Function – Existenz
Paweł Gzyl:

Opus magnum Dave’a Sumnera.

Bella Boo – Once Upon a Passion
Jarek Szczęsny:

Z półprzymkniętymi oczami.

Shed – Oderbruch
Paweł Gzyl:

Szperając w zbiorowej pamięci.

KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.

Sarin – Moral Cleansing
Paweł Gzyl:

EBM wyszlifowany na najwyższy połysk.

Mary Komasa – Disarm
Przemysław Solski:

Rozbrójmy się.



Archive for Listopad, 2019

Roots Manuva meets Wrongtom – Duppy Writer

Raper, producent. Jeden z wielkich. Uważany za prekursora gatunku grime. Związany z wytwórnią Ninja Tune, współpracował z wieloma jej gwiazdami –The Cinematic Orchestra, Amon Tobin, The Herbaliser. Przez długi czas głos legendarnego duetu Coldcut. Na swoim koncie ma siedem solowych płyt. Błysnął także w utworze ‘All Alone’ kolektywu Gorillaz. Cieszący się reputacją artysty wszechstronnego, bez parcia na szkło, który konsekwentnie realizuje wyznaczone sobie cele utrzymując wyrównany poziom na swoich albumach. I, czego trudno nie zauważyć, świetnie się przy tym bawiący. Rootsy Manuva – artysta, z którego twórczością mogliście się już spotkać nawet o tym nie wiedząc.

Ciepły trzask płyty winylowej, jamajski słoneczny motyw kołyszącej się gitary ograniczony do paru powtarzających się taktów i głęboki tembr głosu. Opis ‘Butterfly Crab Walk’ mógłby posłużyć właściwie za charakterystykę całego albumu. Nowa pozycja w jego studyjnej dyskografii może być sporym zaskoczeniem, bo choć oprawa dźwiękowa prawie w całości inspirowana brzmieniami reggae jest niezaprzeczalną nowością, to znajome teksty i linie wokalne każą przypuszczać, iż możemy mieć do czynienia z remixami.
I tak w dobrze już znane utwory, pochodzące z obszernego katalogu Roots Manuva, za pośrednictwem londyńskiego producenta Wrongtoma tchnięty został nowy duch. A uściślając – duch muzyki Boba Marleya. ‘Chin High’ odznaczający się w oryginale agresywną, wręcz industrialną partią perkusji po gruntownej przebudowie zyskał nowe nazwisko – ‘Chin Up’, i przede wszystkim sporą dawkę pogodnej atmosfery, której na próżno szukać w ponurym pierwowzorze. Zaś przegadany gangsterski ‘This World Is Mine’ przechrzczony na ‘Worl A Mine’ zmienił się nie do poznania – w jamajskich, przydymionych rytmach z funkową partią dętą w tle jest jednym z mocniejszych akcentów na albumie.

Na zawartość ‘Duppy Writer’ składa się zbieranina odrzutów, mniej popularnych utworów, ale też i szlagierów znanych z najlepszych albumów Roots Manuva. Zbiór remixów w rytmach dub okazuje się bardzo trafionym sposobem na przedłużenie życia niektórych z nich i rezurekcję co bardziej zapomnianych.

DJ Wrongtom dopisał nowy rozdział do twórczości kolegi po fachu. Wydawać by się mogło, że nie wnosi tym nic nowego do dorobku Manuvy – nic bardziej mylnego. Wydawnictwo to można śmiało traktować jako pełnoprawną studyjną pozycję będącą źródłem wielu świeżych, kojących rytmów.

Big Dada | 06.09.2010

3/5

The Orb featuring David Gilmour – Metallic Spheres


Kiedy 18 sierpnia David Gilmour opublikował news na temat gościnnego udziału na nowym albumie The Orb, jakoś nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Pomyślałem, że to nie może się udać, albo legenda prog rocka zje gospodarzy na wejściu, albo studio nagraniowe zamieni się w pole bitwy, wydając na świat pseudo-progresywny bełkot, powstały na drodze pojedynku mistrzów. Nastał październik i wszystkie moje wątpliwości zostały rozwiane – „Metallic Spheres” to nie hałaśliwa kłótnia, a muzyczny dialog, który wciąga niczym dobrze znany film, w którym po latach wciąż odkrywamy coś nowego.

„Metallic Spheres” to album podzielony na dwie, oddziałujące na siebie połowy – „Metallic Side” oraz „Spheres Side”. Obie mieszczą w sobie kilka oddzielnych, a zarazem przenikających się utworów, które aranżują wspólnie Gilmour i Orbsi. Jak zatem wygląda to w praktyce? Ano, tak jak można to sobie najłatwiej wyobrazić. Podczas gdy David Gilmour swobodnie bawi się dźwiękiem gitary, wysuwając się na przód, The Orb wypełniają przestrzeń swym refleksyjnym ambientem aż po same brzegi, razem rysując przed słuchaczem doskonale znane nam światy, które nabierają tym razem całkowicie odmiennego wymiaru…

Pierwsze minuty „Metallic Spheres” wprowadzają nas w niepokojący nastrój. Dark ambientowy szum i kosmiczne pady przelatujące nad ziemią, powoli wywołują ducha zamkniętego w brzmieniu tak rozpoznawalnej, floydowskiej gitary, której improwizacje subtelnie przypływają wraz z elektronicznym arsenałem Patersona i Fehlmanna. Delikatność jest bezsprzecznie największą z sił ich kolaboracyjnej muzyki. Przypadkowe uderzenia w klawisze klawiatury, chilloutowa rytmika i ten atmosferyczny, w pełni progresywny styl, tak doskonale znany z poprzednich dokonań The Orb i legendarnych albumów Pink Floyd, z pewnością przekona do siebie nie tylko sympatyków improwizacji spod znaku elektronicznego rocka Tangerine Dream czy kosmicznego New Age w stylu albumu „Aero” Jean-Michael Jarrea.


„Metallic Side” to najczęściej sugestywny field recording obleczony w astralny płaszcz, który w parze z porcelanowym brzmieniem gitary Gilmoura, stanowi jeden z najbardziej zachwycających kolorów na tęczowym instrumentarium tej płyty. Hipnotyczny techno beat stopniowo pogrąża nas w transie, a muzyka zaczyna brzmieć jak ścieżka dźwiękowa do psychodelicznej podróży w głąb czasoprzestrzeni, która zagina się wraz z pierwszą sekundą „Spheres Side”. W przeciwieństwie do pierwszej części, druga stawia bowiem mocny akcent na pracę gitary, czyniąc muzykę bardziej epicką i żywą. Etniczne perkusjonalia wybijają plemienny rytm, anielskie chóry snują się pośród głosu Gilmoura, śpiewającego pacyfistyczne hasła i ostatecznie przykrywane są przez grubą warstwę czarnego dubu. W połowie kompozycji możemy również odnaleźć wyraźne inspiracje estetyką psybient, znaną chociażby z albumów brytyjskiej formacji Shpongle. Całość kończy euforyczny power perkusji w stylu Nicka Masona i zaskakujący finał w postaci.. mini-symfonii na smyczki i wiolonczelę, które w podniosłym tonie kończą dźwiękowy monument The Orb i Davida Gilmoura.

„Metallic Spheres” to wydawnictwo, które nie zdarza się zbyt często. Można by zaryzykować stwierdzenie, iż dzięki takim płytom, pokolenia uczą się od siebie nawzajem. Być może wielu młodych wyznawców elektronicznej alternatywy, właśnie dzięki gitarowym pląsom dziadka Gilmoura, grającego na tle ambientu ich ulubieńców z The Orb, sięgnie po albumy Pink Floyd. I srogo zawiedzie się ten, kto będzie szukał na „Metallic Spheres” chwytliwych melodii, pogrupowanych w radiowe trzyminutówki. Album do łatwostrawnych nie należy, ale czy kiedykolwiek w przypadku wyżej opisywanych muzyków było inaczej? Progres, progres i jeszcze raz progres!
Sony, 2010

Fenin w Polsce

W piątek 10 i w sobotę 11 grudnia berliński producent dub-techno Fenin odwiedzi Polskę, aby zagrać we wrocławskim klubie Lulu Belle Cafe i w krakowskim klubie Zasięg. Oba występy Larsa Fenina będą promowały jego nowy album – „Mixes And Maxis” – zawierający unikalne nagrania i remiksy z wcześniejszych wydawnictw artysty.
Berliński producent jest jednym z prekursorów łączenia dubu z techno i innymi klubowymi gatunkami. Zainspirowany dokonaniami Basic Channel, już od dziesięciu lat współpracuje z wytwórnią Shitkatapult, wydając jednak również dla Echocord, Meteosound czy Textone. Prowadzi także własną firmę – Deck.

Fenin ma na swym koncie współpracę z najpopularniejszymi jamajskimi wokalistami reggae, rezydującymi w Berlinie – Tikimanem i Gorbim. Współpracował również z innymi producentami dub-techno – Deadbeatem i Danielem Meteo. Jego występy gromadzą zarówno fanów różnych odmian dubu, jak również klubową publiczność lubiącą techno i house.

Seph – Alquimia


Działający pod pseudonimem Seph argentyński producent Sebastian Galante należy do drugiego pokolenia latynoskich twórców tanecznej elektroniki, które debiutowało w połowie minionej dekady. Nagrywając dużo, ale dla małych wytworni, artysta powoli torował sobie drogę do światowych klubów. Dopiero współpraca z berlińską firmą Dumb-Unit, założoną przez kanadyjskiego producenta, Jeremy P. Caulfielda, podjęta w 2008 roku, sprawiła, że Galante zadomowił się w Europie. W ciągu ostatnich dwóch lat wyrobił sobie opinię specjalisty od mrocznego minimalu. Jej potwierdzeniem jest debiutancki album Sepha – „Alquimia”.

To starannie przemyślana i dopracowana płyta, która przynosi dziesięć premierowych nagrań, rozmieszczonych w symetryczny sposób. Oto bowiem jej początek i zakończenie stanowią dwie kompozycje o ambientowym charakterze – „Lemon Hideout” i „El Arroyo Del Elfo”. Łączą one przysłowiowy ogień z wodą – zimne pasaże laboratoryjnych syntezatorów z gorącymi dźwiękami egzotycznych perkusjonaliów.

Klamra ta spina resztę nagrań, rozlokowanych w dwu kręgach skupionych wokół usytuowanego w centrum „Vodkrens”. Ten kulminacyjny utwór to masywny dubstep, którego główny wątek stanowi wolno kroczący pochód niepokojących klawiszy – rodem z jakiegoś staroświeckiego thrillera. Wokół niego skupia się reszta elementów kompozycji: od psychodelicznej solówki na syntetycznym flecie, po zdeformowane szepty, trzaski i zgrzyty o horrorowej proweniencji.

Pierwszy krąg tworzą nagrania najbardziej oddalone od „Vodkrens”. Mają one wyjątkowo erotyczny charakter – Galante wie, jak głębokie pokłady zmysłowości tkwią w minimalu i potrafi tę wiedzę wykorzystać. „Alquimia”, „361 Grados” i „Runas” pulsują hipnotycznymi bitami i głębokimi liniami basu, niosąc wibrujące akordy perlistych klawiszy, melodyjne kaskady egzotycznych dzwonków i wpisane weń szepty tajemniczej kobiety.

Wszystko to zatopione jest w gąszczu klikających i stukających efektów o glitchowym rodowodzie. W efekcie powstaje zawiesiste brzmienie o dusznym i parnym klimacie, idealnie odpowiadające atmosferze amazońskiej dżungli.

Z drugiej strony „Vodkrens” podobny zestaw tworzą tylko dwie kompozycje – „Casualidad” i „Log 2”. Pierwsza z nich to energetyczny tech-house, wpisujący przetworzony głos dziewczyny w kaskadę swobodnie opadających akordów organicznych klawiszy. Drugi z utworów wyłania się z bulgoczącej magmy mikrodźwięków – i wiedzie do hipnotycznych breaków podszytych loopem ukręconym z odgłosów cicho szemrzącego strumienia. I tutaj znów mamy do czynienia z gęstym brzmieniem – choć podanym w nieco jaśniejszej tonacji.

I wreszcie utwory sąsiadujące bezpośrednio z „Vodkrens” – „Cerezas” i „Esmeraldas”. Argentyński producent sięga w nich po sprężysty bit twardego techno – w pierwszym przypadku otacza go krystalicznie czystymi tonami zimnych syntezatorów, a w drugim – falującymi blachami o przemysłowym brzmieniu. Oba nagrania kończą się jednak w zaskakujący sposób – tonąc w organicznych dźwiękach jazzowego wibrafonu. Mrok przechodzi w światłość, chłód – w ciepło, zmysłowość – w uduchowienie.

Choć większość materiału na „Alquimi” pozostaje w kręgu minimalu, jego twórca śmiało wpisuje w tę estetykę elementy innych gatunków – dubstepu, breakbeatu, techno i house`u. Wszystko to stapia się w jedną całość – błyszczącą blaskiem szlachetnego kruszcu.

www.dumb-unit.com

www.myspace.com/sephmusic
Dumb Unit 2010

Junip

José González realizuje swe nastoletnie marzenia. Mistrz akustycznej neofolkowej nostalgii swój nowy album nagrał z grupą Junip. Krążek Szwedów zatytułowany „Fields” to psychodeliczno-folkowy klasyk dla fanów Simon & Garfunkel, Kings Of Convenience, Stereolab czy Badly Drawn Boy. W ostatnich latach Jose González zdobył zasłużoną sławę jako artysta solowy – najpierw podbijając listy przebojów własną wersją piosenki The Knife „Heartbeats”, nastepnie zyskując uznanie krytyki albumami „Veneer” i „In Our Nature”. Pierwszy z nich dotarł nawet na 7-me miejsce brytyjskiej listy sprzedaży. Mało kto wiedział, że od 1998 roku skromny Szwed o argentyńskich korzeniach występuje też w formacji Junip.

Oprócz niego zespół tworzą Tobias Winterkorn (klawisze) i Elias Araya (bębny), z którymi przed laty zaczynał muzykowanie w grupach punkowych. Po dwóch EP-kach firmowanych tą nazwą przyszedł czas na pełnoprawny debiutancki krążek formacji z Göteborga.

Znakiem rozpoznawczym grupy jest oczywiście świetny wokal Jose, lecz retro klawisze i zmyślne gitarowe powtórzenia otwierają dla jego głosu inną przestrzeń. „Fields” to wciąż ładne piosenki, tyle, że zamiast pełnych nostalgii akustyczno folkowych obrazków , dostajemy nie mniej czarowne relaksacyjne mantry w stylu easy listening.

Dystrybucją płyty w Polsce zajmuje się Sound Improvement. Premiera odbyła się 15 października.

Jazzpospolita – Almost Splendid



Najpierw smakowity cytat: „Jeden z najciekawszych debiutów polskiej sceny okołojazzowej ostatnich lat. Jazzpospolita to świetna fuzja jazzowej tradycji i post-rockowej nowoczesności. Znakomity warsztat, melodyczna wyobraźnia, doskonała znajomość współczesnego muzycznego języka – to wszystko sprawia, że warszawski kwartet można uznać za kontynuatorów świetnej tradycji polskiej alternatywy jazzowej”.
Cóż, PR to PR, choć – szczerze mówiąc – chciałoby się od razu w tym przypadku dodać do „PR” przymiotnik „warszawski”. Ale pal licho geograficzne stereotypy – Jazzpospolita , owszem, kompleksów nie ma, ale tacy ludzie zdarzają się przecież wszędzie. Cytat pochodzi z eleganckiej strony zespołu, oprócz niego są na niej też ekstatyczne blurby, całość wieńczy zaś wyfiokowane zdjęcie składu na jakimś (warszawskim) dachu, wyraźnie sesyjne, ogólnie rzecz biorąc wszystko wygląda więc – parafrazując internetowego klasyka z Illinois – pięknie.
Nieco gorzej z samą muzyką. Co do „najciekawszego debiutu ostatnich lat” – w pewnym sensie to i racja, ale dlatego, że niewiele „okołojazzowch” debiutów w ogóle w „ostatnich latach” było. Sprytne retoryczne posunięcie, bo większość porządnych rzeczy nie skierowanych do jazzowych purystów to wciąż w Polsce zdecydowanie nie debiuty (zresztą – „prawdziwego” jazzu rzecz również dotyczy), a kontynuacje i odpryski starszych projektów (ostatni Boxx, Pink Freud i okolice, nieistniejący Robotobibok z doskonałym sequelem w postaci Mikrokolektywu, „Secret Sister” Ścianki, wszystkie wersje i konfiguracje Wagli itd., by wymienić tylko rzeczy najbardziej spektakularne).
Jazzpospolita to – w porównaniu z techniką Freudów i Mikrokolektywów – warsztatowa waga lekka Jeśli chodzi o „znakomity warsztat” – oj, no tu akurat można by polemizować. Nie to, żeby ktoś się gdzieś na płycie zborsuczył, nic z tych rzeczy, ale technicznie daleko chłopakom z Jazzpospolitej do wirtuozerii. Granie prezentują po prostu poprawnie, bez warsztatowej fantazji czy większego polotu (co rozwinę trochę dalej). Dobrym przykładem jest technika perkusisty Wojtka Oleksiaka – gra „od linijki” i wydaje się, że zupełnie nie interesuje go eksplorowanie dźwiękowych możliwości instrumentu (robią to czasami w zamian proste studyjne efekty – „Splendid”). Jeśli już go ponosi, to raczej z tempem a nie podziałem czy – chcielibyście, pieprzeni hipsterzy! – jakąś solówką. Brzmi w efekcie jak rockowy bębniarz zaproszony do jazzowego projektu i nie, tego nie da się podciągnąć pod etykietkę post-rocka. To jest – w porównaniu z techniką Freudów i Mikrokolektywów – warsztatowa waga lekka – i tyle.
Cóż tam było dalej? „Melodyczna wyobraźnia”, która w zasadzie powinna być nazwana „melodyjną wyobraźnią” – Jazzpospolita bowiem wyraźnie zbyt często próbuje kokietować słuchacza czymś bardziej chwytliwym. Teoretycznie dobrze, nic w tym złego, ale po którejś z rzędu „melodii do gwizdania” robi się jednak zbyt cukierkowo, jakoś tak bardziej pod reklamówkę nowego samochodu osobowego czy kosza na reklamówki z Ikei (lub, przepraszam za kolejną prowincjonalną złośliwość, Złotych Tarasów), niż do słuchania z czystym sumieniem w klubie czy w domu. A kiedy już robi się niegrzecznie i pojawia się hałas – jak w „Tribute To Aerobit” – to brzmi on cokolwiek niezdecydowanie i parodystycznie. Co to ma być? Kayax?
Wreszcie „doskonała znajomość współczesnego muzycznego języka”, która, owszem, jest widoczna, ale: po pierwsze – być może „w czytaniu” świetna, „w mowie” zaś góra średnio zaawansowana (technika!), po drugie – nadużywana. Ja się cieszę, że panowie znają Tortoise, Jagga Jazzist i Cinematic Orchestra, naprawdę, ja też te zespoły lubię, ale odnoszę wrażenie, że „Almost Splendid” ma strukturę wyklejanki złożonej z ich poetyk (i z tego też powodu mdleję czytając zdania redaktorów w stylu „Trudno jednoznacznie skategoryzować, sprytnie porównać do czegoś i powiedzieć: inni już to grali”; aż tak w tym przypadku trudno?). Zresztą – żonglowanie cudzymi idiomami wymaga sporych umiejętności (szczególnie właśnie w przypadku tuzów w rodzaju Tortoise czy Jaga Jazzist; „żywa” Cinematic Orchestra już takim wyzwaniem według mnie nie jest); kiedy ich brakuje, można zrobić unik i zerknąć w innym kierunku, ale nie sposób uciekać z kliszy w kliszę w nieskończoność. A tak też się często na albumie dzieje – kawałki Jazzpospolitej to czasami serie krótkich, niezbyt urozmaiconych wariacji, połączonych głównie chyba tylko tempem.
Jazzpospolita potrafi mówić „tortoisowskim” czy chociażby „po komedowsku”, ale są to zdania krótkie, pojedyncze Wracając więc do metafory języka: Jazzpospolita potrafi mówić „tortoisowskim” czy, od czasu do czasu, chociażby „po komedowsku”, ale są to zdania krótkie, pojedyncze. Jest ich za to dużo; „Almost Splendid” to w tym sensie gadanina i skakanie z tematu na temat, nie ma tu metody i pomysłu, a jeśli – to znów cytat ze trony zespołu – „azymutem jest eklektyzm”, jeśli pod takim hasłem ma być wykonywana ta muzyka, to potrzeba tu po prostu więcej wirtuozerii i szaleństwa. Bo eklektyzm bez sporych umiejętności jest tylko synonimem braku pomysłu na własny język.
Jak więc sprawę podsumować? Po pierwsze: czepiam się tak bardzo, bo mierzi mnie kolejna historyjka o zajebistości czegoś, co dopiero się wykluwa. Ja rozumiem, to są czasy serwisów społecznościowych i hajpu, trzeba sobie walnąć na stronę inteligenckie (najlepiej w „kujonkach”) zdjęcie i kilka dziennikarskich sucharów, bo jeśli się gra jazz, to ma się do obsłużenia też jakąś tradycję, jakąś legendę. Akceptuję – taka epoka. Ale ostatecznie wciąż po tej całej indoktrynacji pozostaję z muzycznym materiałem sam na sam – i w tym akurat przypadku czuję się oszukany. Gdzie te szklane domy?
Po drugie jednak – racja, potencjał zespołu jest ogromny. Może więc zamiast kolekcjonować laurki jego członkowie powinni już pracować nad sobą, bo niektóre dzisiejsze pochwały – jeśli tylko zaktualizują się w przyszłości – będą działać tylko na ich korzyść. Erudycję już mają, trzeba ją tylko przełożyć na jakiś sprawny, może po prostu spójniejszy projekt. Technikę rozwija się całe życie (zresztą – niektórzy uważają, że taki chociażby Miles Davis nie był zbyt uzdolniony, potrafił za to świetnie wykorzystywać i maskować swoje braki). I jeszcze jeden pozytyw: to, co zawiera „Almost Splendid”, w wersji albumowej jest chyba falstartem, ale w wydaniu koncertowym musi działać całkiem nieźle. Potwierdzają to relacje słuchaczy z występów na żywo, w których dziennikarskie i pijarowe ejakulacje grają zwykle relatywnie mniejszą rolę. Można więc wciąż z Jazzpospolitą wiązać spore nadzieje, niech tylko jeszcze sobie pogra i pogłówkuje. Mimo częściowego zawodu debiutem – będę kibicował.
Ampersand, 2010

Lovebirds zagra w Polsce

Lovebirds zagra w Polsce

Na zaproszenie Beats Friendly, na dwie imprezy do Polski przybędzie niemiecki didżej i producent Sebastian Doring, lider popularnego projektu Knee Deep, znany również pod pseudonimem Lovebirds.

  • Lovebirds
  • 19.11.2010 – Katowice, Flow
  • 20.11.2010 – Warszawa, Mono Bar
  • Start: 22.00
  • Wjazd: 10/15 zł

Publiczność rozgrzeje Novika & Mr. Lex (Katowice) oraz kolektyw Novika / Bartek Winczewski / Rawski / Mr. Lex (Warszawa)

Jego produkcje zazwyczaj nawiązują do klasycznego disco, ale jednocześnie wciągają mocnym, soczystym brzmieniem houseowym. W samych superlatywach wypowiadają się o Doringu koledzy po fachu: Ben Watt (numer „The Beat Goes Boom” ukazał się w barwach Buzzin Fly), Tom Middleton, Jimpster (w planach EPka dla Freerange Records). My również nie szczędzimy mu pochwał, a hasło Lovebirds kojarzymy z szalonymi wakacyjnymi balangami.

Mimo, że kawałek „In The Shadows” ukazał się nakładem wytwórni Winding Road w 2008 roku to długo zajmował zaszczytne miejsce w setach djów związanych z Beats Friendly. Wersja instrumentalna z wokalem Noviki często stanowiła punkt kulminacyjny imprezy.

Równie trudno było uwolnić się od numeru „The Rat” (Freerange, 2008). Obecnie Sebastian intensywnie pracuje nad swoim solowym albumem dla Winding Road. Jeszcze wcześniej pojedyncze utwory mają ukazać się nakładem zacnych labeli: Freerange i Teardrop (prowadzonej z Vincenzo).

Ulver i Fennesz na wspólnym koncercie

Grupa Ulver ponownie odwiedzi nasz kraj. Tym razem zagrają w Warszawie wspólnie z Fenneszem. Oprócz Ulvera i Fennesza tego samego wieczora wystąpią także polskie kapele Blindead i Proghma-C. Imprezę ponownie organizuje agencja Knockout Productions.
Całość odbędzie się w klubie Palladium 18 grudnia.

Ulver to niezwykła kapela z Norwegii, która zaczynając prawie 20 lat temu od black metalu, przeszła drogę poprzez akustyczny folk, rock progresywny, ambient i jazz, kończą na trudnej do zdefiniowania mieszance tego wszystkiego wzbogaconego o jeszcze więcej elektroniki.
W maju zeszłego roku zespół przerwał swoją sceniczną absencję trwającą od 1993 roku, a w lutym 2010 wyruszył w pierwszą regularną trasę koncertową. Warszawski wystep będzie drugą wizytą zespołu w Polsce.

Razem z Ulverem w Warszawie pojawi się Christian Fennesz, który również zagra drugi tegoroczny koncert w Polsce. Fennesz miał znaczący wpływ na ostatni album Ulvera Shadows of the Sun. Panowie się przyjaźnią, więc kto wie może zagrają coś wspólnie.

W ramach supportów wystąpią dwie polskie sludgeowe kapele: Blindead i Proghma-C.


Obie będą promować wydane w tym roku albumy.
Koncertowy wieczór ruszy 18 grudnia o godzinie 20. w stołecznym klubie Palladium.
Bilety w cenach 85-110 zł można nabyć w outletach Ticketpro.

Urodziny Terminal M

Wytwórnia niemieckiej didżejki i producentki Moniki Kruse – Terminal M – obchodzi w tym roku dziesięciolecie swego istnienia. „Wybrałam taką nazwę, ponieważ port lotniczy kojarzy mi się z podróżami w różne zakątki świata. Tak jak samolot, tak nasza muzyka może zabrać cię wszędzie, pod warunkiem, że będzie to taneczny klub. Dzięki powietrznej podróży możesz niemal natychmiast znaleźć się w innym miejscu. Tak samo z naszą muzyką, kiedy ją usłyszysz, natychmiast chcesz się bawić. Jako didżejka jestem otwarta na różne odmiany elektroniki, taką samą postawę mam wobec repertuaru wytwórni” – wyjaśnia Monika Kruse.

Początkowo najważniejszymi postaciami w katalogu Terminal M byli producenci łączący moc techno z funkowym pulsem: Patrick Lindsey (jako Voodoomat), Gregor Tresher i Eric Sneo. Dla wytwórni niemieckiej didżejki nagrywała też Miss Kittin, G-Man (czyli Mark Bell z LFO), Martin Stimming, Len Faki (jako Lamonde, dziś w Ostgut Ton) i DJ Rush. Potem do grona tego dołączyli m.in. Mark Hemmann, Kaiserdisco, Mark Broom, 2000 And One i Hearthrob.

Aby uczcić swe dziesiąte urodziny, Terminal M opublikowało dwie płyty w winylowej i cyfrowej postaci – „Ten Years Love: Volume 1 & 2”. Trafiły na nie premierowe nagrania stałych współpracowników wytworni, ale i jej nowych nabytków – Erica Sneo, Ermana Erima (turecki producent rezydujacy w Nuernburgu -„Best Newcomer” i „Best Live Act” według „Raveline” i „Goove Magazine”), Luci Morrisa (spec od minimalu z Włoch), Drehkontrolle, Fabio Neurala, Olderica i Stimminga. Wszystkie utwory utrzymane są w nowoczesnym stylu łączącym techno i house w minimalowej formule.
W wersji cyfrowej zestaw zestał wzbogacony o cztery kompozycje z repertuaru Manon (techno-macher z Zurichu), Gabriela Rocha, Fabio Neurala i Enzo Capriolo.

Zobacz, gdzie zagra Igor Boxx

Podoba Wam się solowa płyta Igora Pudło? Mamy informacje na temat pierwszej części trasy promującej krążek „Breslau”. Igor Boxx zagra 4 grudnia we Wrocławiu (Przestrzeń Muzyczna Puzzle) oraz dzień później w Poznaniu (Studio Słodownia +3/Stary Browar).

Igorowi na scenie towarzyszyć będą znakomici goście: Jerzy Mazzoll, Magierski oraz VJ Spectribe – w tym składzie projekt zaprezentował się premierowo podczas niedawnego Free Form Festival (w ramach XX-lecia wytwórni Ninja Tune), zbierając znakomite recenzje. Druga część trasy koncertowej przewidziana jest na styczeń 2011 roku.

Premiera po 29 latach

Duńscy weterani z grupy Laid Back powracają do swych tanecznych eksperymentów sprzed niemal trzech dekad. Zapewne wszyscy znacie kiczowate przeboje tego zespołu, jak „Sunshine Reggae” czy „High Society Girl”. To jednak tylko jedna strona jego twórczości. Zanim Laid Back stał się najlepiej sprzedającym się towarem eksportowym Danii w połowie lat 80., jego założyciele – John Guldberg i Tim Stahl – eksperymentowali od 1979 roku w swym małym studiu w Kopenhadze z syntezatorami, automatami perkusyjnymi i wielościeżkowymi magnetofonami.

Owocem jednej z takich sesji z 1981 roku były dwa nagrania – „White Horse” i „Cocaine Cool”. Pierwsze z nich, wydane trzy lata później na winylowej dwunastocalówce, stało się wielkim przebojem ówczesnych klubów w Ameryce – i było grane przez chicagowskich didżejów podczas pierwszych house parties.

Singiel spędził trzy tygodnie na pierwszym miejscu tanecznej listy przebojów „Billboardu” – „National Disco Action”. Wystarczyło kilka lat i „White Horse” stał się jednym z najczęściej samplowanych nagrań w historii muzyki popularnej – jako pierwsi dokonali tego 2 Live Crew (na singlu „Get The Fuck Out Of My House”), a za nimi cała rzesza producentów hip-hopu i muzyki klubowej.

„Cocaine Cool” ze względu na swój tekst nie ujrzał światła dziennego przez 29 lat. Dopiero niebawem – 22 listopada – opublikuje go na winylowej dwunastocalówce wytwórnia Brother Music powołana do życia przez członków Laid Back. Nagraniu towarzyszy teledysk, do którego komputerowe animacje przygotowali również sami muzycy.

Nowa muzyka od Sasu Ripattiego

W przyszłym roku pojawią się trzy płyty, w których powstaniu kluczową rolę odegra Sasu Ripatti. Wiosną światło dzienne ujrzy debiutancki album Vladislav Delay Quartetu. W jego składzie, obok Ripattiego, który gra na perkusji, znaleźli się: Mika Vainio (elektronika), Lucio Capece (klarnet basowy i saksofon sopranowy) i Derek Shirley (podwójny bas). Muzycy pracują obecnie nad materiałem w studiach dawnego Radia Jugosławia w Belgradzie. Album ukaże się wiosną 2011 nakładem wytworni Honest Jons.

Mniej więcej w tym samym czasie, ta sama firma opublikuje nowy album Moritz Von Oswald Trio. Część nowych kompozycji była testowana na jesiennych występach projektu – choćby podczas krakowskiego festiwalu Unsound.

Podczas nadchodzącej zimy, Ripatti planuje koncertową przerwę, aby skupić się na pracy nad kolejnym albumem Luomo. Pierwsze koncerty artysty odbędą się w ramach festiwalu All Tomorrow Parties, nad którym w 2011 roku kuratelę obejmie Animal Collective.

Foto – Vladislav Delay Quartet na koncercie w Berlinie

The Machine – RedHead


Brytyjski producent Matt Edwards znany jest głównie z działalności pod szyldem Radio Slave oraz prowadzenia cenionej wytwórni Rekids. Tworzenie i wydawanie energetycznej muzyki klubowej z pogranicza techno i house`u nie wyczerpuje jednak jego zainteresowań. W ciągu ostatniego roku Edwards poświęcił się zbieraniu materiału dźwiękowego na potrzeby swego nowego projektu – The Machine. Jego ideą przewodnią było zestawienie nagrań terenowych z różnych stron świata z eksperymentalną elektroniką. Efektem mozolnej pracy producenta jest album zatytułowany „RedHead”.

Płytę otwiera trzynastominutowa kompozycja „Continental Drift”. Na jej tło składają się morskie dźwięki – szum fal, krzyki mew i trzeszczenie masztu. Z dala dochodzi wijący się motyw klawiszowy o klawesynowej barwie podbity miarowymi uderzeniami bębna i basu. I to wszystko – w ten sposób Edwards oddaje monotonię morskiej żeglugi w poszukiwaniu nowych światów.

„Opening Ceremony (Fuse)” to już powitanie podróżników na Czarnym Lądzie. Sample plemiennych śpiewów mieszają się z samplami kościelnych chórów i operowej wokalizy tworząc wielokulturową mozaikę wpisaną w transowy podkład rytmiczny o minimalowym rodowodzie. Nad nagraniem tym unoszą się duchy prekursorów tego typu eksperymentów – Richarda H. Kirka i Adriana Sherwooda, którzy już na początku lat 80. wklejali egzotyczne dźwięki w industrialną muzykę taneczną.

Bardziej oszczędny charakter ma „Leopard Skin” – to morderczy tribal, w którym hipnotyczny motyw perkusyjny uzupełniają jedynie zapętlone odgłosy jakiejś plemiennej ceremonii: śpiewy, krzyki, uderzenia grzechotek i bębnów. W kontekście całości to właśnie ten utwór wypada najmniej ciekawie: mimo dzikiej energii, nie wnosi nic nowego do tego rodzaju grania.

O wiele ciekawiej wypada „Spell Bound”. Podstawą tej kompozycji jest warczący dron – taki sam, jakie znajdowaliśmy w najlepszych kompozycjach Organum ćwierć wieku temu. Edwards nie poprzestaje jednak na celebracji strumienia niskich tonów, podszywając je… samplami jazzowej perkusji, nerwowo szeleszczącej talerzami i kłującej gwałtownymi uderzeniami werbla. Wszystko to układa się w soundtrack do filmowego horroru – mroczny, niepokojący, ale i fascynujący.

W finale Edwards powraca do minimalu. „Talking Dolls”, a przede wszystkim szesnastominutowy „Root People”, wpisują się w egzotyczne poszukiwania projektu T++. Podobnie jak w ostatnich produkcjach Torstena Pröfrocka elektroniczne bity zostają wymodelowane na tribalową modłę poprzez oplecenie ich transowymi partiami afrykańskich perkusjonaliów. Wszystko to pokrywa gęsta siatka wokalnych sampli – melorecytacji, nawoływań, wrzasków dochodzących gdzieś z daleka, z głębi dźwiękowej dżungli. Mroczny charakter obu nagrań wzmagają dubowe pogłosy podszywające ponure pasaże minorowych syntezatorów.

„RedHead” to podróż do źródeł muzyki tanecznej – tam, gdzie taniec nie ma nic wspólnego z hedonistyczną zabawą, ale jest próbą komunikowania się z duchową rzeczywistością. W tym kontekście muzyka z płyty ma więcej wspólnego z industrialnymi eksperymentami grup Cabaret Voltaire, Zoviet France, 23 Skidoo czy Bourbonese Qualk, próbującymi w powrocie do prymitywu znaleźć ucieczkę od bezduszności zachodniej cywilizacji, niż z klubową elektroniką dzisiejszych czasów.

www.rekids.com

www.myspace.com/rekids

www.myspace.com/rekid
Rekids 2010

The Dead Rose Music Company

The Dead Rose Music Company to ciepła propozycja na pochmurne długie jesienne wieczory… The Dead Rose Music Company to grupa, która ma obsesję na punkcie rytmu. Ich fascynacją i inspiracją jest disco. Tworzą przyjemne i miękkie kompilacje, w sama raz na długie pochmurne jesienne wieczory. Swoje wydawnictwa udostępniają w sieci, więc łatwo jest do nich dotrzeć. Roztaczają wokół siebie aurę tajemniczości, a oto co mają o sobie do powiedzenia:

Połączyła ich miłość do muzyki, pomimo tego, iż pochodzą z dwóch zwaśnionych rodzin. Szukając twórczego uwolnienia od nacisku swoich krewnych, The Dead Rose Music Company zdecydowało trzymać swoją tożsamość w tajemnicy, chroniąc się przed represjami swoich rodzin

Intrygujące. Jedyne czego jesteśmy pewni jest to, że pochodzą z Angli. Ponadto wiemy, iż wydają w równie tajemniczym Taikomochi Records. Więcej informacji nie odnajdziemy na ich temat. Zresztą nie pierwszy raz mamy do czynienia z twórcami, którzy budują swój wizerunek wokół magii tajemniczości, która przyciąga jak magnes…

Czy rzeczywiście konflikt między rodzinami zwrócił ku sobie producentów disco z TDRMC? Nie wiemy, na to pytanie nie potrafimy jeszcze udzielić odpowiedzi.

Zapraszamy do odsłuchu!

Bad Desire The Dead Rose Music Company by TheDeadRoseMusicCompany

Just A Bitter Love- The Dead Rose Music Company by TheDeadRoseMusicCompany

Paul Kalkbrenner Live

Rodzeństwo Kalkbrennerów nie zwalnia tempa – młodszy niedawno wydał debiutancki album, starszy postanowił
uwiecznić na taśmie swoje koncertowe podboje. Niezwykle popularny – szczególnie po roli w filmie Berlin Calling, gdzie mimo braku aktorskiego wykształcenia wypadł naturalnie i przekonująco – berliński producent, niczym rasowy celebryta, przygotowuje się do wydania koncertowego dvd, na którym znajdzie się zapis z jego europejskiego touru, który jest następstwem popularności wspomnianego aktorskiego debiutu i soundtracku do filmu, który sam skomponował. Dokument będzie przedstawiał Kalkbrennera w drodze, na scenie i niejako od kuchni. Reżyserem i autorem zdjęć jest Max Penzel, a produkcję wspiera grupa artystyczna Pfadfinderei, etatowo współpracująca z BPitch Control. Dwupłytowe wydanie Paul Kalkbrenner A Live Documentary będzie miało premierę 3 grudnia 2010.

Oto trailer:

I próbka umiejętnosci aktoskich Paula:

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – Bass Edition

W kolejnym wydaniu „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – szeroko pojęta elektronika, w której nacisk położono na bas. Tym razem wśród wykonawców pojawią się m.in. Rhythm & Sound, LFO, Jan Jelinek i Shed.

Wtorek (16.11), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM. Zapraszam!






* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Ernesto Ferreyra – El Paraiso De Las Tortugas


Trzeba przyznać, że Luciano ma dobrą rękę do wynajdywania nowych talentów. Kiedyś byli to Ricardo Villalobos czy Pier Bucci, a teraz Mirko Loko i Ernesto Ferreyra. Co ciekawe, wszyscy ci producenci pochodzą z Ameryki Południowej, a każdy z nich po zdobyciu lokalnej popularności wyruszył w świat, aby zaistnieć na międzynarodowej scenie klubowej.

Ferreyra początkowo działał w rodzimej Argentynie, ale potem nosiło go po obu stronach Atlantyku – od Meksyku i Montrealu, po Ibizę i Berlin. To dlatego jego nagrania ukazywały się nakładem różnych tłoczni, jak Mutek, Cynosure, Thema czy wreszcie Cadenza. Podczas pobytu w Montrealu współtworzył wraz z Guillaume Coutu-Dumontem duet Chic Miniature, który stał się dla obu artystów odskocznią do dalszej kariery solowej. Podsumowaniem czterech lat autorskiej działalności Ferreyry jest jego debiutancki album opublikowany przez wytwórnię Luciano.

Wbrew temu, czego można by oczekiwać, „El Paraiso De Las Tortugas” tylko częściowo wpisany jest w formułę latynoskiego minimalu. Choć argentyński producent tworzy swe nagrania w oszczędny sposób, to unika wyłącznego stosowania brzmień i rytmów typowych dla tej estetyki. Już pierwszy utwór zaskakuje – to soczyste disco upstrzone samplami żywych instrumentów i ludzkich głosów, skumulowanych w gęstą siatkę mikrodźwięków („Mil Y Una Noches”). Potem trafiamy na energetyczny house – najpierw bliższy klasyce stylu, o ciepłym i organicznym brzmieniu rodem z Detroit („Los Domingos Vuelo A Casa”), a potem – bardziej nowoczesny, podszyty niepokojącymi partiami syntezatorów, tworzącymi nastrój rodem z filmowego thrillera, niczym produkcje mistrzów gatunku z Berlina („The Mystery Is Gone”).

Bardziej minimalowo wypada zestaw utworów umieszczonych w centrum płyty, z których najciekawszymi jawią się „Lost” i „Letting Go”. Pierwszy to prawdziwy klubowy killer o fenomenalnej partii basu – uzupełnionej zdubowaną wokalizą i nerwowym motywem piano. Drugie – łączy galopujący podkład rytmiczny z IDM-owymi sekwencjami o bajkowej melodyce, tworząc międzygatunkową hybrydę. Obie kompozycje będą smakowitymi kąskami dla didżejów.

Druga cześć albumu przynosi bardziej bezpośrednie brzmienia – pozbawione minimalowej redukcji. Zestaw ten otwiera smolisty dub z lamentacyjną wokalizą. To przejmujący hołd Ferreyry dla ojca, który zginął w czasach wojskowej dyktatury w Argentynie („Acequia – Nos Salvamos”). Jamajski pochód basu ozdabia również „I Won`t Forget” – tym razem wpisany zostaje jednak w motoryczny puls techno uzupełniony metalicznymi efektami.

Jeszcze bardziej surowe dźwięki znajdujemy w dwóch finałowych kompozycjach. „Coin Saint Cath`” i „El Comienzo De Todo Lo Demas” przywołują wspomnienie szorstkich nagrań sprzed dwóch dekad publikowanych przez wytwórnię Djax-Up Beats, łącząc łupane bity z brzęczącymi loopami.

Ferreyra ma wyczucie stylu – z gracją przeskakuje od minimalu do house`u i techno. Potrafi również odcisnąć na tych gatunkach piętno własnej produkcji. Jego znakiem rozpoznawczym są mocno zbasowane dźwięki wykastrowane z wyższych tonów. I pomysł ten sprawdza się w różnych estetykach. Udany debiut.

www.cadenzarecords.com

www.myspace.com/cadenzarecords

www.myspace.com/ernestoferreyra
Cadenza 2010

Laibach wraca do korzeni

Już 8 grudnia zawita do Polski ponownie grupa Laibach – tym razem koncert odbędzie się w krakowskim klubie Kwadrat. Pretekstem do występu jest trasa promująca specjalne wydawnictwo słoweńskiej grupy – „Laibach Revisisted”. W jego skład wchodzą dwie płyty. Pierwsza to zremasteryzowana wersja debiutanckiego krążka „Laibach” z 1985 roku z dodatkowymi utworami z ówczesnej sesji, a druga – kolekcja wczesnych nagrań formacji z lat 1980 – 1986 w nowych wersjach.
Podczas koncertu można będzie więc usłyszeć najważniejsze kompozycje dla pierwszego okresu działalności grupy, balansujące między preparowaną elektroniką a militarnym industrialem, choćby „Brat Moj”, „Drżava”, „Boji”, „Smrt Za Smrt” czy „Krvava Gruda – Plodna Zemlja”.

Laibach wykona ten materiał w Polsce po raz drugi. Pierwszy raz zabrzmiał on podczas legendarnej trasy zespołu The Occupied Europe Tour w latach 1983 – 1985 w towarzystwie brytyjskiego projektu Last Few Days. Laibach zagrał wtedy również w Krakowie – ale w klubie Rotunda.
Niebawem ma się ukazać również inny album Laibacha – „VolksWagner” – z własnymi interpretacjami utworów niemieckiego kompozytora, zrealizowanymi wspólnie z RTV Slovenia Symphonic Orchestra.

Więcej informacji:

www.galicja.net

WE HAVE BAND w sobotę w Warszawie

Brytyjskie trio We Have Band wystąpi 20 listopada w warszawskim klubie Sen Pszczoły. We Have Band to odkrycie Emerging Talent Competition festiwalu w Glastonbury 2009. Po tym mocnym wejściu zostali okrzyknięci na Wyspach następcami Hot Chip. Zespół obecnie odbywa swoja pierwsza europejska trasę, przy okazji której odwiedzą również Polskę. Bilety na sobotni koncert są dostępne do nabycia w klubie.

Kupując bilet można wziąć udział konkursie, w którym zwycięzca będzie miał możliwość prywatnego spotkania z grupą We Have Band. Na spotkanie w Grand Kredens można zabrać osobę towarzyszącą, która również wejdzie za darmo na koncert.

Aby wygrać należy zakupić jeden z promocyjnych biletów. Bilet taki, dostępny w cenie 60zł, upoważnia do wejścia na oba występy. Spośród wszystkich kupujących zostaną wylosowani dwaj szczęśliwcy.

Więcej informacji znajdziecie na stronie organizatora Propaganda Concerts.

20.11.2010 – We Have Band, Warszawa, Sen Pszczoły (support. B. Szczęsny)

Zapraszamy!

Various Artists – Different


Szefostwo kolońskiej wytwórni Boxer wpadło na doskonały pomysł – zamiast prezentować kolejną składankę z premierowymi nagraniami swych artystów, poprosiło ich o przegotowanie specjalnych utworów, całkowicie odmiennych od tego, z czego są najbardziej znani. W ten sposób, producenci, specjalizujący się w przebojowym tech-house`ie musieli pokazać się od zupełnie innej strony – jako twórcy muzyki ilustracyjnej, oderwanej od tanecznej funkcjonalności, skoncentrowanej na melodii czy harmonii, a nie na rytmie. W ten sposób powstała dwupłytowa kolekcja zawierająca 21 nagrań – „Different”.

Dla słuchaczy zaznajomionych z dyskografią Boxera nie będzie niespodzianką, że wielu tworzących dlań artystów najlepiej odnalazło się w klimatycznym synth-popie. Na pierwszym krążku to dwa nagrania: „One More Day” Matzaka i „H2O” Popofa. W obu z nich pojawiają się melodyjne wokale zamieniające elektroniczne kompozycje w chwytliwe piosenki. Nieco inaczej jest z utworami z drugiego dysku. „Existance” Markusa Lange, łącząc zdeformowany głos z przesterowanymi klawiszami, przypomina nieco dokonania wykonawców ze sceny witch house, a „No Other Way” Odyzë – wpisuje z kolei w syntetyczne pasaże barwne dźwięki akustycznej gitary. Puentą tego zestawu jest futurystyczne electro w wykonaniu Martina Eyerera – „Léon”. Oparte na mechanicznym bicie, podrasowane tęskną partią piano, uzupełnione falującymi blachami – robi wrażenie jakiejś zapomnianej kompozycji z repertuaru Cybotrona czy Model 500.

Niektórzy producenci z Boxera nie kryją większych ambicji – ich nagrania mają charakter elektronicznych soundtracków do wyimaginowanych filmów. Przykładem może być tutaj epicki ambient Vana Riversa – „Talking To Woman”, czy podobne w brzmieniu „Low And Order” Franka Martiniqa i „cl+cl+1” Rodrigueza Jr. Autorzy tych rozbudowanych utworów unikają dosłownej rytmiki, skupiają się na stworzeniu mrocznego nastroju i nadają swym melodiom podniosły charakter. W efekcie chmurne pasaże syntezatorów spotykają się tu z klasycznymi motywami fortepianowymi i delikatnie tkanymi wstawkami gitary akustycznej.

Do ciągle żywej estetyki kraut-rocka odwołują się trzej wykonawcy – grupa Kreidler oraz Stephen Hinz i duet Khan & Mahmoud. Nagranie pierwszego z nich – „Venusia” – to wspomnienie flirtu niemieckiej psychodelii z dalekowschodnim folklorem. Podobnie brzmi również „Mystery Blues” Khana & Mahmouda – to czytelne nawiązanie do rozbuchanych improwizacji osadzonych na rytmach etno z płyt Popol Vuh („In den Gärten Pharaos”) czy Deutera („Aum”). „Dry Toast & Half A Grapefruit” Hinza stanowi z kolei nic innego, tylko bardziej nowofalową wersję krautowego „motorik beatu”, jaką znamy z płyt projektu La Düsseldorf.

Nie brak tu również prób mierzenia się z nowszymi gatunkami – dubstepem i R&B. Znajdujemy je w utworach „Seeing In The Dark” Patricka Chardonneta, „Assembly Notegram” Airbus Modular i „Romon” duetu Fix & Fertig. Masywne podkłady rytmiczne o połamanym metrum są tu podstawą do rwanych partii syntezatorowych, skorodowanych dubowymi pogłosami i sampli jamajskich wokaliz. Co wyróżnia te produkcje od produkcji brytyjskich mistrzów gatunku? Melodyjność – znak rozpoznawczy muzyki firmowanej przez Boxera.

Płyty słucha się wyjątkowo przyjemnie – brzmienia zmieniają się jak w kalejdoskopie, wszystkie nagrania mają jednak przyjazny dla ucha ton, nie ma tu żadnych eksperymentów o awangardowym charakterze. Po prostu dwie godziny relaksującej elektroniki na wysokim poziomie.

www.boxer-recordings.com

www.myspace.com/boxercologne
Boxer Recordings 2010