Wpisz i kliknij enter

Glitterbug – Supershelter


Od 2004 roku jest kuratorem organizowanego tam festiwalu c.sides, grywa epickie sety na trzy gramofony, komponuje muzykę filmową i nagrywa eksperymentalne słuchowiska radiowe. Jeśli gdzieś podróżuje ze swą muzyką, to głównie do USA, Japonii i na Bliski Wschód. Stąd w Europie nie jest tak znany, jak powinien. Być może zmieni to jego debiutancki album, opublikowany pod pseudonimem Glitterbug – „Supershelter”.
Krążek wypełniają w większości długie i wolne nagrania osadzone na miarowo pulsujących podkładach balansujących między techno a housem. Struktury rytmiczne tworzone przez Lohmanna przypominają nieco te, które znamy z nagrań artystów współpracujących z kolońską wytwórnią Ware – a szczególnie jej szefa, Matthiasa Schaffhausera. Glitterbug uzupełnia jednak swe bity o dodatkowe elementy, zabarwiając w ten sposób osadzone na nich kompozycje w intrygujący sposób. Dzięki temu „Up North” brzmi niczym masywne dub techno, w „Oh My Hick!” pojawiają się chrzęsty kojarzące się z estetyką glitch, „Presence” odwołuje się to hi-hatowych dźwięków perkusyjnych z Detroit, a w „Afternoon” głęboki puls zostaje otoczony efektami przypominającymi hiszpańskie kastaniety.
Niespieszna rytmika utworów z „Glitterbug” sprawia, że Lohmann może budować ich narrację powoli, cyzelując poszczególne elementy składowe i tworząc napięcie niczym w filmowym thrillerze. Oto „The Things I Long To Do” rozpoczyna się jako masywny tech-house, wsparty na hipnotycznym bicie oplecionym mrocznym basem. W pewnym momencie drżące klawisze przeszyte świdrującym loopem milkną i na ich miejsce wchodzą dramatyczne smyczki podbite ciężkim pochodem kontrabasu. Potem rozlegają się dźwięki egzotycznej harfy i powracają elektroniczne brzmienia wraz z początkowym rytmem. Podobnie zbudowany jest „Oh My Hick!”. Tym razem przejmujące pasaże syntezatorów zostają przełamane nagłym wejściem symfonicznych dęciaków, po którym nagranie nie jest takie samo – niespodziewanie łapie tribalowy groove, który doprowadza je do ekstatycznego finału. W „Brontohouse” delikatne pląsy klawiszowych akordów oplecionych perlistym loopem uzupełnia tęskna melodia rodem z paryskich bulwarów, wygrana na… akordeonie.

W kilku utworach z płyty słychać, że Lohmann, działając na izraelskiej scenie elektronicznej, podchwycił modne na niej brzmienia w stylu goa. Świadectwem tego epicki „Afternoon”, w którym głęboki puls niesie ekspresyjne arpeggio wygrane na soczyście brzmiących syntezatorach oraz transowy „We Will All Go”, który bazuje na miarowo pobrzękującym pochodzie zbasowanych klawiszy. Wszystko to wpisane jest jednak w formułę techno – tą klasyczną, odwołującą się do psychoaktywnych brzmień, tworzonych na początku minionej dekady przez artystów skupionych wokół Force Inc.
Till Lohmann omija na „Supershelter” szerokim łukiem wszelkie aranżacyjne nowinki, koncentrując się na tworzeniu rozbudowanych kompozycji o bogatym brzmieniu i mrocznym klimacie. Tu nie ma miejsce na zmysłowy groove minimalu ani pozytywną energię tech-house`u. Chociaż Lohmann sięga po klubową motorykę, to spowalnia ją na swój sposób i przytłacza depresyjnymi dźwiękami. W efekcie udaje mu się wykreować oryginalną muzykę, noszącą silne piętno indywidualnego stylu swego twórcy.
Sprawdź

2008







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy