Stenny – Upsurge
Paweł Gzyl:

Połamane rytmy zanurzone w ambiencie.

Justyna Steczkowska – Maria Magdalena. All Is One
Przemysław Solski:

Wędrówka duszy.

Function – Existenz
Paweł Gzyl:

Opus magnum Dave’a Sumnera.

Bella Boo – Once Upon a Passion
Jarek Szczęsny:

Z półprzymkniętymi oczami.

Shed – Oderbruch
Paweł Gzyl:

Szperając w zbiorowej pamięci.

KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.



Archive for Listopad, 2019

Max Tundra dziś zaczyna trasę w Polsce

Koncertem w Warszawie swoją całkiem sporą trasę po Polsce rozpocznie Max Tundra – jeden z naszych ulubionych scenicznych wariatów. Jego koncerty to eksplozja energii – wydarzenia, o których nie da się szybko zapomnieć. Zobaczcie, gdzie i kiedy Max zagra. Artysta promować będzie krążek „Parallax Error Beheads You” (Domino Records, 2008). To inteligentna mozaika dźwięków i stylów, których wciąż może pozazdrościć wielu grajków tego świata. Sześć lat po premierze „Mastered By Guy At The Exchange” Max na nowo prezentuje i redefiniuje swoje mikro melodie.

41 minutowa płyta „PEBY”, to doskonale skondensowana porcja popu, rocka, disco, funku, techno, rapu, metalu, soulu oraz każdej innej kategorii muzycznej zawierającej przedrostek „prog”, została uznana przez magazyn Pitchfork jedną z najważniejszych płyt roku 2008.

Tutaj zagra

  • 14.10.2009 Warszawa @ Powiększenie | Last.fm (w ramach inauguracji Free Form Festival)
  • 15.10.2009 Poznań @ Pod Minogą | Last.fm
  • 16.10.2009 Sopot @ Sfinks | Last.fm
  • 17.10.2009 Wrocław @ Falanster (secret show!) | Last.fm
  • 18.10.2009 Kraków @ Re | Last.fm

Więcej o trasie – w tym miejscu »

Various Artists – Snuggle & Slap


Kolejną francuską wytwórnią płytową, która wyrobiła sobie dobrą markę na elektronicznej scenie tanecznej, jest paryska Circus Company. Dziesięć lat działalności pozwoliło współpracującym z nią artystom stworzyć własne brzmienie – skupione na energetycznym house`ie, ale otwarte na eksperymenty z innymi gatunkami, od jazzu do popu. Doskonałym przykładem tej eklektycznej polityki nagraniowej, jest wydana z okazji jubileuszu Circus Company podwójna kompilacja „Snuggle & Slap”.

Pierwszy dysk z zestawu, przynosi kolekcję dwunastu nagrań, odsłaniających mniej znane oblicza artystów współpracujących z tłocznią. Właściwie oprócz otwierającego całość dynamicznego „Back To Sleep Back” francuskiego producenta ukrywającego się pod szyldem Ark, reszta utworów daleka jest od house`owego kanonu. Oto popularne trio dOP sięga po bardzo chilloutowe brzmienia, serwując najpierw smolistą kompozycję „Alligators” z wokalnym udziałem uderzającego w soulową nutę Dave`a Aju, a potem – rozbuchany ekspresyjnymi dęciakami „Turff Blues”. Ich koledzy z Nôze stawiają z kolei na perkusyjne downtempo w wolno płynącym utworze „Drums”. W podobnym klimacie utrzymana jest autorska kompozycja wspomnianego Aju – „Hide & Go Seek” oraz flirtujący z 2stepem funkowy „Bonus Jack” w wykonaniu projektu MyMy.

Końcówka płyta to zestaw jednoznacznie jazzowych kompozycji. W eklektyczne poszukiwania w stylu fusion bawi się tutaj Ryan Crosson w swoim „Slow Down”, „żywe” granie podrasowane house`owym pulsem w stylu wczesnych dokonań St. Germain proponuje grupa Homewreckers, a w stronę elektro-akustycznych preparacji uderza Nicolas Jaar w nagraniu „Waltz Jazz”.

Z całego tego zestawu najbardziej wyróżnia się utwór Guillaume & The Coutu Dumonts – „Odyssee”. To eteryczny minimal o monotonnym pulsie, który w ciekawy sposób łączy ambientowe pasaże klawiszy z afro-jazzowymi wariacjami na trąbce.

Drugi dysk to już pełen wypas dla wielbicieli nowoczesnego house`u. Żadnych eksperymentów, czyste granie do tańca, pełne energii i luzu. Na pierwszy ogień idzie oczywiście duet Nôze z zawadiacko zaśpiewaną piosenką „Boredom”, a tuż za nim lokują się panowie z dOP, prezentując się w nieco psychodelicznym „Stock Option”. Gorące klimaty latino z filmowymi smyczkami łączą w „Du Riffiffi Au Katanga” Oleg Poliakov i Gillaume Coutu Dumont, ukrywając się pod szyldem Destination Danger, a ekwilibrystyką dubowymi efektami popisuje się paryski producent Sety w „Le Burdon”.

Znakiem czasu są tu dwa inne nagrania – „Hey Glizz” Ark i „Rahan” Le K. Pierwsze to wyrafinowany micro-house, który z powodzeniem mógłby zostać opublikowany przez Perlona, a drugie – plemienny minimal o rwanym brzmieniu, którego nie powstydziłby się sam Luciano.

Całość wieńczy jednak euforyczny house w stylu lat 90. – „Keep Blooming” Olega Poliakova – z rozśpiewanym piano i skocznym bitem.

Miłośnicy francuskiej muzyki klubowej powinni być zachwyceni składanką z Circus Company – zawarte na niej dźwięki idealnie pasują do tego, co rozumiemy pod terminem „french touch”: są ciepłe, miękkie, organiczne, zmysłowe, nieinwazyjne i pełne pozytywnej energii.

www.circusprod.com

www.myspace.com/circuscompany
Circus Company 2009

Encyklopedia elektroniki

Który z członków Autechre ma polskich przodków? Dlaczego Burial nie używa sekwencerów? Która słynna artystka jazzowa była ciotką Flying Lotusa? Tego wszystkiego i wiele więcej dowiecie się z „Encyklopedii Elektroniki” – już dziś na Szczecin.fm! Encyklopedia elektroniki to godzinna audycja prezentująca profile artystów i wytwórni związanych z szeroko pojętą muzyką elektroniczną.

Premierowa audycja odbędzie się już dziś, 13 października o północy. W ramach prologu zapoznamy się z założeniami i strukturą audycji, krótko omówimy niektórych artystów, którzy będą pojawiali się na łamach Encyklopedii, a także posłuchamy kilku najświeższych produkcji m.in. Buriala, Flying Lotusa, Massive Attack i Ochre.

Warto posłuchać: diskJokke

Uroczy romans ze space disco trwa w najlepsze… Po epopei z Lindstrømem i Prinsem Thomasem otrzymujemy kolejną dawkę przestrzennych dźwięków z kraju fiordów. diskJokke, czyli Joahim Dyrdhal to dwudziestoośmioletni producent z Oslo. Jego dorobek to kilka singli, remixów (m.in Lykke Li, Foals) i jedna długogrająca płyta.

Tylko jedna płyta, a tysiąc pozytywnych emocji.



Na „Staying In” ciężko znaleźć słabe strony – to niezwykle spójna i dopracowana produkcja. Ogromny wachlarz dźwięków, a niektóre fragmenty przypominają dawne, elektroniczne produkcje, choćby Jean-Michela, bo diskJokke pełnymi garściami czerpie z muzyki new age, interpretując ją w swoim stylu, działając niczym huxleyowska soma…

W niezwykle swobodny sposób szafuje dźwiękami, nie stroni od luźnych, drumowych stawek, czasem zerkając w stronę electroclashu, a innym razem nieśmiało w stronę ambientu. I robi z wielkim wyczuciem.

Dyrdahl wpisuje się w kultowy już etos norweskiej muzyki elektronicznej jako jeden z oryginalniejszych twórców i prekursorów space disco.

Warto posłuchać!

Juju & Jordash = rewolucja?

Obecnie ten egzotyczny duet daje muzyce klubowej niezłego artystycznego kopa. Nie są jedyni, ale na pewno najbardziej ekscytujący! Łącząc w sobie cechy niezliczonych jazzowych i be-bopowych jamów z elektroniczną obróbką dźwięku, tworzą nową parkietową jakość balansującą wśród nieszczelnych granic takich gatunków jak house, lounge, reggae, Detroit techno, post rock czy free-jazz. Dając kompletnie unikalną fuzję tradycji z nowoczesnością.

W wywiadach artyści wyraźnie podkreślają swoje przywiązanie do wielkich przodków. Widząc takie nazwiska jak Thelonius Monk, Herbie Hancock, Eric Dolphy czy Sun-Ra nie dziwią początkowe jazzowe inklinacje. Jednak zderzenie tych inspiracji ze współczesnymi wpływami – Juanem Atkinsem, Theo Parrishem czy Larrym Heardem musiało dać efekt znamienny i nieprzewidywalny.

Występy na żywo łączą w sobie cechy improwizowanej zabawy z wykorzystaniem naturalnych muzycznych talentów oraz niezliczonej ilości sprzętu w skład, którego wchodza gitara, klawisze, perkusja, trąbki etc. i których dźwięki są przepuszczane przez rozmaite laptopowe efekty i echa. Co ciekawe, artyści nie wykorzystują sampli!

Juju & Jordash LIVE @ Studio 80, Amsterdam from Gno Pants on Vimeo.

W oczekiwaniu na kolejne rewolucyjne wydawnictwa duetu J&J – aryści nie rezygnują ze swoich pierwotnych zainteresowań. Juju ciągle udziela się na gitarze, na której gra od dziesiątego roku życia, a Jordash dalej marzy o pozostaniu współczesnym Theloniousem Monkem. Mimo jakże różnego wychowania, wspólnie zadecydowali, ze swoją muzyczną karierę kontynuować będą w holenderskiej stolicy we współpracy z Fortress Music Studios. Czekamy na więcej!

Lindstrom ponownie w natarciu

Po doskonałej, ubiegłorocznej solowej płycie Lindstrom zapowiada nowy album, tym razem nagrany z udziałem wokalistki Christi Belle. Szykuje się kolejny znakomity materiał! Lindstrom – wiadomo, norweski mistrz nu/space disco, genialny producent, jeden z najszych bezsprzecznych ulubieńców. Christia Belle natomiast to wokalistka amerykańskiej grupy Hungry Lucy. Oboje mieli okazję współpracować już kilkukrotnie, choćby tworząc własną wersję kawałka Vangelisa – „Let It Happen” (jako Solale).

19 stycznia 2010 światło sklepowych półek ujrzy pierwsza oficjalna wspólna płyta Lindstroma i Christi Belle. Zatytułowana „Real Life Is No Cool” wydana zostanie nakładem wytwórni Smalltown Supersound. Na krążku znajdą się trzy publikowane wcześniej kawałki oraz siedem zupełnie nowych kompozycji. Czekamy!

Wrocław: zbliża się koncert Marka Ribota

18 października, na zakończenie wrocławskiego Avant Art Festivalu, zagra Marc Ribot – słynny amerykański muzyk, kompozytor i instrumentalista, wieloletni współpracownik Toma Waitsa i Johna Zorna. Dlaczego warto zobaczyć to wydarzenie? Ribot to niepokorny eksperymentator, którego twórczość nie podlega prostemu zaszufladkowaniu. Tym razem zobaczymy i usłyszymy go wraz z jego nowym zespołem Ceramic Dog w składzie: Shazhad Ismaily (bas), Ches Smith (perkusja) oraz Eszter Balint (wokal, skrzypce). Sam Ribot grał będzie na gitarze.

Koncert odbędzie się w niedzielę 18 października w Centrum Sztuki Impart we Wrocławiu (ul.Mazowiecka 17, mapka poniżej). Początek o godzini 22.00. Bilety: 30 zł w przedsprzedaży / 40 zł w dniu koncertu.

Sprzedaż biletów: Empik, OkiS, poprzez sieć Eventim (www.eventim.pl) oraz w miejscu koncertu godzinę przed rozpoczęciem. Ilość miejsc ograniczona!

Emiter – Microsillon


Emiter jest pseudonimem artystycznym gdańszczanina Marcina Dymitera. Ten muzyk oraz improwizator rozpoczynał karierę w zespole Ewa Braun i współtworzył także wiele innych projektów, m.in. Mapa (z Paulem Wirkusem), Voice Electronic Duo oraz Mordy, z którymi nagrał świetną płytę „Antrology”. Jego solowa działalność zaczyna się od albumu „#1”, jakim już w 2000 roku pokazał swoje elektroakustyczne fascynacje. Kolejne dzieła potwierdzały improwizatorskie zdolności Emitera, jak również jego skłonności do eksperymentowania z dźwiękiem. Nic dziwnego, że w końcu stworzył dzieło do spółki z Arszynem – improwizatorem o podobnych muzycznych zainteresowaniach.
Niedawno Dymiter pojawił się na kompilacji dodawanej do magazynu Wire: „Exploratory Music From Poland vol. 1”, a dzisiaj ukazała się jego solowa płyta, na której oprócz Emitera wystąpili: perkusista Tomasz Chołoniewski, trębacz Wojciech Jachna oraz Tomasz Gadomski, który współpracował z Emiterm chociażby przy „#4”, gdzie obsługiwał harmonium i perkusjonalia.
„Microsillon” powstawał dość długo, a znajdziemy na nim efekt fascynacji artysty brzmieniami akustycznymi i elektroniką. Uwadze nie ujdzie field recording ani udział gitary, która jest nieodłącznym elementem warsztatu muzyka. Gitara jest nieodłącznym elementem warsztatu EmiteraNajnowszemu dziełu przyświeca motto Św. Hildegardy z Bingen: „Słuchanie uchem wstrząsa wnętrzem człowieka” i w tym kierunku podążał artysta, poszukując brzmień, jednak udało mu się to osiągnąć tylko połowicznie; są momenty na tej płycie, kiedy Emiter raczej wstrząsa uchem słuchacza, nie docierając do wnętrza.
W otwierającym album tytułowym utworze spotkamy się z długim elektrycznym sprzężeniem, podobnym do dźwięku, jaki w filmach wydają białe świetlówki zawieszone w ogromnych, złowieszczo pustych halach. Do tego twardy, rozedrgany bas i rytmicznie powtarzane uderzenia. To pole brzmieniowe tworzy podstawę dla innych odgłosów, które Emiter stopniowo dawkuje wchodząc na teren noise’u, lecz dla kontrastu grając też „żywymi” pałeczkami. Po tym przyjdzie czas na field-recordingową miniaturę i zaraz zostaniemy zaatakowani przez trzeci utwór („Kiedyś mówiły do nas drzewa”), w którym nachalnie powtarzalny, hałaśliwy motyw zabulgocze w czaszce, wtórując kolejnym sprzężeniom. Ale tak wygląda pierwsza połowa kawałka, gdyż później miejsce znajdzie sobie gitara z szumiącą trąbką, zaś szaleńczy loop przycichnie. Skrajności zaistnieją obok siebie, jednak nie zespolą się.
„Improwizacja z Kościoła Św Jana” rozpocznie się niczym „Tunnelivisio” Vladislava Delay’a (echa jego dokonań usłyszymy również w następnym kawałku). Ten natchniony ambient ustąpi trochę na rzecz gitary elektrycznej i jej długich riffów, które po pewnym czasie przemieniają się w wyjące, przesterowane smyczki. W ten sposób zaczęła się druga część płyty, gdzie oprócz krótkiego „Ulotnego”, usłyszymy jeszcze dwa utwory: „Pył” i „Microsillon2”, który znalazł się na kompilacji Wire.
W pierwszym basujący dron będzie scalał 10-minutową jazzowo-noise’ową improwizację. Napotkamy bulgot, na tle którego wyłonią się pojedyncze nuty gitary, do niej z kolei dołączy cykająca perkusja, a potem trąbka i inne perkusjonalia. Gitara jest dla artysty elementem scalającym muzyczną przestrzeńSkojarzenia z Moritz von Oswald Trio nie będą tak bardzo chybione. Drugi kawałek jest tutaj czystym glitchem z gitarowym loopem puszczonym od tyłu. Na początku Emiter za pomocą kilku smagnięć struny tchnie nieco ludzkiego ciepła, ale potem znowu zdehumanizuje utwór wpadając w powtarzalne motywy, trzaski i zakłócenia, stwarzając przez to muzykę popsutego procesora w stylu Oval.
Marcin Dymiter przeszedł długą drogę odkąd rozpoczął swoją muzyczną wędrówkę. Wydaje się, iż nigdy nie ustanie w poszukiwaniach, dzięki czemu ma szansę na ciągły rozwój. Z uwagi na to, inaczej można spojrzeć na pierwszą część płyty, mniej udaną, ale ciągle eksperymentującą. W zamian za przymknięcie oka dostaniemy kolejne utwory (od 4 do 7), które wytrzymują porównanie z artystami cenionymi na światowej scenie. Emitera wyróżnia korzystanie z dodatkowego źródła dźwięku, jakim jest gitara, którą (choć gra na niej od dawna) nie zawsze udaje się idealnie wpleść w opowieść. Jednak to ona jest dla artysty elementem scalającym muzyczną przestrzeń i, słusznie, chyba nigdy z tego elementu nie zrezygnuje. „Microsillon” w przeważającej części jest albumem, któremu warto poświęcić uwagę, oddając się płynącej zeń przyjemności.
Emiter
Gusstaff
Gusstaff GRAM 0906, 2009

Pleq – The Metamorphosis


Za nazwą Pleq stoi Bartosz Dziadosz, 26-letni student filozofii pochodzący z Katowic. Jego dyskografia liczy kilka wydawnictw, zarówno internetowych releasów jak i fizycznych nośników. „The Metamorphosis” to piąta duża płyta Pleq i pierwsza w barwach U-Cover – oficyny, dla której nagrywali m.in. Lusine i Kettel.

Muzyka Dziadosza w niczym nie ustępuje dokonaniom zachodnich twórców oscylujących wokół tych samych rejonów: spokojnej odmiany IDM-u, w której rozległe ambientowe pejzaże stanowią idealne tło dla trzasków, szumów, cykania i delikatnej rytmiki. Nie zabrakło brzmienia instrumentów, m.in. fortepianu i smyczków, które nadają pozornie odhumanizowanej całości ludzkiego pierwiastka. Pleq nie trzyma się kurczowo kilku powtarzanych w kółko patentów i stara się kombinować, więc oprócz field recordingu z fabryki („Reconstruction”) znalazło się tu miejsce także dla zdigitalizowanego bristol soundu („The Ballad of the Broken Heart”), pełnego melancholii instrumentalnego hip-hopu („I Think In These Terms Everytime”), onirycznego cyfrowego dubu („Do You Remember Your Dreams?”) i kawałka utrzymanego w stylu znakomitej islandzkiej grupy Worm Is Green (ozdobiony kobiecym wokalem „Maus”).

Pod względem produkcji, brzmienia i atmosfery „The Metamorphosis” jest płytą wyborną, nawet jeśli mało odkrywczą. Pleq z wyczuciem i pietyzmem dokłada swoją cegiełkę do ogromnego gmachu „owadziej” elektroniki, udowadniając, że doskonale ją czuje. Żaden to wypadek przy pracy, jak chcieliby niektórzy, lecz konsekwentny rozwój własnego stylu.
U-Cover, 2009

Kryptic Minds w Warszawie!

28 września miała miejsce premiera One Of Us, nowego krążka brytyjskiego duetu. Najlepszą okazją do usłyszenia tego materiału będzie koncert, który odbędzie się w Warszawie 17 października. Simon Shreeve i Leon Switch już od 2002 roku krążą po brytyjskiej scenie, szukając odpowiedniego miejsca dla swojej muzyki. Wydawnictwa dla Defcom Records czy Monitor polaryzowaly w surowej stylistyce drum&bass, dopiero niedawno za sprawą wytwórni Tectonic oraz Swamp81 artyści wykonali wyraźny skręt w kierunku dubstepu i wydaję się, że odnaleźli swoje przeznaczenie.

One Of Us jest albumem wybitnie innym. Wpływ na to miała niewątpliwie artystyczna droga, jaką przeszli artyści i której do prostych zaliczyć nie można . Jednak czynnikiem decydującym o błyskotliwości tego krążka jest odważne wypracowanie swojego twórczego „ja”. Mądrze wycyzelowane struktury śmiało czerpiące z innych gatunków, podbudowane na solidnej d&b bazie, dają poczucie subtelnej innowacyjności. Zapewniając gatunkowi kolejny rozwijający haust powietrza.

Niebywałą okazją do bezpośredniego zderzenia się z muzyką duetu będzie warszawski koncert, który odbędzie się w sobotę 17 października w Basenie Artystycznym. Bilety na to wydarzenie dostępne są tylko w przedsprzedaży w cenie 30zł. Po więcej informacji na temat koncertu, zapraszamy na tę stronę

Image and video hosting by TinyPic

Squares to Bend w Polsce

Squares to Bend to polsko-duńska grupa, stworzona przez wszechstronnie uzdolnionego producenta Piotra Fronka i wokalistę Mikkela Konyhera. Muzycy poznali się w Contemporary Music College w Danii. Ich pierwsze utwory powstały w zaledwie miesiąc, a już po dwóch podpisali kontrakt z niezależną wytwórnią LBA Records z Florydy.

Squares to Bend to śmiały mariaż brytyjskiej muzyki gitarowej z lekko wycofanym i eklektycznym brzmieniem Skandynawii. Gdzie organiczna świeżość miesza się z electropopem i muzyką akustyczną, dając bezpretensjonalny i wybitnie relaksujący efekt.

Polska trasa jest doskonalą okazją do zaprezentowania szerszej publiczności pierwszego oficjalnego wydawnictwa zespołu. Ep’ka Syntesalata będzie miała premierę 1 listopada 2009 roku i za pośrednictwem myspace zespołu można za darmo zapoznać się z tym materiałem.

Najblizsze koncerty zespołu:

14 październik- MCK – Mysłowice
15 październik- JazzRock – Stalowa Wola
16 październik- Soundbar + Hang the Dj – Lublin
18 październik- Konsofa – acoustic concert – Warszawa

Cyrus (Random Trio) – From the Shadows


Label Tectonic zdążył już przyzwyczaić słuchaczy dubstepu do produkcji na najwyższym poziomie i w przypadku recenzowanego dzisiaj albumu nie jest inaczej. Postanowiłem przypomnieć pierwszy producencki album CD z tej wytwórni, czyli właśnie „From the Shadows”, ponieważ odnoszę wrażenie, że jest to album zdecydowanie niedoceniony, szczególnie na tle tego, co dzisiaj słyszy się od producentów takich jak 2562, TRG czy Pinch, którzy – jak by nie było – musieli skądś czerpać inspiracje.

Cyrus, członek kolektywu Random Trio a prywatnie Jason Flynn, na scenie dubstepowej działa od 2003 roku, więc można uznać go właściwie za weterana tego gatunku. Swoje pierwsze kroki stawiał w Croydon u boku Skreama czy Bengi, jednak z czasem wypracowane własne brzmienie, które odbiegało od tego, co generalnie dominowało wtedy w warsztacie producenckim doprowadziło do tego, że po kilku singlach Cyrus dał ujście swoim pomysłom w postaci albumu.Czego zatem można spodziewać się po „From the Shadows”? Najtrafniej określa to chyba tytuł jednej z płyt Stereo MC’s – „Deep Down & Dirty”. Głębokie basy przeplatające się z brudnymi beatami towarzyszą słuchaczowi od początku aż do samego końca. Próżno szukać tu wobbli, które wprawiają w ruch parkiety na dubstepowych imprezach, jedynie The Watcher czy Crying Game mogą zahaczać o tego typu opcje, jednak i tak daleko tu od komercji czy prostoty. Ogólnie rzecz biorąc, album „From the Shadows” to zdecydowanie nie dubstep na imprezę; to raczej jedna z tych płyt, których najlepiej słucha się podczas jesiennego wieczornego spaceru po mieście oświetlonym lekko przyćmionym światłem latarni.
Można w zasadzie powiedzieć, że cały album jest dość ‘skąpy’ pod względem ilości dźwięków użytych do konstrukcji poszczególnych kawałków. Niektórym może wydać się on przez to zbyt monotonny, lecz ja właśnie widzę w tym jego spójność i – co za tym idzie – siłę. Taka właśnie stylistyka sprawia, że powolnie sączące się basy i gładko płynące beaty służą idealnie jako tło dla wyraźnie wyeksponowanych pojawiających się okazjonalnie coraz to nowych dźwięków, tworząc w ten sposób klimat wiszącej w powietrzu tajemnicy. Wystarczy wsłuchać się w ospały, lecz groźny Dirt lub ‘mglisty’i całkiem dynamiczny Dark Future, by przybliżyć sobie nieco to, o czym tutaj piszę.

Oczywiście w obrębie nawet tak jednolitego albumu można trafić na akcenty urozmaicające, jak chociażby wyżej wspomniany ‘okołoparkietowy’ „The Watcher”, czy też tribalowy Indian Stomp z wokalem w stylu produkcji np. Nitina Sawhney’a. Co więcej, zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie ta płyta, to być może era minimal dubu z produkcjami wcześniej wymienionych 2562 czy TRG na czele nadeszłaby z pewnym opóźnieniem. Pomimo tego, że większości kawałków z „From the Shadows” bliżej stylistyką do wczesnych releasów Elementala niż właśnie do stylu minimal dub, to jednak wpływu ich brzmienia na to, co serwują nam dzisiaj takie wytwórnie jak 3024, Hotflush czy właśnie Tectonic nie da się nie docenić.

Pomimo niewątpliwej przyjemności, jakiej dostarczył mi „From the Shadows” muszę jednak stwierdzić, że nie jest to album lekki czy łatwy do słuchania. Nie można go przede wszystkim odsłuchać ot tak, pobieżnie, ponieważ wtedy można wiele stracić – wiem to z doświadczenia, a konkretnie z mojego pierwszego kontaktu z tą płytą. Jej wartość dotarła do mnie dopiero z czasem, być może dlatego zabrałem się też za tę recenzję dopiero teraz. Niemniej, zalecam potencjalnym słuchaczom, by znaleźli się sam na sam z „From the Shadows” w odpowiednich okolicznościach i we właściwym nastroju, a wtedy być może i Wasze wrażenia będą podobne do moich, czego Wam jak najbardziej życzę.

Tectonic, 2007

Various Artists – Hérve Presents Cheap Thrills Vol. 1


Joshua Harvey, znany pod pseudonimem Hérve, to jeden z tych brytyjskich didżejów, którym udało się wskoczyć na lokalny top za sprawą mody na nu-rave. Wystarczyły mu dwa lata, aby wykreować własny styl i stać się na tyle popularnym, że z prośbą o remiksy ustawiły się do niego w kolejce takie gwiazdy, jak Bloc Party, Lilly Allen, Calvin Harris, Mark Ronson i The Prodigy. To z kolei sprawiło, że Hérve, mnożąc swe pseudonimy, od Voodooo Chilli po Action Mana, serwował kolejne dwunastocalówki, które z miejsca trafiały do najmodniejszych klubów w Anglii. Z czasem powołał również własną wytwórnię – Cheap Thrills – która opublikowała właśnie swą pierwszą kompilację.

To dwupłytowy zestaw, z którego pierwszy krążek przynosi szesnaście publikowanych i niepublikowanych nagrań z katalogu tłoczni, a drugi – DJ-miks autorstwa samego szefa tłoczni. Kolekcję utworów zebranych przez Hérve`go, stanowią w większości przypadków jego własne utwory lub remiksy. Wszystkie kompozycje łączy bowiem jedno – uwielbienie dla krzykliwych brzmień spod znaku rave. Oczywiście, dostajemy je jednak w jak najbardziej nowoczesnym opakowaniu.

Krążek zaczyna się, jakby za deckami stanął sam Timbaland. „U.F.O.” z repertuaru Jack Beats to elektroniczne R&B z wplecionym weń „gadającym” motywem klawiszowym o warczącym brzmieniu. Kiedy rozlegają się charakterystyczne dźwięki przesterowanego, ale melodyjnego basu, wiadomo, że mamy do czynienia z nieco już zapomnianym basslinem. Sięga po niego Project Bassline w energetycznym nagraniu „Drop The Pressure”. Ekstatyczne disco podrasowane kościelnymi organami i wrzaskliwymi samplami otrzymujemy z kolei w „Organ Grinder” Trevora Loveysa. Sam Hérve jako wspomniany Action Man przenosi nas w „Zombie Dance” w czasy, kiedy w klubach królował agresywny hardcore – jego kompozycja rozbrzmiewa bowiem niczym zapomniany kawałek Human Resorce albo wczesnego Joego Beltrama. Klasykę rave reprezentuje z kolei Fake Blood. Jego „Mars” z popiskującymi klawiszami to wypisz-wymaluj house`owy remiks jakiegoś przeboju The Prodigy.

Dalsza część płyty przynosi kolejną porcję nostalgicznych wspomnień z minionej dekady. Oto Hérve przywołuje w „Rikkalicious” melodyjny euro-trance w stylu Paula Van Dyka, przeszywając jednak wibrujące arpeggio klawiszy świdrującym loopem zapożyczonym od Justice. Prościutki house spod znaku Felixa przypomina z kolei Speaker Junk w dźwięczącym radosną partią piano „Outside”. Max Morrell udowadnia natomiast, że w muzyce klubowej nadal sprawdzają się raggowe patenty – tak dzieje się przynajmniej w jego breakbeatowym „Seelikio”.

Nie brak tu również hip-hopu – ale w jego industrialnej wersji. Tak gra bowiem High Rankin w swoich dwóch utworach: „No Money For Guns” i „Clarence Baskerville 2”. Podobne brzmienia znajdujemy również w najbardziej ekscentrycznym utworze z całej kolekcji – „Baseball Bat”. Hérve z pomocą wokalistki Mariny Gasoliny proponuje tu bowiem… seksowny metal (tak, to możliwe!) o cyfrowym brzmieniu, przywołującym na myśl dokonania T. Raumschmiere.

Nie każdemu się spodoba taka muzyka – wesołkowata, krzykliwa, momentami przerysowana, a nawet kiczowata. Anglicy kochają się jednak bawić przy takich dynamicznych, melodyjnych i naszpikowanych samplami nagraniach. Ale jak powiedział niegdyś Piotr Kaczkowski, pytany o odmienność polskich i angielskich gustów muzycznych – „jedni lubią rybę z frytkami, a drudzy – schabowego z ziemniakami”.

www.myspace.com/hervespace

Cheap Thrills 2009

Luke Vibert – We Hear You


Przez kilkanaście lat działalności Luke Vibert stał nieco w cieniu swoich bardziej znanych kolegów, Ryśka Jamesa i Miśka Paradinasa, obficie płodząc rozmaite odmiany elektroniki pod różnymi aliasami, m.in. jako Amen Andrews (drum’n’bass/breakcore), Wagon Christ (trip- i hip-hop/downtempo) i Ace Of Clubs (electro/acid). Pod własnym nazwiskiem nagrywa właściwie wszystko, co często niekorzystnie odbija się na spójności longplayów.

O ile ostatni album „Chicago, Detroit, Redruth” (2007 r.) był dość koherentny pomimo stylistycznego rozrzutu, o tyle najnowszy „We Hear You” stanowi rzecz sprawiającą wrażenie przypadkowo ułożonej kompilacji. Brodaty Kornwalijczyk jest oczywiście wirtuozem nowoczesnej aparatury nagraniowej, toteż krążek jest bezbłędny pod względem technicznym. Brakuje mu jednak pomysłowości, spójności oraz haczyka, który zakotwiczyłby się w mózgu i kazał doń wracać. Opener “Belief File” rozpoczyna się słowami „You just put a needle on a really unique record album”. Nic z tego, bowiem już po chwili rozlega się wszechobecny dubstep, niestety w banalnej wersji nawet na chwilę nie wychodzącej poza utarty schemat (najmodniejszy obecnie trend w elektronice pojawia się także w równie przeciętnym „Dive and Lie Wrecked”). „Computer Complex” i „De-Pimp Act” to utwory utrzymane w klimacie Wagon Christ, ten drugi został jednak zepsuty przez irytujące, zapętlone dęciaki i nieco sflaczały acid. „Hot Stick” i „Square Footage” reprezentują dość typowy, rave’ujący braindance w rytmie cztery czwarte, zaś „Pretty Old Acid Music” to Vibert dokonujący plagiatu na samym sobie. W tym dziwacznym zestawie najlepiej wypadają kawałki utrzymane w konwencji funku i hip-hopu: tytułowy i „Battling For England”. Nie licząc kilku ewidentnych wpadek, utwory reprezentują wysoki i dawno temu ustalony poziom, problem w tym, że osobno – zebrane razem kompletnie nie przekonują.

„We Hear You” jest płytą nierówną i wywołującą ambiwalentne odczucia. Z jednej strony potwierdza potencjał Viberta, z drugiej jednak unaocznia, jak muzyk coraz bardziej rozmienia się na drobne. Własny ogon smakuje najlepiej i jest taaaki długi…
Planet Mu, 2009

Pleq – The Metamorphosis


Co jest ciekawego w tak nieciekawym w gruncie rzeczy zjawisku jak melodyjny IDM z klikami, samplami i glitchem? Niewiele, chyba że komuś słuchającemu płyty z tej półki uporczywie narzuca się skojarzenie z LCD Soundsystem. Pleq to jednak nie set dla utrzymujących formę maklerów biegających w t-shirtach Tommy Hilfigera wokół galerii handlowych, a raczej przyjazny, daleki od metroobślizgłości soundtrack do bieganiny wiecznie pełnych energii, chaotycznych dziewczynek i chłopców w przedziale wiekowym 4-6. Coś tam mówią, ale raczej gaworzą jeszcze wymieniając między sobą dane o kasztanie lub mrówce, porównując znalezione kamienie i kostki. Myszkują, o. Biegną też w za dużych kaloszach na przykład i sapią małymi płuckami docierając do jakiegoś miejsca, którego osiągnięcie dla dorosłego nie wiąże się z obrażeniami kolan i łokci. Cokolwiek im pokazać mówią: uuuuu.

Miło posłuchać jak ten mały świat męczy się i skręca w sobie, próbując uniknąć porządkujących uderzeń klikających perkusji; delikatny i obcy, stwarza złudzenie tajemnicy i dystansu, podczas, gdy po prostu nie mówi językiem-narzędziem wymiany racjonalnych spostrzeżeń. Banał z wypracowania o Różewiczu, więc do rzeczy: w czym, poza tą dziecinną bazą, tkwi siła tej niepozornej pozycji? Np. w tym, że glitch, przy całej swojej delikatności i przewiewności, nie został tu spożytkowany prostacko – jako element sztucznie uwrażliwiający wystarczająco już filigranową całość – ale jako oddech realnego glamouru, feminizujący, zaszczepiający finezję klubowego, ciut niegrzecznego, stajlu i odciągający odbiorcę od stereotypowego wizerunku twórcy tej płyty jako studenciaka dłubiącego po wykładach przy kompie i jakichś elektronicznych popierdywkach, przykrywkach dla masturbacji ordynarnie podniesionej do wymiaru hobby. Dwa: gęstość, konsystencja tego; mimo przejrzystości całość przypomina już raczej folktronikę spod znaku RF lub (nawet) wczesne Mum czy Maxa Richtera z okresu Blue Notebooks, niż ohydną polską elektroniczkę opartą li tylko na przypadkowych efektach zabawy z programikami polecanymi po koleżeńsku na specjalistycznych forach.

Pojedyncze utwory z Metamorphosis, wyrwane z przyjaznego środowiska całości, więdną i gasną w przeciągu kilkunastu sekund. Razem służą jednak ramieniem w sytuacjach tak kryzysowych jak nagła potrzeba doznania estetycznego pośrodku ohydnego dnia. Twój Pleq, twoje cośtam, bo też po części jest to płyta użytkowa – potencjalnie i relaksująca i absorbująca – co byłoby niemożliwym do osiągnięcia, gdyby nie wspomniana już elegancja, czyniąca album serio żywotnym (co nieczęsto się zdarza w tym genre) i odświeżająco nienachalnym, jeśli chodzi o ewentualne, wolne interpretacje tego materiału przez odbiorcę.

Wystarczy zajrzeć w rozbity na dwie części utwór tytułowy, który, w niewinności i lekkości aż dziecięcy, zdąża jeszcze szturchnąć skojarzenie z wytwornymi, bogatymi strojami, delikatnymi jak samo tarcie biżuterii o wypolerowaną w mleku i szampanie skórę. Wrażenia nie psują sztubackie trochę To Be A Little Cloud czy Maus – niby-singiel, bo zawierający wokale, niefortunnie wyciśnięte skądś z Polski AD 1992 r. lub prościej: ze Ścianki (Iris?). Nie szkodzą też centralne Dont Cry My Dear i I Think In These Terms Everytime (Noon?) – seria w porównaniu z utworem tytułowym, przyciężkawa jak mokre draperie przy jedwabiu, lecz uzasadniona nanizaniem na spójną narrację następujących po sobie obrazów. Udaje się Pleqowi wybrnąć, a do tego po raz pierwszy ma sensowną okładkę płyty i wszystko to cieszy, choć sprawia wrażenie pięknego wypadku przy pracy, słabo umotywowanego wcześniejszą twórczością i nie znajdującego oparcia w intuicyjnych uogólnieniach, jakie można przy porannej kawie stworzyć sobie na temat samego artysty.
U-Cover, 2009

Grouper z nowym albumem

Liz Harris, która już za niespełna dwa tygodnie zaprezentuje swoje możliwości podczas krakowskiego festiwalu Unsound udostępniła dwa nowe kawałki. Album Vessel wciąż nie ma oficjalnej daty premiery, ale idąc z duchem czasu, artystka sporą jego część już umieściła w sieci. A do utworu Hold The Way powstał nawet teledysk, a właściwie transcendentalne dzieło sztuki utrzymane w stylistyce Maya Deren.

Grouper – Hold the Way from Weston Currie on Vimeo.

Ponadto na swoim myspace Grouper umieściła tytułowy kawalek z płyty. Vessel to intymna kontynuacja scieżki obranej na albumie Dragging A Dead Deer Up A Hill, gdzie ubogie tło tworzące prostą beztroską melodię podbarwione jest ciepłym i lekkim głosem artystki. Ja to uwielbiam, a Wy?

Nowy album Bibio

Zaledwie wydał płytę „Ambivalence Avenue”, która jest jednym z najlepszych tegorocznych nagrań Warp Records, a już przymierza się do wydania drugiej. Na najnowszym dziele Stephena Wilkinsona, zatytułowanym „The Apple & the Tooth”, usłyszymy zarówno niepublikowane dotąd utwory jak i remiksy. Tymi ostatnimi zajęli się między innymi Clark, Wax Stag, Eskmo, Gentleman Losers, Lone oraz sam Bibio.
Artysta po raz kolejny powinien zaprezentować różnorodność muzyczną, jaką cechował się jego poprzedni materiał, a charakter nagrań nie powinien odbiegać od „Ambivalence Avenue”. Słychać to już w utworze promującym nadchodzącą płytę, z którym można zapoznać się poniżej.
„The Apple & the Tooth” zostanie wydane tradycyjnie na CD oraz w postaci plików do ściągnięcia, ale dla fanów Warp przygotował również serię limitowaną. Album zostanie wypuszczony na winylach w ilości ograniczonej do 1000 sztuk (w Wielkiej Brytanii do 150). Powinien się pojawić 9. listopada.
Posłuchajcie jak będzie brzmiał:

Lista utworów „The Apple & the Tooth”:
01 The Apple and the Tooth
02 Rotten Rudd
03 Bones & Skulls
04 Steal the Lamp
05 SVive (Clark Remix)
06 Sugarette (Wax Stag Remix)
07 Dwrcan (Eskmo Remix)
08 Lovers Carvings (Letherette Remix)
09 Haikuesque (The Gentleman Losers Whispers in the Rain Mix)
10 All the Flowers (Lone Remix)
11 Fire Ant (Keaver & Brause Remix)
12 Palm of Your Wave (Bibio Remix)
Jeszcze sampler z ostatniej epki artysty:

Ach, to Radiohead!

Wczoraj Ed OBrian powiedział, że zespół zdecydowanie jest zainteresowany wydaniem kolejnego krążka, a Thom Yorke został błędnie zacytowany. „Nagramy album” – twierdzi. Czy grupa pragnie wokół siebie tylko robić szum? I co na to fani zespołu?
Płyta powinna ukazać się w następnym roku.

Made in Russia!

Rozpoczynamy nowy cykl. Jego inspiracją jest niezwykle głębokie i różnorodne brzmienie rosyjskiej elektroniki. Będziemy się starali w nim ująć najważniejszych wykonawców, ale i zarekomendować młodych, zdolnych, intrygujących… W pierwszej odsłonie ambasadorzy rosyjskiego minimalu – panowie Kubikov i Milyutenko, czyli SCSI-9.

Muzycznie Rosjanie prezentują awangardowy, oryginalny elektroniczny styl. Zaskakują kreatywnością w podejściu do twórczości, w poszukiwaniu sampli i inspiracji, ukazując muzyczny świat pełen swobody, spontaniczności.

W przypadku SCSI-9, można zaryzykować stwierdzenie, że ich muzyka to jakby złoty środek, pomiędzy kontynentalnym techno i mrocznymi brzmieniami zza oceanu. Ich misternie tkane konstrukcje utworów, są melodyjne i ciepłe, tworzą niepowtarzalny nastrój.



Początki współpracy sięgają roku 1999. Na ten rok datowane są pierwsze produkcje – „Maks is dreaming” (EP) oraz „Middle of the way” (EP). Przez dekadę wspólnej pracy stworzyli znaną i rozpoznawalną w elektronicznym świecie markę. Nie byle jaką pracą – do tej pory wydali ok. 30 produkcji – single, EPki, kompilacje, cztery albumy, niezliczoną ilość remixów – wydanych w najlepszych światowych wytwórniach – Kompakt, Trazpez, Force Tracks.

Muzyczne podłoże Kubikowa i Milyutenki jest niezwykle zróżnicowane – są legendą moskiewskich klubów, blisko współpracują z radiem Deep Mix, a zarazem sprawdzają się jako autorzy muzyki do spektakli dramatycznych dla moskiewskich teatrów.



SCSI-9 w mistrzowski sposób łączy klubowe brzmienie z downtempo, czy ambientem. Zatapia słuchacza w błogości, w której nie ma miejsca na rozmyślanie, czy to tech-house, minimal, czy to downtempo, czy to nawiąznie do Erika Satie, czy pochodzą z Moskwy, czy z Mombasy.

Tego się po prostu słucha.

Po trzech latach Mapstation wreszcie wyda płytę

To projekt Stefana Schneidera, faceta znanego m.in. z projektu To Rococo Rot. Jako Mapstation Schneider nagrywa od 2001 roku, ostatni album wydał trzy lata temu. Krótko mówiąc: pora na nowy materiał! Znamy już jego szczegóły. Rzecz nosić będzie tytuł „The Africa Chamber”, premiera zaplanowana została na 30 października. Album inspirowany był – jak sam tytuł wskazuje – Afryką, podobnie zresztą jak kilka poprzednich wydawnictw Mapstation – „Map Of Africa” i „Loin D’Afrique”. W studio Schneiderowi pomagali Annie Whitehead (puzon), Nicholas Addo-Nettey oraz Thomas Klein (perkusja).

Więcej + fragmenty audio: na stronach labelu ~scape