Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.

KeiyaA – Forever Ya Girl
Jarek Szczęsny:

Niepasujące do siebie puzzle.

Atom™ & Jacek Sienkiewicz – Stal
Jarek Szczęsny:

Gotujące się chemikalia.

Kush K – Lotophagi
Łukasz Komła:

Zjadacze lotosu.

Wodorosty – Natura ślepca
Jarek Szczęsny:

Wychłodzona nieustępliwość.

Korzeniecka, Rucki – 2 x perkusja
Jarek Szczęsny:

Nieoczekiwany splot pałeczek i bębnów.



Sid Le Rock – Tout Va Bien


Kanadyjski producent Sheldon Thomson dał się poznać w minionej dekadzie z produkcji firmowanych różnymi pseudonimami. Pod szyldem Pan/Tone wyspecjalizował się w minimalowym tech-house`ie, jako Gringo Grinder próbował łączyć techno z nową falą, a pod nazwą Sid Le Rock machnął dla hamburskiego Ladomatu dwa albumy wpompowujące rockową energię w klubową elektronikę. Zawieszenie działalności niemieckiej wytwórni sprawiło, że Thomson przez cztery lata szukał nowej tłoczni, która pozwoliłaby mu opublikować nowy materiał zrealizowany pod tym ostatnim z szyldów. W końcu trafił na Marco Haasa – i to właśnie jego Shitkatapult firmuje trzeci album Sida Le Rocka – „Tout Va Bien”.

Mimo, iż płyta ukazuje się pod tym konkretnym pseudonimem kanadyjskiego producenta, łączy wszystkie jego muzyczne fascynacje, wcześniej ujawniane w innych projektach.

Wspomnieniem wcześniejszych dokonań dla Ladomatu są tu dwa nagrania utrzymane w energetycznym metrum techno-rocka. „Pow Wow” to dowcipny hołd dla The Birthday Party, rozpięty między mocnymi partiami ciężkich bębnów i dudniącym pochodem basu, a jazgotliwie skrzeczącymi klawiszami imitującymi zgrzytliwe partie post-punkowych gitar. W „Slainte Mhor” dzieje się podobnie: przesterowaną partię basu oplata wijący się loop o świdrującym brzmieniu, a nad tym wszystkim góruje jadowity wokal przepuszczony przez deformujące go komputerowe efekty.

Równie ciekawie wypadają utwory wpisane w formułę nowofalowego electro. „Swollen Member” to jakby współczesna wersja „Silver Machine” z repertuaru Hawkwind. Mechaniczny rytm niesie tu kosmiczne pasaże syntezatorów przywołując na myśl wspomnienie co bardziej przebojowych nagrań dawnych mistrzów space rocka. W stronę gotyckich dokonań Alien Sex Fiend zwraca się Thompson w chmurnym „Still Life”. W nagraniu tym nerwowe drgania post-punkowego basu mijają się ze wibrującymi dźwiękami klawiszy i grobowym wokalem, tworząc klimat idealnie pasujący do imprez w londyńskim klubie Batcave sprzed ponad ćwierć wieku.

Echa surowych nagrań Bauhaus słychać z kolei w „Walk Alone”. Choć kompozycja pulsuje motorycznym rytmem electro, jej niepokojący klimat tworzy głęboki śpiew podszyty studyjnymi pogłosami i szarpane tony syntezatora imitującego akustyczną gitarę. Ten segment nagrań kończy finałowy „Made For You” – nostalgiczny synth-pop, którego nie powstydziłby się sam Fad Gadget.

A potem kanadyjski producent dokonuje gibkiego skoku w czasie i sięga po… nowoczesny minimal. „La Guidoune”, „Incliner” i „Durch Dick Und Duenn” to oszczędne techno oplecione perkusyjnymi efektami, skoncentrowane na transowo powtarzanych loopach i podszyte zimnymi pasażami laboratoryjnych klawiszy. Jedynym elementem łączącym te utwory z tymi opisywanymi wcześniej jest głęboki smutek – tym razem ukryty pomiędzy tanecznymi bitami i grzechoczącymi syntezatorami.

Pierwszy segment płyty robi znacznie lepsze wrażenie – Thompson potrafi z dużym wyczuciem stylu reanimować ejstisowe brzmienia, wpompowując w ich krwiobieg świeżą krew wyssaną z nowoczesnego electro i techno. I chyba na tym powinien poprzestać – odkładając minimalowe wycieczki na płyty firmowane szyldem Pan/Tone. Odbyłoby się to tylko z pożytkiem dla „Tout Va Bien”.

www.shitkatapult.com

www.sidlerock.com

www.myspace.com/shitkatapult
Shitkatapult 2010

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.