Unknown Landscapes Vol. 6 – Mixed & Selected By Lewis Fautzi
Paweł Gzyl:

Mocno, hipnotycznie i… przewidywalnie.

Teo Olter – Mirów
Jarek Szczęsny:

Strefa komfortu.

John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.



Tony Allen

The Good, The Bad & The Queen – Merrie Land: Dwugłos

Oto nasz dwugłos w sprawie powrotu projektu The Good, The Bad & The Queen. O płycie „Merrie Land” piszą: Jarosław Szczęsny i Daniel Barnaś. Czytaj dalej »

Tony Allen & Jeff Mills – Tomorrow Comes The Harvest

Chciałbym takiej starości. Czytaj dalej »

Tenor z Allenem oraz Turner z Youth`em

Analogowi astronauci. Czytaj dalej »

Afro-Haitian Experimental Orchestra – S/T

Afrobeat zawędrował na Karaiby. Czytaj dalej »

Rocket Juice & The Moon – Rocket Juice & The Moon

Święto Pracy jest świętem dość zaniedbanym, ale na pewno nie przebrzmiałym. Ciągle żywotna jest teoria, że oprócz kultury to właśnie praca odróżnia człowieka od innych gatunków, dlatego w ten dzień warto poświęcić parę minut na docenienie ludzi, którzy nie mają nam więcej do zaoferowania niż bardzo sumienne podejście do tego, co robią i oczywiście efekt tego działania.

Poznali się cztery lata temu, w samolocie do Lagos w Nigerii. Wybierali się tam w ramach warsztatów, konferencji i zwyczajnej wymiany doświadczeń w ramach Africa Express. Damon Albarn, Michael „Flea” Balzary, Tony Allen. Każdy z osobna jest człowiekiem instytucją, który oprócz swoich głównych projektów, udziela się też w wielu innych, pomniejszych, ciągle będąc w orbicie artystów bardzo aktywnych, ale rzadko kiedy rozmieniających się na drobne. Ich sylwetki mogą stanowić w przyszłości niedościgniony wzór osób tyleż pracowitych, co skrupulatnych i nigdy nie schodzących poniżej bardzo przyzwoitego poziomu.

Ale pisanie takich peanów można zaniechać na moment, gdy spotykają się razem i pragną stworzyć kosmiczny ensemble wraz z zaproszonymi gośćmi, niemniej uznanymi. Dość wymienić Erykę Badu, gwinejskiego wschodzącego dopiero rapera M.anifest, obsługującego keyboard Cheick Tidiane Seck, czy niedawną debiutantkę, ale już bardzo uznaną Fatoumatę Diawarę. Cała plejada nazwisk nie kończy się na tych paru osobach, dając przynajmniej personalnie do zrozumienia, z jakim gatunkiem będziemy mieć do czynienia.

I rzeczywiście, bardzo łatwo wychwycić już od pierwszych dźwięków, że supergrupa jest hołdem dla klasycznego soulu i afro-funku lat 70. Nie jest to jawna kalka, tylko 18 (w wersji bonusowej 20) zgrabnych, rytmicznych (to przede wszystkim) kompozycji, czasem miniatur, ale jednak nie odbiegających od pierwowzorów sprzed 40 lat.

Jeżeli na czymś trzeba się koniecznie skupić, to jest zdecydowanie sekcja rytmiczna. Tony Allen wraz z Flea przypominają czym jest transowość, nieliniowość, przełamanie klasycznego 4/4 do stosunku 5/3 (nie uciekając przy tym od czterotaktowej podstawy). Jak mawiają wielcy tego świata – rytm to nieśmiertelność, zwłaszcza w przypadku afrykańskich konotacji muzyki zachodniej i tzw muzyki świata, która przeważnie jest bardziej onomatopeiczna, przez co posiada zupełnie inne podejście do struktury utworu, a nawet tonacji.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/449045-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=449045-01″ allowscriptaccess=”always”]

Płyta sama w sobie przenosi w zupełnie inny wymiar, bardzo wakacyjny, słoneczny (tak, taki jak teraz za oknem), ale najbardziej zdumiewa mnogością pomysłów i całą paletą barw, dźwięków, uczuć, skumulowanych w niepełnej godzinie. I nie jest to jazda emocjonalnym rollercoasterem. Bardziej mamy do czynienia z zaproszeniem do rdzennej części Afryki, gdzie można podziwiać jednocześnie niemalże oślepiający błękit nieba oraz czerwony, niemalże krwisty, odcień spalonej słońcem ziemi. Jeśli można by cokolwiek wymienić, wyróżnić, to z pewnością będą to olśniewające już nie tylko rytmiką, ale prawdziwie uzależniającymi melodiami Hey, Shooter z Eryką Badu, Lolo z Diawarą i M.anifestem, absolutnie najbardziej wyrazisty Follow-Fashion, a także Poison, najbliższy albarnowej estetyce oraz porywający swym motywem klawiszowym There. Reszta radośnie wibruje wokół tych pereł, niewiele od nich odstając poziomem, ale też nie przykuwając tak bardzo uwagi, będąc raczej ścieżką do wymienionych już wyżej wrót.

Wszystko tu się miesza jak w nieokiełznanym tyglu, wzrusza, zachwyca i idealnie nadaje się do celebrowania słonecznych i leniwych dni, choć nie ucieka się do tanich chwytów z wakacyjnych hitów. Im częściej słuchacz daje się ponieść tym dźwiękom, tym więcej światła i radości może otrzymać w zamiar. Egzotyczna pozycja obowiązkowa.

Honest Jon’s // 2012

www.rocketjuiceandthemoon.com

www.honestjons.com

 

Damon Albarn, Tony Allen, Paul Simonon, Simon Tong – The Good, The Bad & the Queen

Uwielbiam takie projekty! Garstka artystów, czasem pochodząca z oddalonych od siebie stylistycznie zespołów, spotyka się, aby stworzyć jeden album studyjny i po imprezie wieńczącej zakończone tournee wrócić do swych rodzimych formacji. Dzięki temu nie jesteśmy świadkami odcinania kuponów od dobrego, niczym nieskażonego debiutu przez nagrywanie jakiegoś gniota (lub, co najwyżej, podejrzanie przeciętnej płyty). Przykłady? Świetny Indian Summer z 1971 roku będący wspaniałą odtrutką na powoli zjadający swój ogon rock progresywny, Temple of the Dog – hołd grunge’owego środowiska złożony zmarłemu z przedawkowania heroiny przyjacielowi, czy też rodzimy Lenny Valentino obwołany jednym z ważniejszych wydarzeń na polskiej scenie muzycznej ostatnich lat. Jednak, gdy zamiast satysfakcji zrodzonej z artystycznego sukcesu muzycznej Jętki pojawia się myśl o jego kontynuacji, to istnieje duże prawdopodobieństwo, iż magia jednostrzałowego projektu pryśnie zamieniając się w wodę na młyn kont bankowych wytwórni płytowej oraz zgrzyt fanowskich zębów. Zadziała machina marketingowa, nazwiska artystów. Oczywiście nie jest to żelazna reguła. Druga płyta The Raconteurs, fenomenalna rockowa petarda – kopie mocniej od pierwszej. Blackfield z kolei lepiej zapisałby się w mojej świadomości, gdyby spółka Wilson-Geffen odpuściła sobie dalsze dłubanie w pop-rockowych piosenkach. Jednym z takich projektów jest właśnie ‘The Good, The Bad & The Queen’ promowany nazwiskami czterech muzycznych indywidualistów pochodzących z różnych biegunów muzycznego świata.

Znacznym uproszczeniem byłoby wpisywanie tej płyty w rockową alternatywę. Doklejanie łatki ‘folk-rock’ też sprawy nie rozwiązuje (powiedziałbym nawet, że ją tylko komplikuje). Grupa po przeszło rocznej pracy w studiu uzyskała na tyle trudne do zdefiniowania, frapujące brzmienie, obfite w piękne melancholijne melodie, iż większość zespołów tworzących muzykę niezależną zapewne zaprzedałaby duszę diabłu, aby mieć taki krążek na swoim koncie. Damon Albarn, spiritus movens Blur oraz Gorillaz – pełniący rolę głównego kompozytora, nie stworzyłby zapewne tak mocnego albumu, gdyby nie wkład własny pozostałych muzyków.

Fotografia, na której sekundy dzielą młodego mężczyznę od eksplozji punkową złością skumulowaną w niszczonym na scenie instrumencie, jest jednym z symboli przemian, jakie nastąpiły w muzyce późnych lat siedemdziesiątych. Do ludzi, którzy mieli swój udział w obalaniu rockowych stereotypów należał między innym basista The Clash, bohater wspomnianego zdjęcia. Po rozwiązaniu grupy próbował swych sił przewodząc własnej kapeli, po czym z powodzeniem zajął się malowaniem obrazów oraz projektowaniem okładek. Z powrotem na muzyczne tory sprowadził go właśnie Albarn, kompletujący dream team potrzebny do urzeczywistnienia jego wizji. I choć mogłoby się to wydawać dość ryzykownym posunięciem, to już pierwsze dźwięki akustycznego basu, jakie usłyszałem, przekonały mnie, iż z punkowej szajby została w nim głównie kipiąca sceniczna charyzma, a z wiekiem przybyło mu wrażliwości muzycznej. Za fundamentalny dla muzyki XXI wieku instrument odpowiada długoletni współpracownik Damona, który do pierwszej ligi wybił się grając z The Verve. Skromny sideman mądrze dzielący się muzyczną przestrzenią z pozostałymi członkami zespołu potrafiący wyraźnie zaznaczyć swoją obecność, czy to chwytliwą progresją akordów, czy też mądrze użytą kombinacją gitarowych efektów. Oszczędny styl gry obu panów kierujących się myślą, iż w paru nutach można wyrazić więcej emocji, niż w ich zbędnej gęstwinie, co jest według mnie nadrzędną wartością cechującą dobrego muzyka, stał się wspaniałym kontrapunktem dla dopełniającego składu bębniarza, który będąc współtwórcą afrobeatu – koktajlu jazzu, funku i pomysłów melodyczno-rytmicznych zaczerpniętych od plemion Czarnego Lądu – wraz z Nigeryjczykiem Fela Kuti przyczynił się do wzrostu fascynacji muzyków dźwiękami Afryki, otwierając tym samym drogę do sukcesu takim artystom jak Peter Gabriel, czy Paul Simon. Snuta przez niego sieć perkusyjnych ghost notes dopełniających główny rytm stała się jednym z atrybutów wyróżniających tę płytę na tle europejskiej muzyki alternatywnej.

Tym samym Paul Simonon, Simon Tong oraz Tony Allen pod wodzą człowieka britpopowego renesansu stworzyli zespół, o którego sile nie świadczyła moc używanych wzmacniaczy czy też popisowe partie solowe, lecz przejrzystość strumienia dźwięku, z którego słuchacz może dowolnie wyławiać poszczególne partie instrumentów niezagłuszane niczyim ego. Nagrany materiał dodatkowo przepuszczony przez głowę Danger Mouse’a, pełniącego rolę piątego Beatlesa, uzyskał szlif momentami nadający utworom błysk nieoczekiwanej przebojowości.

Rozpościerając nad muzyką mglistą atmosferę siedemnastowiecznego Londynu czasem jedynie w paru zdaniach, działających niczym zapalnik dla wyobraźni, melancholijny śpiew oprowadzi nas po zakątkach zatopionego w mroku miasta, by zaraz skomentować wydarzenia z ostatniego pięćdziesięciolecia malując słowami szary obraz brytyjskiego socjalizmu oraz żołnierzy niepewnych jutra. Ujrzymy dzięki temu Wielką Brytanię oraz jej Kapitol dalekie od pocztówkowego wizerunku. I choć antywojenne przesłanie zdaje się być tematem dominującym, to jednak przeplata się ono momentami z pozoru błahymi historiami – problematyką zagubienia człowieka w świecie coraz to nowszych technologii, czy też opowieścią o siedmiotonowym wielorybie, który niegdyś wpłynął do Tamizy.

Zamykające płytę requiem, w którym rozdzierająca gitarowa solówka wije się przez zatracający się coraz bardziej w dźwiękowym pandemonium zespół, niesie nadzieję na lepsze jutro w świecie wolnym od dziejowych tragedii, jakie przez stulecia nawiedzały stolicę, której, wedle legend, zgubę miały przynieść opuszczające Tower of London kruki. Być może zobojętnienie ludzi na kolejne nieszczęścia sprawiło, iż upadek Imperium nie został przez nich w ogóle zauważony? Pękająca w finale ściana dźwięku pozostawi nas w zadumie nad kondycją ludzkich poczynań na przestrzeni wieków, ich konsekwencjami oraz lichym pocieszeniem, iż niezależnie od tego, co jeszcze przytrafi się podopiecznym świętego Jerzego Słońce i tak wzejdzie nad horyzont. Świecąc jednako – zarówno dla szarego społeczeństwa, zbrodniarzy, jak i samej Królowej.

Parlophone/Honest Jons 22.01.2007

5/5