Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.

Innercity Ensemble – IV
Jarek Szczęsny:

Luz i bogactwo.

Grischa Lichtenberger – RE:PHGRP
Paweł Gzyl:

Free jazz w „rasterowej” wersji.

Jónsi & Alex Somers – Lost and Found
Jarek Szczęsny:

Dla przyjemnego słuchania.

Conforce – Dawn Chorus
Paweł Gzyl:

Mistrzowski popis holenderskiego producenta.



Archive for Październik, 2019

Podsumowanie roku 2010 – Paweł Gzyl

Dwadzieścia płyt, ktore mogły (ale nie musiały) wstrząsnąć (w pozytywnym i negatywnym znaczeniu) światem w ciągu minionych dwunastu miesięcy Albumy roku

John Roberts „Glass Eights” Dial
Bez wątpienia najpiękniejsza płyta z taneczną muzyką w tym roku. Młody producent zaprezentował na niej niezwykłe podejście do dobrze znanych brzmień – jeszcze nigdy acidowe loopy nie brzmiały tak nostalgicznie, jak w jego nagraniach. Efekt głębokiej emocjonalności udało mu się osiągnąć bez uciekania się do sentymentalnych smyczków czy fortepianu, tylko za pomocą klasycznej elektroniki w stylu Detroit i Chicago. A wszystko to bardzo szczere i osobiste – bez jakichkolwiek podszywania się pod modne trendy.

Dettmann „Dettmann” Ostgut Ton
Najpotężniejsze techno tego roku – bez kompromisów, bez niepotrzebnego zmiękczania, mordercze brzmienie o industrialnym charakterze. Niemiecki producent przypomniał swą płytą, że eksperymenty eksperymentami, ale w tym gatunku najbardziej liczy się moc dźwięku. Jeśli wczesna inkarnacja Swans robiłaby techno, brzmiałoby ono właśnie tak, jak na płycie Dettmana.

DeepChord Pres. Echospace „Liumin” Modern Love
Mistyka dubowej obróbki dźwięku nadal ma ogromną moc. Rod Modell i Steve Hitchell zrobili tym razem zwrot w stronę bardziej tanecznego grania – i dobrze, bo inaczej wpadliby w pułapkę powielania genialnego „The Coldest Season”. A tak otrzymaliśmy surowe techno przefiltrowane przez jamajski dub, czyli zestaw nagrań, które brzmią jak modlitewne wołanie do Boga z podziemnego bunkra w przededniu Apokalipsy. A jako bonus – płyta ambientowa, pokazująca, że z nagrań terenowych można upleść niemal hipnotyczny soundtrack.

Margaret Dygas „How Do You Do” Power Shovel Audio
Odsądzony już przez większość krytyki od czci i wiary minimal okazuje się być ciągle żywą formułą. Dowiodła tego polska producentka, której nieposkromiona wyobraźnia muzyczna sprawiła, że stylistyka ta stała się idealnym punktem wyjścia do śmiałych eksperymentów brzmieniowych. Mimo awangardowego kontekstu, jej muzyka nie traci jednak klubowej energii – a przez to nie popada w akademicki bełkot, co stało się udziałem jej starszego kolegi – Wolfganga Voigta – na tegorocznej płycie „Frieland Klaviermusik”.

Shed „The Traveller” Ostgut Ton
Anglicy oszaleli z radości, kiedy okazało się, że niemiecki producent przyznał się do fascynacji połamanymi rytmami. Muzyka z nowego albumu Sheda daleka jest jednak od banalności brytyjskiego rave`u – czy sięga on po dubstep, czy po breakbeat, ma to moc teutońskiego techno rodem z Berghain. Efekt wzmaga wpisanie muzyki w krótkie formy – kiedy utwór się kończy, ma się ochotę włączyć go od razu od nowa. Stary chwyt – a nikt wcześniej nie wpadł nań w tym gatunku.

Christopher Rau „Asper Clouds” Smallville
Rozkosznie ciepły deep house w europejskiej formule. Bez natrętnego cytowania Moodymana czy Theo Parrisha, bez jazzowych dęciaków, gospelowych chórów czy soulowych śpiewów. Ale za to z wielkiej urody melodiami, w urzekającym, niemal odrealnionym nastroju, wywołujący u słuchacza stan niemal niebiańskiej błogości. Kiedyś modne były pytania: pierwsze dźwięki po tamtej stronie? „Asper Clouds”!

Robert Hood „Omega” M-Plant
Techno i chrześcijaństwo? Dla kogoś wychowanego na „Plastiku”, lansującym piórami Dariusza Misiuny i Rafała Księżyka wręcz okultystyczne pojmowanie gatunku, to pewnie coś nie do pomyślenia. Tymczasem prawda jest inna: w swych początkach techno tworzyli artyści z Detroit o chrześcijańskiej duchowości. Najpełniejszym wyrazem tego zjawiska okazała się muzyka Roberta Hooda – minimal. „Omega” to wspaniały powrót artysty do swych korzeni – mistycznych i muzycznych.

Pantha Du Prince „Black Noise” Rough Trade
Hendrik Weber dokonał na swej ostatniej płycie czegoś, co nie do końca udawało się The Field i innym wykonawcom z Kompaktu – fuzji ambientu, house`u i techno z shoegazem, indie i nową psychodelią. Dlatego „Black Noise” pokochali zarówno uczestnicy klubowych imprez, jak i widzowie koncertów alternatywnego rocka. Wielki sukces płyty – artystyczny i komercyjny – jest w pełni zasłużony.

„Funf” Ostgut Ton
Berghain ocalił techno – i to przez przypadek. Ogromna przestrzeń klubu sprawiła, że grana w nim muzyka brzmiała zupełnie inaczej niż gdzie indziej: potężnie, głęboko, basowo. Nic dziwnego, że wpłynęło to na produkcję własnej muzyki występujących tam didżejów. Stąd „tektoniczne” brzmienie produkcji Sheda, Dettmana, Klocka czy Slatera. Idealnie wpasowali się w te brzmienia również niektórzy twórcy dubstepu. „Funf” objawia na dwóch płytach klub jako instrument – i efekty tego są doprawdy powalające.

The Black Dog „Music For Real Airports” Soma
Weterani brytyjskiej elektroniki nadal w znakomitej formie – ich polemika ze słynnym dziełem Briana Eno pokazała, że ambient to nadal żywa formuła, w której można zawrzeć nawet dyskurs społeczno-polityczny. Dźwiękowy portret lotniska w wykonaniu projektu z Sheffield idealnie odpowiada naszym czasom – choć muzycznie korzysta raczej z dorobku dawnej elektroniki (wspomniany Eno, Cabaret Voltaire). Trójka muzyków z The Black Doga potrafiła jednak w perfekcyjny sposób przetłumaczyć dawne idee na współczesny język.

Ciekawostki roku

Salem „King Night” IAmSound Records
Witch-house to gatunek, który pojawił się oddolnie – nie wymyślił go żaden muzyczny dziennikarz ani blogger. Kto był pierwszy? Trudno powiedzieć. Może właśnie Salem, bo pierwszą dwunastocalówkę wydali już dwa lata temu. Na pewno wydają się najlepsi – potwierdził to ich debiutancki album, który w nieznany wcześniej sposób połączył gotyk i hip-hop, shoegaze i R&B. Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie koszmarne koncerty, obnażające ich całkowity brak umiejętności wokalnych i muzycznych. Czyżby szwindel roku?

„Bangs And Works Vol. 1” Planet Mu
Nowa odmiana muzyki tanecznej z Chicago – to musiało chwycić. I rzeczywiście: brytyjskie media zachłystywały się twórczością didżejów Roca czy Rashada, określając ich muzykę terminem footwork. Kolekcja najlepszych nagrań chicagowskich producentów wskazuje, że z euforią trzeba jeszcze poczekać. Jak na razie to bardzo surowe i proste granie, momentami wręcz nieznośnie monotonne, polegające na połączeniu kreskówkowych sampli z brytyjskiego rave`u z odartym ze wszelkich ozdobników cyfrowym rytmem w stylu R&B i szczątkowymi rymami. Dopiero przyszłość pokaże, czy footwork zaowocuje czymś ciekawszym.

Emeralds „Does It Look Like I`m Here?” Editions Mego
Właściwie to śmieszne, bo trójka młodych muzyków z Cleveland musiała zaprzeczyć swej dotychczasowej formule muzycznej, żeby odnieść światowy sukces. Ale warto było porzucić drony i sięgnąć po zdobycze kosmische musik i kraut-rocka, by nagrać taki album, jak „Does It Look Like I`m Here?”. Okazało się bowiem, że syntezatorowe arpeggia w połączeniu z psychodelicznymi solówkami na gitarze robią piorunuje wrażenie – również na żywo, o czym przekonała się publiczność tegorocznego Unsoundu.

„Shangaan Electro – New Wave Dance Music From South Africa” Honest Jon`s
Egzotyka jest zawsze w modzie – w tym roku zaroiło się od płyt z turecką psychodelią, irackim popem czy azjatyckim dubem. Wszystko to przebija jednak kompilacja prezentująca afrykańskie electro. Szybkie rytmy, angielskie sample, ludowe śpiewy i… prorodzinne przesłanie („We are family-oriented musicians” – twierdzi Nozinja z Limpopo). Nie sposób oprzeć się świeżości i energetyczności tej muzyki. Czarni znów dają białym lekcję, że w tańcu są bezkonkurencyjni.

Forest Swords „Dagger Paths” Olde English Spelling Be
Dla wielu krytyków to właśnie płyta roku – i faktycznie, muzyka Matthew Barnesa robi duże wrażenie. Wyprodukowany w domowych warunkach kolaż dubu, psychodelii i soundtracków ze spaghetti-westernów, zachwyca pomysłowością i rozmachem, że nawet Flying Lotus i Gonjasufi wypadają przy nim blado. Brytyjska reedycja płyty dokonana przez No Pain In Pop przynosi jednak bonusowy krążek z nowymi nagraniami Forest Swords, który niestety srogo rozczarowuje, koncentrując się na nudnych wariacjach na gitarze w stylu Neila Younga. Początek i koniec kariery w jednym?

Oneohtrix Point Never „Returnal” Editions Mego
Powiedzmy sobie szczerze – new age był w latach osiemdziesiątych synonimem kompletnego obciachu i bezguścia. Ale w popkulturze bywa, że to, co kiedyś miało negatywne znaczenie, z czasem zyskuje pozytywne. Tak też się stało z tapetą dźwiękową do medytacji dla nowobogackich sprzed ćwierć wieku. Ale to tylko zasługa utalentowanych producentów, takich jak Daniel Lopatin, którzy elementy new age wpisali w kontekst muzyki ambient, uzupełniając je dronami i arpeggiami z kosmische musik.

No Fun Acid „This Is No Fun Acid 2-3” No Fun Acid
Noise może być ekstatycznym źródłem dobrej energii – udowodnił to kolektyw z wytwórni No Fun Productions podczas bezpłatnego koncertu w krakowskiej Alchemii w ramach tegorocznego Unsoundu. Jego szef – Carlos Giffoni – poszedł jeszcze dalej. Jako No Fun Acid nagrał dwie płyty zawierające acidową wersję noise`u. Efekt jest niesamowity: świdrujące loopy wygrane na Rolandzie TB303 mają pierwotną moc i nadają się do tańca (szczególnie ten w remiksie Gavina Rossuma). Niby tylko mała ciekawostka – ale cieszy.

Vibracathedral Orchestra „Trilogy” VHF Records
Mimo, iż brytyjski kolektyw włożył ogromny wysiłek w nagranie w tym roku aż trzech płyt – „The Secret Base”, „Smoke Song” i „Joka Baya” – zestaw ten przeszedł jakoś bez echa. A szkoda – bo ta działająca już od ponad dekady formacja tworzy nieustannie szalenie bogatą w niezwykłe dźwięki współczesną wersję psychodelii. Jest tu miejsce na folkowe pasaże, kraut-rockowe galopady, industrialną elektronikę i dronowe efekty. Wszystko to zagrane z prawdziwie eksperymentatorskim zacięciem – bez jakichkolwiek ograniczeń formalnych.

Eleh „Location Momentum” Touch
Mimo, iż projekt ten działa ponad dekadę, do świadomości fanów nowej elektroniki przebił się dopiero teraz, dzięki płycie wydanej dla Touch. To ekstremalny minimalizm – basowe drony wyciśnięte z analogowych maszyn. Mimo maksymalnej statyczności i oszczędności, dźwięki te kreują niezwykły klimat. Coś dla nieustraszonych badaczy obrzeży muzyki współczesnej.

James Ferraro „Last American Hero” Olde English Spelling Bee
David Keenan z „The Wire” stworzył potwora, który nazywa się hypnagogic pop. Jego esej ogłaszający, że twórczość Jamesa Ferraro (z noise`owego The Skaters) i jego nasladowców jest nową psychodelią sprawił, że zaroiło się od fatalnie nagranych płyt z muzyką rodem z dźwiękowego śmietnika, które pretendowały do miana wydarzenia. Sam Ferraro spłodził w tym roku co najmniej kilka kaset i płyt, z których najważniejszą miała być „Last American Hero”. Taka naprawdę nagrana dwa lata temu, robi koszmarne wrażenie, odstręczając dźwiękowym niechlujstwem i brakiem jakichkolwiek pomysłów muzycznych, tonąc w beznamiętnych szumach magnetofonowej taśmy. Gniot roku.

Foto: John Roberts

Swans we Wrocławiu – nasza fotorelacja

Do stolicy Dolnego Śląska zawitała legendarna, amerykańska grupa Swans, która reaktywowała się po dość bolesnym zakończeniu działalności w 1997 roku. Dziś, jej lider; Michael Gira, z odświeżonym składem (bez Jarboe – dla niektórych stety, dla innych niestety) oraz nowym materiałem, daje ponownie o sobie znać. Przyznam szczerze, że czekałem na ich koncert z niecierpliwością, było to zdecydowanie jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych we Wrocławiu tej jesieni. Paradoksalnie nawiedzały mnie też olbrzymie wątpliwości, czy nie zawiodę się, kiedy zobaczę na scenie kilku siwowłosych dziadków , urządzających sobie grilla, gdzie zamiast pysznych, soczystych i tłustych kiełbasek, pichcą się rozlazłe, odgrzewane mielone kotlety.

Faktem jest, że muzyka Łabędzi, która w czarno-magiczny sposób, łączy najmroczniejsze i najefektowniejsze cechy industrialu, noisu, folk rocka i gotyku, w latach 80’ i 90’ brzmiała niezwykle oryginalnie i intrygująco. Ale czy ta formuła wytrzymała próbę czasu? Jak się okazało, odpowiedź na te pytanie nie jest wcale jednoznaczna.

Na scenie pojawili się, owszem starsi Panowie, ale jak miało się szybko okazać, pełni wigoru Muzycy pojawili się na deskach Firleja w okolicach 21. Supportował ich James Blackshow, który plumkał na swojej gitarce jakieś jednostajne, mdłe melodie. Chyba za karę to musiał robić, czy co? Szybko skierowałem się ze znajomymi w stronę baru. Kiedy wróciliśmy na salę, Swansi zaczynali akurat swoje misterium. Na scenie pojawili się, owszem starsi Panowie, ale jak miało się szybko okazać, pełni wigoru, charyzmy i pewności siebie.

W ruch poszedł bas, Gira zaczął piłować swoją gitarę, uzupełnianą przez klawisze, drugiego elektryka, rozszalałą perkusję i zestaw dzwonów. Robiło to cholernie niezłe wrażenie. Dźwięki po prostu miażdżyły, wbijały w ziemię, zgromadzoną w klubie, liczną publikę.”No words no thoughts”, „Your property”, „Sex god sex”, „Eden Prison”, to tylko niektóre kawałki zaprezentowane tego wieczoru.

Można było naprawdę zatracić poczucie czasu i przestrzeni. Z drugiej strony, niektóre numery trwały zdecydowanie zbyt długo i wyrywałem się z transu, zerkając niecierpliwie w kierunku sceny. – Zacznijcie grać w końcu coś innego – myślałem sobie w duchu. Swansi niszczyli, co prawda, na potęgę swoim neurotycznym ciężarem, ale np. nużyły mnie dronowe motywy, zbyt jednostajne i zwyczajnie męczące.

Kazał technikowi zapalić światło, tak aby mógł widzieć ludzi przed sobą. Pomysł, przyznajmy to sobie, dość średni Osobną sprawą jest postać Michaela. Dziwny gość, wydaje mi się, że próbował prowokować publikę. Uspokajał zbyt szalejących i klaszczących głośno ludzi, śmiał się z inteligencji swoich fanów, cała jego postawa wyrażała jakieś zirytowanie i lekkie podenerwowanie.

W pewnym momencie kazał technikowi zapalić światło, tak aby mógł widzieć ludzi przed sobą. Oświetlenie nie zgasło już do końca występu. Pomysł, przyznajmy to sobie, dość średni. Ja wiem, że jego zachowanie to taka poza, specyfika, ale coś mi w tym wszystkim nie do końca mi grało. Zwłaszcza kiedy ściskał się po genitaliach. To chyba nie moje klimaty.

Mam mieszane uczucia co do tego koncertu. Były momenty naprawdę niesamowite ale i całkiem średnie. Chyba ten nierówny poziom oraz osoba Giry nie przekonały mnie w stu procentach. Ale i tak było warto zobaczyć Swansów na żywo. Kto wie czy to nie ostatnie ich turnee w historii.

Kolejny miks na Święta

Agencja promocyjna Tailored Communication przygotowała dla Was specjalny miks na Święta. Składają się nań 22 utwory z płyt, które berlińska firma promowała w minionym roku. Wśród artystów są m.in. Shed, Scuba, Emika, Margaret Dygas, Bloody Mary, Shackleton, Mount Kimbie, Martyn i Space Dimension Controller. Nie brak tu również ciekawych remiksów – choćby „Paradise Circus” Massive Attack w wykonaniu Guiego Boratto czy „Wir Bauen Eine Stadt” Greie Gut Faktion autorstwa Alva Noto.

Miks, którego autorem jest Exone, można pobrać za darmo ze strony Soundcloud:
www.soundcloud.com/melissa/tailored-xmas-mega-mix-2010

Jatoma – Jatoma


Oto kolejny projekt, którego członkowie chcą zachować anonimowość. Wiadomo, że tworzy go trzech muzyków, z których jeden jest doświadczonym producentem, a dwaj – jego młodszymi kolegami. Co prawda jeszcze nie grali koncertów, ale już zapowiadają, że na występach będą się pojawiać w maskach. Materiał na ich debiutancki album powstał w ciągu kilkunastu godzin – podczas długiego jamu w jeden z zimowych dni tegorocznego stycznia. W sesji wykorzystano różne instrumentarium, przede wszystkim elektroniczne, ale także gitary czy perkusję. W efekcie powstała intrygująca całość, wymykająca się jednoznacznym klasyfikacjom.

Otwierający krążek utwór „Little Houseboat” sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z próbą połączenia ambientu z shoegazem`u na bazie klubowej rytmiki. Bo faktycznie – Jatoma, jak jej poprzednicy w rodzaju The Field czy Pantha De Prince, zgrabnie godzi typowe dla tych gatunków elementy – stosując do tego glitchową obróbkę dźwięku. Podobne pomysły odnajdujemy również dalej – oto w „Dust In Wong” pojawia się partia elektrycznej gitary, której towarzyszą pasaże syntezatorów zanurzone w cyfrowych szumach i bulgotach. Pod koniec albumu producenci wracają do tego typu brzmień w „Permafrost”. Choć rytm jest tu znacznie spowolniony, to otaczają go sążniste akordy klawiszy, tworzące monolityczną ścianę dźwięku.

Inny trop pojawia się wraz z utworem „Manipura”. To głębokie techno o majestatycznym tonie, w którym ciężki puls bitu stanowi podstawę do powtarzających się uderzeń fali masywnych syntezatorów. Wątek ten kontynuują następne kompozycje – „Durian” i „Smoking Keys”. Pierwszą z nich tworzą sążniste kaskady sonicznych akordów rodem z Detroit, a drugą – wijący się motyw klawiszowy przywołujący echo dokonań gigantów muzyki progresywnej. Mimo tych różnic, oba nagrania tętnią twardym rytmem o niemal berghainowej mocy.

Wraz z połączonymi utworami „Wood Face” i „Bou” w muzyce Jatomy pojawiają się elementy plemiennego industrialu. Bo choć ich głównym elementem konstrukcyjnym są zaszumione pasaże ambientowych syntezatorów, to podkład rytmiczny tworzą współgrające z elektronicznym bitem hipnotyczne partie blaszanych bębnów. Stąd niedaleko już do kraut-rockowych inspiracji. Trafiamy na nie w dwóch kompozycjach – „Helix” i „Luvdisc”. To oczywiście motoryczny motyw perkusyjny, wywiedziony z wczesnych produkcji grupy Neu! Jatoma uzupełnia go oldskulową elektroniką o kosmicznym brzmieniu. W pełnej krasie podobne dźwięki znajdujemy w nagraniu „Ma10as”, które z powodzeniem mogłoby się znaleźć na pochodzących sprzed trzydziestu lat płytach J.D. Emmanuela czy Haralda Grosskopfa.

Gęsta i wielowątkowa muzyka zespołu stanowi wyzwanie dla słuchacza – właściwie dopiero po kilku przesłuchaniach jesteśmy w stanie wychwycić wielość tworzących ją dźwięków. „Żywy” feeling, jakim emanuje pozwala przypuszczać, iż Jatoma świetnie sprawdzi się podczas występów. Krakowski Unsound byłby idealnym miejscem dla koncertowej prezentacji projektu.

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

www.myspace.com/jatoma
Kompakt 2010

Podsumowanie 2010: Daniel Barnaś

8 > Mike Patton – Mondo Cane

Sam fakt, iż Mike Patton potrafił zaśpiewać włoskie przeboje, przy okazji aranżując je po swojemu, zasługuje na wyróżnienie. Bo czy ktoś mógł się spodziewać tego, że płyta Pattona wieńcząca dekadę zamiast zmiksowanego metalu z odgłosami wybuchającego wulkanu i pracy walca drogowego będzie zawierać łobuzerskie hity ze słonecznej Italii lat 50tych?

7 > Bonobo – Black Sands

Ciężko uwierzyć w to, iż nowa produkcja Bonobo może posiadać jakieś rysy na swej fakturze. A jednak – z każdym kolejnym przesłuchaniem niektóre melodie wydają się zbyt sztampowe, a nawet drażniąco cukierkowe, tak jakby Simon Green usilnie próbował przebić się w komercyjny świat show-biznesu lekkostrawnymi piosenkami. I choć to jedna z ciekawszych produkcji roku, to jednak Dial M For Monkey, mimo tego, że znam ją na pamięć, częściej gości w mym odtwarzaczu, niż Black Sands.

6 > Eluvium – Similes

Zamiast nagrywać albumy w zachowawczym stylu zjadając swój ogon i zbierać przy tym pochlebne opinie Matthew Cooper potrafił zaryzykować przełamując etykietę instrumentalnego ambientu ubierając ją w bardziej piosenkową formę podbitą delikatnym, nieśmiałym śpiewem. Murowany numer jeden w tym gatunku.

5 > Monika Brodka – Granda

Wydawać by się mogło, iż płytę taką jak ta na polskim rynku muzycznym mógłby nagrać tylko Czesław Mozil. Tymczasem elektropop z użyciem typowo góralskich instrumentów stworzony został przez duet Monika Brodka – Bartosz Dziedzic. Ona – jeszcze niedawno typowa gwiazdka muzyki pop, która dojrzała do rozpoczęcia świadomej realizacji swoich celów i kreowania własnego stylu. On – producent, który wreszcie dostał szansę zaistnienia w pierwszej lidze. Efekt? Piorunujący. Świetne melodie, nietuzinkowe podejście do warstwy rytmicznej i dobre teksty. Materiał na ‘Grandzie’ jest bezkompromisowy i przede wszystkim szczery, co zaowocowało ciepłym przyjęciem nowej Brodki przez krytyków oraz ciągle rozrastającą się bazę fanów.

4 > Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Before Today

Album, który brzmi jakby został nagrany przez wyjątkowo uzdolnionego muzycznie nastolatka w latach osiemdziesiątych w pokoju wymalowanym na kolor jaskrawego różu jest w rzeczywistości dziełem artysty ukrywającego się pod pseudonimem Ariel Pink. Wygrzebując się ze swoich kasetowych wydawnictw domowej produkcji guru kalifornijskiego lo-fi popu prezentuje na ‘Before Today’ zbiór dwunastu utworów, z których właściwie każdy legitymuje się świetną melodią o iście beatlesowskiej prostocie wpadającej w ucho na dłużej, niż większość dzisiejszych produkcji tego typu. Pop najwyższej próby.

3 > Jaga Jazzist – One-Armed Bandit

Jaga jednym zdaniem? Nowożytne wcielenie Fela Kuti opętane przez ducha King Crimson. Wraz z nieistniejącym już niestety Esbjorn Svensson Trio zespół ten jest głównym przedstawicielem skandynawskiego jazzu będącego jednocześnie w ścisłej europejskiej czołówce. Norweski kolektyw kazał czekać na swoją nową płytę aż pięć lat, co można w pełni wybaczyć słuchając One-Armed Bandit – dziewięcioosobowa grupa nadal utrzymuje wysoki poziom, co zdarza się niewielu.

2 > Pantha du Prince – Black Noise

Minimal, electronic, minimal techno, techno, electronica – tagi przyklejone na last.fm do tegorocznej płyty niemieckiego DJ’a Hendrika Webera udowadniają jak łatwo można spłycić piękną muzykę szufladkując ją gatunkowo. A obrośnięte stereotypami nazwy nieszczególnie mogą zachęcać do zapoznania się z tą produkcją. Wyobraźcie sobie opis ogromnej opuszczonej fabryki położonej na zboczach lodowego masywu, który został wykonany przy użyciu alfabetu Morse’a, a następnie jego dźwiękową interpretację. Nie miniecie się za wiele z prawdą.

1 > Gorillaz – Plastic Beach

Bo nowomozyczny numer jeden wcale nie musi być niezależną, ultra niszową produkcją. Bo tworząc taką płytę mając czterdzieści dwa lata na karku Damon Albarn zadał kłam przekonaniom, iż w jego wieku nie można nagrać nic odkrywczego. Bo na sukces komercyjny zapracował sobie przede wszystkim muzyką, a nie swoim nazwiskiem. Bo Superfast Jellyfish i On Melancholy Hill można śmiało postawić obok Feel Good Inc. i Clint Eastwood. Bo połączyć w sposób naturalny libańską orkiestrę orientalną z dialogiem dwóch raperów potrafią tylko najlepsi.

Kollektiv Turmstrasse – Rebellion Der Traeumer


Specjaliści od elektroniki z Hamburga, działają zgodnie z tym, czego stereotypowo oczekujemy od naszych zachodnich sąsiadów, a więc solidności, niezawodności. Taką płytę nagrali, z obowiązkową dawką powiewu świeżości i elementu zaskoczenia.

Nazwę albumu można przetłumaczyć jako Bunt Marzycieli. Duet podkreśla, iż jest osobisty, może nawet bardziej od poprzednich gdyż „- odzwierciedla nasz rozwój i naszą naturę.” Jak na prawdziwych marzycieli przystało, płyta ma eteryczny i eklektyczny charakter. Jej konstrukcja opiera się na prostym założeniu – przeplatance „pełnowartościowych” utworów z krótkimi, ambientowymi przerywnikami (Dazwischen 1, 2, …9; w wolnym tłumaczeniu pomiędzy).

To kontrastowe połączenie potęguje efekt marzycielstwa – senny, mglisty kilmat zderza się z treścią dłuższych porcji dźwięków, a tam Hilscher i Plagemann chętnie korzystają z mocniejszego podbicia, co jest wynikiem czułości na najnowsze trendy w muzyce – generalizując, szerokiego frontu bass music. Zbieżne z nim elementy pojawiają się już od otwarcia (Sphare, Kontakt) a rozmyte, przytłumione wokale (Affekt) dźwięczą, jakby lekcje brali u samego Buriala. Choć to one są źródłem nielicznych minusów – gryzą się z perfekcyjnie wymuskanym podkładem, zbytnio zalatują popem i banałem, co słychać w Uneis (wokal Floriana Schirmachera). Poszatkowane dźwięki pianina i sekwencyjne drumy kompletnie nie korespondują z nienaturalnym głosem. Ten fałszywy ton w pełni jest zrekompensowany, zakończenie jest małym majstersztykiem, głównie za sprawą Schwindeling (z nutką emotroniki) i Heimat (dubtechno z liryczną harfą, smyczkami w pełnej harmonii), mimo, że powraca rozdźwięk muzyki i wokalu w Goldmarie.

Zebrało się 19 różnorakich utworów, znalazły się w nich momenty geniuszu i wpadek. Całokształtem jest bez wątpienia autentyczny album. Dawno nie było tak ciekawej muzyki naładowanej prądami emocji – smutku, śmiechu, wzlotów, upadków – niczym soundtrack życia. Muzyczny realizm magiczny, stworzony przez facetów którzy poznali się przypadkiem, w hotelowym pokoju…
Connaisseur, 2010

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – Robots Edition

W najbliższym wydaniu „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – usłyszymy dźwięki generowane przez inteligentne maszyny. Wśród Wielkich Elektroników, które wprawią w ruch roboty, cyborgi, androidy i inne biomechaniczne istoty, znajdą się m.in. Kraftwerk, Boards Of Canada, Air i Monolake.

Wtorek (14.12), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.





* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

Hardfloor – Two Guys Three Boxes


Owszem, kwaśne brzmienia syntezatora TB303 opatentowano w Chicago, ale do ich spopularyzowania najbardziej przyczynił się duet z Dusseldorfu – Hardfloor. To właśnie nagrana przezeń w 1992 roku EP-ka „Hardtrance Aceperience”, zawierająca utwór „Aceperience 1”, sprawiła, że charakterystycznie świdrujące dźwięki zrobiły światową karierę w klubowych produkcjach. Od tamtego czasu minęło osiemnaście lat, a panowie Oliver Bondzio i Roman Zenker działają nadal, wydając właśnie nakładem własnej wytwórni swój ósmy album – „Two Guys Three Boxes”. Jak ich muzyka brzmi w czasach post-techno i post-dubstepu?

Znakomicie! Oczywiście cudów tutaj nie ma – niemieccy producenci zrewolucjonizowali elektroniczne brzmienia niemal dwie dekady temu i teraz po prostu robią dalej to, co potrafią najlepiej. Album wypełnia więc jedenaście premierowych kompozycji, które emanują surową energią i przebojowymi melodiami.

Recepta jest prosta: podstawą utworu musi twardy bit, najlepiej wywodzący się z hard house`u („One Flew Over The Silverbox”) lub z hard techno („Mesmerizing Liquids”), który jedynie dyskretnie można od czasu do czasu podrasować jakimiś breakami („Two Guys Three Boxes”). Do mocnych uderzeń „stopy” i szeleszczących talerzy trzeba zgrabnie dopasować głęboką linię basu – bez żadnych udziwnień, po prostu pulsującą funkowym groovem („TB Or Not TB”).

Mając tak skonstruowany podkład rytmiczny, połowa sukcesu za nami. Wtedy czas na najważniejsze: wyciśnięcie z Rolanda TB303 kwaśnych dźwięków, które ułożą się w niebanalną melodię, porywającą od razu do tańca. I tu trzeba mieć talent – a Bondzio i Zenker go mają, bo potrafią stworzyć na swych „pudełkach” nieprawdopodobne wręcz loopy. Wyłaniają się one z chmurnych kłębów syntetycznego szumu („One Flew Over The Silverbox”), wiją pomiędzy masywnymi bitami („Silver Submarine”), zatrzymują i ruszają od nowa („In Acid We Trust”), aby eksplodować w finalnych momentach niczym wulkan, rozładowując skumulowaną w sobie energię („Heavy On Wire”).

I właściwie jest już po robocie: całość można jedynie przyprawić dodatkowymi efektami – kąsającymi akordami klawiszy („F.U.B.A.R.”) albo zawodzącym loopem o rave`owej proweniencji („One Flew Over The Silverbox”). Ale to tylko ozdobniki – siła tej muzyki tkwi bowiem w prostocie i dynamice.

Żeby nie było za monotonnie, niemieccy producenci rozbijają ten acidowy trans dwoma nagraniami w stylu electro, zrealizowanymi z udziałem Gerarda Hansona, znanego jako E.R.P. i Convexion. Pierwsze z nich – „4th Dimension Of The 5th Ward” – ma zdecydowanie oldskulowy charakter. To właściwie sprężysty breakbeat uzupełniony zbasowanymi akordami syntezatorów i wpisany w soundtrackowy tło o ilustracyjnym charakterze. Druga kompozycja ma z kolei bardziej mechaniczny puls, odwołując się w ten sposób do klasyki nurtu – od Kraftwerk po Cybotron. Tym razem klawiszowe pasaże grają ważniejszą rolę, wtapiając utwór w mocno detroitowy klimat.

Osiemdziesiąt minut muzyki nowego Hardfloora może zmiażdżyć nieprzygotowanego słuchacza. Ci jednak, którzy pamiętają, jak „Aceperience 1” toczył się niczym tornado po wszystkich klubach Europy, z przyjemnością zaczerpną tej samej energii z nowych nagrań Bondzio i Zenkera.

www.hardfloor.de

www.myspace.com/hardfloor
Hardfloor 2010

Wybierzcie płytę roku 2010!

Pora rozpocząć kolejną, szóstą już edycję naszego plebiscytu na najlepszy krążek mijających 12 miesięcy. Wśród biorących udział wylosujemy płyty! Aby wziąć udział w plebiscycie, wystarczy podzielić się swoimi typami na naszym forum. Możecie wskazać maksymalnie pięć krążków w odpowiedniej kolejności. Ten krążek, który wskażecie jako pierwszy, otrzyma sześć punktów. Kolejne albumy na Waszej liście otrzymają odpowiednio 4,3,2 oraz 1 punkt.

Albumem roku będzie płyta, która zyska największą ilość punktów. Głosowanie potrwa do 31 grudnia – wyniki ogłosimy 10 stycznia.

Głosować możecie na naszym forum. Swoje typy komentować możecie w tym wątku.

Zwycięzcy z poprzednich edycji

Mamy nagrody!

Wśród biorących udział w plebiscycie rozlosujemy kilka ciekawych płyt. Czekamy na Wasze głosy!

Thelma & Clyde – White Line


Debiutancki album norweskiego duetu wydany w ubiegłym miesiącu przez Karmakosmetix records skradł (jak na prawdziwych rabusiów przystało!) moje serce od pierwszego usłyszenia. Ten duet o przewrotnej nazwie tworzą udzielający się w przeróżnych projektach norweskiej sceny muzycznej Hanne Kolstø i Trygve Tambs-Lyche. Połączenie ich talentów i inspiracji wydało owoc w postaci 11 kawałków czerpiących z różnych klimatów – od mrocznych trip hopowych do kolorowych disco. W tym wszystkim wyczuwa się jednak wspólny mianownik, który sprawia, że płyta jest spójna, zdecydowana i słucha się jej z prawdziwą przyjemnością.
Na samym wejściu w muzyczną opowieść Thelmy i Clyda zostałam uraczona kawałkiem „Ice”, który jak dla mnie mógłby spokojnie stać się klasykiem gatunku zwanego trip hopem. Dziwaczne dźwięki zaskakują od pierwszej sekundy. Hipnotyzująca, powtarzająca się melodia i intrygujący wokal Hanne aka Thelmy wprowadza w melancholijny nastrój. Kawałek trwa niespełna 4 minuty, to dla mnie zdecydowania za mało, więc włączam funkcję powtarzania i… pierwszego dnia kończę przesłuchiwanie płyty tylko i wyłącznie na tym numerze! Najbardziej lubię jego pokręconą, niepokojącą końcówkę.
Następnego dnia trochę się boję, że mocne wejście przyćmi resztę materiału. Na szczęście dalej jest równie dobrze, choć nie tak zimno jak przy „Ice”. „Lockstitch” „In between” czy „Chess” to przyjemne dla ucha elektro kompozycje, które mogą sprawdzić się na lekko leniwym parkiecie. Więcej klubowej mocy ma w sobie „Hibernation” – mój kolejny faworyt, do którego sympatia dojrzewała jednak przez kilka przesłuchań. Smacznym urozmaiceniem rozrywkowego klimatu jest pojawienie się w numerze „Crosscheck” rapu w wykonaniu– jak udało mi się ustalić – jednego z liderów norweskiej sceny hip hopowej Salvadora Sancheza. Ten kawałek kojarzy mi się z numerami wrocławskiej Miloopy a to jak najbardziej miłe skojarzenie.
Kolejnym numerem prowokującym mnie do wybrania trybu powtarzania jest „Bubble”. Podobnie jak w „Ice” ważny jest tu dla mnie tekst. Dokładnie wiem co autor ma na myśli i pewnie dlatego identyfikuję się z „bąbelkiem” tak mocno. Podoba mi się, że mimo niezbyt pozytywnie nastrającej historii piosenka wcale nie wprawia w smutny nastrój.
Jak już wspomniałam – całość kompozycji na „White Line” jest wyrównana, w każdej można znaleźć coś zaskakującego, coś, co polubi się od pierwszego usłyszenia. Warto zaznaczyć, że w „White Line” swoje palce maczali Jan Bang i Erik Honoré, – znakomici artyści współpracujący między innymi z takimi muzykami jak Brian Eno czy Nils Petter Molvær.
Pozostaje mi jedynie po raz kolejny dać się porwać skandynawskim dźwiękom i wyrazić nadzieję, że któregoś dnia Thelma i Clyde zawitają do nas by zaprezentować swój materiał osobiście!

www.myspace.com/thelmaandclyde
www.myspace.com/hannekolstoe
www.myspace.com/trygvemusikk

Karmakosmetix records 2010

Eluvium – Static Nocturne

Szum robi zawrotną karierę w muzyce ambient. Fennesz, Hecker i Basinski używając głównie zniekształconych fal elektromagnetycznych potrafili wykreować swój indywidualny styl przełamujący sposób postrzegania muzyki awangardowej. Matthew Cooper nie pozostając głuchym na dokonania kolegów po fachu spróbował sił w tej stylistyce, co zostało udokumentowane płytą dostępną fizycznie w dwustu egzemplarzach oraz w formie cyfrowej do pobrania z sieci. I w sumie bardzo dobrze, gdyż ‘Static Nocturne’ jest bardziej ukłonem w stronę fanów, aniżeli kolejną pełnoprawną pozycją studyjną.

Oczywiście w Eluvium już wcześniej dało się usłyszeć tego typu eksperymenty, choć na mniejszą skalę. ‘Zerthis Was a Shivering Human Image’, z majestatyczną quasi-symfoniczną kadencją nasyconą ciepłem analogowego szumu, był zarazem pierwszym i ostatnim takim utworem, po którym Matthew Cooper odciął się od hałasu jako środka muzycznej ekspresji. Zagłębił się za to w fortepianowych miniaturach i piętrzących się gitarowych loopach wspartych dodatkowo wokalem na ostatnim albumie ‘Similes’, czym w moim przekonaniu zapewnił sobie miejsce w ścisłej czołówce twórców muzyki ambient.

Z pięćdziesięciominutowego tworu najpierw wyłaniają się bardzo charakterystyczne dla twórczości Eluvium melancholijne, klawiszowe akordy sennie przepływające pod symfoniczną burzą. Medytacyjny klimat przerwany zostaje narastającym natężeniem szumu, spod którego powoli wyłania się coś na kształt kompozycji Williama Basinskiego – przytłumionych, pastoralnych partii organów zasypanych analogowym żwirem, dryfujących niespiesznie ku końcowi. Przez ten cały czas, czy to w formie spokojnych fal, czy burzliwego wodospadu, ‘Static Nocturne’ nie jawi się jako gniot będący zbiorem odrzuconych nagrań drugiej kategorii. Cooper udowadnia tym samym, iż kolejny studyjny album, jakim uraczy nas po ‘Similes’, wcale nie musi być jego kontynuacją. Być może sygnalizując zwrot swoich zainteresowań w stronę muzyki noise znowu postara się zaskoczyć słuchaczy tak samo, jak śpiewem, który naturalnie wkomponował się w twórczość Eluvium?

W ostatecznym rozrachunku prywatny hołd, jaki Matthew Cooper składa tym albumem najbardziej pierwotnej formie dźwięku, nie wypada najgorzej. Choć momentami wtórny, nie odstaje swoim poziomem od podobnych produkcji tego typu, a jeśli ktoś omija je szerokim łukiem, to może etykieta Eluvium zachęci go do spróbowania.

Watership Sounds | 15.10.2010

3/5

Kolejna część winylowej archeologii

Jest już dostępna szesnasta część doskonałej serii setów Footprints. „Diggin Europe: The Mission 60 – 80”, którego autorem jest Galus PokójCzarnych Płyt to kolaż nagrań, które powstały w Europie w latach 1960 – 1980. Mashup zawiera takie gatunki jak Jazz, Big Beat, Funk, Muzyka Elekroniczna, Psychodeliczna i Rock. W przeciwieństwie do poprzednich dwóch miksów, które zawierały nagrania Polskich artystów wydanych przez Muza Polskie Nagrania i Pronit, tutaj spotykają się utwory artystów europejskich z takich krajów jak Węgry, Czechosłowacja, Niemcy, Rosja, Rumunia, Portugalia, Francja.

Całość pobrać możecie na stronie Footprints

68 utworów użytych w miksie zostało starannie wyselekcjonowanych z prawie tysiąca płyt winylowych, wydanych na starym kontynencie kilkadziesiąt lat temu. Ideą „Diggin Europe: The Mission 60-80” jest pokazanie tożsamości muzyki tworzonej w Europie w najlepszych latach dla rozwoju muzyki.

Analogowa rzeczywistość – rozmowa z Mikołajem Bugajakiem

O sopockich łabędziach i przelatujących samolotach – rozmowa z Mikołajem Bugajakiem

Czytaj dalej »

Dorian Concept w Katowicach – rozdaliśmy wejściówki

Już 10 grudnia, czyli w najbliższy piątek, w katowickim klubie Flow zagra Dorian Concept, odpowiedzialny za jeden z najciekawszych debiutów ubiegłego roku. Mieliśmy dla Was dwa podwójne zaproszenia na to wydarzenie. Kto otrzymał wejściówkę?

Mieliśmy dla Was dwie podwójne wejściówki na imprezę. Nasza maszyna losująca wskazała Piotra Ćwirko-Godyckiego oraz Annę Czerwień. Gratulujemy! 🙂

  • Flow club Katowice, ul. 3 Maja 23/3
  • 10 grudnia, piątek
  • Dorian Concept Live
  • Support: CH DIstrict, An On Bast
  • Bilety: 15 PLN (przedsprzedaż), 20 PLN (w dniu koncertu)

Pomimo tego, że ubiegły rok obfitował w doskonałe debiuty, ukazujące całe spektrum nowych brzmień w muzyce elektronicznej, palma pierwszeństwa należy się bez najmniejszych wątpliwości Oliverowi Jonsonowi, ukrywającemu się pod pseudonimem Dorian Concept. To właśnie jego album, zatytułowany When Planets Explode, pomimo zaledwie trzydziestominutowej objętości, okazał się tą płytą, która wzbudziła powszechny zachwyt zarówno krytyki, jak i odbiorców, a singiel Trilingual Dance Sexperience stał się jednym z największych klubowych przebojów.

Sięgając po instrumentalny hip-hop, młody Austriak wtłoczył go w rozwiązania znane z zupełnie innych gatunków, łącząc go z IDMową energią, synthpopowym chłodem, funkującymi basami i daft punkowskim tanecznym szaleństwem, tworząc album, który wielu krytyków uznało, za pierwszego reprezentanta muzyki XXI-wieku, takiej, jakiej nie grano jeszcze nigdy wcześniej.

Czubala i Novika razem

Marcin Czubala będzie kuratorem piątej części kompaktowej kompilacji „Back To Back” wydawanej co roku przez berlińską wytwórnię Mobilee. Pierwszy krążek z podwójnego zestawu zawierać będzie wybrane przez polskiego producenta nagrania z aktualnych i przygotowanych do wydania płyt z katalogu Mobilee. Drugi przyniesie natomiast kolekcję nagrań samego Czubali, wśród których znajdą się jego kooperacje z innymi artystami – Novika, Catz N`Dogz, Metrobox, i Jozifem – którzy swymi wokalami i partiami instrumentów mają nadać całości „żywy” feeling.

Album będzie promowała trasa koncertowa w marcu i w kwietniu 2011 roku. Zainteresowani zorganizowaniem show mogą się już teraz kontaktować z Mobilee na adres mailowy diego@mobilee-records.de

Dla naszych Czytelników wytwórnia Anji Schneider ofiaruje najnowszy podcast – autorstwa Alexiego Delano – który jest do załadowania pod adresem:

www.soundcloud.com

Console – Herself

Martin Gretschmann to właściwie człowiek-orkiestra. Jedni znają go pod pseudonimem Acid Pauli, używając którego serwuje w klubach minimalowe techno i house, a inni – jako klawiszowca post-rockowych The Notwist i 13&God. Mało tego – tworzy on również radiowe słuchowiska, jak choćby „Have You Ever Heard Of Wilhelm Reich” poświęcone niesławnemu seksuologowi.

Najbardziej osobistym projektem artysty jest Console – w którym, choć współpracuje z Andreasem Ammerem i Miriam Osterrieders – to i tak sprawuje niepodzielne rządy. Na wydanych do tej pory czterech albumach studyjnych formacji swobodnie ewoluował od stonowanego downtempo („Pan-Or-Ama”), przez nowoczesne electro („Rocket In The Pocket” i „Reset The Preset”), po eksperymentalny ambient („Mono”). Najnowsze dzieło Console, zrealizowane przez Gretschamnna samemu z wokalnym udziałem Osterrieders stanowi syntezę wszystkich wcześniejszych dokonań projektu – uzupełnioną nowymi wątkami.

Cieszy, że niemiecki producent wrócił do rytmiki electro. Znajdujemy ją w trzech świetnych nagraniach – „She Saw”, „Bit For Bit” i „Of Time”. Pierwsze z nich brzmi bardzo nowocześnie: mechaniczne bity niosą tu przyjemnie plumkającą partię wibrafonu przeszytą warczącym loopem o nu-rave`owej proweniencji. Tęskny wokal Osterrieders pojawia się dopiero w drugim z utworów. W zestawieniu z przejmującym motywem piano tworzy nostalgiczną melodię podszytą motoryczną pulsacją rytmu. I ostatnia z kompozycji: właściwie bliska surowej estetyce minimal wave z lat 80., bo łącząca eteryczny głos wokalistki z onirycznym pasażem klawiszy na prostym wzorze perkusyjnym.


Nie brak tu również wywiedzionego z ejtisowych brzmień synth-popu. Daleko mu jednak do oczywistości tego stylu. Bo chociaż „A Homeless Ghost” mieści w jego ramach, koncentrując się na słodkim śpiewie zatopionym w rozlanej partii syntezatorów, to podbija go rytm typowy dla muzyki disco – z nieodłącznym clappingiem. Podobnie jest w „Walking The Quartor”. Tutaj bitu nie ma w ogóle – wokal Osterrieders unoszą jedynie sążniste pasaże ambientowych klawiszy o twinpeaksowej melodyce.

Spory segment płyty zajmują odrealnione utwory odwołujące się do modnej dekadę temu emotroniki. Połamane bity o IDM-owym rodowodzie łączą się tutaj z subtelnymi muśnięciami bajkowych klawiszy („Dropped Down”), a kumkające akordy perlistych klawiszy – z melancholijnymi wokalami („For Herself”). To jakby wspomnienie dokonań Gretschmanna z The Notwist, wpisujące indie-popowy sentymentalizm w elektroniczne aranże.

Nowe motywy w twórczości Console pojawiają się w dwóch nagraniach – „Upon” i „Leaving A Century”. Niemiecki producent zwraca się w nich do dalekiej przeszłości – muzycznej skarbnicy lat 60. Pierwszy z utworów to bowiem transowy kraut-rock: oparty na hipnotycznej pracy basu i bębnów, nasączony kosmicznymi wariacjami oldskulowo brzmiących syntezatorów. Drugie nagranie jest jeszcze bardziej zaskakujące – to rozbuchana exotica o plemiennym rytmie, w którym tło dla stylizowanej wokalizy stanowią… odgłosy z dżungli. Czyżby właśnie te kompozycje wyznaczały nowy etap w twórczości Console?

Przy wszystkich swych eksperymentach, „Herself” zachowuje jakimś cudem niczym niezmąconą bezpretensjonalność. Być może to zasługa Gretschmanna, który nadal potrafi nawinie zachwycać się swymi elektronicznymi zabawkami, a może Osterrieders, której niewinny głosik nadaje całości dziewczęcego uroku? Tak czy siak – para niemieckich muzyków nadal jest w dobrej formie i nic nie wskazuje na to, aby miała ją utracić.

Disko B 2010

www.diskob.com

www.myspace.com/diskobhome

www.console.li

www.myspace.com/therealconsole

Lektura dla ambitnych

W najbliższy poniedziałek ukażą się trzy książki z cyklu Linia Muzyczna poświęcone muzyce współczesnej z Niemiec, Anglii i USA. Ten projekt wydawniczy pod redakcją Daniela Cichego to przedsięwzięcie Krakowskiego Biura Festiwalowego i Korporacji Ha!art.

W tomie „Nowa muzyka niemiecka” znalazły się m.in. szkice polskich i niemieckich krytyków muzycznych, prezentujące panoramę niemieckiej awangardy pierwszej połowy XX wieku, omówienie społeczno-politycznych wątków w muzyce powstałych po studenckiej rewolcie w 1968 roku oraz artykuły o niemieckiej muzyce elektronicznej. Nie zabrakło również portretów najwybitniejszych kompozytorów z tego regionu: Karlheinza Stockhausena, Heinera Goebbelsa czy Martina Schuttlera.

„Nowa muzyka brytyjska” rozpoczyna się tekstem Jacka Skolimowskiego o brytyjskiej tożsamości kulturowej w muzyce popowej i rockowej ostatniego półwiecza. Jest tu również miejsce na analizy eksperymentów Grupy Manchesterskiej i twórców z kręgu New Complexity. A wśród portretów – Cornelius Cardew.

Redakcją tomu „Nowa muzyka amerykańska” zajął się krytyk muzyczny i filmowy Jan Topolski. Stad w tym zestawie tekstów esej Mervina Cooke`a o amerykańskiej muzyce filmowej. A poza tym – szkice o jazzie tradycyjnym i awangardowym, minimal music i mikrotonalności. A na koniec sylwetki, m.in. Johna Cage`a, George`a Crumba, Harry`ego Partcha i Roberta Ashleya. Do tego dwa autorskie teksty Johna Cage`a i Alvina Luciera.
Książki kosztują od 34 do 39 zł. i będzie można je kupić sklepach muzycznych i EMPiK-ach oraz w sklepach internetowych Merlin i Korporacji Ha!art.

Fot. Karlheinz Stockhausen w młodości

Darkstar – North


To może być niemiłe zaskoczenie dla wielu, którzy czekali na longplay Brytyjczyków. Niektórzy ortodoksyjni słuchacze będą wyrywać włosy z głowy, pojękiwać, że świątynia dubstepu Hyperdub „coś” takiego wydała. Mimo, iż – powiedzmy sobie otwarcie – ostrzegali.

James Young i Aiden Whalley w 2009 wypuścili dwunastocalówkę Aidys Girl A Computer. Zapowiadała ona wydanie w tłoczni Kode9 debiutanckiego albumu. Utwór tytułowy, utrzymany w oparach eklektycznego dubstepu, to jedna z oryginalniejszych form poszerzającej się wciąż jego definicji (którą, nawiasem mówiąc, sami traktują niezwykle swobodnie). Przyszła jesień 2010 roku… Ich pierwszy album to ostry skręt. Na północ. Zimną i niewyraźną. Zlodowaconą smutnymi emocjami. I pożywka dla niezmordowanych teoretyków dubstepu. Droga wolna, jednocześnie moje kondolencje.

Do starego składu dołączył wokalista James Buttery. Jego zawodzący, męski, ale brzmiący niemęsko wokal, ozdabia większość utworów na płycie, wyłączając dwa, w tym już wspomniany „Aidys…”. który uwypukla, kontrastuje zapowiedziane i wprowadzone na North zmiany. W trójkę komponują mocno wielostrukturową synth-elektronikę, ozdobioną i zagęszczoną brzmieniem żywych instrumentów – pianina, gitar, smyczków. Schemat ten uderza od pierwszych dźwięków. W In The Wing, skleili ciężkie, świdrujące brzmienie syntezatora z pianinem i eterycznymi smyczkami, które brzmią soundtrackowo. Zdradzony quasi-dubstep nieśmiało majaczy w kącie, przejawia się w zrytmizowanym, klaszczącym lub szeleszczącym beacie – Gold, When Its Gone – i trzeba niemałej chęci, aby go tam odnaleźć. W gęstwinie dźwięków Deadness, zbliżają się do Junior Boys (wyraźnie podłamanych) i shoegazeu (gitara w mglistym zakończeniu), a North do złudzenia przypomina zautomatyzowany utwór Portishead – Machine Gun. Tyle, że Buttery to nie Beth. Czy słuchali kiedyś Jacaszka? Sztywne ramy traktowali luźno. Teraz robią krok dalej. Albo pięć.Być może, bo w ambientowym Ostkreuz, można wyczuć strukturę znaną z otwierającego Treny utworu Rytm to Nieśmiertelność. Mocny akcent ukrył się przy samym końcu – Dear Heartbeat. W blasku popu i połączenia obsesji rytmu z melodią, mamy wyraźny promień słońca na mrocznej, dekadenckiej Północy.

Tu nie będzie rewolucji, choć pewne ziarna zostały zasiane. Typy spod ciemnej gwiazdy w cieniu osobistych problemów (Aiden i James podczas nagrywania płyty stracili bliskie osoby), zaprezentowali ciekawą i innowacyjną formułę, która brzmi jeszcze surowo, ale nie oznacza to, że nie zachwyci w przyszłości. Synthpop, po który sięga się coraz częściej – zarówno przez tych z dorobkiem, jak i bez – już nie jest kolorowy, nie prowadzi wyłącznie na dancefloor. Przeciwnie – ich łzawy, psychodeliczny może zaprowadzić do depresji, co czasem utrudnia odbiór.
Hyperdub, 2010

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – UK Garage Edition

Kolejne wydanie „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – upłynie pod znakiem szeroko pojętego UK Garage i jego licznych odmian (głównie niekomercyjnych, ale nie tylko). Wśród Wielkich Elektroników m.in. Burial, Moderat, MJ Cole i FaltyDL.

Wtorek (30.10), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.







* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

* Facebook: http://www.facebook.com/fabryka.dzwiekow.syntetycznych

oOoOO

Witch house to specyficzny nurt, który nabiera coraz wyraźniejszego kształtu z dnia na dzień. Jednym z artystów, który kładzie solidne fundamenty pod ten gatunek jest oOoOO. Naprawdę nazywa się Christopher Dexter Greenspan i pochodzi z San Fransisco, a do tej pory na koncie ma dwie EP-ki wydane dla najbardziej liczących się w witch houseowym światku wytwórni: Disaro i Tri Angle. Z muzyką związany jest odkąd skończył 5 lat, natomiast projekt oOoOO powstał dwa lata temu. W swojej twórczości zgrabnie łączy elementy retro popu, dark wave i nawet dubstepu. Śmiało przyznaje się do fascynacji Burialem. Wyraźna linia basu, oniryczne przetworzone wokale brzmiące jakby „Nick Cave palił papierosa o północy w zwolnionym tempie”, studyjne echa. Wszystko to połączone ze sobą tworzy surrealistyczny i gotycki klimat rodem z filmów Davida Lyncha (utwór „Burnout Eyess” brzmi jak nowsza wersja tematu muzycznego z Twin Peaks).
W jego utworach jeśli słychać wokal to należy on do kobiet, bo jak mówi: „Naprawdę nie lubię męskich głosów- przynajmniej większości z nich. W 9 na 10 przypadkach jeżeli pierwsze 20 sekund utworu brzmi dobrze, a potem słuchać męski wokal to rujnuje to dla mnie wszystko”.
Hearts by oOoOO
Sam o swojej muzyce mówi w dość przewrotny sposób: „Czuje dużo wspólnego z Kylie Minogue. Lubię myśleć, że moja muzyka to coś rodzaju popu dla podświadomości. Ludzie przypisują do witch house wiele elementów estetycznych- poganizm, symbolizm- ja się tym nie interesuje”.
Popowe artystki są dla niego inspiracją do tego stopnia, że remiksuje ich piosenki. Do tej pory przerobił Lady Gage, oraz nawet niesławną Lindsay Lohan, której utwór dzięki owemu remiksowi brzmi o niebo lepiej.

Kontrastów w jego muzyce jest pełno. Słuchając go ma się wrażenie zatarcia granic rzeczywistości w pewnych momentach. „Jestem pewien, że moje życie po obudzeniu się wygląda podobnie jak to co większość ludzi przeżywa w snach. Mogę chodzić bezcelowo przyglądając się drzwiom budynków i słuchać ruchu ulicznego całą noc. Tak naprawdę nie tkwię w klimacie koszmarów i horrorów. Myślę, że dźwięki, które są swego rodzaju niepokojące i melancholijne są dobre tłem dla pięknych melodii. Wydają się bardziej zdesperowane i słodkie przez kontrast”.
Przyszły rok zapowiada się interesująco, ponieważ Christopher Dexter deklaruje wydanie pełnowymiarowego albumu, nad którym właśnie pracuje w domowym zaciszu, a po tym co prezentuje swoją dotychczasową twórczością można spodziewać się, że będzie to bardzo dobry materiał.

Soundcloud
MySpace