Catnapp – Break
Paweł Gzyl:

Basowe piosenki.

Joshua Sabin – Sutarti
Paweł Gzyl:

Zew z litewskich lasów.

Thom Yorke – Anima
Maciej Kaczmarski:

1997-2019-2049?

Koza – Mystery Dungeon
Jarek Szczęsny:

Moby Dick.

D. Carbone – A.C.A.B.
Paweł Gzyl:

D. Carbone idzie na wojnę.

Fire! Orchestra – Arrival
Jarek Szczęsny:

Zrobiło się ciszej.

SØS Gunver Ryberg – Entangled
Paweł Gzyl:

Ciekawie, ale za krótko.

Palmer Eldritch – [dog]
Jarek Szczęsny:

Nieustanny proces chwalenia.

LSD – Second Process
Paweł Gzyl:

Kreatywna kooperacja czy skok na kasę?

Lena Andersson – Söder Mälarstrand
Paweł Gzyl:

Owoc studyjnego spotkania Eomaca i Kyoki.

Michał Miegoń & Adam Witkowski – Dwuja
Jarek Szczęsny:

Zawsze słucha się inaczej.

Lost Few – Between The Silence
Paweł Gzyl:

Muzyka na poprzemysłowe przestrzenie.

Jakub Lemiszewski – 2019
Jarek Szczęsny:

W zaczarowanym nastroju.

Kate Tempest – The Book Of Traps And Lessons
Jarek Szczęsny:

Próba uchwycenia bałaganu dzisiejszych czasów.



uk garage

Logos – Imperial Flood

Sielski krajobraz wschodniej Anglii przełożony na awangardowy grime.

Czytaj dalej »

Martyn – Voids

Triumf woli życia.

Czytaj dalej »

Moderat – III

No i wrócili!  Czytaj dalej »

Jamie xx – In Colour

The xx może i wyglądali kiedyś jak ludzkie wersje gotyckich dzieciaków z South Parku, ale pod wizerunkiem rodem z plakatów dołączanych do „Bravo” od samego początku kryły się niezwykłe osobowości. Czytaj dalej »

Millie & Andrea – Drop The Vowels

Zaskakująco efektowna wariacja na temat brytyjskiego rave’u sprzed dwóch dekad, wpisana w jak najbardziej współczesne brzmienia.

Czytaj dalej »

Lee J. Malcolm – Terrestial

„Terrestial” to porcja inteligentnej elektroniki – o zdecydowanie postnowoczesnym tonie. Bo wszystkie pojawiające się tutaj estetyki są poddane radykalnej dekonstrukcji. Czytaj dalej »

Fat Session rozdaje muzykę

Francuska wytwórnia proponuje do darmowego ściągnięcia swoją pierwszą kompilację.

Czytaj dalej »

Mouse On Mars – WOW

Jan St. Werner i Andi Toma znaleźli idealnych partnerów w osobach Gernota Bronserta i Sebastiana Szarego. Dowodem na to sukces nowego albumu duetu Mouse On Mars i promującej go trasy koncertowej, który zapewne nie miałyby miejsca bez medialnego wsparcia Modeselektora. Ponieważ „Parastrophics” okazał się udanym przedsięwzięciem, niewiele ponad pół roku po premierze albumu dostajemy jego następcę – „WOW”.

O ile poprzednia płyta była swoistą syntezą dawnych i obecnych fascynacji Wernera i Tomy, tak ta najnowsza jest wyraźnie skoncentrowana na tym drugim wątku. Jeśli pominiemy ekscentryczny wstęp rozpisany na odgłosy ulicznego szumu i dzikie wrzaski Dao Anh Khanha (wietnamski performer, którym Niemcy zachwycili się podczas swego pobytu w Azji), to właściwy materiał z krążka zaczyna się od razu ukłonem w stronę brytyjskiej bass music. „DOG” sprawia początkowo wrażenie, że będziemy mieli do czynienia z dynamicznym UK garage`m – w pewnym momencie nagranie zamienia się jednak w zwalisty dubstep opleciony rytmicznymi stukami i brzęczącymi loopami. Podobnie wypada „HYM” – z tym, że tutaj od razu wkraczamy na terytorium smolistego dubstepu, w który wpisane zostają w dowcipny sposób soulowe sample wokalne i instrumentalne.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/2071261-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=2071261-02″ allowscriptaccess=”always”]

Do autorskiej wizji UK garage`u Werner i Toma wracają pod koniec płyty. „CAN” opiera się bowiem na szybkich i lekkich bitach, które wnoszą poszatkowane sample o rwanym tonie i komputerowo wokalizę zaprzyjaźnionego producenta Niemców – Erika D. Clarka. Bardziej breakbeatowy charakter ma z kolei „SUN” – szybko toczące się uderzenia połamanego rytmu nurzają się tym razem w rozjeżdżonych pasażach popiskujących klawiszy. Eksperymentalną odmianą UK garage`u może być w tej kolekcji „VAX” – bo choć nie słychać w nim masywnych uderzeń bębna, stukające hi-haty pracują w rytmie rodem z brytyjskiej klasyki gatunku. Do tego dochodzą oczywiście maksymalnie powyginane basy wsparte melodyjnym pasażem plastikowych klawiszy.

Ten ostatni wątek ma niewątpliwie funkową genezę. I jakby na potwierdzenie naszych przypuszczeń „PUN” przynosi zwrot duetu w stronę bardziej oldskulowych dźwięków. Rytm staje się wolniejszy – a syntezatory grają niczym na dawnych płytach tworzących kanon muzyki fusion. Dalszym rozwinięciem flirtu z „czarną” muzyką jest tutaj „APE” – bo to klaskany hip-hop z rozpasaną aranżacją, skoncentrowaną na zamaszyście grających klawiszach. I jeszcze „ACD” – karykaturalne electro o zwalnianym i przyspieszanym rytmie, którego ozdobą są brutalne ukąszenia acidowych akordów.

Cała ta dźwiękowa nawałnica nie trwa długo – bo zaledwie 33 minuty. Ale niemieccy producenci zadbali o wyjątkowo gęste brzmienie – co sprawia, że ilością pomysłów zawartych na „WOW” można by obdzielić co najmniej z tuzin podobnych płyt. Obie tegoroczne płyty Mouse On Mars układają się w barwną wizję nowoczesnego IDM-u – pozbawionego bajkowego klimatu, pełnego wisielczego poczucia humoru, niebezpiecznie balansującego na granicy groteski i śmiało flirtującego z modnymi zdobyczami angielskiej bass music. Podoba się Wam taka wersja gatunku?

Monkeytown 2102

www.monkeytownrecords.com

www.facebook.com/MonkeytownBerlin

www.facebook.com/mouseonmars

Deadbeat – Eight

Po uruchomieniu własnej wytwórni płytowej, Scott Monteith dokonał następnych zmian w swym artystycznym życiorysie: przeniósł studio do innego miejsca w przemysłowej dzielnicy Berlina a potem wyposażył je w nowe instrumenty, w tym analogowe syntezatory Mooga i Prophet 600. I właśnie już na tym ekwipunku zrealizowany został materiał na ósmy autorski album jego projektu Deadbeat. Czy znalazło to odbicie w jego brzmieniu?

Oczywiście! Zapomnijcie o podwodnym ambiencie podszytym dubowymi pulsacjami, który wypełnił wydany w zeszłym roku krążek „Drawn & Quertered”. Tym razem kanadyjski producent postawił na ciężkie i mocne dźwięki, jak gdyby wyruszał na wojnę z wszystkimi swoimi naśladowcami, jacy pojawili się w ciągu trzynastu lat jego działalności na elektronicznej scenie.

Oto otwierający płytę „The Elephant In The Pool” uderza masywnymi i spowolnionymi bitami o dubstepowym metrum, które uzupełniają przejmujące zawodzenia przesterowanego basu. Wszystko to oczywiście tonie w studyjnym szumie, którego świszczący strumień prowadzi nas do „Lazy Jane (Steppers Dub”). To również dubstep – ale o bardziej rwanej i gęstej rytmice, którą uzupełnia wokoderowy wokal w stylu R&B należący do innego kanadyjskiego artysty – Danuela Tate`a.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/2038655-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=2038655-02″ allowscriptaccess=”always”]

Potem zaczyna się segment bardziej eksperymentalnych kompozycji. „Alamaut” rozbrzmiewa wojennymi bębnami, niosącymi brzęczący motyw klawiszowy o bliskowschodniej melodyce. To chyba najbardziej minimalistyczne nagranie w zestawie – ale pełne wewnętrznego napięcia i niepokoju, uzyskanego nadzwyczaj skromnymi środkami. W hipnotycznym „Wolves And Angels” Monteith zwraca się ku typowemu dla swych wcześniejszych produkcji monumentalnego dub-techno. Mimo chmurnego brzmienia, utwór ma zdecydowanie taneczną energię, co jest zapewne zasługą innego kanadyjskiego artysty, który dołożył doń swoje trzy grosze – Mathew Jonsona.

Brytyjskie wpływy bass music powracają znowu w „Punta De Chorros”. Tym razem otrzymujemy wyjątkowo bogato zaaranżowany dubstep – bo na kroczącym podkładzie rytmicznym Monteith osadza zarówno funkowy pochód morderczego basu, jak również oplecione studyjnymi pogłosami kłujące uderzenia pojedynczych akordów klawiszy i oniryczny strumień ambientowych syntezatorów wyłaniający się z dalekiego tła. „My Rotten Roots” ciągnie nas znowu w stronę tanecznego parkietu – tym razem kanadyjski producent sięga po energetyczny UK garage, w którym jest miejsce zarówno na niemal house`owy puls, jak i raperskie sample.

I na finał kolejny zwrot w stronę mniej konwencjonalnych brzmień. Najpierw pojawia się „Yard” – transowy tribal, łączący w zgrabny sposób rave`owe wibracje basu z acidowym skwierczeniem toksycznego loopu. Zrealizowany wspólnie z Dandy Jackiem ekstatyczny „Horns Of Jericho” ociera się znowu o UK garage – ale tym razem mniej tu klubowej funkcjonalności, a więcej dźwiękowego designu, wyrażającego się w zestawieniu pęczniejących uderzeń jungle`owego basu z samplem pohukujących organów o wręcz progresywnym tonie.

Wszystko wskazuje więc na to, że Scott Monteith stawia na muzyczny płodozmian – po powrocie do swych ambientowych korzeni na „Drawn & Quartered”, tym razem skręca ku znacznie bardziej energetycznym i współczesnym brzmieniom, łączącym berlińską i londyńską szkołę tworzenia dubowych dźwięków. Co najważniejsze jednak – w obu odsłonach wypada tak samo przekonująco.

BLKRTZ 2012

www.myspace.com/deadbeatcomputermusic

Barker And Baumecker – Transsektoral

Andreas Baumecker zaczynał swą przygodę z nowoczesną elektroniką od… pracy w słynnym sklepie płytowym Delirium we Frankfurcie, wokół którego powstały potem słynne wytwórnie Playhouse i Klang Elektronics. Być może możliwość obcowania z niezliczoną ilością winylowych krążków sprawiła, że kiedy dzięki wsparciu swych mentorów – Aty i Heiko – stanął za deckami, nie mógł się zdecydować, czy grać techno, czy house czy jungle. Mimo tego zdobył sporą popularność – i dlatego na początku minionej dekady przeniósł się do Berlina, aby tam związać się najpierw z klubem Ostgut, a potem jego słynnym następcą – Berghain.

Sam Barker jest przeciwieństwem swego starszego kolegi – bo nigdy nie didżejował, ale za to od małego kształcił się w grze na różnych instrumentach. Kiedy w końcu trafił do Brighton, by studiować muzykę, szybko zaistniał na lokalnej scenie ze swym eksperymentalnym projektem Instrumentality. Potem pojawił się Voltek – bo pod tym szyldem Barker zrealizował swe pierwsze nagrania utrzymane w stylu abstrakcyjnego IDM-u. Przenosiny do Berlina sprawiły, że Brytyjczyk znalazł pracę w agencji blokingowej przy Berghain.

I tam właśnie poznał Baumeckera, z którym zaczął sprowadzać do słynnego klubu niekoniecznie od razu kojarzących się z jego estetyką artystów – choćby Autechre. Organizowany przez nich cykl „Leisure System” stał się szybko towarem eksportowym – dzięki czemu kolejne jego odsłony odbywają się obecnie choćby w Londynie czy w Moskwie. Od słowa do słowa – i w końcu obaj panowie zaczęli pracować nad wspólnymi nagraniami. Trzy zrealizowane przez nich dwunastocalówki dla Ostgun Ton pokazały, że ich wspólną twórczość niełatwo będzie zaklasyfikować. Podobnie jest z debiutanckim albumem duetu – „Transsektoral”.

Widniejące na jego okładce dwa wilki wskazywałyby, że płyta pełna będzie dzikiego i surowego techno. A tu niespodzianka – w klimat całości wprowadza nas ambientowa miniatura „Sektor”. Ale zaraz potem uderza chrzęszczący breakbeat o metalicznym brzmieniu, który z jednej strony kojarzy się z brytyjskim hardcore`m z początku lat 90., a z drugiej – z nowoczesnymi eksperymentami artystów ze Stroboscopic Artefacts („Trafo”). Kiedy ustają te zimne i chmurne dźwięki – rozbrzmiewa ciepły i kojący micro-house z dawnej szkoły Playhouse, łącząc masywny pochód pęczniejącego basu z cmokającymi klikami na typowym dla tego gatunku onirycznym tle („Schlang Bang”).

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/460576-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=460576-01″ allowscriptaccess=”always”]

Potem producenci zabierają nas na wycieczką do współczesnego Londynu. „Crows” to nowa wersja singlowego utworu „A Murder Of Crows” – podrasowana na dubstepową modłę połamaną rytmiką i zawodzącymi syntezatorami o rave`owej proweniencji. W „No Body” otrzymujemy z kolei energetyczny UK garage – wypełniony samplami dziewczęcej wokalizy i pohukującymi falami organicznych klawiszy. Z powrotem do Berlina wracamy w dwóch dubowych eksperymentach. Rozmyty „Dranq” przypomina pastelowe kompozycje Sun Electric, natomiast „Databass133” – glitchowe dekonstrukcje dźwięki typowe dla wczesnych dokonań artystów rodem ze Scape w rodzaju Deadbeata czy Kita Claytona.

Finał albumu to wyraźny hołd dla Berghain. Właściwie zaczyna się on nieco wcześniej – bo umieszczony w pierwszej części zestawu „Trans_it” to już morderczo szybkie techno o minimalowej strukturze, której głównym elementem są wibrujące akordy o skorodowanej barwie. Jeszcze mocniejsze dźwięki pojawiają się natomiast w nagraniu „Buttcracker” – bo  otwierające go metaliczne perkusjonalia demonstrują w ostentacyjny sposób, że będziemy mieli z industrialną jazdą w stylu ostatnich dokonań Perca. I rzeczywiście – tym razem duet dociska gaz do dechy, atakując słuchacza furkoczącym lotem basu i świdrującymi loopami o acidowym tonie. Nieco bardziej powściągliwy charakter ma z kolei „Silo” – tym razem twardy bit rodem z Berghain zostaje bowiem zanurzony w kaskadach dubowych akordów, tworząc monumentalne brzmienie bliskie dokonaniom Marcela Dettmanna.

Na sam koniec artyści szykują dla nas jednak kolejny zwrot akcji. Płytę kończy inteligentne przywołanie ciągle modnego kanonu kraut-rocka – transowo wibrujące arpeggia kosmicznych syntezatorów, zwieńczone epicka kodą o niemal orkiestrowym rozmachu („Spur”).

Trzeba przyznać, że „Transsektorial” robi imponujący wrażenie – przede wszystkim wielkim rozmachem inspiracji, ale również śmiałością w łączeniu różnorodnych estetyk współczesnej elektroniki. Ta eklektyczność materiału nie razi – bo Barker i Baumecker potrafili nadać swym kompozycjom spójne brzmienie, mocno osadzone w berlińskiej tradycji, wyznaczonej przez pionierską syntezę dubu i techno w wykonaniu Basic Channel. No a Osgut Ton może zaliczyć kolejne udane wydawnictwo na swym koncie.

Ostgut Ton 2012

www.ostgut.de/label

www.facebook.com/Ostgut.Ton.OFFICIAL

www.facebook.com/barker.baumecker

Jon Convex – Idoru

W sytuacji, kiedy innowacyjny dubstep zamienia się powoli w karykaturalny brostep, wielu pionierów tego gatunku zaczyna eksperymentować z innymi stylistykami, starając się uniknąć identyfikacji z dokonaniami swych amerykańskich naśladowców. Przykładem tego są ostatnie nagrania Damona Kirkhama, który jako Jon Convex debiutuje właśnie z albumem „Idoru”.

Brytyjski producent znany był do tej pory przede wszystkim ze współpracy z Alexem Greenem w duecie Instra:Mental, który w ciągu minionej dekady przeorał swą twórczością brytyjską scenę bass music, serwując oryginalne wersje różnych jej odmian – od drum`n`bassu do dubstepu. Kwintesencją działalności teamu był wydany w ubiegłym roku przez wytwórnię Nonplus album „Resolution 653”, z którego muzyce bliżej już było do techno niż do jakiejkolwiek wersji połamanych rytmów.

W tym kontekście zawartość „Idoru” nie zaskakuje. Oczywiście trafiamy tutaj na echa dawnych dokonań Kirkhama – bo krążek otwiera motoryczny 2step o pastelowym brzmieniu („Fade”). Podobnie jest dalej – oto „Aversion” eksploduje plemiennymi breakami podrasowanymi falującym pochodem basu, a „Shadows” i „Desolation” uderzają UK garage`ową rytmiką i rave`owymi efektami. Pod koniec płyty angielski producent znajduje nawet miejsce na dubstep – w wypełnionym skorodowanymi akordami jamajskich klawiszy „No Love”. Co ciekawe – w kompozycjach tych nie brakuje wokali, które nadają im zaskakująco melodyjny sznyt. To jednak tylko jedna strona płyty.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/2022712-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=2022712-02″ allowscriptaccess=”always”]

Drugą stanowią utwory wyraźnie odwołujące się do klasyki techno i house`u. Na szorstkie uderzenia automatu perkusyjnego rodem z chicagowskich produkcji sprzed ćwierć wieku trafiamy w „New Model”. Znacznie twardsze bity są natomiast podstawą „What I Need” – choć nie brak tu melodii wprowadzanej przez zdubowane dźwięki pianina. Ciekawą hybrydą techno i UK garage`u jest w tym zestawie „Aversion”. Kirkham nie obawia się połączyć tutaj ze sobą siarczystej rytmiki z zawodzącymi klawiszami, które pamiętamy choćby z wczesnych dokonań The Prodigy.

„About Her” to już uderzenie prosto w twarz: odarty z wszelkich ozdobników marszowy bit, przepleciony jedynie nerwowo drgającym loopdem o basowym tonie. Na finał angielski producent proponuje coś bardziej wyrafinowanego – „Idoru” utrzymane jest w stylistyce mocnego techno, ale z jednej strony podszyte mrocznymi akordami w stylu EBM, a z drugiej – futurystycznymi pasażami syntezatorów rodem z dokonań Drexciyi.

Debiutancki album Jona Convexa ujmuje oryginalnymi pomysłami aranżacyjnymi, przełamującymi wszelkie gatunkowe bariery. Dzięki talentowi swego twórcy ma jednak spójne brzmienie i jednolite oblicze. Choć momentami eksploduje naprawdę dziką energią, w większości przypadków ujmuje zgrabnym połączeniem klubowej dynamiki z niemal popową melodyką. Dlatego wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazuję, że będzie przebojem tego sezonu. Przynajmniej w Anglii.

Convex Industries 2012

www.convexindustries.com

www.facebook.com/jonconvex

Phon.O – „Black Boulder”

To właśnie Carsten Aermes był jednym z pierwszych niemieckich producentów, którzy zaczęli w swej twórczości sięgać po brytyjskie dźwięki o mocno zbasowanym brzmieniu. Wystarczy posłuchać wcześniejszych dokonań jego projektu Phon.O, publikowanych głównie przez zaprzyjaźnionego z nim blisko Marco Haasa nakładem jego wytwórni Shitkatapult – a wszystko stanie się jasne.

Aermes już na początku minionej dekady wykorzystywał zarówno breakbeat, jak i bardziej egzotyczne rytmy – crunk,  dancehall czy ghetto bass. Nic więc dziwnego, że w końcu skrzyżował drogi z Chrisem De Lucą z Funkstörung, powołując z nim do życia efemeryczny projekt CLP, którego jedyny do tej pory album sprzed czterech lat pozostaje wymownym świadectwem upodobań jego autorów do wyjątkowo nisko zawieszonych tonów. W tym kontekście nie dziwi fakt, że nowy album Phon.O ukazuje się nakładem wytwórni Modeselektora – 50 Weapons.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1963334-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1963334-02″ allowscriptaccess=”always”]

Muzykę z „Black Boulder” można łatwo podzielić na dwie części. Pierwszą stanowią dynamiczne nagrania flirtujące z brytyjskim garage`m. Ich podstawę stanowią więc szybkie i podłamane bity uzupełnione głębokimi pochodami basu. Berliński producent ozdabia tę motoryczną rytmikę na różne sposoby – raz głównym elementem aranżacji są oldskulowe akordy rwanych klawiszy o szorstkim brzmieniu („Nightshifts”), a kiedy indziej – perliste partie IDM-owych dźwięków („Mosquitoes”) lub sążniste fale trance`owych syntezatorów („Slavemode”). Wszystko to układa się w wyjątkowo energetyczną całość – porywającą do tańca zarówno konkretnym pulsem, jak i chwytliwą melodyką.

Druga odsłona „Black Boulder” to oczywiście zwalisty dubstep. W tym przypadku niemiecki twórca sięga po bardziej abstrakcyjne struktury rytmiczne – bity toczą się w zwolnionym tempie a oplatają je furczące linie przesterowanych basów. Aranże poszczególnych kompozycji tworzą tutaj przede wszystkim skorodowane pasaże dubowych akordów wywiedzione z klasyki spod znaku Basic Channel („Die Machinistin” czy „Black Boulder”). Jedynie w kilku przypadkach Aermes wprowadza melodyjne dźwięki – ale za to wyjątkowo przebojowe, jak w ozdobionym soulową wokalizą Tunde Olaniran „Leave A Light” czy przejmującym „Hope Light”. Album kończy zaskakujący ukłon w stronę przeżywającego renesans popularności drum`n`bassu – świetnie przeprowadzona synteza przejmujących klawiszy z podłamaną rytmiką („12th”).

„Black Boulder” to krótka i zwarta kolekcja solidnych nagrań – uderzająca mocnymi bitami i basami, ujmująca czytelną melodyką, orzeźwiająca ciepłą bryzą znad Karaibów. Bez dwóch zdań – berliński producent zmajstrował najlepszy album w swej dyskografii.

 

Modeselektor – Monkeytown

Cień wielkiej małpy zawisł nad Europą. Gernot Bronsert i Sebastian Szary znokautowali dwoma poprzednimi albumami resztę konkurencji i stali się najbardziej rozpoznawalnymi twórcami niemieckiej elektroniki nie tylko na Wyspach Brytyjskich, ale i na kontynencie. Sukces zapewniło im wyraziste odwołanie się do popularnej w Anglii muzyki o mocno zaznaczonych liniach basu. I aż dziw bierze, że wieczny smutas, Thom Yorke, tak zachwycił się stylistyczną żonglerką Modeselektora, że namaścił swym słynnym nazwiskiem ich wcześniejsze i obecne dokonania. Tym razem apetyty były wyjątkowo rozbudzone – zapewne większość konkurencji liczyła z wypiekami na twarzy, że Bronsertowi i Szaremu wreszcie podwinie się noga – ale nic z tego, niemieccy producenci znów nagrali świetny album.

Właściwie recepta jest ta sama – prawie każdy utwór na „Monkeytown” jest zrealizowany według zasad innego gatunku. Zaczyna się od połamanego dubstepu, w którym melodyjnie plumkające klawisze w stylu IDM łączą się ze świdrującym loopem rodem z wczesnego rave`u („Blue Clouds”). Podobna rytmika powraca potem w nagraniu „Grillwalker”. Tym razem dubstepowy kontekst jest okazją dla syntezy 8-bitowych syntezatorów z warczącym basem o nu-rave`owej proweniencji. W sąsiedztwie tych dwóch kompozycji można by umieścić trzecią – „German Clap”. Niemieccy producenci sięgają w tym przypadku po UK garage, wyciskając zeń chmurne pasaże klawiszy skontrastowane z wesołkowatymi efektami zapożyczonymi z happy hard core`a. Można? Można!

Bronsert i Szary nie byliby sobą, gdyby nie ozdobili kilku nagrań wokalami specjalnie zaproszonych gości. Thom Yorke pojawia się tu w dwóch utworach. „Shipwreck” z powodzeniem mógłby się znaleźć na „The King Of Limbs” – dynamiczny rytm o połamanym metrum niesie tutaj zawodzące pasaże IDM-owych syntezatorów, zza których wyłania się natychmiast rozpoznawalny falset wokalisty Radiohead. Słychać tu wyraźną inspirację dokonaniami Actressa – zresztą podobnie, jak na ostatnim albumie Brytyjczyków. Drugi utwór wyśpiewany przez Yorke`a jest zdecydowanie słabszy, kto wie, czy nie najsłabszy z całego zestawu. Dzieje się w nim bowiem wyjątkowo mało, jak na Modeselektor – ewidentnie niemieckiemu duetowi zabrakło pomysłu, jak ozdobić w „This” charakterystyczny wokal angielskiego gwiazdora.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1831729-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1831729-02″ allowscriptaccess=”always”]

Bez zarzutu wypadają natomiast kompozycje, w których rozbrzmiewają głosy czarnych raperów. „Pretentious Friends” i „Humanized” to soczysty grime, osadzający rymy Bus Drivera i Anti Pop Consortium na rave`owych bitach i basach o przesterowanym tonie. „Berlin” to z kolei zwrot w stronę modnych mutacji R&B w stylu The Weeknd – smoliste rytmy podlane funkowymi klawiszami niosą tu bowiem pomysłowo edytowaną wokalizę Miss Platinium. Jeszcze chwila, a Bronsert i Szary będą produkować Beyoncé.

Jedynym ukłonem ze strony duetu w kierunku rodzimych brzmień jest tutaj „Evil Twin” – siarczyste techno ze starej szkoły, w którym falujące akordy blaszanych syntezatorów wprowadzają chicagowską w stylu nawijkę Otto Von Schiracha. Zaskakujące spotkanie, prawda? Ale jakiego daje kopa! DJ Rush i Green Velvet na pewno będą zazdrośni.

Na koniec Modeselektor zawsze zostawiał jakiś monumentalny IDM (chyba zapożyczył to od Autechre). Tak jest i tym razem – „War Cry” to pulsujący zapętlonym rytmem maszerujących żołnierzy epicki ambient, którego podniosłą atmosferę kreuje syntezatorowe arpeggio podsłuchane w ostatnich dokonaniach Roll The Dice (to chyba niemożliwe – oba duety nagrywały swe ostatnie albumy w tym samym czasie, a jednak!).

Podobnie, jak „Hello Mum!” i „Happy Birthday!”, również „Monkeytown” (dlaczego ta płyta nie ma wykrzyknika w tytule?), podszywa charakterystyczne dla Bronserta i Szarego poczucie humoru. W jakie by bowiem obaj producenci nie uderzali tony, czuć w ich muzyce z jednej strony wielką radochę tworzenia, a z drugiej – niemal autoironiczny dystans. A to sprawia, że słucha się jej z uśmiechem od ucha do ucha. Kto inny w nowej elektronice potrafi wywołać u słuchacza taką reakcję?

Monkeytown 2011

www.monkeytownrecords.com

www.myspace.com/monkeytownrecords

www.modeselektor.de

www.myspace.com/mdslktr

Aoki Takamasa – Monad IX

Chyba nikt się nie spodziewał, że nagrania tego japońskiego producenta pojawią się w katalogu Stroboscopic Artefacts. Aoki Takamasa penetrował co prawda różne obszary współczesnej elektroniki, ale jego muzyka zawsze była osadzona w glitchowym kontekście. Teraz jest podobnie – jednak stale poszukujący artysta wypuszcza się tym razem na terytorium zarezerwowane dla młodych twórców eksperymentujących z możliwościami współczesnego techno.

„Mnd-sng01” uderza od razu rwanym bitem o tektonicznej mocy – Takamasa uzupełnia go jednak przesterowanym basem o funkowym pulsie. Motyw ten otaczają dubowe pogłosy podszyte buczącym loopem dobiegającym z dalekiego tła. Ku zaskoczeniu słuchacza w połowie utworu rozlega się… śpiew. To fragment wokalu ulubionej artystki japońskiego producenta – Tujiko Noriko.

Kolejny utwór – „mnd-sng02” – rozpoczyna się od noise`owego strumienia toksycznego szumu – wprowadza on połamaną strukturę rytmiczną oplecioną smolistym pochodem pogłębionego studyjnym pogłosem potężnego basu. Wszystko to zostaje zanurzone w industrialnych hałasach – zapętlonych jednak w hipnotyczne konstrukcje rytmiczne. I tu również pojawia się melodyjny śpiew Noriko – rozbijając mroczny klimat nagrania, przypominającego swą galopującą rytmiką pamiętnego „Warm Leatherette” w wykonaniu The Normal.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1804734-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1804734-02″ allowscriptaccess=”always”]

Wymodelowany na dubstepową modłę twardy bit techno wiedzie z kolei trzecią kompozycję – „mnd-sng03”. Pod nim rozbrzmiewa hucząca partia syntetycznego basu upstrzonego perkusyjnymi cmoknięciami. Konstrukcję tę przewierca przesterowany loop o żrącym brzmieniu – tonąc w wyłaniającym się powoli z tła ambientowym strumieniu chmurnych dźwięków.

I na zakończenie coś z Wysp Brytyjskich – „mnd-sng04” to garażowy funk o klaskanym pulsie i pohukującym pochodzie giętego basu. Takamasa uzupełnia jednak tę taneczną konstrukcję o mocno zdeformowane efekty – warczący loop i jazgotliwe hałasy. Dodatkowym wątkiem utworu jest oczywiście zabawny głos Noriko – niby szept, niby śpiew, nadający całości lekko groteskowy ton.

Nagrania z „Monad IX” potwierdzają, że mimo upływu lat Aoki Takamasa nadal jest w świetnej formie – jego glitchowe wariacje na temat techno, dubstepu i UK garage`u wypadają nadzwyczaj świeżo i pomysłowo. Dobrze, że Lucy przypomniał sobie o weteranie eksperymentalnej elektroniki – może te cztery nagrania otworzą nowy rozdział w jego ostatnio nieco przygasłej karierze?

Stroboscopic Artefacts 2011

www.stroboscopicartefacts.com

www.aokitakamasa.com

www.myspace.com/aokitakamasa

Machinedrum – Room(s)

Travis Stewart powinien być dobrze znany miłośnikom nowych brzmień. Niedawno zabłysnął w duecie z Praveenem Sharmą jako Sepalcure (dwie epki na Hotflush Recordings), ale bardziej kojarzony jest z aliasem Machinedrum, pod jakim nagrywa od ponad 10 lat. Amerykański producent specjalizował się dotąd się w muzyce, która rzucała most pomiędzy hip-hopem, a brzmieniami określanymi jako IDM, jednak w zeszłym roku na płycie „Many Faces” po raz pierwszy sięgnął po narodzoną z dubstepu bass music. Flirt z nieustająco popularną stylistyką zaowocował kolejnym, dziesiątym już longplayem (i zarazem pierwszym w barwach wytwórni Planet Mu) w karierze Machinedrum – „Room(s)”.

Po pierwszym przesłuchaniu byłem przekonany, że otrzymałem uszkodzoną kopię albumu, jednak odsłuch streamu w jednym z internetowych sklepów rozwiał wszelkie wątpliwości – ta płyta naprawdę tak brzmi. Wszystko zostało tu podkręcone do maksimum; choć struktura beatów mieści się w ramach dubstepu, to ich tempo nierzadko dorównuje galopującemu drum’n’bassowi. Prym wiodą oczywiście nisko zawieszone basy i perkusjonalia, na które składają się pseudoafrykańskie tam-tamy, dubowe stopy i sprężyste werble.

Wokół ulokowanych w centrum, mocno zbasowanych bębnów rozciąga się gęsta sieć rozmaitych syntezatorów i wokalnych sampli, żywcem wyciętych z nagrań R&B. Wokale zostały potraktowane zgodnie ze standardami UK garage: poszatkowane, zniekształcone, przyspieszone/zwolnione, obniżone/podwyższone, a w skrajnych przypadkach przefiltrowane przez, o zgrozo, auto-tune. Utwory aż kipią od dźwięków i sampli, ale ich wzajemne ułożenie wydaje się zupełnie nie na miejscu. Poczucie chaosu potęguje nieregularna sygnatura czasowa, poza którą wychodzą beaty – zupełnie tak, jakby Machinedrum świadomie zrezygnował z użycia sekwencera lub wykorzystał wadliwy sprzęt. Nie sposób do tego tańczyć, ale to jeszcze można przełknąć, wszak nie każdy album nadaje się do parkietowych pląsów. Gorzej, że nie podobna tego słuchać bez uczucia znużenia szybko przechodzącego w graniczące z irytacją zmęczenie.

„Room(s)” należy do tej samej parafii, co wydana niedawno płyta duetu Africa Hitech. Brzmi to wszystko jak gdyby Scuba i Burial wciągnęli razem pokaźną ilość amfetaminy, weszli do studia w narkotycznej malignie, a całość wyprodukował pijany Flying Lotus, telefonicznie radząc się Deadelusa, który ogłuchł na jedno ucho. Nieudany album skierowany tylko i wyłącznie do bezkrytycznych fanów Machinedrum oraz miłośników naspidowanej muzyki klubowej.

Planet Mu | 2011