Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.



Archive for Październik, 2019

Festiwal z kolejną nominacją

15 grudnia rozpoczęło się głosowanie na wydarzenie roku w Radiowym Domu Kultury Programu Trzeciego. Wśród nominowanych imprez znalazł się Tauron Festiwal Nowa Muzyka, który niedawno otrzymał Nocnego Marka w kategorii Event Roku. Wśród tych wszystkich, którzy wezmą udział w plebiscycie, rozlosowanych zostanie kilkanaście nagród. Oprócz kategorii „wydarzenie roku” głosować możecie również na płytę, książkę oraz wydawnictwo DVD roku.

Głosować można na tej stronie »

Finał odbędzie się podczas specjalnego, świątecznego wydania Radiowego Domu Kultury – 26 grudnia o godzinie 13:00.

TBA_Natalie Beridze – Pending


Choć debiutowała na polu wideo-artu, zdobywając główną nagrodę za swoją pracę na międzynarodowym festiwalu w Oberhausen, to szybko przekierowała zainteresowania na nowoczesną elektronikę. Po przeprowadzce z rodzinnego Tbilisi do Berlina w 2002 roku, nawiązała współpracę z Thomasem Brinkmannem, który nakładem wytworni Max Ernst opublikował jej najważniejsze wydawnictwa. Gruzińska producentka z powodzeniem eksperymentowała na nich z klasycznym IDM-em, dodając doń nowe wątki – przede wszystkim glitchową obróbkę dźwięku i podsłuchane u Björk wokalne preparacje.
Ostatnie wydawnictwa Natalie Beridze nie zostały zbyt dobrze przyjęte przez media. W 2007 roku ukazały się bowiem aż dwie jej płyty – podwójna „Size And Tears” oraz pojedyncza „The Other”. Krytycy znęcali się szczególnie nad tą pierwszą, na której artystka skupiła się na samplowych manipulacjach. Zdecydowanie cieplej pisano o „The Other”, zawierającej bardziej komunikatywne kompozycje, wpisane w formułę nastrojowego grania w stylu wczesnego Aphex Twina.
W ciągu dwóch lat znikły na ciele Beridze cięgi, jakie dziennikarze zostawili na niej po przesłuchaniu wspomnianych wydawnictw. Ich uwagi nie poszły jednak na marne – producentka przygotowała zwarty i solidny album, który zaskakuje dyscypliną i logiką konstrukcji.
Gruzińska artystka prezentuje na nim różne oblicze swej nowej muzyki. Do jej wczesnych dokonań odwołują się tutaj utwory w stylu IDM – o metalicznym brzmieniu, osadzone na chropowatych podkładach rytmicznych, podbite masywnymi pochodami basu. To przede wszystkim zaśpiewane onirycznym głosem „Good Night Tokyo”, ale też uderzające lodowatym tchnieniem „Everything Pushes Me Further Away” czy flirtujący z motorycznym electro „Legotek”. Niektórym z tych kompozycji blisko do hip-hopu – oto bowiem w „Cuts Vs Ignorance” pojawiają się spowolnione bity i raperskie sample, a w „Fallin Suga” – seksowna wokaliza rodem z nowoczesnego R&B.

To szerokie wykorzystanie głosu sprawia, że spora część nagrań z „Pending” to po prostu piosenki. O ile jednak otwierające płytę „To Hell Risers” przypomina melorecytowane dekonstrukcje w stylu AGF, tak „Beside You” jawi się już niczym cyfrowa wersja nostalgicznego popu, a „Don`t Know Why” – zredukowana wariacja na temat klubowego przeboju, podrasowana na modłę psychodelicznego transu rodem z dawnych nagrań Underworld.
Pomiędzy tymi dynamicznymi kompozycjami, Beridze porozmieszczała dźwiękowe miniatury w neoklasycznym stylu. Zaaranżowane wyłącznie na fortepian („Iced Turns Red”) lub smyczki („Isole”) przywołują wspomnienie minimalistycznych nagrań Steve`a Reicha czy Philipa Glassa. Znacznie więcej w nich jednak melodii – prostych, ale klimatycznych, tworzących nastrój nieuchwytnej melancholii.
Najciekawszym nagraniem z płyty pozostaje jednak wymykające się wszelkiej klasyfikacji „Dancing In Love Vox”. Oparte na zdubowanym pochodzie basu i kraut-rockowej perkusji, niesie ono perlistą partię klawiszy o lekko jazzowej barwie. Wszystko to układa się w urokliwą całość, przywołującą tchnienie wczesnych produkcji rodem z Warpu.
Zresztą prawie cały ten album jest jakby niedzisiejszy. Słychać na nim przede wszystkim inspirację „inteligentną” elektroniką z lat 90., zarówno w warstwie brzmieniowej, jak i aranżacyjnej poszczególnych kompozycji. Ci, którzy tęsknią za takim graniem, powinni koniecznie po niego sięgnąć – dostaną bowiem ponad godzinę naprawdę ujmującej muzyki.

www.laboratoryinstinct.com

www.myspace.com/laboratoryinstinct

www.myspace.com/tusiaberidze
Laboratory Instinct 2009

Przemysław Etamski – Kosmos


Przemysław Jankowiak to ciekawa postać. Szczeciński producent, założyciel grupy Ludzie Smutni, współtwórca projektu BA!, sympatyk Gombrowicza i dadaistów. Jako muzyk zadebiutował kilka lat temu pół-legalną epką „Antykwadrat”, ale rozgłos przyniósł mu dopiero longplay „Zabrudzony garnitur” (2008 r., jako Etam Etamski), o którym pisano, że to najbardziej awangardowa płyta w historii polskiego hip-hopu. Etamski zaproponował oryginalną wizję gęstej, psychodelicznej sampleriady na tropach tak Prefuse 73, jak i Autechre. Teraz 21-letni artysta rozdaje za darmo świeżą epkę „Kosmos”, na której rozwija swój unikalny styl.

„Muzyka którą prezentuję opiera się na elektronice, samplingu, muzyce konkretnej, free jazzie. Jednak korzenie swe ma głęboko w podziemiach hip-hopu, co na pewno jest wyczuwalne i czego nie ukrywam” – pisze Etamski i choć to wszystko prawda, słowa nie są w stanie oddać bogactwa dźwięków. Najlepiej eksplorować ten soniczny wszechświat w słuchawkach, aby wyłapać wszystkie niuanse i smaczki: trzask winylowej płyty, urywane beaty, noisowe zagrywki, industrialne kołatania, szumy, świdrowania, pulsacje oraz multum odgłosów nieznanego pochodzenia. Przypomina to nieco dokonania 10-20 i Lukida, innych twórców, którzy nie boją się radykalnego przekraczania granic gatunkowych. W pewnym sensie Etamski utrzymuje też duchowy kontakt z takimi labelami jak Mille Plateaux i Raster Noton. Wszelkie porównania i odniesienia powinny jednak służyć wyłącznie jako niezobowiązujące słowa pomocnicze, albowiem żadne z nich nie wyczerpuje tematu. Twórczość Etamskiego jest na tyle charakterystyczna i zupełnie inna od tego, co dzieje się na polskiej scenie elektronicznej, że jedynym sposobem na jej opisanie staje się gra kosmopolitycznych skojarzeń.

Niełatwy to materiał, choć trwa niewiele ponad kwadrans. Pozbawiony chwytliwych melodii, regularnych struktur i przyjaznego, ciepłego klimatu, za to naszpikowany niepokojem, brudem i atmosferą rodem z sennego koszmaru. Bezkompromisowy, niepowtarzalny charakter „Kosmosu” sprawia, że epka staje się prawdziwym wyzwaniem dla słuchacza, a to już bardzo wiele. Poza tym to po prostu kawał intrygującej muzyki na światowym poziomie.

P.S. Epkę można pobrać tutaj: myspace.com/etametamski.
Qulturarap/Pink Punk, 2009

Nowości z Handy-Tec

Po debiutanckiej epce rosyjskiego producenta Dmitri Bekisheva, szczeciński net-label Handy-Tec ma przyjemność zaprezentować kolejną płytę, tym razem pochodzącego z Anglii Yeth Thar. Laa Soyeth Tharisho urodził się pod koniec lat 70-tych. Przez prawie trzy dekady Yeth mieszkał w Londynie, po czym przeniósł się na przedmieścia Kentu.

Jesienią 1997, Yetha zaintrygowały możliwości jakie niosą ze sobą adaptery. Eksperymenty trwały 4 lata i doprowadziły Yetha do wzięcia udziały w konkursie z dwiema maszynami. Jakkolwiek po odpadnięciu z turnieju w półfinale, dwie maszyny zostały wymienione na inną maszynę znaną jako sampler AKAI 200.

W wyniku znalezienia zniszczonej ulotki w kałuży, Yeth zaczął uczęszczać na uniwersytet na wydział TworzeniaProjektowania Dźwięku, studiował tam z innymi młodymi ludzmi co nauczyło go lepiej używać Akai 200. Yeth nigdy nie wracał do przeszłości po odkryciu maszyny i postanowił pokazać światu tak wiele bogatych dźwieków, które może wyprodukować.

Twórczość Yeth Thar trudno zaklasyfikować i włożyć do jednej szufladki, ponieważ w muzyce anglika odnaleźć można wpływy muzyki IDM, Ambient, hip-hop, dub-step. Wszystkich ciekawskich nowoczesnych dźwięków odsyłamy na stronę handy-tec.org z której płytę You Coulda Techmore Tablet można pobrać za free.

* Wiecej na myspace.com/yeththar

* Pobierz płytę z handy-tec.org

Warto posłuchać: Oh land

Bohaterką dzisiejszego odcinka będzie śpiewająca pani z mroźnej Skandynawii. Oh Land czyli Nanna Øland Fabricius to młodziutka skandynawska wokalistka, autorka bardzo ciekawego debiutu pt. Fauna. Przy pierwszym przesłuchaniu w oczy (czy raczej w uszy) rzuca się wokal Nanny. Ale utalentowanych wokalistek z dobrym głosem ostatnio nie brakuje. Szukamy dalej.
Docieramy do warstwy instrumentalnej albumu i tu pojawia się niespodzianka. Pod ciepłymi, wręcz popowymi partiami wokalnymi kryje się daleka od popu, połamana i chwilami niełatwa w odbiorze muzyka elektroniczna. Słychać echa instrumentalnego hip-hopu i idm-u ale także folku i jazzu.
Wokal pełni tu rolę dodatkowego instrumentu i tworzy z każdego z utworów harmonijną i melodyjną całość. Pozornie Oh Land może wydawać się podobna do Anji Garbarek, Bjork czy Lily Allen, ale po wsłuchaniu się w takie utwory jak Audition Day czy Heavy Eyes podobieństwa stopniowo zanikają.

A tak to brzmi:

Nikakoi – Selected


Zanim zachodnie media zachwyciły się wschodnią elektroniką z Rosji czy Ukrainy, swoją twórczością zainteresowali je producenci z Gruzji. A wszystko to za sprawą multimedialnego kolektywu Goslab, który uruchomił w Tbilisi młody artysta – Nika Machaidze. Kiedy pilotowany przezeń projekt zdobył w 1999 roku prestiżową nagrodę na Electronic Music Festival w Paryżu, został on zaproszony na serię występów w Europie, a niemiecka wytwórnia WFM podpisała z nim kontrakt na dwa albumy. „Sestrichka” i „Shentimental” firmowane pseudonimem Nikakoi ukazały się w 2002 i 2003 roku, a teraz powracają trochę niespodziewanie, uzupełnione dodatkowym materiałem na podwójnym zestawie zatytułowanym „Selected”, który wydała berlińska wytwórnia Laboratory Instinct.

Ku zaskoczeniu słuchacza nagrania zostały przemieszane – w efekcie tworzą zupełnie inną całość, niż ta, którą można było zapamiętać z płyt WMF. Oczywiście muzyka postała ta sama – gruziński producent objawił się bowiem na „Sestrichce” i „Shentimentalu” jako utalentowany kontynuator IDM-owych eksperymentów z połowy lat 90. dokonywanych przez artystów skupionych wokół Warpu, choćby Aphex Twina czy tria Plaid.

Charakterystycznym rysem, wyróżniającym produkcje Nikakoia jest ich niezwykła melodyjność – szeroka, rozlewna, romantyczna, mająca zapewne swe źródło w muzyce etnicznej ze wschodnich rubieży Europy. Przykładem tego może być bajkowy „Bashrevi”, czy bardziej chrzęszczące „Krasnagorski Dream” i „Petja”. Momentami gruziński producent podkreśla tę tęskną melodykę zamaszystymi smyczkami, jak w „Child”, tęskną partią akordeonu w „MyRightHand” albo nastrojowymi wokalami, choćby w zaśpiewanym po rosyjsku „Shentimentalu”.

Nie oznacza to oczywiście, że Nikakoi pozostaje jedynie w kręgu onirycznego IDM. Sięga bowiem z powodzeniem również po statyczny i zaszumiony ambient w „Music 2 Piano” i „Teess”, słoneczne downtempo z wokalnym duetem w „Citylights” czy klimatyczny drum`n`bass ozdobiony raperskimi rymami w „PP”. Najbardziej zaskakuje tu jednak masywne dub techno – aż dziwne, że „Cvety2 For May” nagrano w 2003 roku. Bardziej do tamtych czasów pasuje podwodny dub w „Teen Soldier For Nika Reihse” czy masywny hip-hop podrasowany na kosmiczną modłę w „Adgilcx”.

Utwory z „Selected” noszą bowiem wyraźne piętno czasu, w którym powstały. W ciągu tych sześciu – siedmiu lat elektronika poszła znacznie do przodu, w tym również ukochany przez gruzińskiego producenta IDM. Ani na „Sestrichce”, ani na „Shentimentalu” niewiele przeczuć tego, jak będzie się grać w XXI wieku. To jednak nie przeszkadza z przyjemnością słuchać tej muzyki – bo naprawdę ma ona w sobie sporo ponadczasowego uroku.

www.laboratoryinstinct.com

www.myspace.com/laboratoryinstinct

www.goslab.de
Laboratory Instinct 2009

Encyklopedia Elektroniki – Rozdział #7: GOLDIE

W siódmym rozdziale „Encyklopedii Elektroniki” na falach Szczecin.FM usłyszymy dużo basu, połamanych bębnów i syntezatorów paraliżujących centralny układ nerwowy. Już jutro godzina z prekursorem jungle znanym jako Goldie. Pionier połamanych rytmów spod znaku bębna i basu. Kompozytor, DJ, aktor i grafficiarz. Autor „Timeless”, jednej z najdoskonalszych drum’n’bassowowych płyt wszech czasów, która wywindowała gatunek z podziemia wprost na salony mainstreamu. Właściciel kultowej wytwórni Metalheadz kształtującej oblicze stylistyki. Miłośnik Henryka Mikołaja Góreckiego, pod wpływem którego nagrał godzinną junglową symfonię. Współpracownik Davida Bowiego, KRS One i 4Hero. Posiadacz imponującego złotego uzębienia. Siódmy rozdział „Encyklopedii Elektroniki” zdominuje żywa legenda nowych brzmień – Clifford Joseph Price znany lepiej jako Goldie. We wtorek 15 grudnia o północy nastaw się na Szczecin.FM!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Ian Brown w Polsce

Legendarny brytyjski wokalista Ian Brown na drugim koncercie w Polsce! Artysta wystąpi 16 lutego w warszawskim klubie Palladium.
Występ będzie częścią trasy promującej najnowszy szósty solowy album byłego wokalisty Stone Roses.

Ian z grupą Stone Roses wywarł ogromny wpływ na późniejszą scenę britpopową i artystów takich jak Pulp, Suede, Coldplay, Manic Street Preachers, Kasabian, Stereophonics, The Verve.
Od czasu zawieszenia działalności w 1996 r., Brown nagrał sześć solowych płyt – „Unfinished Monkey Business”, „Golden Greats”, „Music Of The Spheres”, „Solarized”, „The World Is Yours” i „My Way”, wśród nich takie hity jak „F.E.A.R” „Golden Gaze” , „Illegal Attack” i „Stellify”.

Szczegóły dotyczące koncertu, takie jak ceny biletów zostaną ogłoszone w najbliższym czasie.

Rozmawiamy z L.Stadt

O szansach na komercyjny sukces, specyfice polskiego rynku i…lokalnym patriotyzmie rozmawiamy z łódzkim L.Stadt, jednym z najciekawszych obecnie młodych polskich zespołów. Więcej o zespole: www.lstadt.com

W jaki sposób powstał L.Stadt?

Łukasz Lach: Wszyscy pochodzimy z Łodzi, ale spotkaliśmy się w Strasburgu za sprawą wydarzenia, jakim była wymiana międzynarodowa między miastami partnerskimi: Strasburg – Stuttgard – Łódź. I właśnie w w Strasburgu zorganizowano spotkanie artystów wszelkiej maści: muzyków, plastyków. I my również tam pojechaliśmy. Mieliśmy okazję poznać się lepiej i zagrać ze sobą. Właśnie w Strasburgu zagraliśmy swój pierwszy koncert. Pół roku po tym spotkaniu, już w Łodzi, zaczęliśmy regularne próby. Ta formuła bardzo nam odpowiadała i postanowiliśmy założyć zespół.

Na Waszej płycie znalazłam tylko jeden kawałek śpiewany po polsku.

Utworów w polskiej wersji językowej jest więcej. Na koncertach gramy nie jeden a dwa polskie utwory (śmiech). Postęp ogromny. Jednak nasze pierwsze koncerty graliśmy nie w Polsce, a w Strassburgu. I żeby przekaz był bardziej uniwersalny, żebyśmy byli bardziej zrozumiali dla publiczności, teksty były w języku angielskim. Ale one brały się też z innej potrzeby- z potrzeby śpiewania po angielsku, z potrzeby pisania tesktów w języku angielskim – dobrze się w tym czuję po prostu.

Nie kryje się za tym bardziej utylitarny powód? Na zasadzie „liczymy na komercyjny sukces”?

Gdybyśmy liczyli na sukces komercyjny i na to, żeby nam się żyło lepiej i wygodniej, to podejrzewam, że wszystkie nasze piosenki byłyby po polsku – robilibyśmy wszystko, żeby te piosenki pojawiały się w komercyjnych rozgłośniach radiowych i telewizji.

Śpiewając po angielsku macie większe szanse błysnąć na Zachodzie

Trudno powiedzieć. Słyszałem opinię, że np. Amerykanie są teraz bardzo otwarci na wszystkie tzw. swojskie klimaty pochodzące z innych krajów, jak np. z Polski czy Czech. Dla nich jest to niezwykle podniecające, ciekawe, inne. My zostajemy przy języku angielskim, ponieważ nasza muzyka ma korzenie w muzyce brytyjskiej, amerykańskiej i uważam, że najlepiej ona brzmi w języku angielskim właśnie. Mi generalnie łatwiej jest mówić o sobie w obcym języku, języku, który nie jest własny. Język angielski operuje pewnymi słowami, które są bardzo popkulturowe, uniwersalne dla wszystkich, a z drugiej strony mają w sobie spory ładunek emocjonalny. Dzięki temu przekaz jest bardziej uniwersalny.

Korzystacie z dwóch perkusji – skąd ten pomysł?

Na początku jeden z perkusistów grał na basie, a my z Adasiem Lewartowskim graliśmy na dwie gitary. Pewnego dnia nasz ówczesny basista Radek Bolewski podszedł na próbie do zestawu perkusyjnego, zaczął grać razem z perkusistą Andrzejem Sieczkowskim i okazało się, że to jest coś, co dodało charakteru naszemu brzmieniu. I tak zostało, chociaż np. nie wszystkie nagrania na drugą płytę są grane na dwa zestawy perkusyjne.

A nazwa L.Stadt? Skąd się wzięła?

Tak nazywało się nasze miasto podczas okupacji. Jako że poznaliśmy się w Strasburgu, chcieliśmy tą atmosferę naszego pierwszego spotkania, tą energię przenieść do Łodzi, do miejsca, które kochamy. Nazwa powstała z miłosci do Łodzi, po prostu. Taki lokalny patriotyzm.

W Polsce nie da się wyżyć z tego rodzaju muzyki. Trudno jest łączyć obowiązki zawodowe z graniem w zespole?

Każdy z nas zajmuje się na co dzień czymś, co jest związane z muzyką. Pejo (Andrzej Sieczkowski) pracuje przy festiwalu muzycznym, ja również pracuję przy organizacji festiwalu muzycznego. Cały czas gdzieś się ścieramy na obszarze muzycznym. Tak naprawdę cały czas mamy kontakt z muzyką. Bardzo chcielibyśmy, by granie w L.stadt było głównym środkiem dochodu. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. Może się uda. Jeszcze trochę (śmiech).

Macie nieustanny związek z muzyką – jak więc oceniacie kondycję branży w Polsce? Elżbieta Zapendowska powiedziała, że to wielkie dno.

(długi śmiech)

Radek Bolewski: Uważam, że istnieje mnóstwo nie odkrytych jeszcze dobrych kapel. Zapewne istnieje dużo naprawdę dobrych zespołów, które grają sobie gdzieś tam po cichutku. Jak gdyby nie komentując wypowiedzi pani Eli Zapendowskiej, wydaje mi się, że ona jakby nie do końca obiektywnie patrzy na to ,co się faktycznie dzieje, bo tak naprawdę my sami nie wiemy, co się dzieje, ile świetnych zespołów gdzieś tam gra w garażach, ile nieodkrytych talentów czeka na swoją chwilę, na swój czas..I należałoby im dać szansę.

Łukasz Lach: Prawda jest taka, że media, promotorzy i wytwórnie – ja tak uważam – marnują mnóstwo energii i pieniędzy w projekty, które prywatnie kompletnie mi się nie podobają. Nie ma w Polsce czegoś takiego jak np. łowcy talentów – takich z prawdziwego zdarzenia, którzy mają doświadczenie i gust, którzy potrafiliby wyłowić z całego morza dźwięków coś naprawdę atrakcyjnego, niebanalnego.

Czy są takie miasta bądź miejsca, w których gra Wam się najlepiej?

Radek Bolewski: Bardzo miłe wspomnienia mamy z Białegostoku. Jest to świetne miejsce do grania koncertów; z doskonałym sprzętem i publicznością. Tam publiczność jest bardzo spontaniczna, szczera. W Trójmieście też mamy taką stałą grupę osób, która przychodzi na nasze koncerty.

Łukasz Lach: Mnie też bardzo podoba się publiczność w Serbii. Pamiętam nasze koncert w Belgradzie i tę magiczną publiczność, w reakcjach tych ludzi była jakaś ogromna prawda. Oni nie starają się niczego udawać. Są bardzo autentyczni. Bardzo żywiołowo reagowali na nasz występ, klaskali, słuchali, chcieli więcej, gratulowali udanego koncertu. To było naprawdę miłe, niezwykle motywujące. Serbska publiczność jest wymagająca i bardzo szczera. Mówią głośno, otwarcie kiedy im się coś podoba a kiedy nie,jak im sie nie podoba to potrafią w sposób bardzo ekspresyjny to zaprezenotwać na przykład nie klaszcząc. Dlatego ich pozytywny odbiór naszej muzyki – oklaski, aplauz, gratulcje, był dla nas dużym sukcesem.

Na koniec – jak radzicie sobie ze stresem podczas trasy koncertowej?

Łukasz Lach: Pijemy alkohol, palilmy papierosy i bierzemy narkotyki (śmiech).

Radek Bolewski: Na poważnie – gramy w grę Kamikadze Robots. To taka gra w telefonie komórkowym. I ja chciałem przy okazji wywiadu pożalić się, iż jestem cały czas trzeci albo czwarty (śmiech). Nigdy nie mogę wygrać, nigdy nie mogę być pierwszy. Zawsze któryś z chłopaków jest lepszy.

Adam Lewartowski: Staramy się też zwiedzać jak najwięcej się da. Aczkolwiek ostatnio ciężko o to, ponieważ trasa koncertowa jest zagęszczona, nie ma czasu tak naprawdę bo po koncercie trzeba jakoś się zebrać, a rano trzeba jechać dalej.

Radek Bolewski: Czasami zabieramy ze sobą książki. Pejo często czyta nam na głos. To jest fajna sprawa, kiedy ktoś czyta na głos, a my słuchamy. To odpręża.

Łukasz Lach: Przez osiem miesięcy ostatnio próbowaliśmy prowadzić bardzo higieniczny tryb życia podczas trasy. I rzeczywiście nie było żadnego alkoholu. To był czas takiej abstynencji, z której byliśmy bardzo dumni.

Build An Ark – Love, pt 1


Jakkolwiek mylnym okazało się to odczuciem, bo Carlos Niño jest tak naprawdę guru konkretnego muzycznego światka (LA), łatwo było mi uwierzyć przy pierwszym przesłuchaniu Love, pt.1, że Build An Ark podzielają mój dyletancki problem z jazzem: zanim posłuchałem jakiegokolwiek klasycznego albumu przebrnąłem zupełnym przypadkiem przez masę smooth-jazzowych składanek dla pań domu, przez płyty samplujące mistrzów etc., i na tej podstawie polubiłem w ciemno cały gatunek, tworząc kompletne wyobrażenie o nim na podstawie antyreprezentatywnych pozycji oraz zdekontekstualizowanych skrawków. Można się domyślić jakim szokiem był kontakt z prawdą. Próbując ratować sielski ów omam na przekór rzeczywistości szukałem i szukałem, ale nie znalazłem nigdy całego, kompletnego albumu, który brzmiałBY tak jak pochopna fantazja na temat. Z czasem recepcja jazzu-jazzu przestała być problemem, jednakże chwilami, takimi jak ta wypełniona openerem Love, pt.1, mam wrażenie, że być może za szybko się poddałem.

W tej niedowcielonej nigdy fantazji chodziło głównie o jazzu krągłość, seksowną prostotę tła pod striptease, jego zdatność jako muzyki podróżniczej, gładkość przy właściwie dowolnym nasyceniu światłem, choć pierwsze skojarzenie preferencyjne linkuje jednak raczej mroki niż blaski, czego dowodem moja sympatia dla nowego Mt. Fuji Doomjazz. Build An Ark proponują raczej jasną, pastelową i słodką jak cukierki pudrowe, wersję jazzu dla laików, trochę upodlonego, odczuwalnie uproszczonego, ale tak, że nie przestaje jeszcze roztaczać iluzji bycia czymś więcej niż muzyką do kebaba, dzięki czemu szczęśliwie rości sobie prawa oraz usprawiedliwia tradycjonalistyczny charakter pozycją pozycji startowej, mającej domyślnie stanowić łagodny start do poznawania posągów gatunku i ich burzycieli. Niño i jego kolektyw dbają o niewyrobionego słuchacza podsuwając mu przerywniki folkowe (folk-jazzowe) czy psychodelizujące, chwilami nawet rozpraszając pieczołowicie budowany stereotyp jazzu aż do eksperymentalnej miazmy przypominającej nieopierzone wersje prekursorskich ambientów czynionych przez Daviesa na Dark Magus.


Większość jednak kawałków to pogodne, pełne pozytywnych wibracji linki do Kind of Blue lub In a Silent Way, czy Africa Brass Sessions Coltranea z ułatwiającymi jeszcze sprawę melodyjnymi wokalami. Jeśli grupa liczy sobie 45 osób i inspiracje wahają się od Joni Mitchell po Coltranea właśnie, można było spodziewać się poświęcenia większej uwagi spiritual jazzowi, który to wg wydawcy jest czynnikiem w znaczącym stopniu decydującym o wartości BAA. Tymczasem mistykę ograniczono do ognistych oracji gościnnie udzielającego się Dwighta Trible. Budowana przezeń teatralność jest ledwie wydmuszką klimatu jaki zastać można na amatorskich składankach wycelowanych precyzyjnie w odtwarzanie obrzędowej atmosfery voodoo, negro spirituals i innych obcych białemu człowiekowi muzyk z ducha płynących, a formalnie jednak bardziej interesujących niż zasłony dymne z handclapów i stylizowania na improwizację.

Trudno jednak na serio podtrzymywać te zarzuty, równoważne wytykaniu całości redtubea luk fabularnych. Nie o to tu chodzi po prostu. BAA koncentrują się na odtwarzaniu stereotypowego wyobrażenia jazzu: klawisze zręcznie i wesoło przemykają z kanału w kanał, doły są tłuste i krągłe, gęste synkopy, trąbki czarujące, perkusje i wokale hipnotyzujące i maksymalnie czarne (trzy pierwsze utwory celują szczególnie w takim świadomie przesadnym kompilatorstwie cech ideału, sięgając nawet po imitowanie występu live z włączonymi spontanicznymi reakcjami słuchaczy). Może trudno o klimat 70, może nie jest to też płyta do zapamiętania czy umieszczenia na listach rocznych, może lans tworzeniem spiritualu jest rzeczywiście tylko plandeką na kupie niewiele znaczącego dla budowy żwiru, ale ciężko na szybko rzucić albumem przyjemniejszym a zdolnym imitować obcowanie ze Sztukom. Jedyny prawdziwy problem to bezsprzecznie zastosowanie tej płyty, jak i całej grupy zresztą, jako li tylko portalu do prawdziwego grania. Przez raz otwarte drzwi nie będzie sensu przechodzić drugi raz, przynajmniej w świecie spożytkowanej na potrzeby tej tezy metafory.
Kindred Spirits, 2009

2562 – Unbalance


Pomimo tego, że 2562, czyli Dave Huismans działa na scenie muzyki elektronicznej już od 2004, głównie pod pseudonimami Dogdaze czy A Made Up Sound, to jednak w środowisku dubstepowym zaznaczył swą obecność dość niedawno, bo w 2007 roku za sprawą releasu „Channel Two / Circulate”. Płyta została wydana przez label Tectonic, który wypuszczając niedawno na rynek jego najnowszy album o tytule „Unbalance” potwierdza, że jest wytwórnią, która rozdaje karty jeśli chodzi o eksperymentalny, nie-klubowy a przede wszystkim nowatorski dubstep.
Napisałem już, że tytuł albumu to zaprzeczenie jego zawartości. Na pocieszenie dodam, że w bardzo dobrym znaczeniu. Porównując „Unbalance” do „Aerial” można zauważyć, że 2562 nieco odszedł od ‘typowej’ stylistyki dubstepowej na rzecz eksploracji coraz bardziej eksperymentalnych gruntów. „Unbalance” to w gruncie rzeczy równowaga pomiędzy formą i treścią. Pozorna dysharmonia dźwięków układa się w integralną, intrygującą całość, a każdy kolejny numer dowodzi tego, że dubstep ma do zaoferowania zdecydowanie więcej, niż może się początkowo wydawać.
Na najnowszym materiale 2562 wciąż słychać to, co dla niego charakterystyczne – rozbudowaną sekcję połamanych, złożonych beatów i mnogość wyszukanych, futurystycznych sampli, układanych i dawkowanych z iście zegarmistrzowską precyzją. „Unablanace” nie należy do płyt, które można by określić mianem ‘przyjemnych’ czy ‘łagodnych’; nie jest to też z pewnością materiał, który zapewni pełny parkiet na imprezie (być może jestem tendencyjny w doborze recenzowanego materiału, ale mam chyba do tego prawo i właśnie z niego korzystam :P). Gdybym miał opisać tę płytę w skrócie, to nazwałbym ją podróżą do wnętrza ogromnego mechanizmu, wycieczką po trybikach, mikroprocesorach, obwodach i układach scalonych, przyglądaniem się ich pracy. Podróż otwiera rozgrzewające silnik naszej mikrorakiety „Intro”, a po nim następuje rewelacyjny „Flashback” o stopniowo narastającej warstwie sampli, która w ostatecznie rozwiniętej postaci tworzy wyjątkowo dynamiczne wprowadzenie do dalszej części płyty. Cała płyta jest niezwykle spójna pod względem klimatu, lecz i tu znaleźć można naprawdę różne akcenty w postaci utworów bardziej agresywnych, drapieżnych i totalnie powykręcanych, jak np. pozornie chaotyczny „Dinosaur”, przyspieszający i zwalniający „Unbalance” czy ciężko sunący się do przodu „Who Are You Fooling?”, ale trafiają się również kawałki spokojniejsze, jak „Lost” o niesamowicie głębokim basslinie czy mistyczny, hipnotyczny „Narita”. Ogólnie rzecz biorąc, siła produkcji 2562 tkwi w detalach – pociętych cząsteczkach dźwięków, porozrzucanych niby nonszalancko po strukturach każdego z numerów. Czasem płyta może wydawać się nieco monotonna, lecz właśnie ta miarowość i powtarzalność nadaje jej wspomnianej wcześniej precyzji, a każdego kawałka słucha się tak, jakby obserwowało się pracę mechanizmu szwajcarskiego zegarka spod ręki jednego z najwybitniejszych konstruktorów.
„Unbalance” to płyta naprawdę ciekawa; z każdym kolejnym odsłuchem można odkryć na niej szczegóły, które wcześniej mogły słuchaczowi umknąć, a to właśnie one sprawiają, że płyta smakuje tak dobrze. Przede wszystkim jest to solidna porcja naprawdę dobrze przemyślanych, wysmakowanych kompozycji, a ich poniekąd eksperymentalny jak na dany gatunek charakter czyni z nich całość, która ewidentnie wyróżnia się na tle innych produkcji dostępnych na rynku. Niepowtarzalny styl polegający na zdolności budowania charakterystycznego klimatu za pomocą typowych, lecz również typowo zaskakujących dźwięków czyni z 2562 producenta, którego twórczość z pewnością będzie mieć nadal spory wpływ na bardziej eksperymentalny odłam dubstepu, jednocześnie odstając od tego nurtu na tyle, by nie dać się zaszufladkować. Materiał godny uwagi nie tylko ze względu na kwestię bogactwa i rozmaitości dźwięków, ale przede wszystkim ze względu na harmoniczną organizację wyjątkowo ciekawych pomysłów w pozornie dysharmonicznym środowisku.
Tectonic, 2009

Niektórzy już podsumowują dekadę

Choć się nie skończyła, a wedle niektórych potrwa jeszcze rok – pierwsza dekada XXI wieku doczekała się już swoich podsumowań. Zerknijmy na zestawienie przygotowane przez magazyn Fact. Czy miejsce pierwsze jest zaskoczeniem? Zestawienia i rankingi zawsze cieszą się wyjątkową popularnością – budzą najwięcej emocji. Nie inaczej jest w przypadku „100 najlepszych albumów dekady” – materiały przygotowanego przez Fact Magazine. Pierwsza dziesiątka prezentuje się następująco:

10. Gang Gang Dance – „Saint Dymphna”

09. LCD Soundsystem – „Sound Of Silver”

08. Pantha Du Prince – „This Bliss”

07. Radiohead – „Kid A”

06. M.I.A. – „Kala”

05. Jay-Z – „The Blueprint”

04. Villalobos – „Alcachofa”

03. Dizzee Rascal – „Boy In Da Corner”

02. The Strokes – „Is This It”

01. Burial – „Untrue”

Mijająca dekada niosła ze sobą kilka muzycznych trendów – clickncuts, electroclash, disco punk itp. Wygląda jednak na to, że najbardziej wpływowym nurtem ostatnich lat był dubstep – to właśnie płyta reprezentująca ten gatunek znalazła się na szczycie zestawienia Factu. Co sądzicie o takim wyborze? Osobiście w pierwszej dziesiątce (ok, przynajmniej w dwudziestce) widziałbym „Geogaddi” Boards Of Canada czy „Echoes” The Rapture.

Najchętniej jednak poczekałbym z tego rodzaju zestawieniami jeszcze przynajmniej rok.

Pop Ambient 2010 – kogo posłuchamy?

To już dziesiąta edycja słynnej serii chilloutowych kawałków ze stajni Kompakt. „Pop Ambient 2010” ukaże się na początku stycznia. Na krążku kilka ekscytujących, elektronicznych nowości. Opiekunem serii jest Wolfgang Voigt, jeden z założycieli labelu Kompakt. Na „Pop Ambient 2010” usłyszymy m.in. nowy kawałek właśnie Voigta. Do tego świeże dźwięki The Orb, Dja Koze, Thomasa Fehlmanna. Krótko mówiąc – idealny początek roku. Premiera 18 stycznia.

Tracklista

  • 01 “The Sound Of One Lip Kissing” Marsen Jules
  • 02 “Lest You Forget” Brock Van Wey/BVDUB
  • 03 “Shildergasse” Triola
  • 04 “Zither Und Horn” Wolfgang Voigt
  • 05 “Clouds Across Face” Andrew Thomas
  • 06 “Glen Coe” The Orb
  • 07 “Blue Items” Mikkel Metal
  • 08 “Bodenweich” DJ Koze
  • 09 “864M” Jürgen Paape
  • 10 “Therefore” Dettinger
  • 11 “In The Wind” Thomas Fehlmann
  • 12 “Deutz Air” Popnoname
  • 13 “Will You Know Where To Find Me” Brock Van Wey/BV

Tomasz Bednarczyk w Londynie

Dokładnie dziś rozpoczyna się kolejna edycja londyńskiego festiwalu ROOM40: OPENFRAME. Będzie to doskonała okazja do zaprezentowania przez młodego artystę nowego wydawnictwa dla australijskiej oficyny. Styczniowy krążek Painting Sky Together(odsłuch) to już drugi w dyskografii artysty album dla ROOM40. Oprócz tego, ze po raz kolejny umożliwił on współpracę z najlepszymi producentami w branży, to pozwolił również zaczerpnąć swoiście rozwijający haust powietrza. Efektem był wydany niecałe pół roku później materiał dla oficyny 12k prowadzonej przez Taylora Deupree. Lets Make Better Mistakes Tomorrow, bo tak brzmi jego tytuł, to udana synteza subtelnych mikrodźwiękowych eksperymentów z zadziwiająco ciepłą barwą ascetycznych klawiszy. Materiał zaiste warty sprawdzenia.

Obok Tomka Bednarczyka swoje możliwości zaprezentują również: Mike Cooper, Steinbrüchel, Organ Octet, Dolphins into the Future oraz Makino Takashi, z filmami Elements of Nothing i The Low Storm dla których podkładem będzie muzyka, odpowiednio Jim ORourke’a i Lawrence English’a. Ze specjalnym występem pojawi się również trio Tujiko Noriko / Lawrence English / John Chantler, które z niebywałą lekkością łączy analogowe wspomnienia z laptopowymi zagięciami.

Więcej informacji na temat festiwalu na tej stronie

Image and video hosting by TinyPic

William Basinski z nowym albumem

Vivian & Ondine, taki tytuł nosi drugi tegoroczny album amerykańskiego kompozytora i multi-instrumentalisty. Za tytułem krążka kryję się ciekawa historia, którą William Basinski opowiedział przy okazji jednego z wywiadów.

„W maju 2008 roku byłem w moim studio w Nowym Jorku przygotowując się do koncertu w Issue Project Room. Zdałem sobie sprawę, ze był to rok ekstremalnej turystyki i co najciekawsze, że ten sam materiał grałem tutaj przed rokiem. Moje rozmyślania zostały przerwane przez połączenie z moim młodszym bratem, Patrickem. Powiedział mi, że jego żona Andrea nie może urodzić ich córki, Vivian. Odpowiedziałem, ze współczuciem, że „Vivian” to imię gwiazd i dzięki temu będzie miała dookoła, ludzi czekających na nią przez całe życie”

Po tej rozmowie William wrócił do studia, by ze starych wiekowych kaset magnetofonowych skomponować nowy materiał. Jak sam stwierdził, nigdy niepoddał żadnej ze swoich kompozycji tak luźnej obróbce. W efekcie powstał 45 minutowy utwór będący swoistą synergią między obcym duchem improwizacji, a niezwykłą hipnotyzującą wrażliwością.

„Następnego dnia dostałem wiadomość, że Vivian urodziła się i … pierwsza wnuczka mojego kuzyna Terencea, Ondine, również! Czy mogłem pomyśleć o wspanialszym tytule dla tego utworu, niż imiona tych dwóch, z pewnością pięknych dziewczynek?”

Poniżej cover albumu, link do jego 5-minutowego fragmentu oraz jedna z kompozycji z 92982, pierwszego tegorocznego wydawnictwa artysty.

Vivian & Ondine
Image and video hosting by TinyPic

Warto posłuchać: Roof Light

Gareth Munday to kolejny w tym roku artysta, który obok takich postaci jak Sbtrkt, Shortstuff czy Pangaea, wytrwale walczy o swoje uznanie na scenie dubstep. Co prawda oficjalnie ukazała się jedynie EP’ka „In Your Hands”, ale opublikowanego w sieci materiału jest całkiem sporo. I to jakiego! Wspomniane wyżej wydawnictwo jest jedynym tegorocznym materiałem(obok EP’ki Quantec – Isolate) wydanym dla berlińskiej oficyny Styrax Records, wytwórni poruszającej się w szerokich granicach muzyki elektronicznej, od dub-techno, przez wpływy Detroit po Dubstep.

Gareth Munday, już od pewnego czasu intensywnie pracujący na swój dorobek dopiero w tym roku dostrzeżony został przez założyciela Styrax Steffen’a Laschinski’ego. Wydana w sierpniu EP’ka kojarzy najlepsze wpływy towarzyszące stylowi tego tajemniczego artysty. W idealnej symbiozie kooperuje tutaj ze sobą deep-house’owe rozluźnienie z garage’ową dynamiką ala FaltyDL. Wszystko spowija gęsta Burialowa mgła, nadająca kompozycją dużo ‘ulicznego’ charakteru. Poniżej player z portalu SoundCloud, oraz tytułowy utwór z tegorocznego albumu.

New Tracks by Roof Light

Fever Ray w Polsce!

Po doskonałym koncercie w ramach Tauron Festiwalu Nowa Muzyka artystka ponownie zawita do naszego kraju. Tym razem w formie…swojej debiutanckiej płyty, która nareszcie mieć będzie swoją oficjalną premierę w Polsce. Krążek ukazał się w dwóch wersjach. Dystrybutor zapewnia – gwarantowana polska cena! Tej pani nie trzeba już chyba nikomu przedstawiać. Karin Dreijer to obecnie jeden z najbardziej intrygujących wokali – nie tylko w elektronice. Znana z duetu The Knife artystka w tym roku wydała swoje solowe dzieło, które na Zachodzie narobiło sporo zamieszania. Najwyższa pora na polską premierę krążka.

W naszym kraju album ukazuje się w dwóch wersjach. Na limitowanej znajdziemy dodatkowy krążek DVD, na którym umieszczono sześć klipów Fever Ray oraz „Tour Trailer 2009”. Podstawowa wersja albumu wzbogacona została dwoma bonusami – „Stranger Than Kindness” oraz „Been Here Before”. Premiera miała miejsce 30 listopada. Wszystko dzięki Isound Labels

Nasza recenzja „Fever Ray” &raquo

Sunchase w Polsce

Sunchase, czyli Alexander Pavlenko, ukraiński artysta poruszający się w estetyce drum & bass oraz techno przyjedzie do Polski na krótką 3-miastową trasę. Sunchase – Varka by sunchase

Ten założyciel i współtwórca formacji Static Nitro był na poczatku dekady jednym z najpopularniejszych producentów w swoim kraju.

W 2002r. zdecydował się na solową karierę, którą rozpoczął od współpracy z łotewską piosenkarką Yana Kay. Od tego czasu konsekwentnie pielęgnuje swój warsztat, co skutkuje coraz częstszym zapuszczaniem się w zachodnie rejony Europy. Doskonałą okazją do swoistego skonfrontowania polskiej sceny d&b ze wschodnią, będą trzy koncerty artysty w naszym kraju:

10 grudzień – Sphinx – Sopot

11 grudzień – Sounbar – Lublin

12 gru 2009 – Klub Kontrasty – Łodz

Wraz z Sunchaseem swoje umiejętności zaprezentują m.i.n: FLASH (Paranoia Crew / Łódź), DESTRUCTION (Paranoia Crew / Łódź), MIKRO (Shamanagurus / London / Lublin), CORBAN (Equinox Project / Lublin) oraz PIGMENT (Equinox Project / 3Miasto).

Image and video hosting by TinyPic

Myspace

Encyklopedia Elektroniki – Rozdział #6: FLYING LOTUS

Szósty rozdział „Encyklopedii Elektroniki”, cotygodniowej audycji na falach Szczecin.FM, będzie poświęcony Flying Lotusowi – jednej z największych nadziei nowych brzmień. Czarnoskóry Kalifornijczyk, o którym mówi się, że skierował instrumentalny hip-hop na zupełnie nowe tory. Jedna z najmłodszych i zarazem najjaśniejszych gwiazd Warp Records. Twórca krótkich skitów dla telewizji Adult Swim, znany z niesamowitych występów na żywo, podczas których bawi się niegorzej od publiki. Autor zeszłorocznej, wysoko cenionej płyty „Los Angeles”, która poraziła wybuchową mieszanką porywającego hip-hopu, zmysłowego soulu, ciepłego jazzu, przestrzennego ambientu i elektroniki na granicy przesteru. W szóstym rozdziale „Encyklopedii Elektroniki” przedstawiamy Stevena Ellisona vel Flying Lotus. Będzie gęsto, duszno i seksownie. Już we wtorek 8 grudnia o północy w Szczecin.FM!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Lustmord – [ B E Y O N D ]


Poznając twórczość Lustmorda możemy natknąć się na dwa dość widoczne problemy. Pierwszy dotyczy jakości tworzonych kompozycji, a konkretnie – nie jest łatwo znaleźć w jego dorobku albumy słabe. Lustmord rozwinął dark ambient, stał się jego ikoną i każda kolejna płyta jest po prostu dobra. Może nie wyjątkowa, jak to miało miejsce z osławionym „Rising”, zagranym podczas obchodów 40 rocznicy rytuału w Church of Satan (06.06.2006); może nie przełomowa jak „Heresy”, który zmienił oblicze gatunku; po prostu dobra. Słuchacz otrzymuje to, czego może się spodziewać, fachowo podane i w znakomitej formie. Nic do zarzucenia, ale też nic nadzwyczajnego.

Drugim problemem jest sam gatunek. Usunięcie z muzyki jakichkolwiek rozpoznawalnych dla ucha form, które można zanucić, zapamiętać, skojarzyć z czymś znanym, owocuje ogromną trudnością w odróżnianiu jednego albumu od drugiego. Oczywiście, po wielokrotnym przesłuchaniu, nawet najbardziej oporny odbiorca zacznie odróżniać „Metavoid” od „Juggernaut”, jednak pamięć ta szybko się zaciera, kompozycje zlewają się w jedno, a ich podstawa, czyli nieregularne echa brzmień i dźwięki sfer obracają przeciw artyście. W tej sytuacji coś co nie jest wyjątkowe po prostu uchodzi uwadze.

[ B E Y O N D ] dotknięty jest obydwiema przypadłościami. Nie można mu nic zarzucić, jeśli chodzi o stronę techniczną – dopracowany, skoncentrowany, z aptekarską precyzją wyliczony, odrealniony. Tworzy przestrzenie, które istnieją tylko w trakcie słuchania, za każdym razem inne i dlatego tak fascynujące. Nie jest jednak nadzwyczajny, nie zaskakuje, jak [ O T H E R ], wprowadzaniem nowych elementów w nieożywiony krajobraz. Słucha się go jak większość kompozycji Lustmorda – z trudem, stopniowo poznając ukryte w nim sekrety. Sprawia to dużo przyjemności, jednak nie jest ani nadmiernie porywające, ani nie stanowi szczytu dokonań artysty.

W jednym z wywiadów Lustmord przyznał bez zbędnego krygowania się, że muzyka jest dla niego nie tylko pasją, ale też źródłem zarobku. Wydany album to nie tylko zadowoleni słuchacze, ale też zapłacone rachunki. Taki dystans do własnej twórczości zobowiązuje również fanów do większej wyrozumiałości, nawet jeśli materiał ich nie satysfakcjonuje. Póki Lustmord nie obniża poziomu tworzonej muzyki, każdy kolejny album można przyjąć z zadowoleniem i nadzieją, że doczekamy się czegoś naprawdę przełomowego.
2009