmiercią w tle. Czytaj dalej »

Oneohtrix Point Never – Good Time OST

Oryginalna ścieżka dźwiękowa. Czytaj dalej »

Rob Mazurek wymienia swoje ulubione albumy 2013 roku

Złota dwunastka jazzmana.

Czytaj dalej »

Podsumowanie 2011 – Filip Szałasek

Dziesięć albumów, które najsilniej działały na moją wyobraźnię w 2011. Selekcji dokonałem z około 400 płyt przesłuchanych w ostatnich 12 miesiącach. Zainteresowanych pozostałymi 50 typami zapraszam tutaj. Choćby skrótowe wzmianki o tak pokaźnej liczbie tytułów wydały mi się nierozsądnym naginaniem łamów serwisu. Przyjemnego wspominania albumów już znanych i wielu przygód z premierami w Nowym Roku!

10. Nicolas Jaar – Space Is Only Noise (2011, Circus Company)

Na początku 2011 tak znaczny procent słuchaczy potrzebował odwrócenia uwagi od Blake’a, że Jaar został okrzyknięty jego rywalem, pomimo oczywistej nieprzystawalności stylistycznej obu debiutów. Minął niemal rok i mało kto trzyma się jeszcze tego awaryjnego układu sił. Osobiście postrzegam Blake’a  jako jedno z ciekawszych *wydarzeń* tegorocznej fonografii, lecz nie kojarzę go z muzyką, pomimo wielokrotnie manifestowanej przezeń muzykalności.  Jaar nie rozdrabniał się na wątpliwych frontach i, zamiast współpracować z Bon Iverem przy produkcji kolęd, wypuścił w momencie najbardziej korzystnym marketingowo EPkę zapowiadającą album nowego side-projectu. Darkside na powrót podsyciło ów delikatny, a w dodatku niebezpiecznie przyćmiony upływem miesięcy, żar obecny na „Space Is Only Noise”. Także Jaara pamiętam.

09. Chris Schlarb – NightSky Soundtrack (2011, Asthmatic Kitty)

Wyrafinowane kompozycje oparte na dźwiękach akustycznych instrumentów jako tło dźwiękowe gry polegającej na przetaczaniu czarnej kulki przez różne scenerie, to raz. Dwa: utwory o jazzowej proweniencji, pomyślane tak, by zachowały spójność nawet puszczane z głośniczków konsoli w całkowicie losowym porządku, zależnym jedynie od postępów gracza. Trzy – każdy utwór może zostać w przypadkowym momencie przerwany ciszą, o której nastaniu i przedłużaniu się zadecyduje algorytm całkowicie niezależny od zamierzeń kompozytora. Cztery, że kompozytorem miriady towarzyszących czarnej kulce miniaturek jest muzyk, który, obracając się w rozmaitych estetykach psych-, nie nagrał  wcześniej utworu trwającego mniej niż 5 minut.

Długo czekałem na tak Borgesowski koncept. Przy odpowiednio bujnej wyobraźni można by nakręcić film o muzyku zaangażowanym w nagrywanie soundtracku „NightSky”. Pomysł jest tak napastliwie fajny, że samej muzyki słucha się z wielkim uśmiechem, który powoli zamiera na ustach, kiedy okazuje się, że Schlarb stworzył diaboliczny dźwiękowy labirynt w stylu Jumanji i Zathury – jakieś osobne światy, w których zmysły, tożsamość i rozum są tłamszone do postaci czarnej kulki, przemierzającej samotnie przerzeczywiste scenerie.

08. Cabladies – Renewable Destination (2011, Students of Decay)

Można z łatwością wskazać multum nagrań, które w pewnych momentach życia funkcjonują jako amulet lub zwyczajnie kompania, by z czasem, nasycone esencją chwil, których były obsadką, osunąć się w wartość ściśle sentymentalną. Mniej jest natomiast albumów, które pozostają samotną wyspą, terytorium zazdrośnie, a czasem po prostu złośliwie, strzeżonym przez obwarowania niwelujące wyjściową naiwną próbę kontaktu. Już przed pierwszym podejściem wiadomo, że „Renewable Destination” nie doczeka się recenzji w dużych serwisach płytowych. Jeśli jakikolwiek komentarz pojawi się na przykład na Pitchforku, jako aplauz dla uprzystępnienia przez Caboladies swojej propozycji artystycznej, będzie to potwierdzający regułę wyjątek. W Polsce (rzucam wyzwanie) rzecz jest praktycznie nie do pomyślenia.

Caboladies, nawet jeśli faktycznie nagrali swoją najbardziej efektowną, a więc, przynajmniej w teorii, także najbardziej przystępną płytę, pozostają samotną wyspą pośród archipelagu podobnych im tysięcy. Praca Erica Lanhama i Chrisa Busha jest jednak w wielu istotnych kwestiach bardzo podobna na przykład do działań Szkotów z Boards of Canada czy, idąc dalej, Autechre, Black Dice i innych klasyków wizyjnego hermetyzmu, których działania musimy uzgadniać jako muzyczne, żeby nie przeszły chyłkiem do repertuaru specjalistów od dziedzin podejrzanych bardziej od pisania o muzyce.

07. Steve Hauschildt – Tragedy & Geometry (2011, Kranky)

Medytacje o coraz rozleglejszej ewolucji: o księżycu niewidzialnym w rozpoczynającej się pierwszej kwadrze, zbliżającym się do perigeum: o nieskończoności rozpylonej, roziskrzonej, nie skondensowanej mlecznej drogi, dostrzegalnej przy świetle dziennym przez obserwatora umiejscowionego pod niższym wylotem cylindrycznego komina, zagłębionego 5000 stóp pod powierzchnią ziemi w kierunku jej środka: o Syriuszu (Alpha w Canis Major) odległym o 10 lat świetlnych (57.000.000.000.000 mil) i posiadającym objętość 900 razy większą niż nasza planeta: o Arkturusie: precesji punktów równonocnych: o Orionie z pasem, sześciokrotnym słońcem Theta i mgławicą, w której można by zmieścić 100 naszych systemów słonecznych: o wygasających i rodzących się nowych gwiazdach, takich jak Nova w 1901: o naszym systemie słonecznym, pędzącym w kierunku gwiazdozbioru Herkulesa: o paralaksie, czyli paralaktycznym przesuwaniu się tak zwanych stałych gwiazd, w rzeczywistości wiekuiście poruszających się z niezmierzenie odległy eonów ku nieskończenie odległym przyszłościom, w porównaniu z którymi siedemdziesiąt lat, składających się na przeciętny wiek człowieka, tworzy nieskończenie krótką parentezę. (J. Joyce, Ulisses, Warszawa 1975, t. I, s. 374-375)

06. Chris Watson – El Tren Fantasma (2011, Touch)

Celem nagrań terenowych nie jest tu dokumentacja sonicznych środowisk czy wzmaganie ewokatywności naturalnych dźwięków otoczenia. Ogromna większość słuchaczy nie potrzebuje widzieć źródła dźwięku, aby się go domyślać i ubarwiać podług zachcianek fantazji. Pobudzenie automatycznej reakcji, fundującej doświadczenie muzyki akuzmatycznej, nie może być dla zaangażowanego twórcy field reców wyzwaniem. Utopijnym dążeniem jest tutaj odwrotny ruch: nie tylko wyczarowanie źródła dźwięku w wyobraźni słuchacza, ale przetransportowanie go ku niemu, wywołanie awatara odbiorcy w przed chwilą wykreowanej fantazji, śmiałe rzucenie go w jego własną wizję, niepewnie wspartą na eterycznych audytywnych przesłankach.

W swoich idealnych możliwościach nagranie polowe przewyższa ambient, ponieważ narzuca wysiłek dopisywania do środowiska audytywnego pracy pozostałych zmysłów. Wysłuchanie płyty ambientowej odpręża, dobre nagranie polowe zaś potrafi zmęczyć, jak prawdziwa podróż, ale i satysfakcja jest nieporównanie większa. Zapisy dźwiękowych przestrzeni można zabrać ze sobą na słuchawkach w realną wędrówkę, by doznawać postmodernistycznego wrażenia zmysłowego mash upu: chłonięcia empirycznie nasłuchiwanej rzeczywistości, przebijającej spod dźwiękowych światów możliwych, zaproponowanych przez artystę field rec, którego akurat wzięliśmy na spacer. „El Tren Fantasma” to field rec, jakiego szukacie. W tej niszowej, paraartystycznej kategorii nie sposób chyba osiągnąć więcej, niż udało się Watsonowi.

05. Piotr Kurek – Heat (2011, Digitalis Ltd.)

Niewątpliwie wejście w posiadanie wielu ze zgromadzonych przez Kurka sampli było przypadkowe, jednakże ich rozlokowanie nie pozostawia miejsca na losowe impulsy, dorzucając do dyskursu muzycznego luźne uwagi zaczerpnięte z podręczników świadomego managementu. W tym kontekście na baczną uwagę zasługują fragmenty, których osią jest ekscentryczna praca organów („Coda”, „Organs Slide”, „Time Takes What It Wants”). Śmiałym brakiem koordynacji, kojarzącym się zależnie od sytuacji odsłuchu z histerią lub omdleniem, przywołuje tytułową melodię z „Cul-De-Sac” Komedy, płyty nagranej jako ścieżka dźwiękowa do najzabawniejszego chyba filmu Polańskiego (na tym samym albumie znalazło się także świetne „Walk On the Water”, utrzymane w stylu omawianej taśmy). Pseudo-jazzowe etapy „Heat” uwypuklają jeszcze dwie spośród licznych kompetencji Piotra. Po pierwsze doświadczenie w dekonstrukcji muzyki etnicznej, zdobyte w pracy nad „Innymi pieśniami”. Po drugie etos multiinstrumentalisty, kolekcjonera instrumentów i muzyka działającego na gruncie międzynarodowym, którego powaga stawia w sympatycznym świetle ów miły skok w bok ku błyskotliwej lekkości muzyki realizowanej w przytulnych ramach oficyny wyspecjalizowanej w wydawnictwach limitowanych.

Mimo natłoku referencji składających się na życiorys Kurka, zdanie rozpoczynające „Lectures” („I don’t know how many of you are musically educated”) nie dotyczy „Heat”: to płyta upajająca, przyjemna, towarzyska. Nie sądzę, aby wyjałowiła autora, mimo że jest bez wątpienia możliwie pełną realizacją popularnego, lecz rzadko osiąganego, zamysłu. Erudycyjności „Heat” daleko do suchej żonglerki odniesieniami. To raczej praktyczna umiejętność olśniewania retoryką, której mistrzem pozostaje hrabia Henryk z „Portetu Doriana Graya”: przeciwko wyrafinowaniu własnych bon motów błyskawicznie wystosowywać rzutkie riposty, tak by naświetlić paradoksalną spójność swojej pełnej sprzeczności natury. Ten sposób bycia nie tylko bawi, ale i trzyma w napięciu publiczność oczekującą kolejnych, jeszcze trafniejszych wycieczek.

04. Julianna Barwick – The Magic Place (2011, Asthmatic Kitty)

Zwracam uwagę szczególnie na świetną sekwencję obrazów w „Keep Up the Good Work”, definiującą obrazowy charakter całego albumu. Wokal na wysokości 01:17, dołączając do już obecnych dwóch innych, mniej inwazyjnych, imituje linią melodyczną wybieg typowy dla ścieżek dźwiękowych filmów opowiadających o życiu na pograniczu: w „Pożegnaniu z Afryką”, w „Malowanym welonie”, w „Duchu i mroku” bohaterowie witają egzotyczną krainę z okien pociągu, a ich przybycie obwieszcza Disneyowski damski pean, uzupełniający stereotypowe wyobrażenie człowieka Zachodu o fotogenicznej wzniosłości egzotycznego pejzażu. Rolę elementu rytmicznego bierze na siebie stukot kół hamującego pociągu – coraz wolniejszy, coraz gęściej omotywany pomniejszymi dźwiękami: skrzypieniem nitów, zgrzytem spoiw i bolesnym piskiem ręcznego hamulca, wyczekiwanym przez zgromadzonych na dworcu nierobów. I ów rytm hamującej lokomotywy pojawia się w „Keep Up the Good Work” (od 01:22). Barwick każe czekać całe pięć sekund na dopełnienie sceny ulotnym bicikiem, a przecież przy inicjalnych odsłuchach cierpliwość jest tym bardziej wystawiona na próbę: pierwsze stuknięcia kół o szyny trudno wyłowić, bo wspinają się mozolnie po łagodnej krzywej niespiesznego fade in. I tu obrazowanie mogłoby się zakończyć: zamrożony w czasie, wiecznie wjeżdżający na pograniczną stacyjkę pociąg.

Na 01:52 dołącza jednak kolejny wokal. Prosty, o ludowej melodyjności, brzmi jak zatarte, ale pod wpływem krajobrazu odświeżające się w oku wewnętrznym wspomnienie zagrzewającej do pracy piosenki nuconej podczas żniw, w gorące sierpniowe popołudnie. I w 02:55 zyskujemy potwierdzenie tego tropu: ścieżka pianina jest drażniąco rozjaśniona, prześwietlona. Wysokie, trzepotliwe tony, jak powieki walczące z napastliwym słońcem, aż do 03:23, kiedy koi je basowa gitara – plamy wilgotnego cienia, w które zmysły chronią się przed skwarem, jakby uciekały przed piekącym deszczem. Oba instrumenty zaczynają funkcjonować jako akuszerka głęboko zagrzebanego wspomnienia: wysoki, sztywny tembr klawiszy jest jak fiszbin, wąsy dojrzałego jęczmiennego kłosa, które wyginane w dłoni zdają się chcieć żartobliwie smagnąć palce ciekawskiego dziecka; niska, zaprószona wibracja strun podsuwa dotyk mącznej, miękiszowej substancji – jądro przejrzałego pszenicznego ziarna. Obecna jest w tej scence przyjazna ironia rodem z „Harfy traw” Capote’a, podszywająca związek Steinbeck-Faulkner. Odcisnęła się też poetyka małej ojczyzny, w przypadku Barwick – Luizjany, ogólniej – schyłku dorodnego lata pośród pierzastych, spieczonych słońcem łanów dojrzałego zboża.

03. Drake – Take Care (2011, Cash Money / Young Money Entertainment / Universal Republic)

Gdyby wskazać słabe punkty „Take Care” i wymazać je, pozostałoby bądź co bądź ponad dziesięć świetnych tracków – ballad, bangerów, wyznań, wyzwań i innych, wszystkie utrzymane w tonie wypowiedzi. Drake jest zarówno romantykiem, jak pozytywistą, zarówno czarnym Jamesem Blake’em, jak bielszą wersją samego Marvine’a Gaye. Zgłębmy na szybko ów łańcuch skojarzeń: 1) wiele recenzji „Take Care” na serwisach hip hopowych polega na polemice z etykietką „gay rap”, 2) Drake ma swoje „Limit to Your Love” i jest to niewątpliwie „Marvins Room/Buried Alive” – utwór najdłuższy, nasycony emocjonalną bezpośredniością, wyposażony w odpowiednik „There’s a limit to your love” –  „I’m just sayin’: you could do better”. Nic dziwnego, że powstał mash up „James Drake”, kojarzący tych dwóch ściślej, niż zapewne by chcieli.

Jedna różnica: Drake jest narratorem. Najważniejsza jest dlań mięsista opowieść, nawet jeśli zamiłowanie to sprowadza na manowce słowotoku i obniża selektywność pojedynczych utworów i albumowej całości. „There’s a limit to your love” jest wersem rzuconym w próżnię, ewentualnie do anonimowego odbiorcy, zaś „I’m just sayin’, you could do better” pada po pytaniu „Are you drunk right now?”, rzuconym przez zirytowaną kobietę do słuchawki telefonu. Może to dlatego, że Blake urodził się w 1988, a Drake w 1986, więc miał czasu więcej o dwa lata. Może dlatego, że rozmach „Take Care” nie dopuszcza dryfowania w wirtualnej przestrzeni i czepia się przejawów życia. W każdym razie trudno o doznanie bardziej wyczerpujące – dłuższe, bardziej absorbujące w postać autora (nawet featuringi Rihanny,  A$AP Rocky’ego, czy Abela Tesfaye (The Weeknd) wypadają blado, wciągnięte w miażdżącą grawitację tego Narcyza, którego własne odbicie onieśmiela).

02. Oneohtrix Point Never – Replica (2011, Software)

W artykule zatytułowanym Starzenie się nowej muzyki Teodor Adorno wspomina pierwsze wydanie Ostatnich dni ludzkości Karla Krausa:

Na stronie tytułowej tekstu znalazł się obraz egzekucji posła skazanego przez Austriaków za szpiegostwo, z ponurą fotografią łagodnie uśmiechniętego kata w centrum. Ten obraz, podobnie jak drugi, chyba jeszcze bardziej przerażający, z nowego wydania po wojnie został wyłączony. Przez tę pozornie zewnętrzną zmianę zaszło w dziele coś decydującego. Mniej jaskrawo dokonała się taka zmiana również w nowej muzyce. Dźwięki są te same. Ale moment trwogi, który znamionował prafenomeny został wyparty. Być może, trwoga w realnej rzeczywistości stała się tak przemożna, że jej nie przesłoniętego obrazu już nie daje się znieść. Skonstatować starzenie się nowej muzyki, to nie znaczy uznać je mylnie za coś przypadkowego. Ale sztuka, która jest nieświadomie posłuszna i robi z siebie zabawę, ponieważ stała się zbyt słaba, by zachować powagę, pozbawia się tym samym prawdy, a tylko ona uprawomocnia jeszcze jej istnienie. Jeżeli przy tym powołuje się na przewagę ulotnego ducha nad powikłaniami niskiej egzystencji, to robi to tylko dla ulżenia własnemu sumieniu. Przed stu laty mówił o tym Kierkegaard jako teolog; twierdził, że tam, gdzie niegdyś rozwierała się straszliwa przepaść, teraz rozpina się most kolejowy, z którego podróżni bezpiecznie spoglądają w dół.

Irytująco bezkompromisowy Adorno zapewne sarkałby na „Replikę”, bo faktycznie – jest ona przecież tym kolejowym mostem, zapewniającym bezpieczne wejrzenie w otchłań. Dla nas jednak, którzy przeżyliśmy niewiele więcej ponad symulacje grozy, przemierzanie wzrokiem rozpadlin coś znaczy. Minimalnie mniej od upadku.

01. Tim Hecker – Ravedeath 1972 (2011, Kranky)

W tym roku zarówno wieszczyłem koniec ambientu, jak i umieściłem ambientową płytę na szczycie swojego rankingu. Pozorna sprzeczność okazuje się wyrazem konsekwencji: „Ravedeath 1972”  to dzieło krańcowe, którego doświadczenie przekonuje do wycofania się na zawsze z wyczerpanej estetyki. Ten album jest zarówno strukturalistycznym almanachem tradycji, które ufundowały ambient (na albumie porusza się całe spektrum tematów: od impresjonizmu i imitowanie dźwiękiem mikroklimatu konkretnych miejsc, po niuanse wizerunku artysty tworzącego muzykę akuzmatyczną, bo w przypadku autorów ambientu – inaczej niż przy okazji innych genres – fani nie odczuwają potrzeby obcowania z twórcami, te awatary, bezcielesne pseudonimy, nigdy nie urosną do rangi prawdziwych gwiazd, mimo że mogą na chwilę, tak jak Hecker, zawładnąć masową wyobraźnią), jak i poruszającym zapisem osobistych wrażeń wywołanych przez atmosferę lokacji precyzyjnie wskazanej na mapie świata. I wreszcie jest „Ravedeath” także płytą hauntologiczną: Hecker przywołuje bowiem wizję rave’u, w której duch czasu, wyzuty ze spoconych, znarkotyzowanych ciał, wije się jak kadzidlany dym w kościele dalekiej, zmityzowanej północy. To ponowoczesne doświadczenie, bo w miejscu stworzonym do rytualnego uświęcenia tradycji chrześcijańskiej odbywa się misterum, którego pogański rodowód niespodziewanie ufundował wiele akademickich analiz na temat jak najbardziej ateistycznej kultury.

Podsumowanie 2011 – Maciek Kaczmarski

Alfabetyczna lista 20 okazów z obu stron barykady dzielącej zachwyt od rozczarowania. Czytaj dalej »

Podsumowanie 2011 – Sebastian Gabryel

Muzyczne podsumowanie minionego roku, przedstawiające 15 najlepszych pozycji ułożonych w alfabetycznej kolejności. Czytaj dalej »

Oneohtrix Point Never – Replica

Kiedy miałem dziewięć, może dziesięć lat, przypadkowo zobaczyłem w niemieckiej telewizji film zatytułowany „Blade Runner”. Leciał późno w nocy, obraz był kiepski (były to początki sieci satelitarnej w Polsce), a aktorzy zdubbingowani – przez co Harrison Ford przedstawiał się słowami: „Ich bin Deckard, der Blade Runner” – a całość przerywano reklamami, w których potężnie zbudowane blondynki figlarnie zachęcały do rozmowy przez telefon. Nie miało to jednak żadnego znaczenia. To, co zobaczyłem, podziałało na mnie jak terapia elektrowstrząsowa do tego stopnia, że do dziś widziałem film blisko 60 razy.

Dlaczego o tym piszę? Bo niespełna trzy kwadranse z „Replicą” przeniosły mnie na powrót do tamtego wieczoru. Zainspirowany telewizyjnymi reklamami z lat 80. i 90. oraz hauntologią, Daniel Lopatin vel Oneohtrix Point Never stworzył płytę, która oprócz wrażeń estetycznych serwuje refleksje na temat… no właśnie, czego? Zjawiska kulturowych artefaktów? Skutków recyklingu sfery publicznej i zanikania sfery prywatnej? Roli pamięci osobniczej, a zwłaszcza nostalgii i tęsknoty za „rajem utraconym”, w ocenie przeszłości? Zgodnie z deklaracjami samego Lopatina, „Replica” miała stanowić wyimaginowaną ścieżkę dźwiękową do poczynań post-apokaliptycznej cywilizacji, która próbuje odbudować stary świat.

http://soundcloud.com/mexicansummer/sets/oneohtrix-point-never-replica

Czy ten zamysł się udał, każdy oceni indywidualnie. Nie da się jednak ukryć, że muzyka Lopatina – choć brzmi na wskroś współcześnie, momentami wręcz futurystycznie – jest głęboko zakorzeniona w stylistyce retro. Ta analogowa, głównie samplowana elektronika na tropach Boards of Canada to wyraz tęsknoty za czasami, w których filmy oglądało się na VHS-ach, na komputerach typu Amiga czy Atari królowały takie tytuły jak „Superfrog” czy seria z jajkiem Dizzym, a Internet był naprawdę mały i niewinny, za to wiązano z nim wielkie nadzieje (zupełnie na odwrót, niż dzisiaj, gdy znaczne obszary globalnej sieci to śmietnisko). A i wspomnienie „Blade Runnera” jest uzasadnione – w porywającym utworze „Power Of Persuasion” rozbrzmiewają sample z soundtracku Vangelisa. Cytatów jest tu zresztą cała masa – czy to smagnięć starych syntezatorów, strzępów popowych wokali, czy wreszcie filmowych melodii – ale nie mogło być chyba inaczej w przypadku płyty o takim, a nie innym tytule, i takiej, a nie innej koncepcji autorskiej.

Warto jeszcze wspomnieć o okładce, zaczerpniętej z kiczowatego czasopisma publikującego opowiadania grozy. W podręcznym lusterku, trzymanym przez obleczoną w ciało dłoń, przegląda się upiór. Niegdyś symbolika ludzkiego szkieletu stanowiła istotny element dzieł sztuki malarskiej – od średniowiecznych autorów przedstawiajacych danse macabre, poprzez Holebaina i Halsa, aż po Dalego i Beksińskiego. Tutaj – zamiast przerażać – wyszczerzona czaszka wywołuje rozbawienie, jej powierzchnię pokrywa bowiem makaron. Dziś kościotrup jest tylko kolejnym popkulturowym logotypem, w nieskończoność powielanym na bluzach, kubkach, naklejkach i tapetach, a przez to pozbawionym swojego pierwotnego znaczenia (lub raczej o znaczeniu zdewaluowanym, oswojonym i zasadniczo niedorzecznym).

Tymczasem na okładce „Repliki” wizerunkowi czaszki zostaje przywrócona jego symbolika – i to pomimo wzięcia w nawias, jakim jest makaron (a może właśnie dlatego). To nie jest już czaszka z przepoconego podkoszulka kierowcy tira, lecz obraz oferujący przewrotny komentarz socjologiczny. Czy w lustrzanym odbiciu widnieje pożerająca własny ogon i zapatrzona w przeszłą wersję samej siebie kultura popularna – sprowadzona do roli generatora taniej grozy (czaszka) i humoru niskich lotów (makaron), jeszcze nie martwa, ale już nie żywa, undead niczym Bela Lugosi ze słynnej piosenki Bauhaus? Czy może jest to wizerunek człowieka XXI wieku, „ubawionego na śmierć” i wegetującego w martwocie ciągłych powtórzeń, retrospekcji, reprodukcji, recyklingu, sequeli i coverów? „Replica” stanowi rzadki przypadek muzyki, która pobudza nie tylko sensorium, ale i intelekt.

Mexican Summer/Software | 2011