Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.



Archive for Październik, 2019

Nigdy nie lubiłem melodii – rozmowa z Savasem Pascalidisem

Niebawem ukaże się nowy album Savasa Pascalidisa – „Nuclear Rawmance”. Rozmawialiśmy z nim o jego produkcji.

Największą popularność przyniosły Ci dwa albumy nagrane w połowie minionej dekady – „Galactic Gigolo” i „Disko Vietnam”. Co Cię wtedy fascynowało w muzyce electro i disco?
Pod koniec lat 90. techno stało się nudne. Większość kawałków składała się z monotonnych loopów, a nazywano ten styl schranz. Brzmiały one jak kopie kopii wczesnych nagrań Jeffa Millsa. Kiedy więc producenci z Detroit, a potem I-F i reszta z Clone, zaczęli dodawać do techno elementy muzyki tanecznej z lat 80., wypadło to nadspodziewanie świeżo. Dla mnie było to szczególnie ekscytujące, ponieważ miałem w swej kolekcji wszystkie najważniejsze płyty z tamtego okresu, które kupiłem mając 14-15 lat. Nigdy wcześniej nie miałem możliwości zagrać ich w klubie. A wtedy pojawiła się taka okazja – mogłem miksować minimal, house, electro i disco w czterogodzinne sety. W tym samym czasie nagrałem materiał na „Galactic Gigolo”, który ukazał się dopiero piętnaście miesięcy później, gdy takie granie powoli zaczynało mi się już nudzić. (śmiech)
Prowadziłeś w tym czasie wytwórnię Lasergun, która wydała dwie świetne kompilacje i wiele dobrych dwunastocalówek.
Niedawno zawiesiłem jej działalność, ale w każdej chwili mogę ją reaktywować. Gdy powołałem Lasergun do życia, chciałem wydawać jej nakładem tylko własnych rzeczy. Nie miałem bowiem zielonego pojęcia o profesjonalnym prowadzeniu wytwórni. Dlatego to było raczej hobby. Choć tak naprawdę nie dbałem o promocję, to i tak sprzedałem tysiące płyt. Koncept był prosty: wydawać oryginalną, może trochę ekscentryczną muzykę, o wysokiej jakości. Z czasem zauważyłem jednak, że jest coraz mniej nagrań, które mi się podobają i które pasowałyby do profilu Lasergun. Dlatego zakończyłem działalność wytwórni.
Ale założyłeś potem dwie nowe tłocznie – UFO i Sweatshop.
Pierwsza z nich też już nie istnieje. To właściwie nie była wytwórnia w pełnym sensie tego słowa. Tylko nowa naklejka na płyty. (śmiech) Zrobiłem po prostu kilka kawałków, które nie pasowały dla Lasergun, bardziej w stylu klasycznego techno, dlatego postanowiłem je wydać pod innym szyldem. Początkowo miała to być tylko jedna płyta, ale zrobiło się ich aż pięć. To trwało dwa lata. Potem założyłem Sweatshop – znów tylko po to, żeby wydawać niezależnie własne nagrania. Doszły do tego jednak remiksy innych artystów – najpierw Abe Duque`a, a potem Joela Altera. Nie zamierzam jednak angażować w to więcej artystów. Zauważyłem bowiem niebezpieczny trend na elektronicznej scenie. Ludzie nagrywają jeden przeciętny kawałek, a potem kombinują pięć remiksów, aby go wypromować. W efekcie następuje efekt totalnego przeładowania. Ja mam zamiar prowadzić inną politykę – wydawać rzadko, tylko naprawdę dobre numery, bez nadrabiania remiksami. To będzie wytwórnia wyłącznie dla didżejów.

Wracasz obecnie z albumem „Nuclear Rawmance”. Definiujesz nim swój nowy styl – mocne techno o jednoznacznie klubowym przeznaczeniu.
To nie jest nowy styl. Jeśli posłuchasz moich utworów z połowy lat 90. wydanych przez Kurbel czy Loriz, czy nawet wczesnych rzeczy opublikowanych przez Lasergun, nie zauważysz różnicy. Nie nagrywam wielu płyt, dlatego jeśli ktoś zna mnie wyłącznie z albumów, wyda mu się, że faktycznie robię teraz coś nowego. Tymczasem już od dawna nie wyprodukowałem niczego w stylu „Galactic Gigolo” czy „Disko Vietnam”. Ludzie mają niewłaściwe wrażenie na temat mojego stylu, bo sampluję dużo muzyki disco, funku czy Hi-NRG z lat 80. Ale kiedy występuję na żywo – zawsze gram konkretne techno i house.
A zatem „Nuclear Rawmance” to powrót do korzeni?
Oczywiście. To esencja tego, czym jestem, mój najlepszy album, jaki zrobiłem. Prawdę powiedziawszy wcześniej nie wiedziałem, jak wyprodukować taki materiał. (śmiech) Musiałem do tego dojrzeć, a to był długi proces. A wszystko dlatego, że jestem didżejem, a nie muzykiem czy producentem, który dokładnie wie, co ma zrobić, żeby uzyskać konkretny efekt.
Czy nowa fala techno z Berghain miała na Ciebie wpływ?
Żadnego. To przecież to samo techno, które istniało już w latach 90. A zatem nic nowego. Muzyka, którą nazywa się teraz minimalem, to wcale żaden minimal, tylko współczesna forma techno o strukturze mającej już dwadzieścia lat.
Nie podobają Ci się nowe brzmienia?
Myślę, że większość powstającej obecnie muzyki jest straszna. Ludzie samplują latynoskie i arabskie melodie, afrykańskie rytmy, dodają bit i… kawałek gotowy! To najgorszy okres w muzyce odkąd świadomie ją odbieram. Przez ostatnie dwadzieścia lat kupowałem po dziesięć płyt tygodniowo. Teraz kupuję tyle na miesiąc lub rzadziej. Muzyka zaczyna być bezwartościowa i cyfrowa dystrybucja pasuje do niej idealnie. Ale dla mnie to wszystko spam. (śmiech)

Jest również na „Nuclear Rawmance” miejsce na house – ale ten najtwardszy w chicagowskim stylu.
Prawdę powiedziawszy, nie siedzę w studiu i nie myślę: „Powinienem teraz zrobić taki kawałek, a potem taki”. To nie działa w ten sposób. Sam nie wiem, jak to wszystko powstaje. Nawet nie wiem, jak kolesie z Chicago robili takie brzmienia. Muzyka po prostu się staje, kiedy siadasz i zaczynasz dotykać maszyn. To połączenie celowości i przypadkowości. (śmiech)
W swoich nowych utworach wyraźnie zredukowałeś melodie, które za czasów „Galactic Gigolo” pełniły ważną rolę.
Właściwie to nigdy nie lubiłem melodii. Najważniejszy jest rytm i linia basu. Melodia wyłania się najczęściej z sampli. Zdecydowanie wolę programować automat perkusyjny niż wymyślać melodie, które są tak naprawdę… niepotrzebne.
Berlin jest nazywany „stolicą techno”. Łatwiej jest tworzyć w takim miejscu?
Możesz tworzyć muzykę, jaką chcesz, gdziekolwiek jesteś. Tylko musisz ją mieć w sobie. A żadne miasto ci w tym nie pomoże.

http://www.youtube.com/watch?v=AkBBb_KbNCo

Jaki sprzęt używałeś podczas nagrań na „Nuclear Rawmance”?
Głównie analogowe syntezatory i automaty perkusyjne, jak 707, 808, 909, ale wykorzystałem też nieco krótkich sampli.
Czy po nagraniu „Nuclear Rawmance” czujesz się bardziej producentem niż didżejem?
Przede wszystkim jestem didżejem. Bo żyję i zachowuję się jak didżej – kolekcjonuję płyty, każdego tygodnia słucham nowych nagrań, uwielbiam grać całe noce. W ciągu lat zgromadziłem ogromną kolekcję – w tej chwili to prawie 15.000 krążków, głównie Chicago, Detroit, rare grooves, disco i funk. Produkowanie własnych nagrań nadal traktuję jako hobby. Dzięki didżejowaniu mam możliwość ich grania na całym świecie. Nie występuję jednak na żywo, nie szaleję na punkcie nowinek technicznych do studia. Nagrywam wszystko na żywo, tnę i sklejam, korzystając z klasycznych programów audio.
Pamiętam, że kiedy tworzyłeś dla Gigolo i Lasergun, Twoją dziewczyną była Water Lily, która też produkowała ejtisowe electro. Czy teraz możemy się spodziewać, że nagra płytę techno?
Cóż, nie jesteśmy już razem. Z tego, co wiem, ona ciągle nagrywa w swoim ulubionym stylu. Nie sądzę też, że gdybyśmy byliśmy razem, to skręciłaby pod moim wpływem w stronę techno. Ona naprawdę lubi to, co robi i nie ma powodu, aby to zmieniać.

Aeroplane się rozpadło

Z kultowego duetu stało się solowym projektem Vito de Luci. Taką informację zamieścił na facebookowym profilu Vito.

Aeroplane tworzyło dwóch Belgów – Vito de Luca i Stephen Fasano. Byli jednym z najpopularniejszych zespołów nawiązujących do stylistyki disco. Wymiernie przyczynili się do renesansu i powrotu tego typu muzyki na parkiety klubowe. Rozstanie jest o tyle zaskakujące, iż wydało się przed premierą ich debiutanckiego albumu – We Cant Fly. Długooczekiwanego, bo w ciągu siedmioletniego istnienia panowie raczyli nas tylko wieloma remixami i epkami. Właśnie rewelacyjnymi remixami – nierzadko lepszymi od oryginału – m.in: Lindstrøma, Grace Jones, Low Motion Disco, MGMT, Bloc Party, Friendly Fires zaskarbili sobie popularność fanów.

Słynęli również ze świetnych występów na żywo, i cyklicznie, co miesiąc wydawanymi mixami, które stały się syntezą gatunku nu disco i balearic. Docenił to sam Pete Tong, zapraszając ich do występu na jubileuszowym, pięćsetnym wydaniu Essential Mixu BBC Radio 1.

W ostatnich miesiącach – jak informuje Vito – po siedmiu latach, w wyniku rosnących nieporozumień i różnicy zdań, ich drogi się rozeszły. Wspólnie postanowili że projektem zajmie się Vito, a Stefano zacznie działalność w innym projekcie, który niedługo przyniesie niesamowite efekty. A we wrześniu – premiera We Cant Fly. Poniżej próbka tego, co nasz czeka.

Deepchord Presents Echospace – Liumin


Wydany trzy lata temu wspólny album Roda Modella i Steve`a Hitchella „The Coldest Season” tchnął nowe życie w dub-techno, skierowując jednocześnie nurt w stronę ambientowych eksperymentów. Od tamtego momentu krytycy i fani zdążyli odtrąbić zarówno rzekome narodziny, jak i śmierć gatunku. W tym czasie obaj producenci nie robiąc sobie nic z medialnej zawieruchy, zrealizowali kilka solowych projektów i powrócili do pracy nad wspólnym materiałem.

Kiedy pisaliśmy o ostatnim albumie Fluxion, postawiliśmy tezę, że będzie on punktem zwrotnym w dalszym rozwoju dub-techno, wyznaczając wyraźny odwrót od rozmarzonego ambientu do bardziej klubowo funkcjonalnych nagrań. Nowy materiał zaserwowany przez Modella i Hitchella potwierdza nasze przypuszczenia.

Początek albumu jest mylący. Zaczyna się od dźwięków otoczenia, zarejestrowanych przez pierwszego z producentów w Tokio. Odgłosy ulicy, fragmenty rozmów, zgiełk metropolii. Powoli wyłaniają się z nich skorodowane smugi ziarnistego szumu – modulowane, wiją się wolno, pulsując podskórnym rytmem ukrytym gdzieś w głębi („In Echospace”).

To jednak tylko wstęp – w pewnym momencie w dalekim tle pojawia się miarowy bit techno. Cofnięty na drugi plan, podbity perkusyjnymi efektami, niesie szorstkie akordy rozbrzmiewające w mechanicznym rytmie nieubłaganie toczącego się pociągu („Summer Haze”).

Z czasem wdzierający się wszędzie szum cichnie – wtedy ze zdwojoną siłą uderza jeszcze cięższy bit. Towarzyszy mu mocno zbasowany motyw rytmiczny przypominający conga. Wraz z niesionymi przez siebie grzechoczącymi akordami rdzawych klawiszy tworzy on mantrowy charakter nagrania. Hitchell powiedział w jednym z wywiadów, że Modell ma obsesję na punkcie hipnotycznych loopów – a wynika ona z tego, że za młodu był… członkiem ruchu Hare Kriszna i ciągle powtarzał mantrowe modlitwy. „Sub-Marine” jest bez wątpienia efektem tamtych przeżyć.

Wraz z „Burnt Sage” podkład rytmiczny znów schodzi na dalszy plan – nabierając przy tym tech-house`owego metrum. Głównym wątkiem kompozycji stają się zimne i mokre dźwięki o kanalizacyjnym brzmieniu, niosące chmurny pasaż rozmytych syntezatorów. To wspomnienie wczesnych dokonań Deepchord – kiedy to muzykę projektu określano terminem „sewer sound”.

Mechaniczny bit techno powraca jednak po dłuższej chwili, niosąc zdeformowane dźwięki jamajskiej sekcji dętej. Sample te brzmią jakby dochodziły ze źle nastrojonego radia – poszarpane i przesterowane, giną co chwila w białym szumie, niosąc jednak podniosłą melodię. To tak jakby ocaleni z apokaliptycznej katastrofy ludzie, ukryci gdzieś w podziemnym bunkrze, nagle „złapali” na zdezelowanym odbiorniku dochodzącą nie wiadomo skąd muzykę („BCN Dub”).

Do szybkiej rytmiki w tech-house`owym metrum Modell i Hitchell powracają w „Firefly”. Zgodnie z tytułem to najbardziej zwiewna kompozycja z zestawu – taneczna i melodyjna, z powodzeniem sprawdzi się na klubowych parkietach.

Kiedy rozlega się charakterystyczny dudniący bit, brzmiący jakby dochodził do nas zza grubej ściany, wiemy już, że jesteśmy w Berghain. „Maglev” to dub-techno skrojone na miarę monumentalnych setów Bena Klocka czy Marcela Dettmana w berlińskim imperium tańca. Budowa kompozycji jest prosta – na ciężki rytm nakładają się śliskie akordy metalicznych klawiszy, gęstniejących i rzednących w miarę trwania nagrania. To minimal techno czystej wody – tworzące niepokojąco psychodeliczny klimat.

Po dziesięciu minutach tej ekstazy zaczynamy wdrapywać się na schody wiodące z jakiegos podziemnego klubu na ulicę – szorstkie dźwięki powoli topnieją, przestrzeń nabiera oddechu, masywny bit zostaje gdzieś w tle za plecami. Naszym krokom towarzyszą jednak zimne cmoknięcia hi-hatów, ciągnące za sobą chłodny strumień nisko zawieszonego dronu („Float”).

Kiedy wychodzimy na powierzchnię, dostajemy się w sam środek zgiełkliwego miasta. Mimo, iż jest noc, słychać niemilknące nigdy dźwięki i głosy. Do naszych uszu dochodzi wolno płynący strumień kojącego szumu. Tylko gdzieś daleko słychać monotonne chroboty, niepotrafiące zakłócić rozlewającego się przyjemnie po całym ciele ciepłego uczucia głębokiego spokoju („Warm”).

Podobny charakter ma „Liumin Reduced” – zminimalizowana wersja „Liumin” umieszczona na dodatkowym krążku znajdującym się w stu pierwszych egzemplarzach albumu. Dźwięki otoczenia zarejestrowane przez Modella w Tokio uzupełniają na niej jedynie wyciszone pasaże zdubowanych klawiszy, tworząc niezwykłej urody muzykę towarzyszącą.

„Liumin” to jakby rewers „The Coldest Season”. Utwory są tutaj bardziej zwarte, podporządkowane zdecydowanej rytmice, nie tak amorficzne jak poprzednio. Dlatego wydaje się, że to płyta prostsza, może nawet wręcz uboższa niż debiut. To jednak tylko pozory. Wszystko jest tutaj dokładnie przemyślane i zrobione z premedytacją. „Liumin” to autorska wersja muzyki tanecznej w wykonaniu Modella i Hitchella. Dzięki takim płytom techno nadal można postrzegać jako muzykę przyszłości.

www.modern-love.co.uk
Modern Love 2010

Kolejne gwiazdy Unsound

Lindstrøm, Demdike Stare, Emeralds, Kyle Hall, Mount Kimbie i Ben Frost – ich również nie zabraknie jesienią w Krakowie podczas Unsound Festivalu Ben Frost razem z kompozytorem Danielem Bjarnasonem we współpracy z Sinfoniettą Cracovią stworzy „Solaris” – kompozycję inspirowaną powieścią Stanisława Lema oraz filmem Tarkowskiego z 1972 roku o tym samym tytule. Projekt zostanie zaprezentowany na żywo w towarzystwie 28-osobowego ensemble`u.

Swój udział na Unsound potwierdził również pochodzący z Norwegii, ambientowy producent Elegi, który wydaje dla labelu Miasmah. Elegi, współpracując z polskimi muzykami, także przedstawi projekt zlecony – muzykę do niemego horroru.

Na Unsound 2010 wystapi również grupa Emeralds. Ich ostatni album „Does it Look Like Im Here” został niedawno wydany przez austriacką wytwórnię Mego, w krótkim czasie zyskując wiele pozytywnych recenzji z całego świata za pomysłowe połączenie dźwięków syntezatorów i gitary.

Zgodnie z motywem przewodnim Unsound 2010 – „Horror – przyjemność strachu i niepokoju” – zadebiutuje przed polską publicznością brytyjski projekt Demdike Stare w składzie: Miles Whittaker (MLZ z labelu Modern Love) oraz miłośnik winylu Sean Canty. Ich występ live na MUTEK 2010 był jednym z najlepszych w czasie festiwalu, krótko później poparty zadziwiającym show w The Bunker w Nowym Jorku. To unikalny miks dubu oraz sampli z soundtracków z horrorów połączony z wizualizacjami czerpanymi z europejskich horrorów.

Imprezy klubowe zostaną wzbogacone o takich artystów, jak Lindstrøm (niekwestionowany król współczesnego disco, który zagra live set), Kyle Hall (najmłodsze objawienie muzyki house z Detroit) i Mount Kimbie (wkrótce debiutancki album dla Hotflush).

Facebook – 4 tysiące fanów i konkurs!

W ciągu nieco ponad miesiąca nasz profil na Facebooku zyskał kolejny tysiąc fanów. Dziękujemy! Z tej okazji mamy dla Was konkurs, w którym wygrać można nowe płyty Bonobo i Lali Puny 🙂 Na naszym Fan Page, dostępnym pod adresem facebook.com/nowamuzyka, zachęcamy Was do publikowania Waszych zdjęć z ubiegłych edycji Festiwalu.

Wśród zdjęć opublikowanych do 23 czerwca wybierzemy dwie najciekawsze naszym zdaniem fotki. Osoby, które je wstawią, otrzymają od nas nowe płyty Lali Puny oraz Bonobo.

Do dzieła! 🙂

Isan – Glow In The Dark Safari Set


Na początku minionej dekady to właśnie duet Isan wraz z podobnymi mu projektami w rodzaju Phonem czy Styrofoam wyznaczał drogi rozwoju elektroniki, tworząc jej nowy nurt – emotronikę. W ciągu następnych lat większość wykonawców zaliczana do tego gatunku powędrowała w zupełnie inne rejony, zresztą podobnie jak jego sztandarowa wytwórnia – Morr Music. Isan pozostał jednak wierny sobie – nadal tworzył bajkowe nagrania z pogranicza IDM i chill-outu, czego dowodem były jego cztery albumy wydane w ostatnim dziesięcioleciu. Ta postawa okazała się słuszna – w cztery lata od opublikowania poprzedniego krążka, duet wraca z nową płytą, która odsłania zgrabnie zmodyfikowane oblicze jego muzyki, nie tracące jednak nic ze swego wcześniejszego uroku.

Już pierwszy utwór z „Glow In The Dark Safari Set” wskazuje na zmiany w brzmieniu formacji. Podstawą „Channel Ten” jest spreparowany na taśmie magnetofonowej archaiczny podkład rytmiczny wybijany w transowym pulsie na oldskulowym Casio – wypisz-wymaluj zaczerpnięty ze słynnego „Autobahn” Kraftwerku. Otaczają go ciepłe dźwięki przyjemnie buczących klawiszy, podszyte strzelistym tłem. W finale wszystko to zaczyna się rwać, niczym taśma wciągana w mechanizm magnetofonu. Podobne brzmienia pojawiają się również w rytmicznie szeleszczącym „Greencracked”, opartym na katarynkowej melodyjce „Merman Sound” czy flirtującym z filmową exoticą „64 Fire Damage”. Nagrania te urzekają staroświeckim klimatem wczesnych lat 70. – rozgrzanych wzmacniaczy lampowych, szeleszczących automatów perkusyjnych, rozwibrowanych dźwięków zakurzonych syntezatorów.

Drugie oblicze nowego brzmienia Isan odsłania utwór „Device”. Pozornie jest to statyczny ambient, ale kiedy się weń uważnie wsłuchać, do naszych uszu dochodzą retro-futurystyczne pląsy analogowych klawiszy, wykorzystywane w latach 50. i 60. przez BBC Radiophonic Workshop. I wtedy wszystko staje się jasne – toż to współczesne hauntology, bliskie nagraniom The Advisory Circle czy Belbury Poly z katalogu Ghost Box Music. Tak samo skonstruowane są następne kompozycje – „The Axle” i „Slums And Slowly”. Wypełniają je perliste tony zaszumionych syntezatorów, splatające się w nostalgiczne melodie o tajemniczym nastroju.

Są jednak na płycie i takie utwory, w których rozpoznajemy wcześniejsze dokonania duetu. To przede wszystkim osadzony na sprężystym bicie rodem z IDM bajkowo magiczny „Grisette”, ale również wpisany w ramy kosmicznych brzmień „Catgot” i pulsujący niemal hip-hopowym rytmem strzelisty „Dapperling”. Ale i tutaj – mimo wyraźniejszych struktur rytmicznych, klawiszowe pasaże mają bardziej oniryczny, po prostu staroświecki ton. Całość kończy się w podobnym stylu – rozbrzmiewającym wokalnym samplem kobiecego głosu wpisanym w strumień pastelowej elektroniki „Eastside”.

Nowy album Isan pokazuje, że wcale nie trzeba było radykalnych zmian, aby przywrócić dawnej emotronice nowy blask. Wystarczyła odrobina pomysłowości, a powstała wyjątkowo ciepła i subtelna muzyka.

www.morrmusic.com

www.myspace.com/morrmusic

www.isan.co.uk

www.myspace.com/isanmusic
Morr Music 2010

Warto posłuchać: Trifonic

Tym razem polecamy świetnie sprawdzający się nocną porą duet z San Francisco. Wchodzący w skład duetu Brian i Lawrence Trifon tworzą muzykę z pogranicza IDM-u, downtempo i post-rocka. Na swoim debiucie Emergence połamane bity zamknęli w klasycznie zbudowanych piosenkach wzbogaconych kobiecym wokalem i w większości przypadków podlanych soczystym basem.
Zdarza im się odpływać w stronę estetyki ambitnego elektronicznego popu, ale także (za sprawą wspomnianego już basu) w rejony dubstepowe. Wspólnym mianownikiem jest świetna produkcja całego albumu, niezależnie od tego czy Trifonic gra bardziej popowo czy post-rockowo (bo i takie momenty się zdarzają).
Oprócz wspomnianego debiutu, na swoim koncie mają dwie epki (Remergence i Growing Distance)oraz liczne ścieżki dźwiękowe do gier komputerowych czy filmów.

Poniżej najlepszy numer duetu, opatrzony całkiem niezłym teledyskiem Parks on Fire:

Finał Festiwalu: Prefuse 73 z polską orkiestrą!

Tegoroczna edycja Tauron Fsetiwalu Nowa Muzyka zakończy się mocnym akcentem – w Galerii Szyb Wilson wystąpi Prefuse 73 w towarzystwie tyskiej Aukso Orchestra! Projekt, który Scott Herren przygotował specjalnie na tę okazję, nosi nazwę: „The Predicate Compositions”: An exploration in orchestral and preparedelectro acoustic movements.

Dwa ekscytujące żywioły

Finał piątej edycji Festiwalu Tauron Nowa Muzyka to przede wszystkim niesamowite miejsce i niesamowite połaczenie dwóch muzycznych żywiołów. Galeria Szyb Wilson to od kilku lat jedno z najważniejszych miejsc na kulturowej mapie Śląska, słynące od lat z interesujących wystaw i niezapomnianych koncertów.

To właśnie w tym liczącym sobie 180 lat budynku przemysłowym gościły takie gwiazdy muzyki elektronicznej, jak DJ Krush (w czasie pamiętnej, pierwszej edycji naszego Festiwalu). ScheneiderTM, mistrzowie elektronicznej awangardy – duet Autechre, czy największa legenda techno, Jeff Mills. Decydując się na zorganizowanie tegorocznego finału w tych właśnie przestrzeniach, chcieliśmy aby śląska tradycja przemysłowa splotła się po raz kolejny z elektroniczną awangardą, dlatego też gościem specjalnym tego koncertu będzie nie kto inny, jak Guillermo Scott Herren.

Scott Herren

Artysta ten, działający już od 13 lat i kryjący się pod dziesiątkami pseudonimów nieustaje w poszukiwaniach, które prowadzą go od zimnej, sterylnej elektroniki, nagrywanej pod szyldem Delarosa & Ashora, poprzez minimalistyczne, rockowo – folkowe kompozycje Savath & Savalas, po cieszący się ogromnym uznaniem fanów ikrytyki IDM-owy hip-hop Prefuse 73 i mistrzowski jazz nagrywany pod fikcyjnym imieniem Ahmada Szabo.

Niezależnie od rodzaju wykonywanej muzyki, wszystkie dzieła Herena charakteryzują się wysokim stopniem komplikacji, rzadko poddają się odbiorcy w czasie pobieżnego przesłuchania, wystarczy jednak poświęcić im odrobinę skupienia, by odkryć, że jest to twórca obdarzony niesłychaną, muzyczną wyobraźnią, zdolny na przykład do ożywienia starych katalońskich pieśni i pokazania ich uroku słuchaczom wychowanym w zupełnie odmiennym środowisku muzycznym, jak również do rozpisania swoich doświadczeń z podróży do Japonii w zwarty koncept album, dzięki któremu możemy poznać stany psychiczne człowieka znajdującego się w zupełnie obcej kulturze.

Prefuse 73

Muzyka Herrena bywa przebojowa, zwłaszcza w odsłonie Prefuse 73, nigdy jednak nie narzuca się nachalnie odbiorcy,nie próbuje wymusić na nim określonych reakcji, nie gra na instynktach i przyzwyczajeniach, wręcz przeciwnie, za każdym razem stara się podążać w jak najmniej oczywistą stronę, uwodząc ciągle obecnym elementem zaskoczenia i niesamowitym talentem autora do pisania zapadających w ucho, efemerycznych melodii, których nie da się zanucić, ale o których nie da się również zapomnieć.

Orkiestra Aukso

To właśnie ta cecha twórczości Herrena skłoniła nas do zaproszenia na koncert finałowy jednej z najbardziej utytułowanych polskich orkiestr kameralnych – tyskiej Orkiestry Aukso, znanej ze współpracy z największymi rodzimymi jazzmanami – Leszkiem Możdżerem, Tomaszem Stańką czy Michałem Urbaniakiem oraz otwarcia na najciekawsze rodzaje awangardy we współczesnej muzyce poważnej, co prowokuje porównania z legendarnym Kronos Quartet.

Ich występ u boku Guilermo Scotta Herena to fascynujące spotkanie europejskiej tradycji kameralnej i najciekawszych pomysłów we współczesnej muzyce elektronicznej, połączenie precyzji, jakiej wymaga prowadzenie całej orkiestry ze sztuką spontanicznego improwizowania dźwięków i przekształcania ich na żywo przy pomocy rozbudowanej maszynerii.

Mamy nadzieję, że to niesamowite widowisko stanie się dla Was źródłem niezapomnianych przeżyć, pokazując w jak doskonały sposób mogą się przenikać całkowicie odmienne sposoby myślenia o muzyce i jak wspaniale brzmią tego typu dialogi kultur w miejscu symbolizującym tradycję ufundowaną na zupełnie innych zasadach.

Więcej o festiwalu:

Reboot – Shunyata


Choć oczywiście wielu „znawców” nowej elektroniki odtrąbiło śmierć minimalu, raz za razem pojawiają się płyty, które przeczą tej tezie. Jedną z nich jest debiutancki album młodego producenta z Frankfurtu – Franka Heinricha – opublikowany przez wytwórnię Luciano – Cadenzę.

Ukrywając się pod pseudonimem Reboot, niemiecki artysta zadebiutował trzy lata temu i od tamtego czasu powoli wspinał się na szczyt klubowego panteonu. Kolejne single publikowane przez takie firmy, jak Cocoon, Sei Es Drum czy Motivbank sprawiły, że Heinrich zaczął z powodzeniem występować zarówno na dużych festiwalach, jak i w modnych klubach, od Berlina po Ibizę. Przypieczętowaniem tej dobrej passy będzie na pewno „Shunyata” – bo to album znakomity.

Wstępem do właściwej części płyty, wprowadzającym słuchacza w odpowiedni klimat jest „Uruana” – etniczny jam, w którym energetyczne partie bębnów, dzwonków, grzechotek i wszelkiego rodzaju egzotycznych perkusjonalii układają się w transowy pochód o tribalowym pulsie. Dopiero potem Reboot przechodzi do wysublimowanego minimalu – cztery kolejne kompozycje układają się w jedną całość, połączoną wspólnym, miarowo wystukiwanym bitem.

W „Me Show” niemiecki producent przywołuje echa plemiennego grania – hipnotycznie tętniące conga ozdabiają oniryczny strumień gorącego dźwięku podbitego głębokim pochodem basu. „We Only Just” uzupełnia tę formułę o dodatkowe elementy – dobiegające z dalekiego tła afrykańskie zaśpiewy i ciepły pasaż subtelnych klawiszy. Bardziej oszczędne w brzmieniu są dwie następne kompozycje – „Dreilach” i „Save Me”. Pierwsza ma niezwykle dynamiczny charakter, o czym stanowi szybki podkład rytmiczny i nałożone nań matowe akordy klawiszy układające się w postrzępioną melodię. Drugi z nich to prawdziwy majstersztyk – Heinrich prowadzi w nim dwutorową narrację: z jednej strony konstruuje motoryczny bit wsparty industrialnymi efektami perkusyjnymi, a z drugiej – powoli wydobywa z tła chmurę dronowego dźwięku, zamieniając ją najpierw w głęboką partię klawiszy o płynnym tonie, a potem – w klawesynowy motyw w neoklasycznym stylu. Znakomite!

I wtedy następuje zaskakujący zwrot – niemiecki producent rezygnuje z minimalu i sięga po klasyczne w brzmieniu techno i house. Najpierw pojawia się tytułowa „Shunyata” o podobnej konstrukcji, co „Save Me”. Tu również mamy dwa plany – mocny podkład rytmiczny i zawieszone w tle niepokojące głosy, szumy, hałasy. Dla kontrastu „Hermano” to typowo euforyczne granie – seksowny house, doprawiony latynoskimi perkusjonaliami i jazzową wariacją piano, który na pewno będzie jednym z klubowych hiciorów nadchodzącego lata. A na uspokojenie majestatyczny „Down Pantha” – mechanicznie wystukiwany dub-house, kontrastujący zmysłową wokalizę z podwodnymi bulgotami, znajdującymi finał w niespodziewanym zawodzeniu portowej syreny.

Zanim zabrzmi ostatnie nagranie, Reboot wraca jeszcze raz do minimalu – i to w wyśmienitym stylu. Bo „Rambon” ma wyraźnie przemyślaną „koralikową” konstrukcję: na cykający bit pulsujący rwanymi akordami w stylu reggae nakładają się kolejne elementy – od ludzkich głosów, przez południowoamerykańskie śpiewy, po przysłaniający w końcówce całą resztę nagrania monumentalny pochód IDM-owych syntezatorów.

Jak płyta rozpoczynała się transowym etno, tak kończy się w podobnym stylu. Choć „Sanchez Says” wspiera się na spowolnionym podkładzie o breakowym metrum, to resztę nagrania wypełniają akustyczne dźwięki world music – plemiennych grzechotek, tęsknej harfy i afrykańskich śpiewów.

Frank Heinrich nie należy do producentów, którzy się spieszą – stawia na długie i rozbudowane kompozycje, pozwala im wybrzmieć w pełni, przez co buduje odrealniony klimat, hipnotyczny i niepokojący, ale też niezwykle intrygujący. Jego debiutancka płyta z pewnością będzie należeć do szczytowych osiągnięć współczesnego minimalu tego sezonu.

www.cadenzarecords.com

www.myspace.com/cadenzarecords

www.myspace.com/reboot
Cadenza 2010

iTAL tEK – Midnight Colour


Po pozytywnie przyjętym „cYCLICAL” z 2008 roku czas na kolejny longplay, czyli wyczekiwany już od jakiegoś czasu „Midnight Colour”, wydany oczywiście nakładem Planet Mu. Patrząc na ostatnich parę lat działalności tej wytwórni można zaobserwować tu tendencję do wystawiania dubstepu i jemu podobnych tworów jako swego rodzaju okrętu flagowego, lecz nie należy tego odczytywać jako zarzut – Planet Mu stawiając na takich artystów jak Vex’d, Boxcutter, Distance, Milanese czy właśnie iTAL tEK udowadnia, że będąc labelem ceniącym sobie zarówno eklektyzm, jak i wysoką jakość wydawanego materiału, zna się na rzeczy, a związek z dubstepem nie jest tu niczym przypadkowym. To tu przecież zostały wydane „Degenerate”, „Oneiric” czy „My Demons”, a szeroka koncepcyjnie twórczość iTAL tEKa raczej nie mogłaby znaleźć sobie lepszego promotora niż właśnie Planet Mu. Przejdźmy jednak do sedna sprawy, czyli do „Midnight Colour”.


„Midnight Colour” to album niewątpliwie zaskakujący swoją różnorodnością tematyczną, a w porównaniu do poprzednika również i klimatem, który uległ jakby lekkiemu złagodnieniu. O ile „cYCLICAL” można uznać za dość mroczny i surowy, o tyle „Midnight Colour” jawi się jako zbiór utworów o zabarwieniu zdecydowanie lżejszym i bardziej melodyjnym. Typowe dla dubstepu 140 BPM ustępuje tu miejsca na rzecz form bardziej frywolnych i eksperymentalnych, nieraz nacechowanych wyraźnymi wpływami glitchu (otwierający album powolny „Neon Arc” czy progresywny „Infinite”, wpadający w rytm r’n’b) czy bardziej futurystycznymi odmianami instrumentalnego rapu (rewelacyjny, energiczny „Babel”). Na tym jednak nie koniec, ponieważ przewijają się tu zarówno utwory inspirowane 2-stepem (kosmiczny „Heliopause”), jak i bliższe głębszej i wolniejszej odmianie techno (żywy „Moment in Blue” czy też subtelny „Restless Tundra”). Co ciekawe, jeśli by wykonać zestawienie procentowe zawartości albumu, to dubstepu w rozumieniu klasycznym jest tu stosunkowo mało, a nawet ta i tak niewielka część jest urozmaicona wariacjami na temat gatunku wyjściowego – mamy tu m.in. przywodzący na myśl dub-techno, głęboki „Strangelove VIP”, a z drugiej strony gęsto wyścielony syntetycznymi dźwiękami „Moon Bow”. Jednak mimo całej tej różnorodności, spójność albumu, o dziwo, wcale nie zostaje zatarta. iTAL tEK serwuje słuchaczom porcję świetnie wyważoną – z jednej strony zachwyca mnogość inspiracji, z drugiej zaś imponuje dźwiękowa harmonia i płynna zmiana klimatu między poszczególnymi utworów, które jako suma tworzą iście synergiczny efekt.
„Midnight Colour” to album barwny i różnorodny. Ci, którzy cenią sobie muzyczny mariaż interdyscyplinarny powinni być usatysfakcjonowani. Z kolei zawiedzeni mogą czuć się ci, którzy nastawiali się na kolejną dawkę mrocznego, szorstkiego dubstepu, jednak w przypadku tej płyty jeszcze dalsze wyjście iTAL tEKa poza hermetyczne ramy jednego gatunku skutkuje czymś naprawdę wartościowym, w żadnym stopniu nie umniejszającym mu jako jednej z ciekawszych postaci sceny dubstepowej.

Planet Mu, 2010

Październik będzie we Wrocławiu głośny

Wszystko za sprawą Synesthesia Festival, który zaskakuje listą zaproszonych wykonawców. Impreza ma się odbyć w dniach 22-24 października tego roku. Niejednego czeka więc ciężki wybór, ponieważ pokrywa się to z datą Unsound Festival w Krakowie.

Lineup festiwalu nie jest zbyt obszerny, ale za to przedstawia się dość imponująco. Wśród gwiazd znajdą się tacy artyści jak Luke Vibert, Hexstatic, Gus Gus, Fluxion czy Plaid.

Ideę tego wydarzenia można opisać jednym zdaniem jako: ” duża dawka dobrej muzyki i obrazu”. Organizatorzy obiecują oprócz wrażeń dźwiękowych, że dadzą odczuć uczestnikom imprezy również masę bodźców wzrokowych w postaci wizualizacji, tworzących wraz z muzyką spójną całość.

W programie znajdą się również: warsztaty DJ’skie i VJ’skie, jak i pokazy multimedialne czy projekcje filmów.

Organizatorzy póki co nie podają , ani ceny biletów, ani żadnych innych szczegółów. Jeśli jednak się one pojawią będziemy was informować na bieżąco.

Premiera „The Electric Mist” Metaforma w Encyklopedii Elektroniki!

W dzisiejszym, specjalnym wydaniu „Encyklopedii Elektroniki” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – zostanie wyemitowany didżejski set Metaforma oraz jego nowa płyta, „The Electric Mist”, która dziś ma swoją oficjalną premierę. „EE” jako pierwsza audycja w Polsce zaprezentuje ten materiał w całości pod oficjalnym patronatem Metaforma! Metaform naprawdę nazywa się Justice Aaron i jest Amerykaninem zamieszkałym w Tokio. Przed dwoma laty zadebiutował rewelacyjnym albumem „Standing On The Shoulders Of Giants”. Była to błyskotliwa sampleriada posiłkująca się dziedzictwem gigantów muzyki. Nie jakiegoś konkretnego gatunku, ale muzyki jako takiej. Żeby stanąć na ramionach olbrzymów, Justice spędził pięć lat w niemal całkowitym odosobnieniu. Album okazał się sukcesem na tyle dużym, że autor wyszedł z cienia i rozpoczął pracę nad drugą płytą, której premiera wypada dzisiaj. I właśnie dzisiaj, punktualnie o północy w Szczecin.FM – Metaform w 20-minutowym secie didżejskim oraz z nową płytą „The Electric Mist”. Tylko w „Encyklopedii Elektroniki”!

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)
* Internet: Szczecin.FM
* Blog: http://szczecin.fm/Audycja
* Facebook: http://www.facebook.com/encyklopedia.elektroniki

Set Amona Tobina za darmo

W ramach działań promocyjnych przed wydaniem nowego albumu Brazylijczyk rozkręca swoją listę mailingową. Pierwszym z prezentów przygotowanych przez Tobina jest jego set z 2009 roku, który można bezpłatnie pobrać zapisując się do newslettera na stronie amontobin.com

Koncert miał miejsce w Seattle, a nagranie pochodzi z konsoli dźwiękowców.
W skład setu wszedł m.in. utwór Sweden zapowiadający drugi album projektu Two Fingers

Wkrótce amonowa lista ma nam dostarczyć więcej niepublikowanych nagrań artysty.

Nowa komplilacja od WEF

Unknown points – taki tytuł ma nowa kompilacja przygotowana przez artystów tworzących w ramach Warsaw Electronic Festival. Zapraszamy do odsłuchu! Na składance usłyszymy m.in: Pleqa, Michała Wolskiego, Menesa, Capitana Commodorea. Skrzy się na niej idm, glitch, nie brakuje też ambientowych brzmień. Tytuł płyty nawiązuje do ciągle nieodkrytych dźwięków, które twórcy z powodzeniem eksplorują.

Odsłuchać ją można on-line, dzięki playerowi, który działa pod tym odnośnikiem.

W wersji fizycznej płytę będzie można zdobyć na najważniejszych eventach organizowanych przez WEF, całkowicie za darmo. Pierwsza okazja na zdobycie Unknown Points już od środy, podczas main eventu WEFu! Przypominamy, ze wśród 40 artystów którzy się tam zaprezentują jest duet ISAN!

A oto program:

Więcej informacji: www.wef.pl

Gonjasufi zagra na Tauron Festiwalu Nowa Muzyka!

Tak jak obiecaliśmy – to nie koniec niespodzianek, jakie przygotowaliśmy dla Was w ramach piątej edycji Tauron Festiwalu Nowa Muzyka. Kolejną potwierdzoną gwiazdą, która w sierpniu wystąpi w Katowicach, jest Gonjasufi. Kompozytor, poeta, piosenkarz, raper, DJ, nauczyciel yogi i posiadacz imponujących dredów. Mieszka na pustyni Mojave pod Las Vegas, jest zdeklarowanym wyznawcą sufizmu (mistycznego nurtu islamu) i nałogowcem po odwyku. Ale to tylko niektóre z licznych przymiotów Sumacha Ecksa, bo tak naprawdę nazywa się Gonjasufi.

Obecnie znany jest on przede wszystkim jako pierwszorzędny muzyk i nadzieja wytwórni Warp Records. Podczas koncertu Gonjasufi festiwalowy namiot z pewnością zadrży w posadach!

Three Trapped Tigers

Line-up uzupełnia trio Three Trapped Tigers w składzie Tom Rogerson (fortepian, klawisze, wokal), Matt Calvert (gitara, syntezatory, elektronika) i Adam Betts (perkusja). Ten młody, porównywany do Battles i Squarepushera zespół pochodzi z Londynu i ma na koncie trzy znakomicie przyjęte epki.

Pomimo niewielkiego dorobku płytowego i małego doświadczenia, grupa została szybko zauważona i doceniona – jej trzeci w karierze występ miał miejsce na prestiżowym Reading Festival. Dokonania Three Trapped Tigers oscylują wokół eksperymentalnej elektroniki i muzyki rockowej, gdzie jazgotliwe gitary i wyraziste bębny towarzyszą przestrzennym syntezatorom i ambientowym plamom. W Katowicach grupa zaprezentuje niezwykły występ, który będzie zmasowanym atakiem na zmysły.

Znamy pierwszych wykonawców FFF10

Do października jeszcze dużo czasu (i festiwali), ale organizatorzy Free Form Festivalu ogłosili już pierwsze gwiazdy: DJa Krusha i Goldfrapp! Warszawski Koneser, jak co roku, przez dwa dni, będzie miejscem występów niebanalnych wykonawców z pogranicza muzyki elektronicznej i nie tylko. Przez pięć dotychczasowych edycji festiwalowi udało się wypracować swoją markę, a to za sprawą artystów, którzy na nim występowali m.in: The Herbaliser, Hexstatic, Koop, Birdy Nam Nam, The Orb, Télépopmusik, Hooverphonic, Coldcut…

Otwierając przygotowania do kolejnej edycji zapewniono występ legendy instrumentalnego hip-hopu z Japonii, Dja Krusha. Kilkukrotnie gościł w naszym kraju, (m.in: na Festiwalu Nowa Muzyka) jednak październikowy występ będzie jego pierwszym w stolicy.

Do Krusha dołącza Goldfrapp – brytyjski duet, z piękną Alison na czele, który w tym roku wydał oczekiwany album „Head First”. Jak został przyjęty? Czytaj w recenzji Ani Kozłowskiej.

A już niebawem, 25 lipca, w warszawskim Palladium, w ramach rozgrzewki przed festiwalem wystąpi zespół Cut Copy. Ceny biletów: 90 zł; 100 zł od 1 lipca; 110 zł w dniu koncertu.

Organizatorzy wysoko ustawili sobie poprzeczkę w pierwszej kolejności ogłaszając topowych wykonawców. Czy utrzymają tą tendencje?

Metaform – The Electric Mist


Pierwszy album Justice’a Aarona (Metaform), wydany przed dwoma laty „Standing on the Shoulders of Giants”, stanowił błyskotliwą sampleriadę posiłkującą się z dziedzictwem gigantów muzyki. Nie jakiegoś konkretnego gatunku, ale muzyki jako takiej. Żeby stanąć na ramionach olbrzymów, Justice spędził pięć lat w niemal całkowitym odosobnieniu.

Album okazał się sukcesem na tyle dużym, że autor wyszedł z cienia i najpierw wypłuścił kapitalny darmowy mash-up „Medicinal Purpose Mixtape Vol. 1”, a następnie epkę „The OCD EP”, która – oprócz hip-hopowych kawałków – zawierała także utwór „Candy” ukazujący zupełnie inne oblicze Metaforma, którego śpiew został przepuszczony przez efekt auto-tune. Zapowiedź nowego kierunku wisiała w powietrzu niczym mgła nad miastem z okładki „The Electric Mist”.







W istocie, druga płyta amerykańskiego producenta ukazuje go z innej strony. „The Electric Mist” nie jest próbą zdyskontowania sukcesu debiutu, lecz efektem poszukiwań nowych środków ekspresji. Trudno zatem zawyrokować, czy jest to pozyja skierowana do fanów „Standing On The Shoulders Of Giants”. Jeżeli oczekiwania idą w stronę powtórki z jedynki, to dwójka z pewnością będzie rozczarowaniem. Nie brak tu oczywiście nowoczesnych elektronicznych beatów („Pop The Trunk” czy „It’s Gotta Be” bazujący na samplach z Niny Simone), upalonego abstract hip-hopu („Introversion”), melancholijnego drum’n’bassu (nieco Burialowy „OCD”), a nawet ambientowej miniatury („The Machine Approaches”) i rapowej nawijki („Premonition 2010” z udziałem Azeema). Ale blisko połowa płyty to właśnie utwory w stylu wspomnianego „Candy” – zelektronizowane ballady rozpisane na bębny, basy, gitary i syntezatory. Do tego wszystkiego Metaform zdecydował się śpiewać i całkiem nieźle mu to wyszło – najlepiej wtedy, gdy jego wokal jest wolny od auto-tune’a, jak np. w „My Love” (swoją drogą – tak znakomitego utworu Junior Boys nie mieli od lat), a także w „Door Number One” (kapitalny folk-hop na tropach Bibio) i częściowo w „Secretly Alone”.

Wolta stylistyczna, jaką zaserwował Justice Aaron, nie powinna dziwić biorąc pod uwagę muzyczne wykształcenie i erudycję Metaforma (nie wspominając o pseudonimie). Nie tłumaczyłbym tej zmiany jakąś źle pojętą komercjalizacją, bo nie ma tutaj nawet miligrama dubstepu (tak tak, to mała złośliwość z mojej strony); raczej wewnętrznym brakiem ograniczeń i impulsem do ciągłego kombinowania. Nie porównując, ale stosując analogię – Davidowi Bowie nikt nie zarzucał częstego zrzucania skóry. Ba, dla wielu jest to wręcz atut. Metaform może nie jest Bowiem, ale i jemu do twarzy w nowych szatach.
Just Records, 2010

Robert Hood – Omega


Robert Hood obejrzał film „Omega Man” Borisa Sagala jako dziecko w 1971 roku. Ekranizacja mrocznej powieści Richarda Mathesona „I Am A Legend” z Charltonem Hestonem w roli głównej zrobiła na nim ogromne wrażenie. A szczególnie ostatnia scena – kiedy główny bohater oddaje swe życie za innych, umierając w pozie ukrzyżowanego Chrystusa. Fabuła filmu, skoncentrowana wokół dramatycznej walki o przetrwanie ludzkości po wojnie biologicznej między Chinami a ZSRR, po latach wydała się detroitowemu producentowi metaforyczna. „Jeśli nie zauważymy ukrytych znaków, skończymy w podobny sposób. Żyjemy w społeczeństwie, które tylko konsumuje. Wyłącznie bierzemy. Nie potrafimy dawać”. Apokaliptyczna wizja końca cywilizacji skojarzyła się też Hoodowi z rodzimym miastem. „Kiedy wjedziesz na przedmieścia Motor City w nocy, gdy ludzie powracający z pracy, są już w domach, ujrzysz wymarłą metropolię. Po ulicach krążą jedynie ci, którzy zarazili się wirusem kokainy, wyglądający jak zombie. Detroit to widzialny znak tego, co ma nadejść w przyszłości”.

Nawiedzany tymi wizjami, amerykański producent postanowił dać im ujście w muzyce. Tak powstała „Omega”, która nie jest nowym soundtrackiem do filmu Sagala, ale concept-albumem zainspirowanym zawartym w nim przesłaniem.

I faktycznie – płyta zaczyna się od kobiecego monologu, wprowadzającego słuchacza w nastrój opowieści („Alpha – The Beginning”). A potem rozbrzmiewa ilustracyjny „The Plague (Cleansing Maneuvres)” – lodowaty gąszcz kłujących akordów podszyty miarowym pochodem tajemniczo kumkających klawiszy.

Właściwą część albumu otwiera dopiero „Towns That Disappeared Completely”. To halucynogenne techno o mantrowym pulsie, w którym cykające efekty rodem z klasyki EBM nakładają się na wijący się w tle strumień niepokojącego szumu. Znana już z singla „Alpha” jawi się niczym ukłon Hooda w stronę ciężkich brzmień z Berghain. Nagranie składa się bowiem prawie wyłącznie z dudniącego bitu o tektonicznej sile i oplatających go rytmicznych efektów. Wszystko to jednak ułożone z matematyczna precyzją, wywołującą eksplozję surowej energii.

W „Think Fast” i „The Family Watches” detroitowy producent daje popis swej maestrii w cięciu mikro-sampli i splataniu ich w mikro-loopy. Mocny puls techno jest tu bowiem tylko szkieletem, na który Hood nanizuje kolejne elementy składowe utworów, zamieniając je w przestrzenne rzeźby o abstrakcyjnym charakterze. Wrażenie – imponujące!

W tym towarzystwie, nawet te prostsze nagrania, jak „The Workers Of Iniquity” czy „Are You God?” wypadają intrygująco. Wydaje się, że amerykański producent posiadł jakąś niedostępną innym wiedzę, pozwalająca mu z zaledwie z dwóch – trzech sekwencji złożyć efektowną i klimatyczną całość. Kiedy sięga po sprawdzone wcześniej pomysły – zestawia je z nowymi, niesłyszany jeszcze dźwiękami, w efekcie czego cała kompozycja nabiera świeżego tonu („War In The Streets”).

W finale Hood wraca do swych najwcześniejszych produkcji – z „Minimal Nation” na czele. Trzy ostatnie nagrania, a szczególnie zamykająca całość „Omega (End Times)”, uderzają z wyjątkową mocą. Ciężkie bity bezlitośnie odmierzają czas, żrące loopy tworzą apokaliptyczny krajobraz dźwiękowy, a zimne akordy sonicznych klawiszy zatapiają cała wizję w błyskach elektrycznych wyładowań. Świat umiera – gdzie szukać ratunku?

Oczywiście Hood nie unika odpowiedzi na to pytanie – nieprzypadkowo pierwsza i ostatnia kompozycja na płycie to „Alpha” i „Omega”. „Film można potraktować jako akt wiary. Prawie wszyscy są martwi. Pomimo tych przeciwności losu jest jednak nadzieja. Człowiek musi okazać skruchę. I spojrzeć na Boga”.

www.mplantmusic.com
M-Plant 2010

Xenia Beliayeva – Ever Since


Ta młoda producenta z Moskwy zasłynęła dzięki swym dwunastocalówkom wydawanym w drugiej połowie minionej dekady przez Datapunk – najpierw „Ultra Glamour”, a potem „Hellraiser” i „Music”. Jej twórczość idealnie pasowała bowiem do brzmienia płyt firmowanych logiem wytwórni Anthony`ego Rothera. Tym większe zaskoczenie, że trzy lata temu drogi obu stron rozeszły się. Xenia Beliayeva nie zrezygnowała jednak ze swego charakterystycznego brzmienia. Świadectwem tego jej długo oczekiwany debiutancki album opublikowany przez inną berlińską tłocznię – Shitkatapult.

Dwa pierwsze nagrania z zestawu od razu definiują klimat płyty. „Ever Since” i „Mind Damage” zgrabnie łączą rytmikę techno ze zbasowanymi akordami klawiszy w stylu electro. Pierwszy utwór ma jednak bardziej noworomantyczne melodykę, a tworzy ją nie tylko mroczna partia brzęczących syntezatorów, ale również przejmujący śpiew Beliayevej. Druga z kompozycji daje większego kopa – jej gęste brzmienie, niesione przez krzyżujące się pasaże warczących klawiszy i mroczny wokal, przywołuje wspomnienie słynnego hymnu EBM – „Headhunter” belgijskiego tria Front 242.

Oddech od tej ciężkiej jazdy wnosi na płytę „New Day”. To ciekawa hybryda piosenkowego downtempo – bo wpisana w nastrojowe brzmienia rodem z nowofalowego electro. Beliayeva świetnie odnajduje się jednak w takiej klimatycznej konwencji, śpiewając tym razem bardziej zmysłowym głosem. W efekcie powstaje utwór, który z powodzeniem mógłby powojować na alternatywnych listach przebojów.

„Know Me” miażdży twardym bitem i walcowatym basem, jakby rosyjska producentka chciała gwałtownie nadrobić wcześniejsze zwolnienie tempa. Niepokojącą atmosferę kompozycji tworzy sprawdzony chwyt – rozedgrane klawisze puszczone od tyłu. Bardziej romantycznie wypada „Secrets And Spies”. Bo choć i ten utwór pulsuje w masywnym rytmie techno, to zimną melorecytację Beliayevej podszywa tu chwytający za serce motyw klawiszowy, zapewne celowo nawiązujący do słynnego nagrania OMD – „Enola Gay”.

„Cry To” zaskakuje zmianą nastroju: wolny i ciężki bit stanowi tu podstawę dla ponuro falującego basu, zza którego dochodzi nasączony egzystencjalną rozpaczą głos Beliayevej. Producentka tak prowadzi narrację utworu, że w finale zostają tylko dźwięki elegijnego fortepianu niosące jej śpiewaną skargę. Czyżby tak miała brzmieć odpowiedź artystki na „Love Will Tear Us Apart” Joy Division?

Finał przynosi jednak powrót do bardziej energetycznej muzyki. W przebojowym „DNA” Beliayevej towarzyszy sama Miss Kittin. Pomysłowy dwugłos wokalistek osadzony na połamanym rytmie electro uzupełniają miarowe uderzenia głębokiego basu i lodowate partie klawiszy rodem z klasyki minimal wave. Po prostu stylistyczne cacko.

Podobnie można zresztą określić ostatnie nagranie z płyty. „Satelite” to nostalgiczny synth-pop, który dzięki wdzięcznemu połączeniu syntetycznego brzmienia z urokliwą wokalizą, można ze względu na pewne podobieństwa melodyczne z powodzeniem postawić obok klasycznego „Polaroid/Roman/Photo” duetu Ruth z 1985 roku.

„Ever Since” spodoba się nie tylko tym, którzy lubią ejtisowe reminiscencje we współczesnej elektronice. Nagrania rosyjskiej producentki mają bowiem potężną energię i świetne melodie – a to sprawdzi się na każdym parkiecie.

www.shitkatapult.com

www.myspace.com/shitkatapult

www.xenbel.net

www.myspace.com/xeniabeliayeva
Shitkatapult 2010

Warto posłuchać: Class Actress

Brooklyn dzielnie pracuje na renomę kolebki nowojorskiego electro popu. Nie ważne jak to robi, ważne, iż robi to skutecznie i regularnie, z pożytkiem dla poszukujących słuchaczy. Co raz podrzuca nowe tytuły, a wśród nich Hercules & Love Affair, Golden Filter, Sleigh Bells, a ostatnio Class Actress. Class Actress to trio, w skład którego wchodzi odpowiadająca za wokal i teksty Elizabeth Harper oraz zajmujący się produkcją Scott Rosenthal i Mark Richardson. Znaki szczególne: delikatny eteryczny wokal Elizabeth, synthowe kompilacje z lat 80-tych oraz różnorodność w interpretacji tematu retro disco. Jak sami określają, to tak, jakby wczesna Madonna spotkała Depeche Mode w jakiejś knajpie i nagle wszyscy zapaliliby chęcią współpracy.

Mają na koncie pierwszą epkę ‘Journal of Ardency’, wydaną w lutym tego roku w Terrible Records. Dwa z pośród wydanych utworów zasługują na miano singli. Wyraźnie electro-popowy ‘Juournal of Ardency’ oraz ‘Let me take you out’, który dzięki progresywnej gitarze przypomina dokonania The Smiths. A to wszystko okraszone romantycznymi tekstami, ‘Careful what you say, oh dear, it’s too late now, you’ve broken my heart’.

Płytę słucha się przyjemnie, a co ważniejsze nie nudzi się. Zapewne jest to zasługa różnorodności użytych aranżacji, które zaskakują komplementarnością. Polecamy!