Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.



Archive for Listopad, 2019

va – Pop Ambient 2009


Ogromny sukces kolekcji „Nah Und Fern”, wyraźnie odbija się zresztą na zawartości „Pop Ambient 2009”. Bezkonkurencyjnie najlepszym utworem na składance jest kompozycja „Hindemith” firmowana nazwą Mint, pod którą ukrywa się właśnie Voigt. Nagranie przypomina jednoznacznie muzykę Gas – to mroczny ambient o neoklasycznym sznycie, którego brzmienie tworzą ponure akordy fortepianu, zatopione w powoli wijącym się strumieniu zaszumionych syntezatorów.
Niewiele ustępują „Hindemith” pod względem siły wyrazu dwa utwory Klimka. Porzuciwszy eksperymenty z akustyczną gitarą, polski artysta zaskakuje rozmachem swych nowych produkcji. Otwierający płytę „True Enemies & False Friends (Yesterdays Suite)” rozbrzmiewa podniosłymi tonami orkiestrowych trąb, a zrealizowany z Husakiem „The Godfather (For William Basinski And Snoop Dog)” – poraża majestatycznym brzmieniem, tworzonym przez niepokojące fale przesterowanych dźwięków.

W podobnym klimacie utrzymane jest nagranie Marsena Julesa – „It`s Only Castles Burning”. Zatopione w syntetycznych szumach dalekie odgłosy instrumentów dętych przywołują skojarzenia z twórczością artystów reprezentujących martial music – nic w tym jednak dziwnego, wszak Der Blutharsh czy Von Thronstahl również od czasu do czasu sięgali po ambientową estetykę.
Zupełnie inne nagrania przygotował na „Pop Ambient 2009” Sylvain Chauveau. To skromne, wręcz intymne miniatury – pierwsza na fortepian i skrzypce („Nuage III”), a druga – na gitarę elektryczną („Fly Like A Horse”). Podobny w klimacie, choć bardziej rozbudowany aranżacyjnie, jest utwór Tima Heckera – „Shosts In Silver”. Wzruszająca melodia o filmowym charakterze skrywa się w nim pod typowymi dla estetyki noise cyfrowymi deformacjami. W stronę bardziej rockowej muzyki skręcają autorzy jednego z ciekawszych albumów ubiegłego roku – The Fun Years. Amerykański duet z podziwu godnym smakiem przywołuje ducha psychodelii, bazując jednak na shoegaze`owych ścianach gitarowego dźwięku o mocno rozmytym brzmieniu („I`m Speaking Through Barbara”).
Oczywiście nie brak na płycie odprężających nagrań. Wyróżnia się wśród nich Popnoname ze swoją wersją pastelowej elektroniki w krautowym stylu Harmonii czy Technical Space Composers („Nighliner”), duet Burger/Voigt powracający do swych hipnotycznych dokonań z albumu „[Las Vegas]” („Frieden” oraz remiks „Ausklang” Jürgena Paape), a także Andrew Thomas w lekko glitchowym „A Dream Of A Spider”).
Co ciekawe – niemal wszystkie kompozycją są krótkie i zwarte. Ta wydawałoby się niepasująca do muzyki ambient forma nadaje im jednak zaskakującą dynamikę i wzmacnia ich ekspresję. To istotna wskazówka dla innych artystów parających się tym gatunkiem.
Sprawdź

2009

Będzie nowy krążek Fischerspoonera!

Nareszcie doczekaliśmy się pierwszych informacji na temat nowej płyty electroclashowego projektu Fischerspooner. W serwisie prezentujemy szczegóły. Album „Entertainment” ukaże się 5 kwietnia nakładem labelu Lo Reordings. Materiał powstawał dwa lata, głównie w Nowym Jorku. Na krążku znajdziemy dziesięć premierowych kompozycji.
Po premierze Fischerspooner rusza w trasę – na początek w Stanach i Japonii. Czy zawita do Europy (Środkowej)? Będziemy trzymać rękę na pulsie. Póki co – przypomnijcie sobie klip kawałka „Emerge” z 2002 roku.

Stereolab i Rubik na jednej scenie

15 i 16 maja odbędzie się w krakowie kolejna edycja Cracow Screen Festival. Organizatorzy imprezy ujawnili pierwszych wykonawców – wśród nich są Stereolab i fiński (na szczęście) Rubik. Łącznie w ramach Cracow Screen Festival ma wystąpić 10 zagranicznych projektów. Oprócz Stereolab i Rubika swój przyjazd potwierdzili: Travis, Washington i Haivrit. Tydzień wcześniej – 8 maja – w Krakowie zagra The Notwist!
Przypomnijmy: Stereolab to jedna z najważniejszych post-rockowych grup z UK. Na swym koncie mają tak kultowe krążki, jak choćby „Empereor Tomato Ketchup” z 1996. Ostatnim jak dotąd albumem Stereolab jest ubiegłoroczny „Chemical Chords”.
Rubik to z kolei formacja fińska, której muzyka określana jest jako połączenie Radiohead i Mogwai. Brzmi tak:

Więcej informacji na stronie Cracow Screen Festiwal

Bonobo rozgrzeje przed Festiwalem!

Rozpoczynamy operację Festiwal Nowa Muzyka #4 – już w lutym odbędą się pierwsze klubowe imprezy promujące wydarzenie. Podczas jednego z takich wieczorów wystąpi Bonobo! Cykl imprez klubowych ma zaostrzyć Wam apetyty przed Festiwalem, który w tym roku odbędzie się w Katowicach, na terenie lotniska Muchowiec. Pierwszą klubową gwiazdą będzie Simon Green, nagrywający jako Bonobo. Artysta wystąpi z setem już 21 lutego w katowickim klubie Hipnoza. Początek wieczoru zaplanowano na godzinę 20.00, bilety kosztować będą 35zł.
Przypomnijmy, że Bonobo – wraz z całym swoim zespołem – był jedną z gwiazd drugiej edycji Festiwalu Nowa Muzyka (Cieszyn 2007). Fragmenty tego koncertu oglądać możecie na naszym kanale YouTube.
#4NowaMuzyka Klub – Bonobo

  • 21 lutego
  • Katowice, Jazz Klub Hipnoza (Plac Sejmu Śląskiego 2)
  • Godzina 20.00
  • Bilety: 35zł

Dejnarowicz robi pop

Po akustycznej, wyciszonej płycie „Divertimento” Borys Dejnarowicz prezentuje inne, tym razem popowe oblicze. Czy znów wzbudzi skrajne emocje? Dejnarowicz był ostatnio bohaterem wielu dyskusji, głównie za sprawą swojego solowego krążka „Divertimento„. Co więcej – sam wdał się w dyskusję na temat albumu, w dość żenujący sposób odpowiadając na recenzję Rafała Księżyka.
Wygląda jednak na to, że były członek The Car Is On Fire nie zraża się falą krytyki. Na MySpace słuchać możemy najnowszego kawałka Ani Stanisławskiej, nagrywającej jako Esmi. Kompozytorem piosenki „Znikający Punkt” jest właśnie Dejnarowicz, który zdecydował się pokazać w tym przypadku swoje elekro-popowe oblicze. Słuchajcie i piszcie jak Wam się podoba?

Kumulacja sesji Intelecto

Na rynku pojawiła się producencka kompilacja nagrań Claro Intelecto. Minimal-dubowy zestaw dźwięków „Warehouse Sessions” został wydany przez wytwórnię Modern Love. Autor prowadzi bloga joilet.blox.pl
Ostatnie styczniowe tygodnie przyniosły zauważalny ruch pod kątem ilości wydanych albumów nawiązujących do spuścizny berlińskiej oficyny Basic Channel. Wpierw po trzech latach powrócił islandzki producent Yagya. Ten autor sonicznego, globtroterowego powiewu The Rhythm of Snow dla Force Inc. Works Music, kontynował na „Ringing” swoją podróż-eksplorację po niezbadanej i nieuchwytnej naturze dźwięku. Chicagowski producent Stephen Hitchell przybrał twarz Intrusion, aby stworzyć pod tym pseudonimem swój dziewiczy longplay. Krążek „The Seduction Of Silence” został wypełniony eterycznymi, stratosferycznymi i dogłębnie osobistymi śladami, które pozostawił ten Amerykanin dla potomnych.
okładka albumu - źródło: boomkat.com
Do tego grona dodam kolejną pozycję. Autorską kompilację nagrań angielskiego speca od technicznego dubu – Claro Intelecto. Nie należy tej pozycji traktować jako najnowsze, studyjne i długogrające ujście myśli i pomysłów w wykonaniu tego mieszkańca Manchesteru. Ostatnimi tego typu sygnałąmi były wydane w zeszłym roku w formie płyty Metanarrative, który okazał się udanym mediatorem pomiędzy Berlinem a Detroit. Przechodząc do najnowszego wydawnictwa, z jedenastu utworów
„Warehouse Sessions” – dziesięć jest doskonale znanych fanom tego nurtu. Pojawiły się one w latach 2006-2008 w formie pięcioczęściowej serii EPek „Warehouse Sessions”.


Teraz Claro ułożył je w sposób chronologiczny. Idealne oddają one ducha ewolucji muzycznej estetyki Intelecto. Od zalążków minimalu z Detroit („Thevies”) przez cienie i blaski otchłani deep techno („Signals”) oraz laboratoryjne prototypy minimalu („Momento”, „Instinct”) po techdubowe połyski („Post”). Kompilacja „Warehouse Sessions” zawiera także bonus. Wcześniej nieupublikowane nagranie „W6”, które podkreśla sferyczne, a zarazem mechaniczne brzmienie Marka Stewarta. Choć osobiscie preferuję Claro Intelecto z jego ubiegłorocznego longplaya.
Z zawartością składanki „Warehouse Sessions” możecie zapoznać się na łamach brytyjskiego Juno.

Yagya – Rigning


Skostnienie ram przyniosło zalew jednakowych nagrań, nie powinno zatem dziwić, że mocno wyeksploatowany gatunek dziś rzadko wychodzi poza schemat muzyki tła.
Trzeci album Aðalsteinna Guðmundssona vel Yagya nie przynosi żadnych zmian w techdubowym paradygmacie. Fakt, że wbrew zapowiedziom wydawcy nie różni się od dwóch poprzednich płyt Islandczyka, można by było wytłumaczyć „własnym stylem”, gdyby nie to, że z indywidualnością ma on niewiele wspólnego. Gu?mundsson jest po prostu sprawnym rzemieślnikiem, tyle że zbyt ortodoksyjnym. „Rigning” oznacza deszcz w języku islandzkim, co tłumaczy regularnie powracające odgłosy opadów, z których wynurzają się kolejne utwory (temat deszczu w muzyce to kolejna wyblakła klisza).

Na pierwszy rzut ucha niczego tu nie brakuje – jest ponura głębia miejskich zakamarków, jest melancholijna atmosfera lodowej pustyni, jest wreszcie wszystko to, co w techdubie najbardziej charaktersytyczne (czyt. wyświechtane): głębokie basy, rozległe ambientowe pejzaże, stonowane beaty w umiarkowanym tempie i oczywiście wszechobecna rewerberacja, która otula pokój pajęczyną utkaną z widmowych pogłosów. Kompozycje bezszelestnie przechodzą jedna w drugą, natomiast rozróżnienie poszczególnych fragmentów udaje się osiągnąć dopiero po miesiącach odosobnienia i medytacji w buddyjskim klasztorze. Sam proces percepcji dźwięków potrafi być przyjemny i relaksujący, ale co z tego, jeśli po kilkukrotnym przesłuchaniu albumu nie zostawia po sobie żadnych wyraźnych śladów w pamięci? Czy nie tak brzmi definicja muzyki tła, której jedynym zadaniem jest umilanie czasu i wypełnianie przestrzeni bez aktywnego udziału słuchacza? W takim kontekście „Rigning” jawi się jako idealna ilustracja muzyczna do galerii – tak sztuki, jak i handlowej.

Zabrakło tu nie tylko nowatorskich rozwiązań i urozmaicenia, ale też pewnego nieuchwytnego, niemożliwego do zwerbalizowania składnika, swoistego magnesu, który sprawiłby, że chciałbym do albumu powracać. „Ringing” to tylko perfekcyjnie wyprodukowana płyta i… chciałem napisać, że nic poza tym, ale to nieprawda, bowiem zamiast pchać stylistykę do przodu, utrzymuje ją w stanie „wygodnego odrętwienia”, czyli totalnej stagnacji. Jeśli techdub wcześniej stał przed wysoką ścianą, to teraz się pod nią czołga.
2009

Nie robimy sobie jaj – rozmowa z The Complainers

„Power Joy Happiness Fame” to tytuł nowego albumu projektu The Complainer & The Complainers. Rozmawialiśmy o nim z jego liderem – Wojtkiem Kucharczykiem. Od lat jesteś związany z polskim undergroundem – tworząc jako Mołr Drammaz i Retro-Sex-Galaxy oraz prowadząc wytwórnię Mik-Musik. Tym razem serwujesz muzykę pop. Skąd ta decyzja o wyjściu z podziemia?
Tak właściwie to już pierwsza płyta The Complainera drążyła popowe medium. Nie było to jednak do końca sprecyzowane, podskórnie działo się tam wiele rzeczy nie do przyswojenia przez polskiego słuchacza. Nowy album w zamierzeniu zawiera już najczystszy pop bez udziwnień. Ale to nie znaczy, że odcinam się od tego, co wsześniej robiłem – ciągle pamiętam, skąd przychodzę. To po prostu poszerzenie horyzontów. Muzyka zrobiona dla przyjemności, nie dla intelektualnych dywagacji.
Jak The Complainer będący solowym projektem, przerodził się w The Complainer & The Complainers – regularny zespół?
Na koncertach początkowo sam dawałem sobie radę. Ale do nagrań od razu zapraszałem gości. Na drugim albumie pojawiło się ich aż pięćdziesięciu! To bogactwo muzyki trzeba było jednak jakoś na nowo opakować na koncertach. Dlatego najpierw zaprosiłem do współpracy odpowiedzialnego za analogowe wizualizacje Marcina Zarzekę, a potem dwoje muzyków – moją siostrę Asię Bronisławską i Pawła Trzcińskiego. W ten sposób odszedłem od technik didżejskich w stronę żywego grania.
Podpisaliśmy płytę wspólnie, aby podkreślić, że jesteśmy zespołem.Jak radziliście sobie z komponowaniem klasycznych piosenek?
Sięgaliśmy po nie już wcześniej – choćby w projekcie Go Underground To See Animals. Ale to nie był pop. Bo pop to nie tylko kwestia melodii, ale też produkcji i realizacji nagrania. Dlatego w przypadku nowego albumu, wszyscy zetknęliśmy się po raz pierwszy tą formułą. Każdy przynosił swoje pomysły, kompozycje i teksty. Podpisaliśmy płytę wspólnie, aby podkreślić, że jesteśmy zespołem.
Po raz pierwszy w Waszej działalności wykorzystaliście aż tyle „żywych” instrumentów. Musieliście nauczyć się na nich grać?
Nie, przecież do tej pory tworzyliśmy nie tylko elektronikę, ale również muzykę akustyczną. Dlatego umiemy grać na różnych instrumentach. Ale faktycznie – do tej pory jakoś ostentacyjnie odrzucałem gitarę, a na potrzeby płyty postanowiłem wybadać jej możliwości. Większość tych nienormalnych partii jest moja. No i musiałem popracować nad głosem – bo to ja jestem głównym wokalistą na albumie.
A skąd pomysł na zaproszenie kwartetu smyczkowego do nagrań?
Od zawsze lubiłem brzmienie smyczków. Jest w nim potęga, coś trudnego do uchwycenia, dźwięk, który żyje własnym życiem. Wcześniej przemycałem w swych utworach nawiązania do klasyki w postaci syntetycznych smyczków czy sampli. Teraz wreszcie odważyłem się mocno wejść w świat akustycznych brzmień. Pozyskaliśmy do nagrań tych, których chcieliśmy pozyskać i wszystko udało się jak planowaliśmy. Na koncertach smyczki wypadają jeszcze lepiej – taki mają power!

A jak Artur Rojek znalazł się w trzech utworach?
Naturalnie – poznaliśmy się już kilka lat temu. Najpierw wymienialiśmy maile, potem spotkaliśmy się osobiście, śledziliśmy własną twórczość. W końcu pojawił się pomysł wspólnych nagrań. Artur podjął się tego wyzwania – i wyszło sympatycznie. Wystąpił już z nami na premierowym koncercie w Katowicach, rozbudowując swój udział o gitarowe improwizacje.
Michaela Jacksona odkryłem stosunkowo niedawnoW piosenkach na płycie mieszają się wpływy synth-popu i funku, cytaty z Michaela Jacksona i Prince`a, rytmy afro i latino. Czy to suma Waszych obecnych fascynacji muzycznych?
No chyba tak. Obecnych i odwiecznych. Od dawna lubię muzykę afrykańską, jestem fanem Prince`a, słucham Davida Bowie i Talking Heads. Ale Michaela Jacksona odkryłem stosunkowo niedawno. Każdy z nas ma swych ulubieńców i w oczywisty sposób te fascynacje przenikają do jego własnych pomysłów. Ale na tym właśnie polega pop – na przenikaniu się wszystkiego, co już zaistniało w muzyce. To nie kopiowanie, ale nawiązywanie do spuścizny kulturowej, którą każdy z nas nosi w sobie.
Wasze utwory właściwie można by potraktować jako pastisze – pełne są bowiem groteskowych parafraz różnych gatunków i stylistyk muzycznych.
Nie zgadzam się. Pastisz już w założeniu ma się śmiać ze swego źródła inspiracji. A my robiliśmy te utwory na serio. Oczywiście nie obce jest nam poczucie humoru i lubimy się czasem pośmiać. Ale nie robimy sobie jaj – podchodzimy do muzyki tak poważnie, jak to tylko możliwe.
Czy tytuł „Power Joy Happiness Fame” oznacza, że marzy się Wam komercyjny sukces?
Byłoby fajnie. Ale tylko dlatego, że moglibyśmy zrealizować następną płytę z większym rozmachem: z całą orkiestrą albo w Brazylii, co marzy mi się od dawna. Bo do tej pory wszystko, co robiliśmy, finansowaliśmy z własnej kieszeni. Poza tym, mielibyśmy taką powszednią satysfakcję, że nasza twórczość jest po prostu doceniana nie tylko przez media, ale też przez słuchaczy.
Czy zauważacie to na koncertach?
Tak – przychodzi na nie coraz więcej osób. Nowe utwory są dobrze przyjmowane. Tym bardziej, że gramy je inaczej niż na płycie – bardziej niesfornie, żywiołowo, nie boimy się pomylić, rozwalić jakiegoś instrumentu. Ktoś nazwał naszą muzykę „najlepszą polską odpowiedzią na disco-punk”. I bardzo mi się to spodobało. Z jednej strony nasze utwory to faktycznie disco – bo nadają się do tańca, ale z drugiej – punk, bo nie da się nas wypolerować, a w naszej muzyce wszystko może się zdarzyć.

Nowamuzyka na YouTube

Już niedługo zaprezentujemy Wam pierwsze szczegóły na temat czwartego Festiwalu Nowa Muzyka! Tymczasem zachęcamy Was do obejrzenia filmów dokumentujących dotychczasowe edycje imprezy. W serwisie YouTube utworzyliśmy specjalny kanał, na którym zobaczyć możecie filmy nagrywane podczas trzech dotychczasowych edycji Festiwalu Nowa Muzyka. Jak zagrali m.in. Amon Tobin, Bonobo, Christian Vogel, Battles, Jamie Lidell i inni – dowiecie się na stronie Nowamuzyka w YouTube.
Czwarta edycja Festiwalu Nowa Muzyka odbędzie się w Katowicach. Wydarzenie poprzedzać będzie cykl imprez klubowych, których szczegóły podamy na dniach. Trzymajcie więc rękę na pulsie – warto!
Gdzie graliśmy dotychczas?

  • #1FNM – Katowice, Szyb Wilsona, 17 czerwca 2006 (Swayzak, Dj Krush, Christian Vogel i inni)
  • #2FNM – Cieszyn, 7 – 8 lipca 2007 (Amon Tobin, Bonobo, Michael Fakesh, Fisz i inni)
  • #3FNM – Cieszyn, 27 – 29 czerwca 2008 (Battles, Jamie Lidell, Clark, Prefuse 73, Holy Fuck, Flykkiller, The Heavy, Neil Landstrum i inni)

Kissey robi furrorę

Kissey Asplund to słodka sensacja na scenie awangardowego rnb i chyba najcenniejszy obecnie bursztyn szwedzkiego wybrzeża. Swoją debiutancką płytą dołącza do grona tych, którzy wprowadzają czarną muzykę w pełnię XXI wieku.

Video: Fatboy Silm razem Iggy Popem

Video do kawałka „Toe Jam”, zapowiadającego nowy album Fatboy Slima, znalazło się wśród najlepszych klipów ubiegłego roku. Dziś prezentujemy Wam kolejny teledysk nakręcony na potrzeby nadchodzącej płyty. W marcu ukaże się krążek „I Think Were Gonna Need A Bigger Boat” nowego projektu Fatboy Slima – The BPA. Po znakomitym singlu „Toe Jam”, nagranym wspólnie z Davidem Byrne, czas na kolejny utwór – tym razem z gościnnym udziałem Iggiego Popa. Kompozycja nosi tytuł „Hes Frank (Slight Return)”, video wygląda następująco:

Przypomnijmy jeszcze znakomity teledysk „Toe Jam”:

Przyglądamy się Revolution Void

Paweł Uszyński prezentuje w naszym magazynie płyty Revolution Void – znakomitego nu-jazzowego projektu, którego muzykę pobrać można na licencji Creative Commons z sieci.

Kissey Asplund – Plethora


Wydaje się, że przyswoiła sobie cały elementarz nowobrzmieniowego soulu i hiphopu: Steve Spacek, Georgia Anne Muldrow, Nneka czy Eagle Nebula to postaci, które obecnie wyznaczają granice tego obszaru.
Christina Kim Ingrid Asplund na pewno nie będzie kojarzyć się ze skandynawskim chłodem. Wizualnie to taka ciemnoskóra Roisin Murphy ze swoją tendencją do ekstrawagancji i lekkiego przerysowywania własnego scenicznego wizerunku. Muzycznie również nie pozostaje zbyt wierna tradycji – tak w kwestii zabaw głosem, jak i korzystania z wszelkich błogosławieństw nowoczesnej aparatury do produkcji dźwięków.
Duchowa młodość Kissey znajduje wyraz w bardzo luźnym podejściu do wokalnych interpretacji – zamiast kłaść nacisk na jakże przebrzmiałą rozbuchaną emocjonalność i ekspozycję skali, pomrukuje, wzdycha, w końcu wydaje z siebie ptasie trele, bawi się jednym zdaniem lub kilkoma słowami. Podejście minimalistów neosolu, którzy rezygnują z pompy i zbędnych ozdobników, by podkreślić korzenny puls muzyki ludzi wywodzących się z Czarnego Lądu.
Głos Kissey trafił we właściwe ręce. Niejaki Papa Jazz odpowiedzialny za brzmienie Plethory obudował jej surrealistyczne wokalizy i melodeklamacje w elektroakustyczne, pulsujące, połamane, to znów ociężałe bity.

Mistrzostwem świata w tej materii są pozornie ciche, ale mocno podszyte pewnym rodzajem napięcia cyberkołysanki Entrapped, Another Glass i Fussnfight, z których aż kipi podskórnym seksapilem. Hit Me With Medication i Syntax Error to chwilowy powrót w rejony zmysłowej, posttriphopowej galaktyki.
Naładowany basem Phone Call kojarzy się z kolei z niemożliwym już niestety do realizacji wspólnym jamem Eryki Badu i J Dilli. Work It Out i Im Out porywają zmysłowym, tanecznym pulsem i niepowtarzalną, wyciszoną atmosferą. Tu nigdy nie jest głośno, chaotycznie. Przebojowość kompozycji i ich taneczność jest bardzo introwertyczna, intymna i skierowana zdecydowanie do drugiego obiegu. Całość uwodzi, pieści, zadziwia – Plethora nawet za kilkanaście lat będzie brzmieć ponadczasowo. Jedna z najlepszych płyt z „nową muzyką” w 2008 roku.


2008

Telefon Tel Aviv – Immolate Yourself


Właściwie już sam fakt, że wydaje ją berlińska wytwórnia BPitch Control wskazuje, że możemy oczekiwać zmiany w brzmieniu muzyki Joshuy Eustisa i Charlesa Coopera.
I tak też jest w rzeczywistości: „Immolate Yourself” został zrealizowany wyłącznie z wykorzystaniem analogowych syntezatorów, podczas jego tworzenia ani razu nie użyto gitary, a znajdująca się na nim muzyka nie ma nic wspólnego, ani z post-rockiem dominującym na „Fahrenheit Fair Enough”, ani z IDM-ową elektroniką rodem z „Map Of What Is Effortless”.
Czegóż więc możemy się spodziewać po tym albumie? Przede wszystkim nostalgicznego powrotu do brzmień z początku lat 80. – synth-popu, electro-popu, new romantic.

Oto bowiem Eustis i Cooper osadzają większą część swych nowych nagrań na motorycznych bitach o lekko podłamanym charakterze, które znamy z zakurzonych nagrań Vice Versa, Transparent Illusion czy Oppenheimer Analysis. Tak – to electro, ale nie to amerykańskie, o jednoznacznie tanecznym charakterze, ale typowo angielskie, bliższe mrocznej nowej fali. Takie rytmy słyszymy już w otwierającym album „The Birds”, czy w następującym po nim „Your Mouth”. Te mechaniczne bity oplatają oczywiście sążniste partie masywnych klawiszy, niosących zdecydowanie noworomantyczne melodykę – bliską wczesnym dokonaniom Depeche Mode. Przykładem tego chociażby „M” czy „Helen Of Troy”, które właściwie z powodzeniem mogłyby znaleźć się na takich albumach tria z Basildon, jak „A Broken Frame” czy „Construction Time Again” (mamy tu podobnie – bo metalicznie – brzmiące perkusjonalia).

Czasem pojawiają się na płycie jeszcze chłodniejsze brzmienia – jak mocno zbasowane akordy klawiszy w tytułowym „Immolate Yourself”, przywołujące wspomnienie nagrań The Human League z okresu „Travelogue” i „Reproduction”.
Do takich dźwięków świetnie pasują wokale duetu – z jednej strony lekko stylizowane na new romantic („Stay Away From Being Maybe” przypominający początkowe nagrania OMD), a z drugiej – na rozmarzony dream-pop, czy nawet shoegazing (choćby wtopiony w syntezatorowe brzmienia głos w „The Birds”).

Są jednak na płycie kompozycje, które wyłamują się z tej synth-popowej konwencji. Pierwsza z nich to „Mostly Translucent” – melancholijna piosenka osadzona na ambientowym podkładzie, którą z powodzeniem mógłby umieścić na swym solowym albumie Thom Yorke. Drugi ze wspomnianych utworów – „Your Every Idol” – zaskakuje natomiast zwrotem w stronę psychodelicznego grania o transowym pulsie, bliskiego dokonaniom krautrockowych formacji o bardziej elektronicznym charakterze w stylu Neu! czy Cluster.
Wszystkie nagrania z „Immolate Yourself” mają jednak wspólne, silnie zaznaczone brzmienie – głębokie, masywne, momentami brudne, niemal garażowe, a przez to nadające całości własne, indywidualne piętno.
Sprawdź

  • www.bpitchcontrol.de
  • www.telefontelaviv.com
  • www.myspace.com/bpitchcontrol
  • www.myspace.com/telefontelaviv
  • 2008

    Przegląd płyt Revolution Void

    Szybki rzut oka na tekstowe zasoby portalu nowamuzyka.pl uświadomił mi, że jego czytelnicy nie doczekali się jeszcze prezentacji twórczości Jonaha Dempcy a.k.a. Revolution Void. W ramach nadrabiania braków – kilka słów na temat tego nu-jazzowego projektu i jego dotychczasowych albumów.


    Jonah Dempcy – 25-latek z Seattle, z wykonywanego zawodu nie tylko muzyk, ale także inżynier IT – pierwszego singla („Viva la Revolucion”) wydał w 2000 roku. Chwilę później ukazał się jego debiutancki LP zatytułowany „Like a Secret Dream”. Dempcy dał na nim przegląd swoich muzycznych zainteresowań, krążących, jak wspomniałem, wokół stylistyki nu-jazz. Nu-jazz to jednak termin bardzo pojemny, obejmujący zasadniczo wszelkie mieszanki jazzu i elektroniki, poszerzmy więc jeszcze nasz opis o terminy breakbeat i fusion. Wszystkie te elementy słychać w pierwszym utworze „Like a Secret Dream”, zatytułowanym „Abiogenesis”:
    Abiogenesis

    Nie myślmy jednak, że za pomocą trzech prostych słów do końca uchwycimy charakter Revolution Void. Matt Borghi w recenzji dla allmusic.com słusznie zauważył, że projekt Jonaha Dempcy to „mieszanka dźwięków, która opiera się gatunkowej klasyfikacji, a zarazem układa w spójną całość. To bardzo eklektyczny materiał, który z pewnością dostarcza słuchaczowi palety nowych, intrygujących brzmień”. Przekonuje nas o tym już drugi utwór z płyty, łączący jazzowo-elektroniczny breakbeat z brzmieniem organicznego houseu:
    Viva la Revolucion

    Wrażenie bogatej, ale spójnej mieszanki dźwięków pozostaje w nas po przesłuchaniu całego albumu. Martwi może jedynie odrobinę to, że dźwiękowe bogactwo, którego doświadczamy, nie jest odsłaniane stopniowo, wraz z kolejnymi utworami, ale atakuje nas w całości niemal w każdym numerze, przez co – paradoksalnie – jako słuchacze możemy zacząć się… nudzić. Dobrze chyba jest posługiwać się arsenałem swojej muzycznej wyobraźni tak, by nie wystrzelać od razu całej amunicji: przechodzić stopniowo z jednego rejestru stylistycznego do innego, przeplatać je w perspektywie nie pojedynczych utworów, ale całego albumu. Tego akurat Dempcy na „Viva la Revolucion” do końca nie potrafi.

    Druga płyta Revolution Void, „Increase The Dosage”, jest pod tym względem materiałem bardziej udanym. Oprócz oczywistego breakbeatowo-jazzowego zacięcia, zaskakujących połączeń brzmień akustycznych, elektrycznych i elektronicznych, licznych jazowych solówek (do współpracy przy albumie Dempcy zaprosił m.in. saksofonistę Seamusa Blakea, basistę Matthew Garrisona i gitarzystę Nicolasa Manela) dużo tutaj elementów downtempo z pogranicza trip-hopu i hip-hopu, przestrzennych i nieco melancholijnych pejzaży, ciekawych zdarzeń w dalekim tle, jak np. w „Factum Per Fictio”:
    Factum Per Fictio

    Zupełnie kapitalnym numerem, który naprawdę chce się zapamiętać (czy to kwestia tego oryginalnego beatu przywodzącego na myśl niektóre rzeczy Matthew Herberta? rozlewającego się leniwie wibrafonu?) , jest zamykające płytę „Nebulous Notions”:
    [materiał audio – ” Nebulous Notions”] Na okładce albumu widzimy swoją drogą ludzi dźwigających ogromne pigułki. Jeśli celem Dempcya było na „Increase The Dosage” zwiększenie dawki terapeutycznych (tzn. pobudzająco i wyzwalająco działających na emocje i wyobraźnię) dźwięków, to cel zdecydowanie osiągnął.

    „Thread Soul”, kolejna płyta Revolution Void (2006), wydaje się wypośrodkowana między pierwszymi dwiema. Z jednej strony konsekwentne breakbeatowe uderzenia, zdecydowanie jazzowa harmonia, jazzowe solówki (tym razem w wykonaniu Lucasa Pickforda na basie i Cochemy Gasteluma na saksofonie), z drugiej – rozległe przestrzenie i elementy downtempo:
    Biomythos

    Rzecz niewątpliwie bardzo ciekawa, ale znów wraca problem sytylistycznego bogactwa, które staje się zbyt powtarzalne, zamknięte w zbyt ciasnych ramach. Album możne zrobić wrażenie niemal stuprocentowej kombinacji tego, co już słyszeliśmy na dwóch poprzednich i spokojnie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której dowolny utwór z „Thread Soul” staje się dowolnym utworem z „Increase The Dosage” czy – tym bardziej – z „Like a Secret Dream”. Po raz kolejny muzyczne horyzonty Dempcya, choć interesujące i rozległe, okazują się dość statyczne. Podobnie jest w przypadku najnowszego „The Politics Of Desire” – pierwszy kawałek i pierwszy jazzowy pazur, pierwsze saksofonowe solo, pierwszy połamany beat, pierwsza charakterystyczna i niezmienna od ładnych paru lat akustyczno-cyfrowa mikstura. Dalej, całe szczęście, trochę więcej nowości. W „Time Flux” i „Someone Elses Memories” Dempcy sprawdza, jak mogą ze sobą dialogować breakbeat i gitara flamenco:
    Wszystkie płyty Revolution Void można pobrać na licencji Creative Commons z serwisu Jamendo.com.W „Tree Tenants” mamy ciekawie ograne sample harfy i sekcji dętej. W „Narrative Changes” znów brzmi urokliwa gitara akustyczna. I to właśnie jej dźwięki, tak jak i pozostałych samplowanych instrumentów, których do tej pory Dempcy nie wykorzystywał, są być może najistotniejszym, najbardziej rozpoznawalnym nowym elementem brzmienia „The Politics Of Desire”.
    Revolution Void to na scenie breakbeatowo-nu-jazzowej propozycja zdecydowanie warta uwagi. Podejrzewam, że niektórzy mogą się poczuć nią w większej dawce nieco znużeni, ale na pewno jest wielu takich, których muzyczny temperament Revolution Void urzeka. I wielu takich jeszcze będzie. Ci odrobinę znużeni chcieliby może, tak jak autor tego tekstu, by Dempcy spróbował odważniej eksplorować łagodniejsze, cieplejsze i bogatsze w nastroje obszary „Increase The Dosage”. Niech trzymają za to kciuki, a póki co – dostarczają sobie satysfakcji rzeczami takimi, jak na przykład stara, dobra Jazzanova.
    Wszystkie płyty Revolution Void można pobrać na licencji Creative Commons ze strony www.revolutionvoid.com oraz z serwisu www.jamendo.com.

    Etalabel po rocznej przerwie

    18 stycznia – po prawie rocznej przerwie – polski internetowy Etalabel wydał nowy materiał, zrealizowany przez Sebastiana Banaszczyka. W serwisie prezentujemy fragmenty albumu. Sebastian Banaszczyk nagrywa jako Bionulor, od 2006 roku działa według własnej specyficznej metody twórczej nazwanej „100% sound recycling”. Oznacza to, że każdy utwór powstaje na bazie tylko jednego krótkiego sampla i jego dalszej obróbki, a wszelkie niedoskonałości techniczne, takie jak szumy czy trzaski, witane są z radością. Ten sposób pracy daje jak dotąd minimalistyczne, melancholijne pejzaże dźwiękowe przeplatane czasami bardziej abstrakcyjnymi i hałaśliwymi strukturami sonicznymi. Album w całości do pobrania na stronie EtaLabel.
    Kawałek NCHR.03

    – Album dla eta to mój debiut – mówi Sebastian. – Oparty jest tylko i wyłącznie na próbkach nagrań instrumentów klasycznych i inspirowany muzyką dawną. Wyjściowe dźwięki skonfrontowane ze współczesną technologią dały ocieploną, delikatną i oniryczną nieco całość, nie pozbawioną czasem eksperymentalnego zgrzytu.
    PVN. (fragment)

    L. HRP. RL. (fragment)

    Soma z kolejną kompilacją

    Szkocka wytwórnia rozpoczyna publikowanie kolejnego cyklu kompilacji. Pod szyldem „Somabeta” ukazywać się będą zestawy nagrań młodych producentów z całego świata, debiutujących w barwach firmy z Glasgow.

    Dave Gahan śpiewa do lustra

    Mirror – tak nazywa się projekt, którego debiutancki album recenzuje dziś na łamach nowejmuzyki Marek Cisek. W singlowym kawałku zaśpiewał dla Mirror sam Dave Gahan.

    Kamp! i kino offowe

    W dniach 6-7 lutego odbędzie się w Opolu Lubelskim kolejna, czwarta już edycja festiwalu filmów offowych Filmoffo. Podczas imprezy zagra jeden z naszych ulubionych projektów – Kamp! Głównym założeniem trzech młodych muzyków jest eksploracja różnych gatunków elektroniki spod znaku 120 BPM i zabawa konwencją. W utworach KAMP! electro miesza się z tech-dubem, dance punk z IDM-em, a niemiecka elektronika eksperymentalna – z french house’m. Wszystko to, spięte tanecznym groove’m i lekko popowymi inklinacjami, ma dać podwaliny pod własny styl zespołu.
    Mimo stosunkowo krótkiej historii zespołu, KAMP! zdążył już dać się poznać szerszej publiczności, a wszystko za sprawą bardzo energetycznych koncertów (grali między innymi we Wrocławiu, Poznaniu i Warszawie). Zresztą – sprawdźcie sami:

    Koncert zespołu KAMP! w ramach festiwalu filmowego Filmoffo:

    • 6 lutego 2009, godzina 20.00
    • Ul. Nowy Rynek 6
    • 24- 300 Opole Lubelskie
    • Wstęp na koncert – tylko z karnetem FILMOFFO

    Cinematic Orchestra w Warszawie!

    Przewidywaliśmy, że brytyjski zespół wystąpi w naszym kraju jesienią, tymczasem już w kwietniu będziemy mogli obejrzeć Cinematic Orchestra w akcji. Wydarzenie mieć będzie miejsce 6 kwietnia w Warszawie. Cinematic Orchestra zagrają w klubie Palladium (ul. Złota 9, patrz mapka poniżej), początek koncertu zaplanowano na godzinę 20.00.
    Drogie bilety!
    Niestety na koncert obowiązywać będą wyjątkowo drogie wejściówki, które dostępne są od dzisiaj. Szczegóły poniżej.

    • Miejsca stojące: 120 zł (do wyczerpania zapasów )
    • Miejsca stojące: 140 zł ( sprzedaż )
    • Miejsca siedzące balkon: 200 zł

    Dla porównania – karnet na trzy dni ubiegłorocznego Festiwalu Nowa Muzyka kosztował 135zł. Dlaczego więc występ Cinematic musi być tak drogi?