Avion – Untrod
Paweł Gzyl:

Mocne techno podane w przystępny sposób.

Centralia – Ghost Report
Jarek Szczęsny:

Od krzyku po wybuch industrialnego granatu.

Ovandra – Retrofuture
Paweł Gzyl:

Radosne buszowanie w skarbcu trance’owych brzmień.

Ben LaMar Gay – Confetti In The Sky Like Fireworks (This Is Bate Bola OST)
Łukasz Komła:

Tym razem Ben LaMar Gay w roli kompozytora muzyki filmowej. Obraz „This Is Bate Bola” pokazuje mało znane oblicze brazylijskiego karnawału.

William Basinski – On Time Out of Time
Ania Pietrzak:

Powrót do przyszłości.

Lakker – Epoca
Paweł Gzyl:

Zwierciadło naszych czasów.

Abul Mogard – And We Are Passing Through Silently
Maciej Kaczmarski:

Zjawiska duszy.

Recent Arts – Skin
Paweł Gzyl:

Ambient, minimal, industrial i… piosenki.

Spopielony – Legendy
Jarek Szczęsny:

Duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient.

Klangwart – Bogotá
Łukasz Komła:

Niemiecka elektronika spotyka kolumbijskie szaleństwo.  

Locked Groove – Sunset Service
Paweł Gzyl:

Hołd dla belgijskiej muzyki klubowej sprzed ćwierć wieku.

Gesaffelstein – Hyperion
Maciej Kaczmarski:

W czarnej dupie.

Hugh Marsh – Violinvocations
Jarek Szczęsny:

Dowód na istnienie skrzypiec.

Pfirter – The Empty Space
Paweł Gzyl:

Spóźniony, ale udany debiut.



rave

Locked Groove – Sunset Service

Hołd dla belgijskiej muzyki klubowej sprzed ćwierć wieku.

Czytaj dalej »

Pod igłą: nowości od Golden Baby, Rising Sun, KUF i Skee Maska

Nowy cykl „Pod igłą” to ukłon w stronę czarnych płyt, których popularność odradza się od dłuższego już czasu, choć tak naprawdę ich fenomen trwa nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat, kiedy pojawiły się w świecie muzyki. Mają jedyny w swoim rodzaju brzmieniowy urok i fizyczne piękno, co sprawia, że wywołują emocje nieporównywalne do płyt CD czy kaset magnetofonowych, są uwielbiane przez DJ-ów i muzycznych megalomanów, dla których upragnione wydawnictwo na wosku to niemalże świętość. Co do niekończącej się dyskusji o wyższości brzmienia z płyt CD od tego z płyt gramofonowych, nie zamierzam nikogo przekonywać, że jest inaczej, za to przywołam najsłynniejszy chyba cytat na temat winyli, przypisywany Johnowi Peel: „Somebody was trying to tell me that CDs are better than vinyl because they don’t have any surface noise. I said, “Listen, mate, life has surface noise.

W ten oto sposób otwieramy cykl „Pod igłą”, pod którą jako pierwsze trafiają nowe EP-ki Golden Baby, Rising Sun, KUF i Skee Maska, które łączy nie tyle co gatunkowe podobieństwo, ile wysoki poziom. Bez względu na to, w stronę którego tytułu zwrócicie wzrok i uszy powinniście być zadowoleni (albo i zachwyceni)!

Golden Baby – forgotten world 1 & forgotten world 2

DJ Healer aka: Traumprinz / DJ Metatron / Dr Sun / Prime Minister of Doom / Prince Of Denmark powraca z kolejnym aliasem – Golden Baby. Tajemniczy niemiecki producent z Jeny, wcześniej związany przez długi czas z wytwórnią Giegling, na dwóch dwunastocalowych winylach proponuje wybrane utwory ze swoich setów opublikowanych kilka lat temu pod różnymi z wymienionych pseudonimów. Wyborny, sugestywny deep house („AnotherChicagoHooker”, „Can I Ride (Extended Cut)”) z zacięciem w stronę ambientu, a nawet dubów („Ta Reine”). Pozostałe utwory z EP-ek będą zapewne możliwe do namierzenia na YT pod innymi tytułami, po tym jak EP-ki fizycznie pojawią się na rynku (wysyłka: drugi tydzień marca). Muzyczna rozkosz, kolekcjonersko (już) biały kruk, który na specjalnie postawionej przez Healera stronie all possible worlds wyprzedał się w mgnieniu oka. Na pocieszenie na ww. stronie znajdziecie reedycje zeszłorocznych albumów Healera: „Nothing 2 Loose” oraz „Mudshadow Propaganda” wydany jako Prime Minister of Doom. Polecam brać, póki jeszcze są. Wyborny szeroko pojęty deep house i najgłębsze doznania obcowania z nim gwarantowane.

Rising Sun – Realism EP & Realism II

Na ostatnich EP-kach Steffena Laschinskiego aka Rising Sun, podobnie jak u Golden Baby, przeważa deep house z domieszką ambientu, niemniej z zacięciem w stronę breakbetów i brzmień leftfield, co z kolei stanowi łącznik z nagraniami Skee Maska, o którym mowa kilka linijek niżej. Na Realism trafiło sześć nagrań: Miracle, Give Me Love (The Ambientist Remix I), The Park, Rewind, Yours (24 March Mix – Live), First Touch (Scraps Of Poetry 606 Reduce), które niosą house’ową błogość, trochę sampli i nostalgicznych brejków rodem z lat 90. Dodatkowym atutem są remiksy The Ambientista, który zdobył rozgłos kasetowym wydawnictwem 1-10 (na winylu: 1-6) tj. remiks „Give Me Love” I na Realism, a na siedmiocalowej Realism II – „Give Me Love” II (na Realism II obok remiksu Tha Ambientisa jeszcze utwór „Hirosaki”). Obie EP-ki raczej trudno dostępne, choć w Polsce do zdobycia z wyjątkową łatwością: w sklepie internetowym Monoton, którego banner dumnie pręży się pod tym tekstem. Znajdziecie tam jeszcze trzecie wydawnictwo Rising Sun – zeszłoroczne „Poems On Healing A Broken Heart”, które podobnie jak Realism EP i Realism II wypuściła oficyna Reality Used To Be A Friend Of Mine, o skromnym katalogu (raptem 5 pozycji), ale dobranym z wyjątkowym ukłonem w kierunku mieszanki deep house / breakbeat / ambient. Nostalgicznie, urokliwie i niezwykle przyjemnie.

KUF – GGGGG

KUF, założyciel szwedzkiej wytwórni Arsenik Records, wypuścił niedawno ciekawą EP-kę zatytułowaną „GGGGG”, na której znajdziemy cztery utwory, będące przekrojowym spojrzeniem na techno. Są tu zarówno brzmienia charakterystyczne dla namiotowych rejwów („Rave Face”), minimal techno („Krem”) czy deep („Dubber”). Do tego ciekawa wycieczka w stronę eksperymentu – tytułowy „GGGGG”. Przy tej różnorodności KUF zachował spójność, opartą z jednej strony o energetyczne techno, z drugiej o charakterystyczny brzmieniowy chłód oficyny, którą kieruje, a która uparcie w swoich tagach wskazuje ambient, choć jedynego łącznika z ambientem należy w tym przypadku upatrywać co najwyżej w chłodach szwedzkiego klimatu, aniżeli w brzmieniach Arsenikowych wydawnictw. Na tych w roli głównej występuje techno – za każdym razem ciekawe, z ukłonem w stronę minimalu, ale jednocześnie pełne energii. Wyrafinowana EP-ka o niepodważalnym uroku, od której warto rozpocząć eksplorowanie katalogu Arsenik Records.

Skee Mask – 808BB

Jeden z najczęściej wychwalanych ostatnio producentów, Skee Mask, który ową popularność zawdzięcza zeszłorocznej płycie „Compro”, powraca z EP-ką „808BB”, będącą kontynuacją EP-ek z 2017 r. – „2012” i ” ISS002″. Podobnie jak wcześniejsze wydawnictwa Skee Maska również i „808BB” została wydana w wytwórni Ilian Tape prowadzonej przez braci Dario i Marco Zenker. Trzy numery, które trafiły na EP-kę, to w istocie skondensowana próbka bardziej tanecznej strony muzycznego stylu Skee Maska. „Trackheadz” – energetyczna fuzja techno i drum & bass, perkusyjne szaleństwo mogące wywołać ekstazę. W „TH808” Skee Mask nieco zwalnia, a na tle połamanej stylistyki eksponuje długie ambientowe pady, który to schemat znamy doskonale z „Compro”. Podobnie jest w trzecim „800AB”, choć tu więcej miejsca na breaki i błogi idm, w którym naturalnie można odnaleźć ducha Aphexa, choć to porównanie jest już tak zgrane, że przestaje mieć jakikolwiek sens. Tak czy siak, fani jednego i drugiego powinni być zadowoleni, a po wyjściu ze świata etykiet, nawet ucieszeni, bo jak widać na przecięciu tych styli wciąż można tworzyć coś atrakcyjnego. Rekomendacja jak podawać – po prawej stronie etykiety na płycie.

We Will Fail – Dancing

Wywrotka przed metą. Czytaj dalej »

Blank Nurse/No Light – HIV 1994

Jesteście gotowi na wstrząsającą elektronikę?    Czytaj dalej »

Wolfman – Mark My World Remix EP

Wariacje na temat jednego utworu zawiniętego w formę remiksów? Najnowsza EP-ka duetu Wolfman spełnia te wymogi. Czytaj dalej »

Relacja: No Bounds Festival / 13-15.10.2017 / Sheffield UK

A co Ty byłbyś / byłabyś w stanie zrobić dla prawdziwego, naturalnego rave’u?

Myśl, żeby pojechać do Sheffield do Anglii na festiwal No Bounds była myślą nagłą, z punktu widzenia finansowego całkowicie nieracjonalną, ale bogatsza m.in. o doświadczenia wakacyjne, a mam tu na myśli wyjazd do Kijowa na sierpniowe Brave! Factory, wiedziałam, że pomimo wielu argumentów przeciw, nie będę żałować jeśli zdecyduję się pojechać.

Powody są co najmniej dwa. Po pierwsze, wyjazdy na zagraniczne festiwale mają poza oczywistym muzycznym aspektem jeszcze dodatkowy walor turystyczny. Po drugie, zagraniczne festiwale zawsze różnią się w pewien sposób od festiwali krajowych. Chodzi tu o styl organizacji i zabawy publiczności. Pomimo postępującej globalizacji, bawimy się jednak nieco inaczej i wynika to z kilku czynników, przede wszystkim różnej muzycznej historii i różnych cech charakteru. Ok, tak, więc Anglia bawi się „nieco” inaczej niż my. Mimo to No Bounds w Sheffield miało jeszcze jakąś dodatkową nieoczywistość, było tam coś więcej, jakieś szaleństwo, które obserwowało to wszystko z ukrycia.

CEL: Festiwal No Bounds w Sheffield. PLAN: Wylatuję w piątek do Londynu, wsiadam w busa na Victoria Station, jadę nim 4 h, bawię się noc, dzień i noc, nad ranem w niedzielę wsiadam do autobusu do Londynu, po 4 h odsypiania w tymże, następnie piję kawę na Victoria Station, wsiadam w kolejny autobus na lotnisko, wsiadam do samolotu, wysiadam w Warszawie, wsiadam w 175 i ląduję we własnym łóżku.

REALIZACJA: W 3 dni przebyte ok. 4 tysięcy kilometrów w obie strony, żeby przeżyć rave w surowych przestrzeniach hal poprzemysłowych w Sheffield, stolicy brytyjskiej stali, miasta, które ma na Wikipedii własną listę pochodzących z niego artystów, z której dla mnie najważniejsze jest oczywiście Moloko, miasta na przemian szarego i ciemnoczerwonego od cegły, że miałam wrażenie, że ktoś nałożył mi filtr na oczy, w którym akcent jest taki, że człowiek znający angielski na całkiem komunikatywnym poziomie nie rozumie 70-80 % słyszanych słów więc istotne jest by jadąc tam nie bać się nowości i mieć pogodny wyraz twarzy, w którym ktoś wpadł na pomysł, żeby w centrum miasta, obok zabytkowego Ratusza, otoczonego małym i uroczym parkiem (Peace Gardens), wybudować przeszklone tarasy roślinne, wymieniane dziś jako atrakcja (!), wreszcie miasta, na którego opis Lonely Planet przeznaczył raptem pół kolumienki strony ich standardowego rozmiaru. I jeszcze udało mi się namówić kogoś by mi towarzyszył! W poniedziałek rano spojrzałam sobie głęboko w oczy: „Tak, udało ci się”. I wszystko to było tego warte. No Bounds to był techno sztos!

Oczywiście zanim dojechałam do Sheffield, przez które kiedyś już przejeżdżałam i choć było to wczesnym rankiem to pamiętam dobrze, że jego piękno wydało mi się nieoczywiste, musiałam zatrzymać się na dłuższą chwilę w Londynie. To dla mnie miasto absolutnie cudowne, bez dwóch zdań centrum dzisiejszego świata i nie mówię tu jedynie o elektronice (jak wspominałam przy okazji recenzji debiutanckiego albumu Bicep, muzycznie zawsze było mi jakoś bliżej do Londynu niż do Berlina). W końcu jednak dojechałam.

Droga do hostelu obejmowała przejazd taksówką przez kręte i wąskie uliczki położone tuż przy kanale. W końcu jednak dojechaliśmy pod dość ciemny adres, ale gdy tylko otworzyły się drzwi od samochodu zostałyśmy pokierowane we właściwym kierunku. Zapach curry i piwa unoszący się na klatce, charakterystyczny dla większych angielskich miast, uświadomił mi jak bardzo lubię ten kraj i jak za nim tęskniłam. Po piętnastominutowej regeneracji ruszyłam do hali Hope Works, jednej z lokalizacji festiwalu, której patronował Resident Advisor. Była 22:00, a część „dzienna”, która tego dnia odbywała się w Trafalgar Warehouse miała się już wkrótce kończyć… Tu nieco nie doszacowałam sprawy. W Hope Works poza trzema dżentelmenami (organizatorami), w tym nieocenionym i serdecznym Kyrie, nie było nikogo. Powietrze w przemysłowym (choć w istocie całe Sheffield jest przemysłowe) dystrykcie miasta było jeszcze chłodniejsze, także niespodziewana modyfikacja planu objęła przytulanie się do starej skórzanej kanapy, która tym razem, wbrew utartemu „skóra grzeje”, była wyjątkowo niegrzejąca. Ale nie żeby był to powód do narzekań. W międzyczasie Kyrie & Co. ugościli Nas jamajskim lagerem o nazwie „Red Stripe”. Rzecz jasna schłodzonym. W pierwszej godzinie czekania organizacja tej lokalizacji festiwalu nabrała niewiarygodnego tempa. Zostały np. ustawione barierki ochronne czy poprzestawiane kanapy (ta moja wygrzewana też). Patrząc na to miałam wrażenie, że w istocie techno festiwal można zorganizować w godzinę. W międzyczasie pojawili się pierwsi wykonawcy, którzy podobnie jak ja i kilku innych rozbitków, siedzieli raz na zewnątrz, a raz wewnątrz co chyba jednak nie miało większego znaczenia, bo i tu i tu było dość zimno.

W końcu ruszył „Warehouse”, na którym pierwszy wystąpił DJ Seinfeld i pobudził gromadkę, która już oczekiwała w hali. Zagrał charakterystycznego dla siebie, energetycznego i jednocześnie pejzażowo-melodyjnego seta. I to było już naprawdę rozgrzewające. Po nim ruszyłam na Ikonikę. Jedna z najbardziej znanych kobiet dubstepu nie zawiodła, wyrazistym setem zapewniła zagęszczenie pod sceną „Courtyard”, na której tej nocy wystąpiły jeszcze inne intrygujące kobiety ze świata elektroniki: Juliana Huxtable i Nkisi. Stamtąd udałam się na ostatnią w kolejności od wejścia, maleńką scenę „Mesters”, na której miedzy 2:00 a 3:00 w nocy Chris Duckenfield właściwie wkręcał swój beat pod żebra słuchaczy. Było to jednocześnie transowe i hipnotyzujące doświadczenie. Potem swobodnie wirowałam między wcześniejszymi scenami. W tym czasie na terenie Hope Works rozprzestrzeniał się już powoli klasyczny zapach rave’u, na który składają się: bliskość fizyczna, opary palonych tytoni i wszechobecne niskoprocentowe piwo, napój który gasi pragnienie jak mało co.


(fot. Alex Morgen).

Zanim rozpoczął się dla mnie drugi dzień – zasłużone śniadanie, które okazało się tak doskonałe, że wymaga odrębnego odnotowania w niniejszej relacji. To zasługa kawiarni Steam Yard. Brytyjska kuchnia nie należy do moich ulubionych, ale posiłek w postaci śniadania rządzi się swoimi prawami. Nie wiem kiedy piłam tak dobrą kawę i jadłam tak pyszną grillowaną kanapkę z cheddarem, pesto i pomidorami. I na koniec, ale nie mniej ważne – donaty. Ich wygląd mówi jasno: jesteśmy boskie. Jeśli będziecie w Sheffield koniecznie zajrzyjcie do tego miejsca.

Po takim śniadaniu lekko przyjęłam znaczne opóźnienie występu Kary Lis-Coverdale, która absolutnie była dla mnie jednym z najważniejszych nazwisk No Bounds. W mojej ocenie to obecnie jedna z najbardziej utalentowanych artystek eksperymentalnych. Jej każde wydawnictwo ma w sobie pierwiastek spektakularności i trafia do mnie całościowo, bez jakichkolwiek zastrzeżeń (na NM znajdziecie recenzje jej następujących płyt: Grafts i Sirens, nagranej z LXV). Kara Lis-Coverdale przeniosła dosłownie kilka osób, które zebrały się na jej secie, w bardzo odległe miejsce, momentami przypominające opustoszały las (tych wokół Sheffield nie brakuje; to tu działał rzekomo Robin Hood), który to las chwilami wydawał się być zlokalizowany w ogóle na jakiejś innej planecie. Dopiero kiedy otworzyłam oczy po godzinie zobaczyłam, że grupa słuchaczy nieznacznie się powiększyła. Nikt jednak nie zbliżył się do sceny za połowę sali. Wydało mi się to jednak w pełni naturalne. Eksperymentalny set kanadyjskiej artystki to bardzo jednostkowe muzyczne przeżycie i dobrze mieć kawałek przestrzeni by je swobodnie przejść. Nawet jeśli ta przestrzeń to betonowa chłodna podłoga. Tym lepiej, chłód wyostrzył te chwile. Coś pięknego. Jeśli twórczość Kary Lis-Coverdale nie jest Wam jeszcze znana to bardzo polecam zapoznać się z nią, nie będziecie żałować.


(fot. Marta Ciastoch).

Potem scenę w Trafalgar Warehosue zajął Rashad Becker, a po nim prawdziwe tornado radości: Ross From Friends i następnie nie mniej uroczy duet Steevio & Suzybee, którzy tę radość podtrzymali. Dwa doskonałe sety. Tu przypominam, że z Ross From Friends będziecie mogli pobawić się już 24 listopada w warszawskim kinie Luna, gdzie wystąpią razem z Bicep w ramach before World Wide Warsaw 2018. Wkrótce na NM znajdziecie więcej szczegółów na ten temat!


(fot. Alex Morgen).

W nocy pojechałam jeszcze raz do hali na Trafalgar Street, żeby dać się porwać się Deadbeatowi choć w wersji duetu z JG nie potrafiłam się odnaleźć. Nie tracąc czasu na okołodeadbeatowe szczegóły, udałam się szybko z powrotem do hal Hope Works co znów okazało się najlepszym wyborem. To co od 2:00 do 5:00 nad ranem wyczyniał Sir Jeff Mills przeszło moje oczekiwania, a momentami chyba w ogóle przechodziło ludzkie pojęcie. Mam wrażenie, że brakuje epitetów by opisać zachwyt nad jego muzycznym stylem. Naprawdę świetnie jest posłuchać Jeffa Millsa na żywo. Techno w najczystszej i jednocześnie „monumentalnej” muzycznej postaci. Po nim także rasowo zagrał DJ Stingray. Tu niestety nie dotrwałam do końca, bo zgodnie z planem wyjazdu nadszedł czas powrotu.


(fot. Alex Morgen).

Smutno mi było podwójnie. Po pierwsze, ostatniego dnia w niedzielę na lokalnym basenie miało odbyć się tzw. „Wet Sounds” czyli sety na żywo dla publiczności w wodzie. Bardzo mnie to zaintrygowało. Po drugie, tak autentycznego i naturalnego rave’u nie widziałam i nie czułam już dawno. Perfekcyjne nagłośnienie (jestem pod ogromnym wrażeniem), klimat i pełne oddanie publiczności, która wie po co zebrała się w tym miejscu. Zero oczekiwań, olbrzymie możliwości, naturalność, niewymuszona radość i wreszcie przestrzeń, choć sceny Hope Works zamykały się na naprawdę niewielkiej powierzchni. To trochę tak, że swoją prostotą i naturalnością No Bounds wyraziło wszystko czego szukam w techno. Nie chcę festynu, chcę czystego i niezakłóconego niczym kontaktu z tą muzyką. I tym dokładnie było No Bounds. Dzięki Sheffield!

PS: Wiedzieliśmy, że Bóg jest DJ-em. Po No Bounds wiem, że aktualnie mieszka w Sheffield w północnej Anglii, w hrabstwie South Yorkshire.

xxx

STRONA OFICJALNA:
http://noboundsfestival.co.uk/
http://www.hope-works.co.uk/

STRONA NA FB:
Profil na Facebooku »

Galeria pozostałych zdjęć (poza pierwszymi sześcioma wszystkie pozostałe są autorstwa Alexa Morgena):

Clark – Death Peak

Piękno poprzez destrukcję. Czytaj dalej »

Tsvey – TSVEY

Niepotrzebna popisówka. Czytaj dalej »

Umwelt – Days Of Dissent

Mistrz electro z Lyonu wraca po 10 latach z mocnym albumem!
Czytaj dalej »

Not Waving – Animals

Lubicie Powella? To polubicie też Not Waving.

Czytaj dalej »

Jamie xx – In Colour

The xx może i wyglądali kiedyś jak ludzkie wersje gotyckich dzieciaków z South Parku, ale pod wizerunkiem rodem z plakatów dołączanych do „Bravo” od samego początku kryły się niezwykłe osobowości. Czytaj dalej »

Coredukacja #40: Audiotist

Belgijski producent breakcore/idm zagra w Szczecinie już 9 października. Czytaj dalej »

Bas Mooy – Rage, Remedy and The Lash EP

Prawdziwe parkietowe narzędzia zbrodni, ale czy może być inaczej, kiedy label nazywa się MORD?

Czytaj dalej »

Nowość z Raban Records

Tsar Poloz serwuje do darmowego załadowania swój nowy materiał – pod wielce obiecującym tytułem „Ass Adventure”.

Czytaj dalej »

Stereo MCs – Emperor’s Nightingale

Gdy padła komuna i na osiedla poprowadzono kabel, otworzyło się okno na świat. MTV na co dzień raczyło od 6 rano klipami Bjork, Massive Attack i całą masą innej świetnej muzy, która w głównym nurcie lub obok (kogo to obchodziło?) z powodzeniem umilała blały, imprezy, kace i naukę.

Pomijając underground i euro-dance w ostatniej dekadzie ostatniego stulecia ubiegłego tysiąclecia na kanałach i przegrywanych kasetach królowali wyżej wspomniani – m.in. z Trickim, Portishead, Depeche Mode, The Chemical Brothers, Underworld, Gus Gus, Stereolab, Hooverphonic i Stereo MC’s do paczki. Oczywiście każdy prywatny panteon będzie się ciut różnił, ale nie w tym rzecz. Telewizja była jedna, a nowatorstwo w/w jasne jak włosy Simone.

Dorastaliśmy w cudownych czasach.

Recenzje współczesnych płyt gwiazd tamtej dekady są bardzo podzielone, jak i reakcje zwykłych zjadaczy bitów. Jedni wychodzą obronną ręką, drugim zarzuca się odgrzewanie kotleta, komuś zdradę dobrze znanego brzmienia, jeszcze innym zły dobór producenta. Fakty są takie, że zajawki nowej płyty Bjork dziś już mało kogo ruszają, niedawna kolaboracja Fatboy Slima z D. Byrnem też jakoś nie znalazła spektakularnego oddźwięku w sieci, a The Prodigy zasilają rockowe line-upy.

Prawda taka, że oczekiwania wraz z upływem czasu nie maleją, bo dawni fani odznaczają się wyjątkowo paskudnie dobrą pamięcią i oceniają surowo. Nie każdy może wystąpić w niekończącej się „Modzie na sukces”, i na pewno nikt nie lubi niespełnionych obietnic. Uogólniając – fajne gwiazdy wyznaczające muzyczne szlaki lub tworzące własny, niepowtarzalny styl w latach 90. mają dziś przerąbane.

W sam środek tego ledwo muśniętego szkicu właśnie wdepnęli na dokładkę Stereo MCs. Niedowiarków lub niepoprawnych optymistów, sądzących, że wspomnieniom zawsze towarzyszy idealizująca młodość nostalgia odsyłam do „Emperor’s Nightingale”.

Modnego dramatyzmu i melancholii jako klamry nie kupuję. Dęciaki, nic że fajne, i perkusje rezolutne, i loopy, gitary, głos Roba B. i sample… Co z tego, jeśli jest to nudne jak brytyjski pudding? Sytuacji nie ratują sporadyczne akordy rodem spod roziskrzonego obcasa Prince’a, wychylający się czasem elektroniczny pazurek i niezgorszy rave (pamiętacie The Shamen?) … Tę płytę tworzą niezłe opiłki, opiłki tworzą niezły bigos. Tyle, że w całości niemal niestrawny. Nie, jeśli uwielbiało się „Connected” i „Deep Down & Dirty”. Bo niby efekty są miłe, ale i tak nie mogą wynieść większości numerów wyżej niż
do rangi zaszczytnych przykuwaczy uwagi w podroży skazanej na mdły miszmasz niezbyt atrakcyjnych radiowych stacji.

Po starym dobrym Stereo MC’s nie zostało nic ze znamiennego chłodu, dystansu i zblazowanej elegancji. Nic z funky. I wcale nie chodzi o to, że to już nie ten groove, i że nie są już tacy wyniośli, jak kiedyś. Wszak udało im się sklecić 2 wesołe, a godne odnotowania kawałki:

w „Manner” świetny, przeciągły, powracający syntetyczny motyw to dźwięk, na który chce się czekać, i który z powodzeniem na długo zagościć może w głowie. Gitary, brudna elektronika i mgiełka glamu ala „french touch” kleją kalejdoskopową jakość wirującego balu, którego nie chce się opuszczać. W „Tales” zaakcentowane piana ala euro-house wpisują się w powracające inspiracje najntisami. Oba utwory mają tak porywające refreny, że w ciemno mamy ochotę oddać w ręce Roba i Nicka dyktat parkietu do końca roku.

Fascynacja jednak trwa tylko chwilę i znów lądujemy bez bucika, na schodach w nudnej rzeczywistości. Kto chciałby jako bis usłyszeć stary hip-hop Stereo MC’s może od razu włączyć numer 9. Eklektycznie w stylu leftfield łączy brudne gitary z vocoderową nawijką w breakbeatowy poszarpaniec. Na dokładkę „Desert Song”, gdzie reggaton o orientalnej proweniencji każe nam wierzyć, że wszystko kiedyś się ułoży.

Tytuł płyty ma być pewnie aluzją do swobody twórczej i zrzucenia z siebie jarzma dawnych szufladek i oczekiwań. Ja jednak tęsknię do staromodnej klatki, bo na co komu wolność słowika, jeśli od jego trelu w tej wersji bajki i tak nikt nie wyzdrowieje?

Pożytek z „Emperor’s Nightingale” jest taki, że chce się siąść, wspominać i rozważać konteksty przemijania, poszukać domorosłego morału, zawsze to jakaś wartość dodana. 4/12 – nie chce wyjść inaczej.

!K7 Records | 2011