IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.



Archive for Sierpień, 2019

Haito Göpfrich dla nowomuzyczan

Na początku września Paweł Gzyl recenzował na Nowejmuzyce najnowszą płytę Haito Göpfricha, zatytułowaną „Fiat Lux”. Specjalnie dla naszych czytelników otrzymaliśmy niedawno dwa unikalne miksy producenta, utrzymane w klimatach dubstep i house. „Fiat Lux” nie poraża nowatorstwem, ale przecież nie zawsze trzeba odkrywać Amerykę – pisał Paweł Gzyl w swojej recenzji. To zgrabnie zrobiony album, pokazujący bogactwo odmian klubowej muzyki, pomysłowo flirtujący z klasyką i nowoczesnymi trendami gatunku, a co najważniejsze – śmiało prezentujący talent swego autora do realizowania klubowych killerów.

Posłuchajcie i ściągnijcie dwa miksy, przekazane nam przez agencję promocyjną Stars & Heroes:

2 DJ MIXES Haito Gopfrich – dubstep i house:

Ściągnij seta

Ściągnij seta

Gregor Tresher – The Life Wire


Jeśli wierzyć raportom prasowym, większość nagrań reprezentujących taneczną elektronikę, sprzedaje się dziś nie na płytach, ale w plikach dźwiękowych. Potentatem na tym rynku jest portal Beatport, który od niedawna co roku ogłasza listę swych bestsellerów. Dwa lata temu, kiedy premierę miał pierwszy „pełnoprawny” album niemieckiego producenta Gregora Treshera, „A Thousand Night”, to właśnie pochodzący z niego tytułowy utwór był najchętniej kupowanym nagraniem techno w serwisie. Być może to właśnie ten komercyjny sukces sprawił, że były współpracownik Anthony`ego Rothera i Josha Winka, nagrał najbardziej przystępną płytę w swym dorobku – „The Life Wire”.

Ci, którzy pokochali Treshera za siarczyste techno o potężnym brzmieniu z albumu „Neon – Works In The Mix” dla Datapunk czy wspomnianego „A Thousand Nights” dla Great Stuff, mogą być zaskoczeni zawartością jego nowego krążka. Oto bowiem lwią część zamieszczonego na nim materiału stanowią przebojowe utwory w stylistyce tech-house. Przykładem mogą być dwa utwory wyciągnięte już na single – „Escape To Amsterdam” i tytułowy „The Life Wire”. Miękkie bity zsynchronizowane z giętymi basami niosą tu kąsające akordy melodyjnych klawiszy i pozawijane pasaże organicznych syntezatorów, pulsując gorącym groovem funky. Czy trzeba czegoś więcej, aby podbić europejskie parkiety?

Bardziej rozbudowany charakter mają dwa inne nagrania o tech-house`owym metrum – „The Very End” i „Nothing For Granted”. W pierwszym, Tresher daje upust swemu talentowi do komponowania… piosenek. Głównym elementem utworu jest bowiem stylowa wokaliza szwajcarskiego piosenkarza Giuseppe Cottone, nadająca całości lekko nowofalowe brzmienie. Druga z kompozycji, pokazuje z kolei, że niemiecki producent nie ogranicza się do klasycznych chwytów stylistycznych – funkową wibrację zestawia tu z house`owymi samplami wokalnymi i kraut-rockowym pasażem klawiszy, uzyskując w efekcie ponadgatunkową hybrydę, jednak o zdecydowanie tanecznej energii.

Kontynuacją tego wątku jest „Awakening Life Inside” – idealny soundtrack do wielkich letnich rave-parties na otwartych przestrzeniach, łączący w zgrabny sposób tech-house`owy podkład rytmiczny z euforycznym pasażem syntezatorów, wywiedzionym z trance`owych produkcji w stylu Paula Van Dyka.
Są jednak na płycie momenty, kiedy słychać wyraźnie, że Tresher przypomina sobie o swej przeszłości. „Fire On Fire” to warczące techno o wibrującym motywie klawiszowym, przypominającym słynny przebój duetu GTO – „Let The Rhythm Flow”. Jeszcze bardziej agresywnie rozbrzmiewa „For Years To Come”, atakując słuchacza szarpanymi akordami syntezatorów o groźnej, jakby wojennej barwie. Kulminacją tego trendu jest ostatnie nagranie na krążku – „The Heartbeat Orchestra” – epickie techno o laboratoryjnym sznycie, stanowiące hołd dla podobnych produkcji sprzed ponad dekady publikowanych przez Force Inc., choćby autorstwa Thomasa P. Heckmanna.

Innym wspomnieniem dawnych dokonań Treshera są utwory w stylu electro. „Ghosts” to właściwie ciężki breakbeat zanurzony w laboratoryjnych brzmieniach spod znaku sci-fi, a „1982” – dekadencki minimal wave, wymodelowany na garażowe nagrania Die Gesunden czy Eiskalte Engel sprzed ćwierć wieku. Najbardziej podobnym do dawnych utworów niemieckiego producenta, firmowanych szyldem Sniper Mode, okazuje się być „Days For Minor Keys”, w którym mechaniczny rytm zostaje zanurzony w chmurnych falach onirycznych klawiszy.

Po odrzuceniu swych oczekiwań wobec „The Life Wire”, rozbudzonych muzyką z poprzednich płyt Treshera, okazuje się, że na krążku można znaleźć sporo świetnej muzyki. Owszem, tworzące go nagrania są proste i bezpośrednie, ale takie właśnie miały być – dzięki temu, właściwie każde z nich, może się stać tegorocznym bestsellerem Beatportu.

www.breaknewsoil.com

www.gregortresher.com

www.myspace.com/gregortresher

Break New Soil 2009

180bpm zupełnie na żywo!

3 października w warszawskim klubie M25 będziecie mogli usłyszeć drum’n’bass live set na perkusji i gramofonach w wykonaniu Jungle Drummera VS Dj Fu. Wszystko w ramach pierwszej odsłony cyklu „Sound of Drum”. To cykl imprez drum’n’bassowych, którego celem jest wypromowanie zarówno gatunku, jak wybranych dj-ów i producentów. Podczas pierwszej odsłony będziecie mieli okazję usłyszeć drum’n’bass live set na perkusji i gramofonach w wykonaniu Jungle Drummera VS Dj Fu, wspomaganych przez czołówkę polskich djów.

www.soundofdrum.pl

Na wypadek przedawkowania drum’n’bassu, w klubie przygotowana zostanie druga scena, na której królować będzie muzyka electro/minimal/techno.

Jungle Drummer

Jungle Drummer, dzięki wytrzymałości i energii jest w stanie grać na perkusji 180 BPM przez ponad 2 godziny, a techniczne zdolności pozwalają mu stanąć na wysokości zadania w graniu D&B na żywo. Po co pisać? Zobaczcie sami:

M25 mieści się na Mińskiej 25 (mapka poniżej). Pełen lineup poniżej:

Scena Główna(drum’n’bass)

  • Jungle Drummer VS Dj Fu
  • Simba
  • Sebass
  • Kosay
  • Sulu B2B Sayko
  • Sidhe B2B Bombcha
  • Krzychor

Scena Mała(electro/minimal/techno):

  • Goga M
  • Phill3
  • Cargo
  • Thive
  • Numike
  • Mick Ticklovski B2B J. Kiss
  • Daros

Pony Pony Run Run na FFF

Tegoroczny Free Form Festival w klimacie electro lat 80. Kolejni artyści tego nurtu potwierdzają oficjalnie swoje przybycie.

Pony Pony Run Run to tercet pochodzący z Francji. Chłopaki znani są z debiutanckiego albumu wydanego 15 czerwca 2009 w Wagram, gdzie znajduje się ich najlepszy kawałek Hey You.

Ich pierwszy album zachowany jest w klimacie pop rock inspirowany latami 80-tymi, z domieszką electro.

Wcześniej udział w festiwalu zapowiedzieli: Karl Bartos, Tommy Sparks, WhoMadeWho, DJ Food & DK oraz Girls In Hawaii, Birdy Nam Nam a także The Herbaliser, Vive la Fete i Little Dragon.

Strange Attractor – zobacz ostatnie koncerty

Znakomity holenderski zespół nu-jazzowy: Strange Attractor – Kończy trasę w Polsce. Macie jeszcze szansę, aby zobaczyć ich na żywo! Zespół ma na swoim koncie kilka doskonałych albumów, wypełnionych subtelnym downtempo z delikatnymi nu-jazzowymi naleciałościami. W Polsce Strange Attractor wystąpi w trzyosobowym składzie, wraz z wokalistką Marie-Claudine Vanvlemen.

Tutaj zagrają

  • 24 września – Łódź, Łódź Kaliska, godzina 20.30

Płyta, która się właśnie ukazuje na rynku – „Szense” (Big Blue 2009), to eksperymentalny projekt Richarda van Kruysdijka i Nielsa van Hoorna – członków Strange Attractor. Oprócz tych dwóch legendarnych muzyków w projekcie bierze udział ekscentryczna perkusistka Marzj i ceniony holenderski basista Eric van der Westen.

Album zawiera jedenaście nastrojowych improwizowanych utworów. Jak zwykle u tych wspaniałych muzyków, łączą one w sposób harmonijny elementy jazzu i free jazzu, psychedelii, elektroniki, zagrane bardzo przystępnie i nastrojowo.

Zobacz MySpace Strange Attractor

Jednak warto inwestować w nowe brzmienia

Jeszcze kilka miesięcy temu pisałem, że finansowe wsparcie Krakowa dla festiwalu Unsound może stanąć pod znakiem zapytania. Niebezpieczeństwo na szczęście szybko minęło. Mało tego – dziś okazuje się, że Unsound może być jednym z najlepszych krakowskich przedsięwzięć w tym roku. Wpływowy serwis muzyczny Resident Advisor uznał Unsound 2009 za drugą najciekawszą imprezę muzyczną na świecie w październiku – zaraz po holenderskim Amsterdam Dance Event. Informacja poszła w świat, słowa RA są doskonałą rekomendacją.

– Polska stara się coraz bardziej, by zasłużyć na tytutuł jednej z głównych festiwalowych destynacji – piszą recenzenci Advisora. Co więcej, serwis postanowił aktywnie włączyć się w organizację imprezy. 24 października, w centrum sztuki japońskiej Manggha odbędzie się wieczór zatytułowany „SoundProof 2 Bass Mutations”, wspierany właśnie przez Resident Advisor. Zagrają m.in. Zomby, Kode 9 i 2562. Zacieramy ręce!

Posłuchajcie festiwalowego miksu promocyjnego, przygotowanego przez Philipa Sherburne – dziennikarza związanego z imprezą. Tracklista na tej stronie

UP#03 – Philip Sherburne Unsound 2009 Mix by unsound

Więcej o Unsound przeczytacie na stronie www.unsound.pl

Okazuje się, że warto inwestować realne pieniądze w elektronikę – nawet najbardziej niszową. Unsound doskonale wpisuje się w strategię promocji Krakowa – jako miasta młodego, otwartego na nowe, nierzadko kontrowersyjne rodzaje sztuki. Pod względem marketingowym Unsound to strzał w dziesiątkę – zainteresowanie na zachodzie jest tego świetnym przykładem. Teraz czekam tylko, aby wartość festiwalu potwierdzili sami twórcy, na scenie.

Elektronika promocją stoi?

Wydawałoby się, że skandale w postaci bójek, niszczenia perkusji, czy nagłaśniania problemów z narkotykami są domeną rock’n’rolla, a budowanie wokół siebie rozgłosu za wszelką cenę przystoi raczej Paris Hilton niż muzykom kojarzonym z szeroko pojętą elektroniką. Reguły gry się jednak zmieniają, dobitnie pokazują to ostatnie miesiące. W świat elektroniki coraz odważniej wkradają się zasady PR i marketingu. Nadchodzi nowe?

Śmiało można uznać, że pionierami działań wizerunkowych na tak szeroką skalę w świecie muzyki elektronicznej jest kanadyjska formacja 8-bitowa Crystal Castles, która wylansowała się głównie za sprawą MySpace, idąc tropem Arctic Monkeys, czy Kate Nash.

Stale więcej mówi się o wyczynach wokalistki grupy, Alice Glass, aniżeli o muzyce formacji. Zaczęło się od paru wywiadów w których frontmenka CC opowiedziała swój bogaty życiorys, pełen narkotyków i balansowania na granicy ryzyka. Pojawiło się spodziewane zainteresowanie połączone ze specyficznym ubiorem i konwencją występów na żywo opartą o skoki w publiczność, rzucaniem ubraniami, czy wyreżyserowanymi upadkami (np. za każdym razem w tym samym momencie podczas wykonywania „Crimewave”).

Świat muzyki zareagował ze zdwojoną siłą, a Alice Glass została wybrana najciekawszą osobowością roku 2008 w głosowaniu legendarnego NME.com. Crystal Castles jednak na tym nie poprzestało i mimo braku nowych nagrań stale o sobie przypominało – a to za sprawą krótkiego występu na Glastonbury, który przebiegł na bijatyce wokalistki z ochroną o dostęp do fanów, a to na Sonar Festival w Barcelonie w tym roku gdy sytuacja się powtórzyła.

Dawkę „wrażeń” jednak pogłębiono – Alice dodatkowo rzuciła w ochronę bębnem od perkusji. Wydaje się, że strategia zespołu działa i mimo braku nowego materiału stale udaje się jej utrzymać zainteresowanie opiniotwórczych mediów, a więc efekt został osiągnięty.

O ile w przypadku Crystal Castles szaleństwa na scenie i kontrowersje w pewnym sensie korespondują z brzmieniami opartymi o pierwotność, prostotę i dziką energię, to trudniej zrozumieć ostatnie zamieszanie wokół… M83. Francuska grupa z Anthonym Gonzalesem na czele wsławiła się nagrywaniem albumów z pogranicza art pop, elektroniki i shoegaze, dominuje melancholia i minimalizm, co sugeruje bardziej introwertyczny i neurotyczny charakter.

Nic bardziej mylnego. Podczas występu grupy w Ohio doszło do ekscesów na linii Gonzales – ochrona. Scenariusz jak na Sonar Festival w wypadku Crystal Castles – brak dostępu do fanów, który rozwścieczył muzyka. Kolejny raz efekt został osiągnięty – sprawę na nagłówkach umieściły NME.com, oraz Pitchfork, portal który zresztą w największej mierze wylansował grupę i określał jej zeszłoroczny album „Saturdays = Youth” jedną z płyt roku.

Nowego materiału wciąż brak, trasa trwa, trzeba więc o sobie przypomnieć w inny sposób – i to się Gonzalesowi za sprawą żądnych sensacji mediów udało, bo ciężko wyobrazić sobie, że sytuacja w rzeczy samej była spontaniczna i oparta o faktyczny gniew.

Inną drogą podąża La Roux, która wzbudza kontrowersje zarówno swoją muzyką (opinie w pełni skrajne), jak i postawą, czy ubiorem. Przekaz wizerunkowy był jednym z głównych powodów prawdziwej histerii na punkcie tej 21-letniej debiutanki – jej single okupowały pierwsze miejsca list przebojów w Wielkiej Brytanii zostawiając w tyle liderów muzyki pop.

La Roux wie jak zainteresować media – poza innowacyjnym jak na główny nurt brzmieniem (na listach gdzie zwykła królować Madonna, czy Black Eyed Peas nawiązania do lat 80-tych i brzmienie syntezatorów są jednak pewną nowością i ekstrawagancją), udzieliła też wielu wywiadów w których wypowiadała zaskakujące tezy – między innymi o tym, iż jedynie ludzie głupi się uśmiechają (sic!), artystka zresztą sumiennie trzyma się założonej tezy i na próżno szukać zdjęć, czy materiałów filmowych na których jest pogodna. Parę zaskakujących wywiadów, potężne wsparcie wytwórni, dobra promocja w Internecie (ponownie nieocenione okazało się MySpace) – z Pani – nikt, mamy gwiazdę z jednym albumem na koncie.

Wobec powyższych wykonawców niewinnie brzmią pomysły marketingowe Justice, czy Buriala. Dobrze obrazują one jednak, że w świecie muzyki elektronicznej marketing staje się powoli niezbędny i nie da się bez niego wzbudzić większego zainteresowania. W przypadku dwójki Francuzów z Justice motywem przewodnim grupy jest… krzyż.

Jest on na okładce płyty formacji, zdobi konsoletę podczas występów, przewija się w wielu kontekstach (wydanie CD + DVD grupy nosiło nazwę „A Cross the Universe”). Mówiąc o marketingu, nie ma w postawie Justice szokowania na tle religijnym, ale bez wątpienia była ona sprytna – trzeba pamiętać, że Francja, ojczysty kraj formacji, jest uważana za ostoję świeckości w kwestii systemu prawnego, a jakiekolwiek obnoszenie się z symbolami religijnymi jest zakazane przez konstytucję.

Grupa nie musiała wzbudzać z premedytacją jakichkolwiek większych skandali na tym tle, sam motyw okazał się nośny i przykuwający uwagę, dodatkowo swoje zrobiły potężne wsparcie wytwórni, liczni dziennikarze określający Justice następcami Daft Punk i w efekcie debiutancki album grupy odniósł spektakularny sukces. Imponujący tym bardziej, że grupa zaliczyła niezwykle udane tournee po Stanach Zjednoczonych. O specyfice tamtejszego rynku i jego zamknięciu na muzykę europejską przypominać chyba nie trzeba.

Burial z kolei stał się w mig najbardziej rozpoznawalnym muzykiem dubstepowym za sprawą muzyki (wysoko oceniane albumy), ale i… anonimowości. Muzyk nie pokazywał swojej twarzy tłumacząc, że nie chce by jego wygląd przesłaniał muzykę. Efekt – setki fanów wymieniających się plotkami o rzekomej tożsamości Buriala i adresami klubów w których podobno można go spotkać.

Gdy sprawa się uspokoiła, muzyk postanowił o sobie przypomnieć i odsłonił swoją tożsamość tłumacząc, że za wiele mówiło się o jego anonimowości, a nie o muzyce, to zaś spowodowało – bez zaskoczenia – kolejne nagłówki zdominowane przez muzyka. Ciężko nie dostrzec, że w podobnym czasie miało się ukazać kolejne wydawnictwo Buriala nagrane z Four Tet. Solidny rozgłos w mediach związanych z muzyką alternatywną bez wątpienia temu wydawnictwu nie zaszkodził.

Na koniec zajrzyjmy na krajowe podwórko. Muzyka elektroniczna jest u nas na etapie rozwoju, siłą rzeczy więc „marketingowy” trend dociera do nas bez pośpiechu. Mamy jednak pionierów kontrowersji o których mówi się częściej w kontekście otoczki aniżeli muzyki – Skinny Patrini. Trójmiejska formacja jest bardziej znana z zachowania podczas koncertów i wizerunku wzorowanego na wspominanym Crystal Castles (mocny makijaż wokalistki, wulgarne zachowanie, muzyka z elementami 8-bit) niż z debiutanckiego krążka.

Sytuację dodatkowo umocnił występ Skinny Patrini na Heineken Open’er Festival gdy Ania Patrini (wokalistka formacji) opryskliwie zachowywała się w stosunku do publiczności. Reakcja widzów mieściła się w słowie „konsternacja”, ale o Skinny mówiło się w kontekście tych kontrowersji aż do końca festiwalu.

Jak widać, mamy do czynienia z pewnymi zmianami. Do niedawna elektronika opierała się raczej o tradycyjne metody promocji, na ustach fanów były wydawnictwa z Ninja Tune, czy Warp, większy nacisk kładziono na przekaz materiałów prasowych aniżeli na wzbudzaniu kontrowersji. Media i sami odbiorcy muzyki coraz częściej dają się nabierać, kupują produkt marketingowy i medialny zamiast brzmienia formacji – wina leży zapewne po obu stronach.

Media stale zaniżają poziom i karmią odbiorców informacjami, które nie mają zbyt wiele wspólnego z nagrywaniem płyt, odbiorcy zaś dają temu zielone światło poprzez zdecydowanie większy odzew po podaniu informacji o kolejnych kontrowersjach niż rzeczowych newsach.

Nie można twierdzić od razu, że muzycy wzbudzający kontrowersje tworzą muzykę, która jest niegodna zainteresowania (bo i czy zachowanie Gonzalesa wpływa na świetną jakość płyt M83?), ale może czas powiedzieć temu „stop” i skupić się na brzmieniu i elektronicznym powrocie do korzeni? Oby.

Polskie net-labele wracają po przerwie

W naszym krajowym net-labelowym środowisku znów zaczyna się sporo dziać. Prezentujemy Wam trzy świeże polskie materiały, których na pewno warto posłuchać. AXMusique – „AXMusique EP” (Brennnessel 2009)

Zaczynamy od labelu Brennnessel, założonego i prowadzonego przez członków projektu Kamp! Jako, że trio ma za sobą bardzo udany sezon koncertowy (panowie obskoczyli chyba wszystkie ważniejsze letnie festiwale, zawsze witani z tym samym entuzjazmem), warto z jeszcze większą uwagą śledzić to, co dzieje się w samym Brennnessel. Najnowsze wydawnictwo labelu to Epka projektu AXMusique.

www.myspace.com/axmusique

– To nietypowy duet producencki. Choć ich brzmienie sugerowałoby raczej wpływ electro z dużą domieszką minimal house’u, to inspiracje wypływają z zupełnie nieoczywistych fascynacji. Z jednej strony jest to rocknroll, z drugiej bezkompromisowa miłość do mocnych, łamanych beatów.

Całość do pobrania ze strony www.brennnessel.pl

KeitMaj – „Yggdrasil – 9 Worlds” (Chill Label 2009)

To jeden z najdłużej działających net-labeli w Polsce. Z większą bądź mniejszą regularnością prowadzący wytwórnię oferują dźwięki oscylujące wokół ambientu, eksperymentów i downtempo. Większość, niestety, posiada egzaltowane opisy, takie jak właśnie najnowszy materiał KeitMaj.

Alfheim – Yehu

„Legenda zaklęta w dźwiękach z duszą, magiczna podróż do głębin świadomości, muzyczna interpretacja tradycji runicznej i jej uniwersalnego przesłania” – piszą wydawcy. Lepiej więc nie czytać, tylko słuchać. Do pobrania na stronie www.chill-label.info

VA – „Few Quiet People Promo Sampler 2009” (Few Quiet People 2009)

Zupełnie świeża sprawa. Wytwórnia, w tworzeniu której udział wzięli jedni z najlepszych polskich ambienciarzy – w tym Tomek Bednarczyk (wydający obecnie również w 12k!), Krypton, Nejmano. Z jednym z założycieli – Wojtkiem Krasowskim – rozmawiał niedawno Paweł Dunajko.

„Promo Sampler 2009” to 12 doskonałych kawałków, tworzących spójną, elektroniczną, jesienną całość. Już dziś radzę – warto śledzić poczynania tej wytwórni, zaglądając na stronę www.fewquietpeople.com. Osobiście mam nadzieję, że losy wytwórni nie zakończą się tak, jak w przypadku Enypnion. Moonlabel czy Home Pop Records – polskich ciekawych net-labeli, które dryfują obecnie w sieci bez celu i jakichkolwiek nowych wydawnictw.

Vladislav Delay – Tummaa


Fin Sasu Ripatti, muzyk tworzący m.in. jako Luomo i Uusitalo, powraca ze swoim najbardziej znanym i ambitnym projektem jako Vladislav Delay. Pod tym pseudonimem zaczął wydawać w 1997 roku, a świat usłyszał o nim za sprawą płyty „Entain”, zaś po chwili następczyni tamtej, do dziś wysoko cenionej „Multili”. Po sukcesie tej nietypowej muzyki nie dziwi, że nagrania Vladislava Delay’a znajdywały dla siebie miejsce w wielu labelach, np. Mille Plateaux, Chain Reaction lub Staubgold, żeby wymienić kilka z nich. Dał się tam rozpoznać jako wizjonerski kompozytor ogólnie pojętej eksperymentalnej elektroniki. Najpierw glitch o dubowych skłonnościach, potem doszło techno, zrobiło się bardziej ambientowo, nadszedł czas radykalnego noise’owego ekperymentu itd. Dzisiaj, w dwa lata po „Whistleblower”, powraca do jazzu, ale nie w ścisłym znaczeniu tego słowa. Jazz, jak artysta sam mówi, od zawsze w nim tkwił oraz inspirował przy nagrywaniu każdej płyty.
Przy nagrywaniu tegorocznego dzieła brali udział dwaj inni muzycy: Craig Armstrong, szkocki kompozytor oraz pianista, który w 2005 roku stworzył z Delay’em oraz AGF projekt The Dolls, a także Lucio Capece, grający na klarnecie basowym oraz saksofonie sopranowym muzyk współtworzący The Vladislav Delay Quartet. „Tummaa” „Chciałem ograniczyć elektronikę, zbliżając się do swoich doświadczeń perkusisty”zaplanowana była jako nowy kierunek w dorobku Delay’a – miała brzmieć bardziej żywo, organicznie. Zatem na najnowszym dziele usłyszymy powrót Ripattiego do jazzowo-akustycznych początków (nie zapominajmy, że jest on urodzonym perkusistą i we krwi ma improwizację): „Chciałem ograniczyć elektronikę, na ile tylko było to możliwe, zbliżając się do swoich doświadczeń perkusisty” – mówi. Tytuł oznacza ciemność lub też zmierzch i nie pozostaje bez znaczenia, ponieważ „Tummaa” nagrywana była w zimie na przełomie 2008 i 2009 na odległej wyspie Morza Bałtyckiego, gdzie wówczas panuje półmrok. Artysta przyznaje, że nową muzyką odsłania swoje nieco mroczniejsze oblicze i jest to w dużej części prawda, ale nie do końca, bo usłyszymy tutaj również jaśniejsze oraz po prostu piękne dźwięki.
Rozpoczynająca album „Melankolia” jest skomplikowana w budowie i trochę chaotyczna – aż trudno wyliczyć wszystkie wykorzystane w niej odgłosy. Szczątkowa melodia pianina, na którym tęskne nuty, nie liczące się z nadzieją wygrywa Armstrong, zaś Delay uchwyca je w bębnach, aby za chwilę powrócić do improwizacji, podporządkowując sobie zimny fortepian. Ripatti ukochał perkusję i to właśnie wszelakich perkusyjnych narzędzi używa do tkania skomplikowanego wzoru, jak gdyby bez planu, ale nie bez pomysłu, mieści w melancholijnym świecie tradycję jazzu, industrialu, rocka, metalu, dubu, te skojarzenia są odległe, jednak widoczne. „Melankolia” pogrąża się w lawinie, gdzie dźwięk wpada na dźwięk.
Drugim utworem jest „Kuula (Kütos)”, co oznacza „Kula/o (dziękuję)”, choć z innej strony tworzy odległe skojarzenie z fińskim kompozytorem o nazwisku z tytułu, którego Delay na pewno zna. Na początku łagodny i ułożony, wybrzmiewa delikatnymi srebrzystymi brzdękami, które niosą się w pogłosach. Po chwili towarzyszą temu obłąkańczo zapętlone gwizdy i miękko opadający syczący bas. Odnosi się wrażenie jakby Delay do życia powołał nowy poranek, jednocześnie spokojny i zmartwiony przyszłością. Druga część będzie przy nim niecierpliwym wieczorem, w którym promienie tylko z rzadka przedrą się tu i tam. Jedna strona niech będzie muzyką tła, druga nie dającym zaczerpnąć powietrza dreszczem. Hałaśliwe oddalone śmigło poszatkowanego klarnetu, nadające rytm syki z basem oraz klapnięcia i trzaski. Aż dziwne, że wszystko trzyma się w całości, niczym antyczna budowla – niezwykła i dostojna, krucha, ale niezniszczalna.
„Mustelmia”, czyli sińce (stłuczenia), wkracza głośnym basowym pomrukiem, brzmiącym jak mamucie futrzaki z teledysku Björk („Wanderlast”). Do tego dychającego „Starałem się nie myśleć ani analizować, tylko chwytać dany moment i grać jak czułem”didgeridoo zawadiacko wesoło podskakują cząsteczki ciekłych uderzeń oraz przerażająco radosny klarnet Capecego. Nierówno krocząca perkusja gubi się w powykręcanych strukturach. To jak diabelski młyn – pociągający i odstraszający zarazem. Pomimo pozornej wesołości, uderza szaleństwem wariata w swoich powtarzalnych motywach.
Tempo zwolni „Musta planeetta” („Czarna planeta”), najbardziej niepozorny utwór na płycie. Trwający niedużo ponad pięć minut kawałek, oparty jest głównie na zwielokrotnionych partiach rozległych klawiszy, którym wtórują szumiące odgłosy tła oraz pojedyncze tknięcia. Usłyszymy także drewnopodobne pałeczki oraz rozwibrowaną strunę – wszystko razem tworzy nastrój skłaniający do niewymuszonej refleksji.
W „Toive” („Życzenie”) słychać przeciągłą wrzawę znaną z „Entain”, zaś Capece wygrywa melodie dzikiego, leśnego życia. Miarowo maszerująca perkusja, warczący, dubstepowy bas dają znać o tym, że Delay czerpie tutaj z rytmicznych zabaw, jakim oddawał się w projekcie z AGF. „Tummaa”, w której pourywane dźwięki i rozwlekłe, acz minimalnie dozowane nuty pianina, zanurzono dodatkowo w patynowym leśnym mchu, przywołują klimat „Animy”. Usłyszymy z wyczuciem dozowany odległy dubowy bas, wybijany przez samotnika w gęstej dżungli odgłosów, klaśnięcia ptasich skrzydeł, ludzkie zawołanie, połyskujące loopy.
„Tunnelivisio”, to jest „widzenie lunetowe” czy może klapki na oczach albo po prostu ograniczone pole widzenia, to tak naprawdę nieskończenie głęboka studnia, w której dźwięki zanurzają się w echu oraz pogłosach. Wszelkie szumy i brzdęki potrafią być równocześnie odgłosami pracowitego, realnego świata, jak też tego z drugiej strony lustra. Wpadamy w fiński chłód osobnej wyspy (piski, rezonasujące struny), zmęczoną, podziemną krainę zamkniętych klubów (brzdękający bas), a także orientalną egzotykę (kaskada drewniano-porcelanowych klocków), wilgotność lasów tropikalnych (wszelakie pluski) oraz czarną energię kosmicznej pustki (gwar syków).
W nowej muzyce Delay’a przewijają się motywy jego wcześniejszej twórczości, a w powrocie do jazzowo-perkusyjnych korzeni można się dopatrywać echa dokonań skandynawskich artystów, jak Nilsa Petera Molvaera czy Esbjörna Svenssona, można szukać dalej, kierując się w stronę Berlina, ale nie wolno przy tym zapomnieć o fascynacji hip-hopem (czemu wyraz dał w ostatnim miksie dla Fact Magazine) – w każdym razie można wymieniać różne inspiracje, lecz sam Ripatti starał się wyzbyć jakichkolwiek wpływów i zaufać sobie. Mistrz rytmu zwyczajnie uwielbia stukać w różne rzeczy i oddaje się temu bez miary.
„Tummaa” nie jest trudnym w odbiorze albumem, jeśli zamiast wysilać intelekt, oddamy się w ręce intuicji i zwyczajnie skupimy na słuchaniu – właśnie tak, jak zrobił to Ripatti, gdy siadał do instrumentów: „Starałem się nie myśleć ani analizować, tylko chwytać dany moment i grać jak czułem”. Dlatego tak ważny jest emocjonalny odbiór płyty, i to, jak sądzę, jest jej główną zaletą.
Vladislav Delay
MySpace
Leaf Label
Gusataff
Leaf 72, 2009

Darmowa muzyka od Ninja Tune

Kilku artystów nagrywających dla Ninja Tune i spowinowaconych z nią oficyn udostępniło za darmo swoją muzykę. King Cannibal, którego ostatnio mogliśmy posłuchać na żywo na festiwalu Tauron Nowa Muzyka niebawem wyda swój debiutancki album Let The Night Roar. Pod tym adresem można znaleźć mix zapowiadający album.

Z kolei Kid Koala, swój nowy projekt The Slew w całości do ściągnięcia udostępnił na swoim blogu

Grupa Cougar, nowy nabytek counter Records oferuje swój najnowszy singiel Digit Cleaver, w którym wokalnie udziela się Paul Smith z Maximo Park. Utwór do odsłuchu i pobrania tutaj

Na koniec jeszcze jeden darmowy utwór. Capricorn One zapowiada album Fluorescent Black grupy Anti-pop Consortium. Album ukaże sie 28 września natomiast singiel możemy ściągnąć stąd już teraz.

Sześć płyt Warpa, o których się nie mówi

W tym roku wytwórnia Warp świętuje swoje 20-lecie. W katalogu tego labelu, oprócz IDMowych klasyków, są również krążki, których brzmienie ma niewiele wspólnego z elektroniką. Prezentujemy pięć najbardziej niewarpowych albumów w katalogu Warpa. Vincent Gallo – „When”

Gallo bardziej związany jest z filmem, niż z muzyką. Na swoim koncie ma właściwie tylko jedną poważną autorską płytę – właśnie „When”, wydaną w 2001 roku przez Warp. Krążek zarejestrowany został bez niczyjej pomocy w mocno domowych warunkach. To totalny minimal, choć wybitnie nie-elektroniczny. Jednocześnie jedna z piękniejszych, zapomnianych płyt w katalogu Warp.

Savath & Savalath – „Apropat”

Kolejna bezelektroniczna płyta Warpa. Tym razem jedno z tysiąca wcieleń Scotta Herrena, czyli pana Prefuse 73. Jako Savath & Savalath artysta od dobrych kilku lat nagrywa dźwięki inspirowane akustyczną muzyką hiszpańską, kubańską bądź brazylijską. Nie bez powodu pierwsza płyta projektu nosiła tytuł „Folk Songs For Trains, Trees And Honey”. Poniżej fragment wydanego w roku 2004 albumu „Apropat” – na wokalu pochodząca z Katalonii Eva Puyuelo.

Gravenhurst – „Flashlight Seasons”

Temu zespołowi bliżej do Kranky czy Morr, niż do Warpa. Jeśli klawisze, to delikatne, gdzieś w tle i nieposzatkowane. Bez sampli, bez automatów – za to z jak najbardziej tradycyjnym, rockowym instrumentarium i stuprocentową melancholią. Trochę tu niepotrzebnych egzaltacji, choć i tak całości słucha się całkiem przyjemnie. I pomyśleć, że następny w katalogu Warpa był Squarepusher ze swoim „Venus No. 17”.

Req – „Sketchbook”

Ok – to wyjątkowo elektroniczna płyta. Jednak pochodzący z Brighton Ian Cassar postarał się, aby „Sketchbook” brzmiał inaczej, niż większość wydawnictw Warpa. To jeden z najbardziej wymagających, eksperymentalnych krążków, jakie znaleźć można w katalogu wytwórni. Jednocześnie płyta, która przeszła bez większego echa. Słuchając fragmentu poniżej nie będziecie się dziwić, dlaczego tak się stało.

Broadcast – „HaHa Sound”

Słychać tu elektroniczną obróbkę, całość utrzymana jest jednak w niemal poetyckim stylu retro. Ktoś wyczai tu gitarkę Bibio, ja słyszę tu dalekie echa choćby Pram. „HaHa Sound” był drugim albumem Broadcast, nagranym w 2003 po dość długiej przerwie. W dzisiejszym zestawieniu to bez wątpienia najbardziej doceniany krążek – w katalogu Warp zajmuje dość istotne miejsce. Jak na akustyczny pop.

Alexanders Annexe – „Push Door To Exit”

Wspólny projekt Miry Calix, Davida Sheparda oraz pianistki Sary Nicholls. Przedsięwzięcie chwilowe, głównie koncertowe, mające w dorobku jeden materiał – właśnie „Push Door To Exit”. Na krążku tylko jeden kawałek, będący mieszanką eksperymentu, muzyki elektroakustycznej, również ambientu. Poniżej jeden z przystępniejszych fragmentów. Czy to brzmi, jak Warp?

Teraz kolej na Was. Które z płyt Warpa uznajecie za najmniej warpowskie? Które niesłusznie zostały zapomniane? O których mówi się zdecydowanie zbyt dużo?

Pablo Bolivar – Recall


Ten działający od ponad dekady hiszpański artysta, wyrobił sobie dobrą markę w klubowym światku już swymi pierwszymi singlami. Potwierdzeniem jego wysokiej klasy producenckiej była debiutancka płyta – „Anjanas”. Szybko okazało się, że od wypełniającego ją ekspresyjnego deep techno, niedaleko jest do eksperymentów z dubem, którym Bolivar poświęcił się w projekcie Pulshar, założonym wspólnie z wokalistą Aphro Sainzem. Ich ubiegłoroczny album – „Brotherhood” – wywarł mocny wpływ na solowe dokonania barcelońskiego twórcy, czego świadectwem jest jego drugi autorski krążek – „Recall”.

Zaczyna się nastrojowo – z kanalizacyjnego strumienia skorodowanych dźwięków wyłania się wolno pulsujący bit, który uzupełniają delikatnie ćwierkające klawisze wsparte dubowymi efektami. W efekcie „Home” brzmi niczym nieznana produkcja duetu Basic Channel – idealnie pasuje bowiem do jego kanonicznych dokonań z początków minionej dekady.

W podobnym stylu utrzymane są również późniejsze kompozycje. W ich przypadku Bolivar rezygnuje jednak z medytacyjnego nastroju, nadając im zdecydowanie taneczny charakter. Najpierw jest to miarowe dub-techno o monochromatycznych akordach, oplecionych studyjnymi pogłosami („Reflect” czy „My Own Reality”), a potem znacznie lżejszy dub-house, zanurzony w podwodnych pasażach klawiszy, niesionych klaskanym rytmem („Falling Angels” czy „Meltdown”).

Z jamajskich efektów hiszpański producent rezygnuje, kiedy sięga po bardziej minimalistyczne aranże. Przykładem tego dwie kompozycje z początku krążka – „Modern Time” i „Channel One”. W pierwszej, wpisanej w kontekst dynamicznego tech-house`u, dominują matowe partie syntezatorów uzupełnione wokalnym loopem, a w drugiej, odwołującej się do estetyki glitch, trafiamy na monotonny podkład rytmiczny wspierający zaszumione sample.

Nie inaczej jest w utworze „Escape From Galaxy Five (Arrival)”, stanowiącym wyraźną kontynuację dokonań artysty z „Anjani”. To monumentalne deep techno, w którym mocne bity, wsparte niepokojąco drgającym basem, wzbogaca klawiszowe arpeggio w stylu Tangerine Dream.

Jeszcze bardziej wyraźne wpływy „berlińskiej szkoły” klasycznej elektroniki słychać w „Is It A Last Call?”. W perlistych partiach syntezatorów i abstrakcyjnej konstrukcji nagrania, odnajdujemy tu bowiem echa mistrzów gatunku w rodzaju Klausa Schulze czy Edgara Froese.

Podobnie, jak na „Anjani”, również na „Recall”, hiszpański producent chętnie wypuszcza się na wycieczki w stronę ambientu. Świadectwem tego kosmiczne miniatury – „Escape From Galaxy Five (Chapter Two)” czy finałowa „Another Earth”.

Nowa płyta Pablo Bolivara potwierdza, że to jeden z najbardziej utalentowanych twórców nowoczesnej elektroniki – bardziej skoncentrowany na tworzeniu nastroju, opowiadaniu pewnej historii, cyzelowaniu brzmienia, niż na klubowej funkcjonalności swych nagrań. W tym kontekście, to właśnie format albumu, a nie singla, wydaje się być dlań idealny. I „Recall” potwierdza tę tezę z pełną mocą.

www.regularlabel.com

www.myspace.com/regularlabel

www.myspace.com/pablobolivar
Regular 2009

Zobacz kolejny wideo wywiad od BPitch Control

To kolejny odcinek cyklu zapoczątkowanego przez AGF/Delay. Teraz przyszedł czas na przepytanie Joshua Eustisa z Telefon Tel Aviv. Niewątpliwie dalsza przyszłość projektu stoi pod znakiem zapytania… W styczniu odbyła się premiera trzeciego albumu amerykańskiego duetu – Immolate Yourself. Siedem dni później znaleziono ciało założyciela grupy, Charlesa Coopera. Najprawdopodobniej popełnił samobójstwo, choć nie jest to do końca wyjaśnione.

W wywiadzie Joshua opowiada o początkach swojej muzycznej drogi. Wspomina między innymi, że najwcześniejszym źródłem inspiracji był nieśmiertelny występ Grand Mixera DXT z Herbie Hancockiem.

Na deser: wideo inspirujące Joshue, i nie tylko.

Poprzedni odcinek z AGF/Delay: tu

Przepis na zimne nóżki – rozmawiamy z CO

Pod pseudonimem CO ukrywa się Maciek Kujawski, młody producent, który w 2004 zabłysnął debiutanckim album „!COMOC!, prezentującym mało jeszcze wówczas znany w Polsce abstrakcyjny hip-hop. Obecnie powraca z nową płytą – „Verge”, której Nowamuzyka.pl patronuje. Premiera stała się pretekstem do naszej rozmowy. Zacznijmy prowokacyjnie: przeciętnie inteligentny człowiek, który widzi w telewizji kolesi poobwieszanych złotem, wokół których gibają się półnagie panienki, myśli, że hip-hop to muzyka dla debili. Co sprawiło, że Ty zafascynowałeś się tym gatunkiem?
Był wieczór. Jechałem moim nowym bmx-em z wypasionymi niebieskimi oponami i czarną ramą po uliczkach osiedlowych. Zatrzymałem się przy jednym z domów, gdzie jakieś dwa cienie rytmicznie bujały się do rapowego bitu. Nie wiem, czego słuchali, ale powiedzmy, że mógł być to Luniz – „I Got 5 On It”. Taki strzał.
Jeszcze nie wiedziałem, co to może być, jednak chwilę ich obserwowałem, po czym, podniecony, wróciłem do domu. Jakiś czas później odkryłem tajemnicę „dwóch cieni” podczas gry w kosza. Standard pełen. Rap. Kosz. Na sportowo. Nie było wtedy jeszcze dziwek i szampana, za młody byłem. Co działo się później? Freestyle na złotym mikrofonie, skrecze na unitrze, loopowanie beatów na „jamniku”, NBA action, a potem gra w kosza przy dobrych klasykach. Więc może tu chodzi o ludzi? Pozdrawiam Jacka i Daniela – my brothers from another mothers. Fascynacja samą muzyką przyszła później, jako następstwo tego, przy czym dorastałem. Wraz z wiekiem odkrywałem możliwości tego gatunku, nie przejmując się przy tym niekiedy tanimi zagrywkami w muzyce i prostymi tekstami. Poznawałem różne inne gatunki, bardzo ważne dla mnie, bo wpływające na moje postrzeganie muzyki, jednak hip-hop zawsze był i będzie mi najbliższy, łącznie z tym, w klipach do którego kolesie są poobwieszani złotem, a wokół nich gibają się półnagie panienki.
Spokojnie – tylko żartowałem. (śmiech) Od początku swej działalności wyrobiłeś sobie jednak opinię „dekonstruktora” hip-hopu. Na czym polega to „dekonstruowanie”?
Hip-Hop to bardzo szerokie pojęcie. Dla mnie, przede wszystkim jest rodzajem swobody. Dlatego bardzo swobodnie poruszam się po nim, zachowując przy tym ducha wyrazistych rytmów. To „dekonstruowanie”, to najwyraźniej mój styl i postrzeganie produkcji muzycznej, która jest już tak głęboko we mnie, że każdy proces twórczy jest działaniem automatycznym. Ucząc się czegoś, za wszelką cenę robię to po swojemu, co często bardzo utrudnia sprawę. Jednak w muzyce bardzo sobie to cenię.

Twoja pierwsza płyta – „!COMOC!” – wywołała entuzjastyczne reakcje – w tym pozytywną recenzję w prestiżowym „The Wire”. Dodało Ci to wiary w to, co robiłeś?
Dla 19-letniego chłopaka, który zamiast siedzieć w książkach obijał się przy muzyce, to był ogromny szok. Samo wydanie tego albumu było czymś zaskakującym. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że moja muzyka była dojrzalsza ode mnie samego, co zrozumiałem całkiem niedawno. Docenienie płyty „!COMOC!” zajęło mi kilka lat, podczas gdy recenzentom zajęło to tylko chwilę. Nie wiedziałem nawet, jak ważnym pismem jest „The Wire”.
Na okładce MF Doom i boom na Madvillain, a gdzieś w środku recenzja mojej płyty. Już nawet ten fakt był ważniejszy. Dopiero, kiedy znajomi mówili, jak jest to prestiżowa sprawa, zacząłem rozumieć, że to nie tylko kilka zdań w znanej gazetce i byłem strasznie dumny z siebie. Jednak wiary mi to nie dodało, dlatego że nigdy mi jej nie brakowało. To, co robiłem i robię, powstaje w warunkach lenistwa, jest bardzo „moje”, nie ma w tym myślenia „oby się udało” albo „na pewno się uda!”. Lubię muzykę, lubię się nią zajmować bez napięcia. Nie potrzebuję do tego specjalnych bodźców.
Czy miałeś jakiś odzew ze strony polskiego środowiska hip-hopowego na swoją płytę?
Zero. Nie spodziewałem się odzewu i nadal się nie spodziewam.
„!COMOC!” doskonale wpasował się w postmodernistyczną estetykę Mik.Musik. To dlatego chciałeś wydać go akurat w tej wytwórni?
W tamtym okresie Mik.Musik.!. to był jedyny label w Polsce, który ceniłem. Poprzez brata Bartka (czyli 8rolek), poznałem Wojtka Kucharczyka, który dostrzegł w mojej muzyce potencjał i bardzo pomógł mi zrozumieć to, co sam robiłem. Nie dojrzałem do tego, ale miałem nad sobą pewną kontrole, która nie wymagała ode mnie kompromisów. Nie zastanawiałem się nad wydaniem płyty w innej wytwórni. To było dla mnie oczywiste. Inne rozwiązania? Nie było nawet mowy. Wybór między „cipkowatymi” labelami, a jedyną wytwórnią z „jajem” był prosty. Zanim wydałem „!COMOC!”, zobaczyłem kilka koncertów ludzi z Mik, doświadczając atmosfery, która bardzo mnie wciągała. Ludzie z publiczności, którzy krzyczeli „Dziadek, zarzuć jakiś beat!” tak mnie bawili, że proszę mi wierzyć, podobało mi się to. Czułem się wśród ludzi z Mik, jak w domu.
Dwie swoje następne płyty opublikowałeś w formie mp3. To była celowa taktyka, czy zostałeś do tego zmuszony realiami rynku?
EP-ka „Vocvocvoc” z założenia miała być darmowym wydawnictwem. Był to chwilowy kaprys, który jak się później okazało, bardzo wpłynął na moje dalsze poczynania. „King`s Meal” jednak już miało inne założenia. Kiedy album był gotowy, okazało się, że albo muszę trochę poczekać, albo wydam go w mp3. Realia rynku, pieniądze, trudny czas. Jednak mnie to nie wystraszyło. Nie mamy wyjścia? Robimy darmowo w mp3. Nigdy nie traktowałem wydawania muzyki zarobkowo, więc jedynym (ale w sumie dość sporym) minusem było to, że zabrakło radości z gotowego produktu – płyty, która w rękach jest motywem do uronienia kropli wzruszenia i kropli podniecenia.
W międzyczasie założyłeś z Deuce zespół Cobula i didżejowałeś jako Sergio Oo Aaaa. Czy te doświadczenia wpłynęły jakoś na nowy materiał opublikowany na płycie „Verge”?
Cobula i Sergio Oo Aaaa to zbliżone projekty, ponieważ są czystą rozrywką dla publiczności, jak i dla mnie samego. Zajmując się muzyką, jako CO, zapominam o wszystkim. Jestem poza inspiracją dźwiękami. Wtedy liczą się tylko moje emocje, które za pomocą muzyki staram się nazywać. Jako Cobula i Sergio nasiąkam podłością, liczy się zabawa, staję się królem tego, co się dzieje i chcę być biczem na dupach swoich poddanych. Chcę ich poniżać i kazać stawać na głowie. Tutaj pojawia się ten wpływ. Jako CO oczyszczam się z tej podłości przed samym sobą, nie oczekując niczyjego wybaczenia.
Nie tak do końca. Przecież za „Verge” stoi zaskakujący koncept – historia szalonej namiętności prowadzącej do… kanibalizmu. Czy ten fabularny zarys był pierwszy, a dopiero potem dopasowywałeś do jego klimatu muzykę?
Fabuła była pierwsza, ponieważ jest to prawdziwa historia. Muzyka stała się ilustracją do wydarzeń, o których chciałem opowiedzieć. Poza tym, nigdy nie myślę o tym, jak ma brzmieć moja muzyka. Nie głowię się nad nią, tylko realizuję to, co mi w głowie siedzi. Emocje, które dostarczyły mi doświadczenia „na krawędzi”, wystarczająco silnie pokierowały całą pracą nad albumem.

Większość utworów z „Verge” oparta jest na kontraście – z jednej strony masywne podkłady rytmiczne, a z drugiej rozwichrzona elektronika o soundtrackowym smaczku. Skąd ten pomysł?
Jeśli tak to słyszysz, pewnie masz rację. Nie powinienem analizować swojej własnej muzyki. Nie chcę rozbijać czegoś skończonego na atomy. „Verge” postrzegam jako całość, która ma dla mnie wiele znaczeń pozamuzycznych. Nie chcę stracić postrzegania tego w ten sposób. Może zamiast tej odpowiedzi dam Ci przepis na zimne nóżki?
Dziękuję – nie lubię. Pozostańmy przy muzyce: czasem sięgasz po bardziej klubowe bity – electro w „Jar” czy house w „Fear”. Dlaczego?
No to dam ci ten przepis na zimne nóżki po królewsku. Potrzebujesz około 50-60 kilogramów kobiety. Ostre narzędzia. Trochę alkoholu. Nic nie mieszaj. Dobrze popieprz. Jajka wsadzone dobrze komponują się z zimnymi nóżkami. Za reakcje organizmu i twoje sumienie nie odpowiadam. Nie polecam.
No właśnie: tak wygląda Twoje poczucie humoru, które prezentujesz również w tekstach z „Verge”…
W każdym śmiechu jest jakiś dramat. Mniejszy bądź większy, ale jest. W utworze „O”, który opowiada o głównym wydarzeniu, do którego dążyłem, mówię w taki sposób, w jaki to się działo. Śmiałem się zbrodni prosto w twarz, nie zważając na konsekwencje. Wszystko odbywało się na pełnym luzie, według planu. Świetnie się bawiłem.
Myślę, że Twoimi wynurzeniami w końcu zainteresuje się policja. Nie wiadomo, czy będziesz miał wtedy czas na prezentację materiału z „Verge” na żywo…
Jestem przygotowany do opowiedzenia całej historii. Mam pełen plan scenografii, są wszelkie materiały, które jednak wymagają zaangażowania i dobrych chęci ze strony osób pracujących w miejscach koncertów, bądź organizatorów takich wydarzeń. W innych przypadkach, których spodziewam się więcej, będzie to uproszczona forma, w której zawarte będą główne motywy z „Verge” wraz ze spojrzeniem na tę historię przez pryzmat osobowości Sergio Oo Aaaa. Wracając do pierwszej wersji. Opowiedzenie o tym, co się wydarzyło, wymaga na pewno nieco teatralnej formy. Bardzo mi zależy na tym, żeby inni choćby na chwilę dotknęli „krawędzi”.
„Verge” wydała nowa wytwórnia płytowa – Qulturap. Kto to?
Tacy jedni. Mają ogromną willę z basenem. Wożą się czarnymi limuzynami, popijając Cristala. Podobno, jak przykleisz ich logo do sprzętu audio, to po tygodniu cycuszki stają się platynowe. Cycuszki ekspedientek w mięsnych. Bardziej serio – to dawny Blend, wszystko pod Rockersem, pełne zespolenie, zero grawitacji, analizowanie spotkań. Ekstraklasa. Qulturap. Nie okultyzm i nie okurwizm. Jak mawia MC Persona Grata: „szarmancja, nonszalancja, wszystkich kobiet aprobata”. Label z przyszłością i wyraźnym parciem, nie zaparciem. Pozdrawiam wszystkich z Q. Jedna miłość – jeden żel!

Wreszcie kolejna premiera z Chill Label

„Legenda zaklęta w dźwiękach z duszą, magiczna podróż do głębin świadomości, muzyczna interpretacja tradycji runicznej i jej uniwersalnego przesłania” – dokładnie tak (!) Chill Label opisuje swoje nowe wydawnictwo.

Nareszcie dobry polski pop!

22 października swoją premierę będzie mieć wspólna płyta Gaby Kulki i Konrada Kucza. Na swojej nowej stronie artyści udostępnili obszerne fragmenty wydawnictwa. Wygląda na to, że doczekaliśmy się absolutnego pewniaka do tytułu „nareszcie znakomita polska nie brzmiąca jak polska płyta pop”. Gaba Kulka – wiadomo. Objawienie ostatnich miesięcy, alternatywna rewelacja, dla niektórych – konsternacja. Artystka uważana obecnie za jedną z nadziei polskiej dobrej muzyki. A Konrad Kucz? Doświadczony elektronik, producent, twórca cudownych kawałków nieodkrytych (kto zna „Lobster” z Karoliną Kozak?), z przeszłością w Futrze.

Efekt współpracy – doskonała, ciepła, pluszowa płyta „Sleepwalk”, oklejona samplami, pyszną produkcją i wreszcie udanymi melodiami. Posłuchajcie sami – na specjalnej stronie.

Kronos Quartet ponownie w Polsce

W dniach 24 – 27 września w Zakopanem trwać będzie festiwal „Muzyka na szczytach”. Jedną z gwiazd będzie Kronos Quartet. Rezerwacja biletów już trwa!

Aphex zawiódł w Krakowie?

Na łamach serwisu muzycznego Onetu Kaśka Paluch pisze, że piątkowy występ Aphex Twina był rozczarowaniem. „Niestety, zabrakło zrozumiałego dla publiczności konceptu, co widać było i po minach, i pozach słuchaczy, i tym, że trwał nieustanny exodus na papierosa poza halą”. Co Wy na to? Aphex zaserwował zgromadzonym piorunującą mieszankę techno, dubstepu i rave, ubarwiając wszystko wizualizacjami i pokazami laserów. – W opisie może brzmieć nieźle, w praktyce królował niekontrolowany chaos, którego wrażenie potęgowała ta trudna do zniesienia głośność – czytam na Onet.pl.
Tymczasem na naszych łamach iaikO pisze: „było warto. szkoda tylko, ze wizualizacjami zajmował się ktoś kto robił to chyba po raz pierwszy w życiu”.
Podobno dziś, podczas drugiego występu w ramach Sacrum Profanum, Aphex ma być bardziej wyrozumiały dla słuchaczy – set wypełnić mają głównie jego największe „hity”. Czy tak będzie w istocie? Czekamy na Wasze wrażenia i opinie.

Perkusista Radiohead nagrywa własną płytę

Po solowych dokonaniach Thoma Yorkea oraz Jonnego Greenwooda przyszła pora na kolejnego muzyka Radiohead – Phila Selwaya. Perkusista grupy nagrywa właśnie swój własny krążek, którego premiery spodziewać się możemy na początku przyszłego roku.

Nowy label twórców Kompaktu

Michael Meyer i menedżer do spraw marketingu wytwórni Kompakt – Jon Berry wspólnymi siłami stworzą i poprowadzą oficynę – Fright. Wydawnictwa labelu mają stanowić odskocznię od tech-houseowego stylu ściśle kojarzonego z Kompaktem i najprawdopodobniej skoncentrują się wokół – jak określają sami twórcy – „zabójczych, syntetycznych disco-symfonii z analogową nutą groteski”, co ciekawe jako źródła inspiracji dla przyszłych dokonań artyści podają m.in. twórczość włoskiego kompozytora Claudio Simoniettiego i horrory znanego, amerykańskiego reżysera Johna Carpentera (spójrzcie na logo).

By nie być gołosłownym, nowo powstały duet zapowiada inauguracyjne wydawnictwo od chicagowskiego Gatekeepera (nie mylić z bristolskim artystą wydającym dla labelu Punch Drunk oraz Skull Disco) zatytułowane Optimus Maximus, na której usłyszymy m.in. klasyczne, moroderowskie arpeggia, oldschoolowe partie grane na moogach i pulsujące, nokturnowe linie basowe. Epka ujrzy światło dzienne 26 października, na czarnym krążku, a w wersji cyfrowej tydzień później – tj. 31 października. Video z utworu tytułowego, reżyserowane przez Tommyiego Boya (Telepathe, CFCF, Butthole Surfers) będzie dostępne niebawem w internecie.

Zainteresowanym polecam kwiecisty, a jednocześnie bardzo zabawny opis od samego wydawcy, dostępny w serwisie FACT Magazine

Próbki zostały udostępnione na MySpace artysty.


Na koniec jeszcze tracklista Optimus Maximus:
1. Optimus Maximus
2. Visions
3. Forgotten
4. Obsidian