Lakker – Epoca
Paweł Gzyl:

Zwierciadło naszych czasów.

Abul Mogard – And We Are Passing Through Silently
Maciej Kaczmarski:

Zjawiska duszy.

Recent Arts – Skin
Paweł Gzyl:

Ambient, minimal, industrial i… piosenki.

Spopielony – Legendy
Jarek Szczęsny:

Duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient.

Klangwart – Bogotá
Łukasz Komła:

Niemiecka elektronika spotyka kolumbijskie szaleństwo.  

Locked Groove – Sunset Service
Paweł Gzyl:

Hołd dla belgijskiej muzyki klubowej sprzed ćwierć wieku.

Gesaffelstein – Hyperion
Maciej Kaczmarski:

W czarnej dupie.

Hugh Marsh – Violinvocations
Jarek Szczęsny:

Dowód na istnienie skrzypiec.

Pfirter – The Empty Space
Paweł Gzyl:

Spóźniony, ale udany debiut.

Ossia – Devil’s Dance
Maciej Kaczmarski:

Sam w mroku.

MDD – Reverse The Contrast
Paweł Gzyl:

Ekstremalna wizja techno.

King Midas Sound – Solitude
Bartek Woynicz:

„Zbadajmy przestrzeń terroru pustki”

Setaoc Mass – 53 Degrees North Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Na maksa.

Various Artists – The Warmest Hum
Ania Pietrzak:

Potrzebne odcięcie.



Territory EP

The Blaze w Warszawie!

Francuski duet The Blaze wystąpi w Warszawie już 19 marca 2019 r. !

Czytaj dalej »

The Blaze – Territory EP

„Virile” usłyszałam po raz pierwszy dobrze ponad rok temu, kiedy przesłuchiwałam na YT składankę Homieland Vol. 2, sygnowaną przez Bromance Records (jakby nazwa została stworzona celowo pod teledysk do tego utworu). O The Blaze nie wiedziałam wtedy nic. Oczarowali mnie jednak na tyle, że w sposób graniczący z pewnością stwierdziłam, że wkrótce będzie o nich głośno, bo „Virile” będzie się klikać jak szalone. Po prostu ma w sobie to „coś”, co wywołuje dobre emocje.

Nie znalazłam wtedy innych utworów duetu The Blaze. Specjalnie mnie to jednak nie bolało. „Virile” ma tyle uroku, że ciężko by się szybko znudził. Kryje w sobie magię domowych kosmosów i najmniejszych dyskotek świata (otwartym tekstem: subtelność i naiwność pierwszych randek). Klimat ten wieszczy już otwierający teledysk cytat z Nat King Cole’a: „You call it madness, but I call it Love”. Z tych powodów „Virile” z dużym impetem wpakował się na moją osobistą listę „piosenek do których doskonale się tańczy o 4 nad ranem na dogasającej domówce” (deklasując Marka Farinnę i jego „Dream Machine”).

Dziś, po wypuszczeniu minialbumu „Territory”, status wygląda tak: „Virile” ma ponad 1,5 mln wyświetleń i stał się perełką Bromance Records, podczas gdy drugi singiel „Territory” w dwa miesiące osiągnął 2,4 mln wyświetleń, a jego teledyskiem zachwycił się sam Barry Jenkins, reżyser oskarowego „Moonlight” (warto obejrzeć). To nie przypadek. Uczuciowość muzyki The Blaze w połączeniu z solidnie wyprodukowanymi teledyskami wciąga odbiorcę do swojego świata.

Paryski duet tworzą kuzyni Jonathan i Guillaume Alric. Swoją muzykę opierają na klubowych brzmieniach mieszając je z elementami popu i dance’u i przetwarzając solidnie za pomocą syntezatorów. Wiem jak brzmi zestawienie popu i dance’u, ale nie zrażajcie się proszę. Jestem przekonana, że The Blaze zburzą wasze negatywne skojarzenia z tymi określeniami. Znakiem rozpoznawczym duetu są też niskie wokale, wykonywane zarówno przez Jonathana i Guillaume’a, ale zremiksowane w sposób uniemożliwiający ich jednoznaczne wyodrębnienie.

Na płycie znajdują się cztery utwory i dwa krótsze przejścia, ale dla mnie najistotniejsze są wspomniane już „Virile” i „Territory”. Chyba dlatego, że są względem siebie najbardziej przeciwstawne. „Virile” – ciepły i relaksujący. To taki numer, który może wzbudzić tylko pozytywne emocje. Tempo jest idealne, ilość uderzeń wyważona. Nowe elementy podkładu są dodawane stopniowo, tak by na końcu wejść na poziom muzycznej perfekcji, która sprawia, że do umysłu docierają wyłącznie endorfiny. W dużych ilościach.

„Territory” odwrotnie, jest nostalgiczny, nieco nerwowy i niepokojący, choć muzyczne napięcie jest utrzymane na równym poziomie. Pozostałe „Juvenile” i „Sparks & Aches” bronią się warsztatowo, ale nie są już tak oryginalne jak dwa pierwsze, które mają w sobie gatunkową świeżość i raczej na długo pozostaną wizytówką The Blaze.

W tym w istocie zawiera się najlepsza recenzja. Nie oczekujcie muzyki najwyższych lotów i najmocniejszych emocji. Odpuśćcie oceny charakterystyczne dla egzaltowanego mówienia o sztuce. The Blaze postawili na prostotę, która ma dać przyjemność i oderwać od myślenia o potrzebie szukania jednoznacznej odpowiedzi na wszystkie pytania. Wedle pragnienia „chwilo trwaj”. To nie przypadek. W jednym z wywiadów Jonathan Alcris stwierdził, że ich kinową inspiracją były takie obrazy jak Amores Perros czy niedawny American Honey. Kto widział te filmy zapewne odnajdzie w muzyce The Blaze energię młodości i pragnienie wolności. Co do kwestii czy trzeba uciekać, żeby to poczuć – posłuchajcie i sami zdecydujcie, czy chcecie w ogóle pytać.

7 kwietnia 2017, Animal 63

Profil na Facebooku » Beatport »