LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.

Matthias Schaffhauser – Hedonism, What Else
Paweł Gzyl:

Muzyka jako przyjemność.

Manu Delago – Circadian
Jarek Szczęsny:

Cykle snu.



Archive for Wrzesień, 2019

Test Tube

test tube (or | – apostrophe+pipe – for short) is a Portuguese based netlabel, focused on presenting new artists who are exploring new sounds. Be they electronic, acoustic or other. We are not restricting ourserlves or others to any particular style or genre.

Lets think of test tube as a test tube – literally – for emerging sound languages.

test tube releases audio/visual works on mp3 or other digital media formats, with artwork created by house designer aeriolabehaviour and other invited artists and designers. The audio/visual works we release, remain intellectual property of its authors. test tube is merely a vehicle of dissemination and promotion, with no intent on financial gain. All works are credited to their respective authors: keep the tags intact.
Strona: http://www.monocromatica.com/netlabel/index.htm

Falty DL i TRG razem na Unsoundzie

Nowojorczyk Falty DL i rumuński producent TRG połączą swe siły, by zagrać wspólny live set w ramach cyklu Bass Mutations podczas krakowskiego Unsound Festivalu w dniu 23.10.2010. Producenci poznali się na jednej z imprez w ramach nowojorskiej odsłony festiwalu. To spotkanie zaowocowało stworzeniem projektu zleconego przez Unsound.

Falty DL, czyli Drew Lustman, wydaje w wytwórni Planet Mu, a jego zainteresowania muzyczne siegaja od dubstepu, przez garage i soul, po jungle.

Produkcje TRG ukazują się między innymi nakładem Hessle Audio i Hotflush. Czerpie on z różnych gatunków elektroniki: dubstepu, garage i techno, co pozwolilo mu osiagnąć status guru rumuńskiej sceny tanecznej.

Kamp! – czekamy na nowy singiel

Na koniec maja trio Kamp! zapowiedziało premierę swojego nowego singla, zatytułowanego „Heats”. Na wydanym przez netlabel Brennnessel krążku znajdą się dwa nowe kawałki. Oprócz spokojnego (!) „Heats” będziemy mogli posłuchać również „Distance of the modern heart” oraz kilku remiksów. Premiera singla odbędzie się 19 maja na antenie Trójki w Programie Alternatywnym. Tydzień później, 25 maja, singiel zostanie udostępniony na stronie www.brennnessel.pl

Będzie to ostatnie wydawnictwo Kamp! przed premierą pełnowymiarowego debiutu grupy, który ukaże się jesienią tego roku. Czekamy!

Glitterbug – Privilege


Kiedy na początku lat 90. detroitowe techno dotarło do Niemiec za sprawą klubu Tresor i sklepu Hard Wax, tamtejsi producenci rozwinęli pomysły ich starszych kolegów z Motor City w dwóch kierunkach – mocnego i konkretnego grania w stylu Underground Resistance oraz bardziej rozbudowanej i klimatycznej muzyki, o zdecydowanie epickim charakterze, tętniącej transowym pulsem. Nagrania tych pierwszych publikował przede wszystkim Tresor, a utwory tych drugich – wytwórnie spoza stolicy zjednoczonych Niemiec, choćby Fax czy Harthouse z Frankfurtu.

O ile korzenne techno w tresorowym stylu święci dzisiaj triumfalny powrót, tak to transowe, wydaje się nadal pozostawać w zapomnieniu. Są jednak wyjątki od tej reguły. Najważniejszym z nich jest twórczość kolońskiego producenta Tilla Rohmanna, ukrywającego się pod pseudonimem Glitterbug.

Działając od dwóch dekad na elektronicznej scenie, dał się najpierw poznać, jako pomysłowy didżej specjalizujący się w monumentalnych setach na trzy gramofony, potem jako sprawny animator życia klubowego oraz festiwalowego (również w Izraelu) i wreszcie – utalentowany producent. W tej ostatniej inkarnacji objawił się światu dwa lata temu, wydając płytę „Supershelter”, przywołującą czasy, kiedy ambient, techno i trance były jednością. Najnowsze dzieło Lohmanna – podwójny album „Privilege” – to kontynuacja wątków z debiutu, ale w jeszcze bardziej epickiej formule.

Album zaczyna się dokładnie tak, jak powinien – od rozmarzonego ambientu, zatopionego w szumiących dźwiękach otoczenia i urzekającego subtelnymi pasażami fortepianu („Lionheart”). Dopiero potem z tych impresjonistycznych dźwięków wyłania się miarowy puls techno niosący perliste pasaże pastelowych syntezatorów podbite głębokim pochodem basu („Swirl”). Kiedy mocne uderzenia bębna milkną, pojawiają się znów delikatne akordy piano – tym razem zdubowane studyjnymi pogłosami i oplecione wianuszkiem perlistych klawiszy („Blue Rifts”). Wiodą one prosto do solidnego segmentu transowego techno o majestatycznym brzmieniu.

Tym razem wolne i ciężkie bity wyłaniają się gęstego szumu („Wide And Near”), torując drogę sążnistym falom syntezatorowych melodii o przejmującej melodyce („Calcutta”), od czasu do czasu stylizowanych a to na detroitową („After All”), a to na chicagowską („Confront”) modłę. Punktem kulminacyjnym tego zestawu jest mordercze „Pink Sparks (Cave Edit)” – warczące i grzechoczące klawiszowymi przesterami smoliste techno o dronowym basie. Na koniec pierwszego krążka następuje zwrot ku laboratoryjnemu minimalowi w archetypowej wersji: masywny „Vertical Entent” przywołujący wspomnienie wczesnych nagrań z Sähkö czy Raster Noton.


Druga płyta z zestawu ma bardziej różnorodny charakter. Rozpoczyna się od marszowych werbli, które okazują się być szkieletem rytmicznym podtrzymującym mechaniczny pochód pęczniejącego basu i narastającej fali mrocznych klawiszy („Wave”). I tym razem wyłania się z nich twardy puls cyfrowego bitu – „Float” to poprzeszywane świetlistymi smugami onirycznych syntezatorów melancholijne techno o fortepianowej melodii. Kulminacją tego wątku okazuje się być „Slurred Thinking” – bogato zaaranżowane nagranie, łączące taranujący wszystko na swej drodze mega-bas z tajemniczo pohukującymi syntezatorami w dalekim tle.

Jaśniejsze barwy i cieplejszy klimat pojawia się za to w „Cornered” i „Shake And Tamble”. Oba nagrania to koloński tech-house, bliski dokonaniom artystów z Kompaktu czy Ware, łączącym przyjemną nostalgię z emocjonalnymi melodiami i tanecznym rytmem. Do detroitowego grania w stylu oldskulowego house`u odwołuje się z kolei „Parted” – to zasługa szurającego rytmu wywiedzionego z garage`owych produkcji Santonio. Echa muzyki z Motor City powracają również w finałowym „Walk Me”. Choć to monumentalne techno o niemieckich korzeniach, melodyjnie kumkające klawisze wpisane w organiczne tło przywołują od razu wspomnienie mistrzów nocnego grania w stylu Carla Craiga czy Kenny Larkina.

Jakby tego było mało – trafiamy w tym zestawie również na nowoczesne dub-techno. Mowa tu o dwóch kompozycjach – rozbrzmiewającej skoczną partią piano „Transitions” i niesionej rdzawymi akordami klawiszy „Over Water”. Choć blisko im do współczesnych dokonań Mikkela Metala czy Luke`a Hessa, koloński producent zadbał, aby nosiły one jego autorskie piętno – nostalgiczny klimat, tworzony przez snujące się w tle senne pasaże syntezatorów.

Z obu krążków – pierwszy robi znacznie większe wrażenie. Monolityczny, konsekwentny, bezkompromisowy. Drugi – ma raczej odzwierciedlać różnorodność muzycznych fascynacji Rohmanna. Mimo to, oba wyraźnie pokazują, że koloński producent jest unikatem na światowej scenie techno – ma własne, dalekie od obowiązujących mód brzmienie i potrafi w jego ramach tworzyć muzykę wielkiej urody.

www.csides.net

www.glitterbug.de

www.myspace.com/meglitterbug
C.Sides 2010

Clubroot – II – MMX


Tym razem nie mam zamiaru silić się na przesadny i nienaturalny obiektywizm, bo każda recenzja jest i tak zawsze subiektywna, w mniejszym lub większym stopniu. Daniel Richmond, czyli Clubroot to bez wątpienia jedna z ciekawszych postaci głębszej strony mocy dubstepu, której to jestem gorącym zwolennikiem. Rok temu label Lo-Dubs wydał jego debiutancki album zatytułowany po prostu „Clubroot” i choć album nie był specjalnie innowacyjny czy odkrywczy, to jednak był po prostu bardzo dobry i przyniósł autorowi szerokie uznanie w dubstepowym środowisku. Wielu słuchaczy porównuje Clubroota do Buriala, lecz myślę, że porównanie to może mieć sens nie tyle na płaszczyźnie muzycznej, co raczej na poziomie otoczki wokół kreowania wizerunku artystycznego obu producentów; obaj unikają nadmiernego rozgłosu, eksponowania swojej sylwetki i obaj starają się, by dyskusja toczyła się raczej na temat ich muzyki, nie zaś ich samych. Uszanujmy w takim razie ich wolę i skupmy się na muzyce.

Na kolejny release Clubroot kazał czekać aż rok, bo w międzyczasie nie wydał ani jednego singla czy EPki, co czyni album II – MMX tym bardziej łakomym kąskiem. Warto jednak było czekać, bo oto dostajemy materiał nie tyle eksperymentalny czy nowatorski, co dojrzały i przemyślany. Numery są majestatyczne, lecz pozbawione patosu, przepełnione emocjami, nie zaś kakofonią oraz dość zróżnicowane pod względem muzycznym, jednak spójne pod względem tworzonego klimatu. Sam Clubroot opisuje swoją twórczość krótkimi słowami: „Muzyka w okolicach 140 bpm, o bassline’ach jak ze snu i ciężkiej przestrzeni” (źródło: wywiad podany w linku poniżej).

Jednak oprócz dubstepowego motywu przewodniego słychać tu np. wpływy 2-stepu (patrz: podniosły, masywny „Orbiting”, spokojniejszy „Toe to Toe” czy subtelny „Cherbus Cry”), ale też i d’n’b (halfstepowy, deepowy „Physicality”), który dla twórczości Clubroota miał – jak sam przyznaje – wyjątkowe znaczenie (źródło, czyli wywiad dla sonicrouter). Oczywiście to tak między innymi, ponieważ materiał zawarty na II – MMX, mimo generalnego formatu dubstepowego, jest bardzo atrakcyjną mieszanka stylową, czerpiącą z różnych źródeł o wspólnym mianowniku, który można opisać jako [+deep]. Z kolei jeśli właśnie o dubstep chodzi, to i tu znajdą się jego nieco różne oblicza. Mamy np. bardzo lekki, baśniowy „Waterways”, ale również i bardziej drapieżny „Closure” z wyeksponowanymi tribalowymi bębnami czy też mroczny „Whistles & Horns” o soczystym, głębokim basie i tajemniczym tle.

Jak widać, album jest dość przekrojowy, jednak słucha się go właściwie jednym tchem. Co do odbioru, to nie jest to z pewnością muzyka do klubu – jest zbyt piękna, by jej niesamowite detale, głębia i ładunek emocjonalny zagubiły się gdzieś między kolejnymi drinkami przy barze. Największą przyjemność daje tu chyba czas spędzony z II – MMX sam na sam, czy to podczas wieczornego spaceru, czy to w pociągu podczas krótszej, niespełna godzinnej podróży. Zresztą jestem przekonany, że na pewno każdy, kto gustuje w takich dźwiękach znajdzie sobie najbardziej odpowiedni moment, by z tą płytą się zapoznać; co więcej, myślę też, że po zapoznaniu, stanie się ona dość częstym gościem Waszych playlist 😉 Bardzo polecam!

Lo Dubs, 2010

Encyklopedia Elektroniki – Wydanie specjalne: FRESH BLOOD

W dzisiejszym wydaniu „Encyklopedii Elektroniki” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – najciekawsze produkcje pierwszej połowy 2010 roku. Po ostatniej literce alfabetu, którą przed tygodniem reprezentował Zombie, a przed rozpoczęciem drugiej tury „od A do Z” za tydzień, najbliższa audycja będzie poświęcona najbardziej intrygującym tegorocznym produkcjom. Usłyszymy między innymi: Autechre, Pantha du Prince, UNKLE, The Black Dog, Actress i Eskamon (nowy projekt Amona Tobina). Od IDMu i ambientu, aż po wonky i 2step. Już dziś, punktualnie o północy – tylko w Szczecin.FM!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

20 nowomuzycznych filmów

Szeroko pojęta muzyka elektroniczna do świata kina dostała się już dawno temu, żeby wspomnieć choćby soundtracki Tangerine Dream i Vangelisa z lat 70. i 80. ubiegłego wieku, niesławną i ostatecznie niewykorzystaną ścieżkę do „Hellraisera” autorstwa Coil czy słynny temat przewodni filmu „Okręt”, przekuty w roku 1991 na wielki hit „Das Boot” grupy U96. Dziś muzyką filmową zajmują się uznani twórcy nowych brzmień, tacy jak Robert Del Naja (Massive Attack), Amon Tobin, DJ Shadow, Orbital i Jeff Mills. Sam fenomen elektroniki jako zjawiska kulturowego również jest przenoszony na ekran – wielokrotnie i z różnymi skutkami. Poniżej prezentujemy alfabetycznie ułożoną listę filmów, których fabuły mniej lub bardziej oscylują wokół muzyki elektronicznej.

24 Hour Party People (UK, 2002), reż. Michael Winterbottom

Obejmująca prawie trzy dekady historia sceny muzycznej Manchesteru, widziana oczami Tonyego Wilsona, promotora i założyciela Factory Records. Joy Division, New Order, Happy Mondays, A Guy Called Gerald i inni ówcześni piewcy nowych brzmień w paradokumentalnym, słodko-gorzkim ujęciu Michaela Winterbottoma (swoją drogą zdeklarowanego melomana). Koniecznie.

American Massive (USA, 2002), reż. Peter Rieveschl, Thomas Trail

Reportaż z trasy koncertowej Moonshine Overamerica, skupiającej wokół siebie artystów, Djów, promotorów i organizatorów. 24 miasta i 13 tysięcy mil w miesiąc z perspektywy takich wykonawców jak AK1200, D:Fuse, Dara, Micro i Frankie Bones.

Bassweight (2008), reż. Suridh Hassan

Godzina z dubstepem w ujęciu londyńskiego kolektywu SRK, który wcześniej nakręcił dokument „Scratching The Surface: Japan” o podziemnym hip-hopie rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni. „Bassweight” realizowano w Europie, Japonii i Brazylii, zaś wśród rozmówców pojawiają się Kode9, Skream, Benga oraz pierwsza dama brytyjskiego radia i aktywna promotorka dubstepu, czyli Mary Anne Hobbs. Fanom najmodniejszego obecnie trendu w muzyce mogą spodobać się też inne tytuły: „Its Not Just Bass” i „Dubfiles”.

Berlin Calling (Niemcy, 2008), reż. Hannes Stöhr

Życia DJ Ickarusa koncentruje się wokół tras koncertowych, imprez i narkotyków. To wszystko przeszkadza mu w nagraniu następnego albumu i doprowadza do wyniszczenia psychicznego. Ickarus trafia do kliniki psychiatrycznej prowadzonej żelazną ręką przez chłodną panią doktor, gdzie próbuje dokończyć płytę i osiągnąć wewnętrzną równowagę. W tle – nocne życie klubowego Berlina. Film ma dobrą atmosferę i ogląda się go nad wyraz dobrze, w czym duża zasługa Paula Kalkbrennera – rzeczywistej gwiazdy techno i autora soundtracku, aktorskiego naturszczyka, który zagrał wprost koncertowo.

Better Living Through Circuitry (USA, 1999), reż. Jon Reiss

Nazywany przez niektórych „Woodstockiem dla cyfrowego pokolenia” dokument o muzyce elektronicznej. Na ekranie widzimy m.in. Roniego Sizea, MC Dynamite, Lords Of Acid, Mobyego, Meat Beat Manifesto i Genesisa P-Orridgea. Tytuł filmu jest oczywistym nawiązaniem do jednej z płyt Fatboy Slima.

Dub Echoes (Brazylia, 2007), reż. Bruno Natal

Dzieje fenomenu muzyki dub i jej odmian, od samego reggaeowego początku do dubstepowego roku 2007. Historię opowiadają zarówno pionierzy, jak i uczniowie jamajskiego sposobu produkcji: Lee „Scratch” Perry, Bill Laswell, Congo Natty, Adrian Sherwood, DJ Spooky, Mad Professor, Roots Manuva, Kode9, Zion Train… Pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów muzyki jako takiej, nie tylko dubowej.

Hang The DJ (Kanada, 1998), reż. Marco La Villa

Wgląd w nowojorską scenę muzyki elektronicznej, personifikowaną tu przez Juniora Vasqueza, Rogera Sancherza, DJa Q-berta, Cut Killera i Dannyego Tenaglię.

Human Traffic (UK, 1999), reż. Justin Kerrigan

Trzy doby z życia piątki brytyjskich imprezowiczów. Młodzi bawią się w najlepsze, zagryzając piwo i wódkę tabletkami i prochem, wszystko jest jednak pokazane z należytym dystansem. Soundtrack stanowi jedną z najciekawszych kompilacji podsumowujących lata 90. i prezentuje nagrania takich twórców jak Fatboy Slim, Aphrodite, Dillinja, Death In Vegas, Underworld, Primal Scream i Carl Cox. Ten ostatni wystąpił zresztą w epizodycznej roli Pablo Hassana, właściciela klubu, w którym bawią się główni bohaterowie. Po „Human Traffic” nastała krótka moda na filmy o klabingu, którą wykorzystali także autorzy filmów typu „Groove”, „Stark Raving Mad” czy bazujący na Szekspirze (!) „A Midsummer Nights Rave”.

Its All Gone Pete Tong (UK/Kanada, 2004), reż. Michael Dowse

Dość banalna historia DJa i producenta, który zmaga się z postępującą głuchotą i zaawansowanym nałogiem narkotykowym, w napadach którego widzi krwiożerczego pluszowego misia. Kokaina sypie się obficie, paranoja zatacza coraz szersze kręgi, a wszystkiemu towarzyszą utwory w wykonaniu m.in. Jaydee, The Beta Band i Deep Dish. Utrzymana w konwencji „mockumentary” całość jest mocno przeciętna, zaś soundtrack niebezpiecznie zbliża się do rejonów tak zwanego „śmiechno”. Niekoniecznie.

Kraftwerk and the Electronic Revolution (UK, 2008), reż. Rob Johnstone

Trzygodzinny film dokumentujący dzieje niemieckiej muzyki elektronicznej i krautrocka, począwszy od lat 60. ubiegłego wieku. Jest tu mowa o takich formacjach jak choćby Neu!, Cluster czy Faust, ale najwięcej miejsca poświęcono absolutnym pioniorem – grupie Kraftwerk.

Modulations (USA, 1998), reż. Iara Lee

Reklamowana jako „szczytowe osiągnięcie w kategorii filmu o muzyce elektronicznej” produkcja, która ukazuje również pra-ojców elektroniki: Pierrea Henryego, Johna Cagea i Karl-Heinza Stockhausena. Oprócz nich przez ekran przewijają się zdolni uczniowie: Autechre, Future Sound Of London, Holger Czukay, Juan Atkins, Photek, Squarepusher i Giorgio Moroder.

Moog (USA, 2004), reż. Hans Fjellestad

Rzut okiem na postać Boba Mooga i jego firmę, która zaopatrzyła kulturę w słynny syntezator i inne elektroniczne instrumenty. O wpływie Mooga na nowe brzmienia opowiadają Luke Vibert, DJ Spooky, DJ Logic, Money Mark i Charlie Clouser z Nine Inch Nails.

Notes On Breakcore (Austria, 2006), reż. Bertram Koenighofer & David Kleinl

Krótkometrażowy, niskobudżetowy dokument traktujący o scenie breakcore/drillnbass/hardcore. Swoje przemyślenia na temat gatunku przemycają jego gwiazdy i gwiazdeczki: Venetian Snares, Drumcorps, Rotator, Drop The Lime i Hecate. Autorem ścieżki dźwiękowej jest Istari Lasterfahrer.

Pump Up The Volume (UK, 2001), reż. Carl Hindmarch

Brytyjski serial dokumentalny poruszający temat clubbingu i historii muzyki house, począwszy od czasów nowojorskiego disco w latach 70., poprzez hedonistyczne lata 80., aż po czasy obecne. Twórcy przedstawiają legendarne kluby, wytwórnie płytowe, sklepy i przede wszystkim twórców, wśród których znaleźli się Goldie, Underworld, Leftfield czy The Shamen.

Put The Needle On The Record (USA, 2004), reż. Jason Rem

Kolejna próba opisania dziejów sztuki DJingu, opowiedziana przy udziale The Crystal Method, Dieselboya, Deep Dish i Dirty Vegas.

RIP! A Remix Manifesto (Kanada, 2009), reż. Brett Gaylor

Dokument poruszający kwestię praw autorskich w erze informacji. Centralną postacią jest tu Greg Gillis znany jako Girl Talk, którego dokonań nie sposób nazwać autorskimi. To gorączkowy mush-up, czyli didżejski manewr łączenia ze sobą dwóch lub więcej kawałków, często z zupełnie różnych półek, pod taneczny rytm. Innymi rozmówcami reżysera są Lawrence Lessig (twórca Creative Commons), Gilberto Gil (brazylijski minister kultury) i Cory Doctorow (krytyk kultury).

Scratch (USA, 2001), reż. Doug Pray

Pełnometerażowy dokument o początkach kultury hip-hopowej, DJ-ce i zjawisku turntablizmu. Rzetelnie opowiedziana historia, w realizację której zaangażowała się śmietanka twórczego wykorzystania płyty winylowej: Afrika Bambaataa, Grandmaster Flash, DJ Shadow, Cut Chemist, Mix Master Mike, DJ Q-Bert, a także członkowie Gang Starr, Jurrasic 5 oraz X-Ecutioners. Zdecydowanie warto.

Speaking In Code (USA/Kanada/Niemcy/Holandia/Hiszpania, 2009), reż. Amy Lee Grill

Dokumentalne spojrzenie na międzynarodową scenę szeroko pojętego współczesnego techno. 11 miast, 5 krajów, 6 historii oraz multum ważkich dla elektroniki nazw i nazwisk: Modeselektor, Monolake, Ellen Allien, Akufen, Wolfgang Voigt, Apparat i Sascha Funke.

The Shout (UK, 1978), reż. Jerzy Skolimowski

Niepokojący dreszczowiec o obsesji na punkcie muzyki, na dodatek wyreżyserowany przez naszego rodaka na obczyźnie. Głównym bohaterem jest awangardowy kompozytor i zarazem wiejski organista, który spotyka dziwnego mężczyznę utrzymującego, że potrafi zabijać potwornym wrzaskiem. Na szczególną uwagę zasługują znakomite sceny w domowym studio, gdzie grający artystę John Hurt rejestruje przeróżne odgłosy: trzask palonego papierosa, bzyczenie much uwięzionych w słoiku, szelest szklanych kulkek turlających się po metalowej tacce z wodą, odklejone oscylatory i syntezatory… Nie jest to film stricte nowomuzyczny, ale powinien zobaczyć go każdy miłośnik eksperymentalnych dźwięków.

They Call It Acid (UK, 2009), reż. Gordon Mason

Laurka na cześć acid houseu – gatunku, który wyewoluował w Chicago w połowie lat 80. i szybko zainfekował Wyspy Brytyjskie, gdzie kultura rave zatoczyła tak szerokie kręgi, że zainteresował się nią rząd. Derrick May, Carl Cox, Paul Oakenfold – to tylko niektóre z twarzy, które przewijają się przez ekran. Narracją zajął się sam Robert Owens, legenda kwaśnego techno.

Chill Label – będzie rekord?

Poprzednie wydawnictwo Chill Labelu – „9 Worlds” projektu Yggdrasil – zanotowało rekordową ilość pobrań – aż 269. Czy tak będzie również w przypadku najnowszej propozycji labelu? Album duetu Keit & M.A.J. jest już dostępny! Premiera odbyła się 14 maja, wzbogaciło ją oficjalne wydanie obu płyt w limitowanej edycji 100 egzemplarzy, ilustrowanych i zaprojektowanych przez Keit i Kareza (polskiego grafika, który stworzył front okładki Yggdrasil). Unikatowe płyty dostępne będą na sprzedaż w galerii internetowej Keit – www.keit.pakamera.pl

Zajrzyjcie na www.chill-label.info

Elektroniczny Chopin

Do dystrybucji trafiło interesujące wydawnictwo muzyczne, zatytułowane „Polscy Artyści Chopinowi Zagrali” i zawierające utwory polskiego kompozytora w elektronicznych interpretacjach. Album ukazał się z okazji Jubileuszowego Roku Chopinowskiego 2010 i został realizowany przez Centrum Kultury i Sztuki Najnowszej Non Fission. Na zawartość „Polscy Artyści Chopinowi Zagrali” składa się 11 utworów oscylujących wokół IDMu, ambientu, breakcoreu i muzyki eksperymentalnej.

Autorami kompozycji są młodzi i niezależni przedstawiciele polskiej sceny elektronicznej, którzy połączyli cyfrową technikę z klasycznym repertuarem Fryderyka Chopina: TuneFreak, Nmls, Kacper Ziemianin, Rekombinacja, Bionulor, Pleq, Unique Unit, Seeding Life, Kim_Nasung, Vasen Piparjuuri i ASDF. Okładkę przygotowali uznani polscy graficy: Chazm, Elomelo i Sepe. Ponadto mają zostać przygotowane krótkie formy video i animacji, w oparciu o utwory Chopina oraz muzykę artystów biorących udział w projekcie.

„Projekt będzie jedynym w swoim rodzaju i pierwszą na świecie próbą połączenia muzyki Fryderyka Chopina z najbardziej zaawansowaną, nowoczesną i niezależną muzyką elektroniczną” – mówią Janusz Polewiak i Jakub Krzeszowski z Non-Fission.

Finał projektu to pięć koncertów promujących wydawnictwo. Jeden z nich odbył się już 7 maja w Warszawie. Pozostałe występy organizatorzy planują w Bydgoszczy, Wrocławiu, Łodzi i Krakowie. Podczas koncertów zagrają wszyscy artyści biorący udział w projekcie.

www: http://2010fryderykchopin.pl/

Skweeemania, czyli potop szwedzki

40 minut pociągiem na północ od Sztokholmu znajduje się studencka mieścina Uppsala z najstarszym uniwersytetem w Szwecji i dzielnicą Flogsta, której nazwa stała się znana jak świat długi i szeroki – a to dzięki ekipie kilku młodych artystów, którzy fundując wytwórnię Flogsta Danshall, zapoczątkowali rozkwit nowego muzycznego stylu – skweee. Tekst Tomka pierwotnie ukazał się w numerze 05/2010 Aktivista

Przed siedmiu laty w fińskim, historycznie mocno powiązanym ze Szwecją Turku, miało miejsce spotkanie tamtejszych djów: Randyego Barracudy i Mesaka z ich szwedzkimi ziomkami: Danielem Savio (aka Kool Dj Dust) i Pavanem. Usiedli w knajpie, pili piwo/wódkę i zachodzili w głowę, jak nazwać swoje muzyczne dziecko.

– Nie bardzo nam się to udawało – wyjaśnia Savio – aż po chwili przypomniałem sobie, że nasz wcześniej uchwalony muzyczny manifest zakładał wyciśnięcie (ang. squeeze out) maksimum możliwości z syntezatora Juno 106, bo tylko takie instrumentarium wówczas posiadaliśmy. W ten sposób Savio zdefiniował gatunek, który od kilku lat stopniowo zagarnia coraz większe połacie Europy i Ameryki, nie omijając Polski.

Magia lo-fi

Skweee wyrasta z oczywistych muzycznych fascynacji młodzieży początku XXI wieku. Przede wszystkim jest to hiphop w najprzeróżniejszych odmianach i prymitywna oldskulowa elektronika.

Wpływ Skweee na współczesną elektronikę i scenę klubową jest coraz bardziej wyraźny.Z jednej strony połamane cykacze Timbalanda i The Neptunes z ich najlepszych czasów, z drugiej coraz silniejsze wpływy mody na różnego rodzaju vintageowe zabawki, wczesne electro i techno, 8-bitowe melodyjki rodem z C-64 oraz wieczne upojenie magią Nintendo Entertainment Systems. Czuć też niezapomniany klimat electro- i g-funkowych produkcji lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, a piskliwe, drapiące, wesołe i nastawione na emisję dużych częstotliwości syntezatory czynią z tej w sumie leniwie płynącej muzyki rzecz miejscami euforyczną i zachęcającą do tanecznych aktywności.

Skweee do dziś pozostaje w swym upodobaniu do estetyki lo-fi gatunkiem trafiającym raczej do fanów undergroundowych producenckich ekscesów, jednak jego wpływ na współczesną elektronikę i scenę klubową jest coraz bardziej wyraźny.

Pożeracze popkultury

Inicjatorzy skweee to zazwyczaj twórczy konsumenci popkultury, którzy kilka lat wcześniej oglądali naszpikowane hip hopem i rnb muzyczne kanały telewizyjne, korzystali z konsol Nintendo oraz bardzo często powiązani byli ze street artem (graffiti, taniec, djing). Kolejne powroty do łask wczesnych ulicznych rytmów electro, miami bass oraz wszechobecność hip hopu pchnęła Daniela Savio do skompletowania podstawowego zestawu urządzeń do samplingu i edycji dźwięku jeszcze pod koniec lat 90. – To, co wtedy stworzyłem w domu, było jakąś dziwną zbitką neosoulu, downtempo, a nawet houseu i disco.

Mimo że wszystko to było w moich pierwszych produkcjach słyszalne, nazywałem swoje pierwsze kawałki hiphopish, ponieważ wciąż miały dla mnie taki właśnie uniwersalnie hiphopowy posmak – wspomina Savio, podkreślając estetyczne powiązania skweee z przeróżnymi brzmieniami trzech ostatnich dekad.

Skweee bywa czasem przewrotnie nazywane „conflict rnb”Randy Barracuda, założyciel fińskiego labelu Harmönia, wskazuje z kolei na kontestacyjny wymiar skweee pozostającego od samego początku w opozycji wobec popowego lukru cechującego większość współczesnych produkcji rnb: – Gdy byłem młody, podniecałem się MTV i muzyką amerykańskich celebrytów.

Oglądając na przykład „Get Ur Freak On” Missy Elliot, pomyślałem: fantastyczna muzyka, ale wokal mi nie pasuje. Próbowałem więc stworzyć własne, pozbawione śpiewu czy rapu interpretacje ogranych hitów i nadać nowego blasku słowu funk przy pomocy dostępnych, najczęściej starszych i niedrogich instrumentów – wyjaśnia Barracuda.

W ten sposób, zamiast do znudzenia eksploatować temat rozerotyzowanej, lecz niekoniecznie seksownej maniery współczesnych wyjców i krzykaczy sceny rnb, podkreśla się niespieszny funkowy i dancehallowy rytm. Ozdabia się go abstrakcyjnymi retro dźwiękami, które nierzadko odsyłają współczesnych okołotrzydziestolatków do krainy dziecięcych wspomnień.

Stąd też skweee bywa czasem przewrotnie nazywane „conflict rnb”. Gdyby George Clinton słuchał idmu, poddał się magii dźwiękowych dekonstrukcji reprezentowanych przez estetykę glitch oraz click, mógłby stworzyć bomby w rodzaju Barracudowskiego szlagieru „Skweee like a pig” czy „Monkey Pee Monkey Poo” Daniela Savio.

Syntetyczny funk rozlewa się

O ile Savio uchodzi za wynalazcę nazwy, to ojcem chrzestnym stylu jest Pavan, założyciel pierwszej wytwórni promującej „skandynawski cyfrowy funk” – Flogsta Danshall. Ten ostatni, przywołując osobliwą nazwę gatunku, mówi: – Skweee to również onomatopeja. Doskonale ilustruje na papierze i w mowie dźwięki, jakie pojawiają się w naszych kawałkach.

Flogsta Danshall oraz fińska Harmönia Records (powstałe odpowiednio w 2004 i 2006r.) wyznaczają kanon brzmień skweee. Lekturą obowiązkową jest wydana na CD antologia „Museum of Future Sound” oraz winylowe kompilacje „Harmönia Presents: Skandinavian Skweee Vol. 1 &2”. Większość wydawnictw obu wytwórni to jednak 7-calowe single, które okazały się idealnym nośnikiem z czysto ekonomicznego punktu widzenia – łatwo i tanio było je wydać i kolportować. Rok 2009 to już lawinowo rosnąca popularność obu labeli oraz wysyp albumów; swoje długogrające czarne krążki wydał Mesak, Daniel Savio, Randy Barracuda oraz Rigas Den Andre.

Inwazja na Wyspy

Jak można się było spodziewać, pojemny i garściami czerpiący z popkultury gatunek wcześniej czy później musiał wypłynąć poza granice szwedzkiego i fińskiego wybrzeża Bałtyku. Podatny grunt skweee odnalazło w Stanach, gdzie powstały takie wytwórnie jak Titched i Poisonous Gasses. Pierwszym zamorskim skweee albumem jest „Double Dog Dare EP” Dja Stickema, a w Los Angeles i San Francisco jak grzyby po deszczu pojawiają się tematyczne eventy. Wart odnotowania jest również norweski d?dpop, fiński Mässy oraz francuski Mazout.

Od 2008r. skweee ma swój stały kącik w programie barcelońskiego festiwalu SonarJuż w 2007r., gdy radiowy prezenter BBC Rob Da Bank prezentował na tamtejszej antenie kompilację „Museum of Future Sound”, wiadomo było, że feedback ze strony znanych piewców głębokiego londyńskiego basu to tylko kwestia czasu. Pod koniec 2008r. na dubstepforum.com pojawił się tematyczny wątek, który przełożył się tak na świadomość odbiorców, jak i działania producentów.

Zeszłoroczne zbiory synthfunkowych melodii „d?dpop vol.1” (d?dpop) oraz „Skweee Tooth” (Ramp Records) przypieczętowały niewątpliwą ekspansję skweee na Wyspach. Uznane gwiazdy pokroju Rusko, Zombyego, Jamie Vexda szybko zaadaptowały skandynawskie patenty w swoich nowych utworach, a Planet Mu wydała „We Could Be Skweeroes” Eero Johannesa. Od 2008r. skweee ma swój stały kącik w programie barcelońskiego festiwalu Sonar, co nie dziwi nie tylko z racji świeżości brzmienia, lecz z pozytywnej atmosfery występów skweee-herosów, które cechuje zawsze euforia widzów i żywiołowość muzyków.

Polskich producentów skweee jeszcze nie odnotowano, są natomiast inicjatorzy imprez i rodzimi aktywiści informujący o tym, co aktualnie w trawie piszczy. To wrocławianie – Paweł Baszczak i Jędrzej Jendroska – działający w ramach kolektywu djskiego Skweepolis (jako panda3K i J3dker). Podobnie jak polscy apostołowie dubstepu z kolektywu My Head Is Dubby, mają własną audycję „Dirtymakers” w nieocenionym, nadającym również w internecie wrocławskim Akademickim Radiu Luz.

Od kilku sezonów można usłyszeć dźwięki serwowane przez nich w trakcie programu oraz podczas tematycznych imprez. Chłopaki zapowiadają już planowane występy najważniejszych skandynawskich producentów w Polsce oraz portal lineout.pl promujący kulturę miejską w różnych jej wymiarach: od muzyki (elektronika-hiphop), przez street art i winylowe zabawki po modę. Wasze zdrowie!

ISAN za darmo w Warszawie!

Gwiazdą tegorocznej edycji Warsaw Electronic Festival będzie duet ISAN, czyli Robin Saville oraz Antony Ryan. Panowie wystąpią w Polsce na darmowym koncercie już w czerwcu! ISAN wystąpi w warszawskiej Zachęcie 19 czerwca, wstęp na koncert będzie darmowy. Duet promować będzie u nas swój nowy krążek, zatytułowany „Glow in the Dark Safari Set”.

Warsaw Electronic Festival (WEF) to jeden z najstarszych polskich festiwali, prezentujący nowoczesną scenę elektroniczną i eksperymentalną, a także multimedia i Vjing. WEF organizowany jest przez Fundację Sztuka i Technologia oraz Zachętę Narodową Galerię Sztuki pod dyrekcją Jarka Grzesicy.

WEF koncentruje się na Polakach, mimo, że na scenie WEF nie brakuje również twórców zagranicznych. Od roku 2001 na scenie WEF zaistniało ponad 300 artystów zarówno z Polski jak i zagranicy.

Szczegóły pod adresem www.warsawelectronicfestival.com

FQP Unquiet Event już w sobotę!

Pierwsza edycja niezwykle ciekawie zapowiadającej się imprezy promującej niezależną oficynę Few Quiet People odbędzie się 22 maja w Bytomiu. Sprawdźcie kto wystąpi! Dzięki wspólnej inicjatywie Wojtka Krasowskiego, Macieja Najmana oraz Cezarego Rudasia 5 września 2009 roku na mapie Polski pojawiła się oficyna Few Quiet People, która bardzo szybko stała się istotnym głosem wyznaczającym definicję muzyki współczesnej. Postępując według credo „drive the repetive drone sounds into the direction of pop” bardzo szybko zwrócili uwagę niemieckiej (BEAT Magazine) brytyjskiej (Fluid Radio) oraz hiszpańskiej prasy (Storung Radio).


„Trójka założycieli jako cel FQP postawiła sobie zintegrowanie artystów – muzyków, designerów, grafików, fotografów i budowanie z ich pomocą polskiej sceny muzyki awangardowej”


Dotychczas oprócz debiutanckiej składanki, ukazały się 3 długogrające albumy: Gustava Tutre, oraz samych założycieli wytwórni – Nejmano oraz In.(Cezary Rudaś)

Dwaj ostatni wraz z Tomkiem Bednarczykiem, artystą również od początku związanym z FQP wystąpią w sobotę w bytomskiej Kronice(Rynek 26) o godzinie 19.00

Wstęp na koncert jest bezpłatny.

Image and video hosting by TinyPic

Britney idzie w dubstep

Britney Spears nawiązała współpracę z brytyjskim producentem drum`n`bassu i dubstepu – Rusko. Artysta, który zabłysnął niedawno fantazyjnym albumem „O.M.G.” wydanym przez wytwórnię Diplo – Mad Decent, zdradził ten ekscytujący sekret w wywiadzie dla „LA Weekly”. Przyznał, że zgłosili się do niego przedstawiciele gwiazdy, nie po to, aby zrobił dla niej kiczowaty pop, ale taki podkład, z jakich najbardziej zasłynął. Dodał też: „Dubstep stał się obecnie punk rockiem elektronicznej sceny!”.

Przypomnijmy, że z Britney Spears współpracowali już inni znani wykonawcy ze sceny elektronicznej: Moby, Benny Blanco czy Freescha.

Fot. Brit czeka na odpowiedni bit od Rusko

Ellen Allien – Dust


Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Ellen Allien jest najważniejszą kobietą w świecie współczesnej elektroniki. Didżejuje, produkuje własną muzykę, prowadzi wytwórnię płytową, a od niedawna jest także projektantką klubowej mody. Mało tego – poświęcając się tylu dziedzinom artystycznej działalności na raz, nie rozmienia się na drobne, bo każde dzieło firmowane jej nazwiskiem nosi znak wysokiej jakości. Nie inaczej jest z jej szóstym albumem – „Dust”.

O ile poprzedni krążek niemieckiej producentki, „Sool”, zrealizowany wspólnie z AGF, miał najbardziej eksperymentalny charakter z wszystkich jej wcześniejszych dokonań, tak ten najnowszy, wspomniany „Dust”, to chyba najbardziej popowe przedsięwzięcie w karierze artystki. Allien wraca na nim do swych korzeni – techno i electro, uzupełniając je indie-rockowymi fascynacjami i upodobaniem do śpiewu. Całość trwa niczym klasyczny longplay – trzy kwadranse – i ma wyjątkowo przystępny charakter.

Zaczyna się od mocnego kopa – „Our Utopie” to perfekcyjne techno wiedzione przez mocny bit, na który nakładają się melodyjne pasaże wibrafonowych klawiszy i elektronicznie przetworzony szept producentki. A wszystko to podszyte podskórnym szumem, nadającym nagraniu lekko niepokojący klimat. To najmocniejszy utwór na płycie – ocierające się o techno-house „Flashy Flashy” i „Ever” mają już zdecydowanie lżejsze podkłady, a i wypełniające je pozostałe elementy konstrukcyjne, nadają im bardziej stonowany charakter. Szczególnie wyraźnie słychać to w tej drugiej kompozycji – jej transowy puls nie przeszkadza Allien rozpuścić masywnej figury basowej i wokalnych sampli w rozmarzonym strumieniu perlistych syntezatorów.

„My Tree” i „Dream” to powrót producentki do połamanych bitów znanych z jej debiutanckiego „Stadtkind”. Pierwsze z nagrań ma brzmienie i rytmikę rodem z klasycznego electro. Wibrujący loop o świdrującym tonie przeszywa tutaj rwane akordy sążnistych klawiszy, stanowiąc tło dla… finezyjnego sola na klarnecie w wykonaniu Andreasa Ernsta. „Dream” ma z kolei więcej wspólnego z breakbeatem – choć wypełnia go wystylizowana na Kraftwerk soczysta partia rozwibrowanych syntezatorów, oplecionych wokalnymi efektami o chóralnym brzmieniu.

Techno, electro i ambient łączy w sobie utwór „Should We Go Home”. Oto bowiem z gęstej zawiesiny ludzkich głosów i kosmicznych efektów wyłania się lekko przełamany bit, który zgrabnie pokrywają klawiszowe akordy o brzmieniu przypominającym łagodne tony harfy. Równie odmienny charakter ma finałowy „Schlumi”. Allien sięga tutaj po niespotykany w jej twórczości house`owy podkład o funkowym groovie, otaczając go kraut-rockowym pasażem zawodzących klawiszy o analogowym sznycie.

Kontrapunktem dla tych niekonwencjonalnych nagrań okazują się być dwie indie-popowe piosenki – „Sun The Rain” i „You”. Skoncentrowane na nowofalowo brzmiących gitarach i basie, niosą gładkie melodie, które Allien wyśpiewuje najbardziej „normalnym” głosem na płycie. Przyjemne to – ale nic ponadto. O wiele ciekawsza jest trzecia piosenka umieszczona w tej kolekcji – „Huibuh”. Niemiecka producentka sięga w niej po coraz modniejszą tropicanę, serwując zmysłowy utwór, którego nie powstydziłaby się sama Grace Jones.

Nagrania z „Dust”, do realizacji których Allien pozyskała jako współproducenta swego sąsiada, Tobiasa Freunda, świetnie sprawdzą się na żywo. Dlatego występ „królowej nocnego Berlina” na festiwalu Audioriver może być ciekawym wydarzeniem.

www.bpitchcontrol.de

www.myspace.com/bpitchcontrol

www.ellenallien.de

www.myspace.com/ellenallien
BPitch Control 2010

W Łodzi pada kultura?

Urzędnicy niszczą łódzką kulturę – taki tytuł nosi strona, na której możecie wyrazić sprzeciw niekompetencji włodarzy miasta. Na stronie www.ratujkulture.pl czytamy fragment tekstu Jacka Cieślaka z Rzeczypospolitej: Po konfliktach wokół dyrekcji Teatru Nowego, zatargach związanych z Camerimage i przeniesieniem imprezy z Łodzi, władze tego miasta doprowadziły do upadku sztandarowego Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, który był jednym z najwiekszych atutów w walce o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

Prowadzący stronę opublikowali list otwarty, pod którym możecie się podpisać. Zajrzyjcie na www.ratujkulture.pl

Deru – Say Goodbye To Useless


Pod kryptonimem Deru kryje się Benjamin Wynn – rodowity Kalifornijczyk z wyższym wykształceniem muzycznym i dwoma udanymi longplayami na koncie, „Pushing Air” (Neo Ouija, 2003) i „Trying To Remember” (Merck, 2004). Zawierały one intrygującą mieszankę abstract hip-hopu, downtempo, ambientu i, przepraszam za wyrażenie, IDMu. Trzeci album Amerykanina ukazał się przed dwoma miesiącami w barwach labelu Mush i wykorzystuje właściwie te same elementy, ale w nieco innej konfiguracji.

Pierwsza zajawka „Say Goodbye To Useless” pojawiła się jeszcze jesienią ubiegłego roku w postaci klipu do fantastycznego utworu „Peanut Butter & Patience”, utrzymanego w duchu wczesnych dokonań Clarka (z naciskiem na mroczne „Empty The Bones Of You”).







Ten mocny kawałek figuruje jako trzeci na płycie; pierwszy w kolejności „I Would Like” otwiera album trzaskiem zakurzonego winyla, który przenosi słuchacza pół wieku wstecz. Na pierwszy plan wysuwa się lamentujący męski głos, który śpiewa w języku Woltera. Kompozycja płynnie przechodzi w podbity hip-hopowymi bębnami „I Want”, gdzie ten sam głos podniesiono pitchem i potraktowano echem w taki sposób, żeby brzmiał jak dziecięcy chór. Rezultat brzmi powalająco i szkicuje ramy podniosłego nastroju całości. Muzycznie dzieje się tu całkiem sporo ciekawych rzeczy. Miarowym stopom, głębokim werblom i klaszczącym hi-hatom towarzyszą wszelkiej maści trzaski, szmery, piknięcia, plaśnięcia i stukoty. Tutaj rozbrzmiewa elegancki klarnet („Fadeaway”), tam potęgujący melancholię elektryczny fortepian Rhodesa („Days, Then”), tutaj bujający cyfrowy funk („Cottonmouth Lothario”) i staroświecki house (uroczo zatytułowany „Basically, Fuck You”), tam mroźny ambient („What Happens When You Ask”) w piękny sposób nawiązujący do pionierskiej płyty „Substrata” projektu Biosphere, zarówno pod względem onirycznej atmosfery, jak i doboru sampli (dialog w języku rosyjskim). Mistrzowskie wykorzystanie mikrosamplingu jest jedną z najmocniejszych stron „Say Goodbye To Useless”.

„Chciałem stworzyć album, który byłby bardziej bezpośredni i bezkompromisowy” – twierdzi Deru i chyba rzeczywiście tak się stało. Dokonania amerykańskiego producenta mieszczą się w tym samym obrębie, co twórczość Lukida, Flying Lotusa i Odd Nosdam i są skierowane do podobnej grupy odbiorców trudnej do zdefiniowania elektroniki XXI wieku.
Mush, 2010

Holy Fuck – Latin


Na potrzeby Latin Brian Borcherdt i Graham Walsh postanowili na stałe zatrudnić perkusistę i basistę. W efekcie dostajemy album, na którym słychać czterech równoprawnych muzyków zamiast dwóch, obsługujących okazyjnie dodatkowe instrumenty, jak miało to miejsce na poprzednich wydawnictwach Kanadyjczyków.
Latin jest dużym krokiem naprzód. Zespół odcina się od prostych, napędzanych syntezatorami, galopujących utworów. Echa wcześniejszej twórczości słychać właściwie tylko w utrzymanym w szaleńczym tempie „Stilettos” oraz w „Silva & Grimes”.
Album otwiera niepokojący „4MD”, ewoluujący od ledwo słyszalnego pogłosu do noise’owej ściany dźwięku, przykrywającej przesterowane partie instrumentów. Niespodzianek jest więcej. Drugi w kolejności, mocno funkowy „Red Lights” pokazuje czego możemy się spodziewać po Latin. Większość utworów to utrzymana w średnim tempie, zmienna i połamana sekcja rytmiczna obudowana wieloma warstwami syntezatorów, przesterów i innych gadżetów używanych przez Briana i Grahama.
Wbrew pozorom taka formuła nie nudzi. Z racji szerokiego wachlarzu dźwięków użytych do „obudowywania” sekcji, album przy każdym przesłuchaniu ujawnia jakieś nowe elementy. Tu dziecięcy keyboard, tam stłumiony wokal, gdzie indziej buczący syntezator basowy. Nowa płyta Holy Fuck pewnie długo nie opuści waszego playera, bo do odnalezienia wszystkich jego smaczków nie wystarczy kilka przesłuchań.
Latin jest bardzo spójną płytą, dlatego też najlepiej wypada, gdy słuchamy jej w całości. Jednak kilka numerów mogłoby sobie spokojnie poradzić samodzielnie. Psychodeliczny i rozimprowizowany „Lucky”, na pewno świetnie sprawdzi się na koncertach, a zamykający album „P.I.G.S”. to jedna z najmocniejszych dotychczas propozycji Kanadyjczyków. Buczący, syntetyczny bas, rockowa perkusja i wychodzące na pierwszy plan syntezatory sprawiają, że kolejne odpalenie albumu wydaje się najbardziej naturalną rzeczą w świecie. Jedyne, do czego można się przyczepić to wybór utworu „Latin America” na singla. Ale to niewpływający na odbiór całości szczegół.

Young Turks 2010

Bajka – In Wonderland


Poetka. Posiadaczka jednego z najoryginalniejszych głosów na współczesnej scenie nowych brzmień. Obywatelka świata. Urodzona w Indiach. Dorastała w RPA i Portugalii. Studiowała w Pradze. Mieszka w Berlinie.

A więc (nareszcie!) nadszedł czas na solowy album. To, że Bajka ma niezwykły głos, wiadomo było po popularności i ciepłych słowach przy odbiorze Days To Come. Jej wokale tak idealnie wkomponowały się w kokietujące melodie Bonobo, że można zaryzykować stwierdzenie – bez niej ta płyta nie byłaby tak dobra! Jak wykaże się solo, bez aranżu i muzyki Simona było dużą próbą. Tym albumem udowadnia, że wszelkie analogie z największymi wokalistkami jazzowymi są jak najbardziej na miejscu.

Imię zobowiązuje. Ta płyta jest niewątpliwie bajkowo liryczna

In Wonderland to płyta utrzymana w klimacie jazzu, downtempo, z chwytliwym feelingiem, w odcieniach bossy i instrumentalnymi wariacjami.
Inspiracją był genialny poemat, z pogranicza absurdu, przywołujący na myśl dokonania poezji lingwistycznej „Polowanie na Żmirłacza”, pióra Lewisa Carrolla. Każdy utwór odpowiada rozdziałowi książki.

Na pierwszym planie – oczywiście – głos Bajki. Muzyka, jakby w oddali płynąca leniwym strumieniem, dyskretnie, aby nie zakłócać odbioru, będąca tylko dopełnieniem (Intro, The Bellmans Speech). Linia melodyczna albumu opiera się głównie na smyczkach, pianinie, jazzującym basie. Mimo że instrumentarium obsługują tylko cztery osoby, wsparci małą sekcją detą, to w niektórych utworach słychać drzemiący potencjał i drapieżność (The Barristers Dream, The Bakers Tale). Czuć zewsząd wydobywające się ciepło, soundtrackową idylliczność dzięki nastrojowemu wokalowi w połączeniu z m.in: pianinem Rhodesa (The Beavers Lesson). Otwierające utwory są wyważonym preludium, by z każdym kolejnym, im głębiej w krainę czarów Bajki, tym żywiej odczuć barwną paletę dźwięków. Wśród klawiszowych improwizacji (kapitalny Daniel Regenberg) nastrojowo wyszeptane wersy „Polowania…”, oddające esencję dzieła (The Hunting, The Landing). Polskie tłumaczenia poematu są niespójne, i niejednorodne. Każdy autor przekładu chciał oryginalnie przetłumaczyć neologizmy Carrolla (Wyrło i warło się w gulbieży; Zmimszałe ćwiły borogowie; I rcie grdypały z mrzerzy – Stanisław Barańczak). Po co trudzić się czytaniem niestrawnej polskiej wersji, skoro mamy cały poemat w pierwotnej wersji i tak ujmującej, muzycznej formie?

Podróże po całym globie dały Bajce swobodę twórczą. To multikulturalizm w najczystszej postaci, lekkość w poruszaniu się po muzycznych meandrach, zaklęta na spójnym albumie. Imię zobowiązuje. Tak, ta płyta jest niewątpliwie bajkowo liryczna…

ChinChin Records, 2010

Burnt Friedman and Jaki Liebezeit w Łodzi

Jeden z najlepszych polskich klubów – łódzka Jazzga – obchodzi w tym roku swoje dziesiąte urodziny. Z tej okazji już 27 maja zagrają ze swym projektem Burnt Friedman i Jaki Liebezeit. Nie będzie przesadą nazwanie Burnta Friedmana i Jakiego Liebezeita jednymi z najwybitniejszych osobowości muzyki awangardowej.

Ten pierwszy to genialny muzyk i producent, znany z rewelacyjnych elektronicznych projektów, takich jak chociażby nu-jazzowy Flanger czy elektroniczno-dubowy The Nu Dub Players.

O ponad 3 dekady starszy Jaki Liebezeit, kojarzony przede wszystkim z kultowym krautrockowym projektem Can, uchodzi za niedościgniony wzór dla coraz to młodszych pokoleń perkusistów.

Obaj panowie zaczęli współpracę w roku 2001, a jej owocem są między innymi trzy charakteryzujące się doskonałym brzmieniem albumy z cyklu Secret Rhythms.

Czego możemy się spodziewać po ich koncercie w Jazzdze? Ci, którzy znają brzmienie „Secret Rhythms”, mogą oczekiwać eksplozji wyjątkowych dźwięków – niezwykle wyrafinowanego połączenia jazzu, postrocka, dubu i elektroniki. Zaś ci, którzy nie mieli szansy wcześniej o tych panach usłyszeć, tym bardziej nie mogą przegapić tego wydarzenia.

Ta muzyka naprawdę potrafi całkowicie zmienić patrzenie na rzeczywistość! A my jesteśmy pewni, że koncert będzie pretendował do muzycznego wydarzenia tego roku.

Więcej na stronie www.jazzga.info

Wax Tailor: rozdaliśmy wejściówkę!

Już 16 maja w Centralnym Basenie Artystycznym w Warszawie wystąpi Wax Tailor. Mieliśmy dla Was podwójną wejściówkę na to wydarzenie.

Podwójną wejściówkę na koncert Waxa zgarnęła Ania z Warszawy. Nasz mail informujący o wygranej został już wysłany. Gratulujemy i dziękujemy wszystkim za udział w konkursie. Już niebawem będziecie mogli wygrać doskonałe płyty!

Wax Tailor

Wax Tailor to kolejny, po rapowym La Formule Band, projekt francuskiego DJa i producenta Jeana Christophe Le Saoût. Jego eklektyczna muzyka, charakterystyczne filmowe sample oraz znakomici goście, w tym m.in. Charlotte Savary, Ursula Rucker, Charlie Winston, Speech Defect czy kalifornijski duet The Others, szybko ustawiły go jako jeden z najciekawszych punktów na muzycznej mapie XXI wiecznej Francji.

„In The Mood For Life” to najnowszy, niedawno wydany również w Polsce album Wax Tailor. Napisany w połowie w Paryżu, w połowie w Nowym Jorku jest jednocześnie najbardziej przystępnym ze wszystkich dotychczasowych. Liczne nawiązania do Soulu, Funku, Hip-Hopu czy muzyki lat 60. tworzą przepiękną, niebywale klimatyczną mozaikę żywych instrumentów, elektroniki oraz filmowych sampli.

Paris Indie Club to kompilacja płytowa oraz cykl koncertów. Nie chodzi tu nawet o stricte muzykę francuską, a przede wszystkim artystów tworzących trendy muzyczne w stolicy Francji.