A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.

Innercity Ensemble – IV
Jarek Szczęsny:

Luz i bogactwo.

Grischa Lichtenberger – RE:PHGRP
Paweł Gzyl:

Free jazz w „rasterowej” wersji.



Archive for Październik, 2019

RVDS – Memories


Działająca w Hamburgu wytwórnia Dial z miesiąca na miesiąc rozszerza swoje wpływy. Jej założyciele wspierają nie tylko własnych artystów, ale również tych, którzy nagrywają dla mniejszych wytwórni portowego miasta Niemiec. Jednym z nich jest działający niemal od dekady Richard Von Der Schulenburg. Choć debiutował synth-popowymi produkcjami nawiązującymi do tradycji schlagera, z czasem obrał kurs na house i techno, tworząc pod pseudonimem RVDS. Ponieważ od 2005 roku jest DJ rezydentem w słynnym hamburskim klubie Pudel, jego nagrania publikowały do tej pory związane z nim firmy Pudel Produkte i Terpsiton. Trzy lata temu Schlodenburg powołał do życia wraz z dwoma innymi didżejami – A Different Jimem i Phono – własną wytwórnię płytową It`s. Do tej pory opublikowała ona pięć winyli autorstwa najczęściej swych właścicieli. O hamburskim producencie zrobiło się głośniej, kiedy w 2009 roku dołączył do artystów z Dial, Lawrence`a i Christiana Naujoksa, aby powołać z nimi do życia trio Sky Walking. Jego dobrą passę podtrzymuje debiutancki album – „Moments”.

Schulenburg unika na nim cyfrowych brzmień – wszystkie dźwięki zagrane są na oldskulowych maszynach: syntezatorach TR-808 czy JP-6 oraz elektronicznym pianino Wurlizera. Nic więc dziwnego, że równie staroświecki sznyt mają umieszczone na płycie kompozycje.

Zaczyna się nadspodziewanie melancholijne – spośród szeleszczących dźwięków padającego deszczu rozbrzmiewa tęskna melodia wygrana na klawiszach („Rainy Day”). Ten smutny klimat podtrzymuje następne nagranie. Rozpoczyna się ono w równie zaskakujący sposób – od długiej partii wokalnej podanej a capella. Dopiero później pojawia się house`owy bit, który niesie otaczające śpiew ciepłe akordy syntezatorów, na tle których rozlega się zwiewne solo na pianinie. Tytuł wyjaśnia wszystko – „Pain”.

Jaśniejsze barwy wprowadza dopiero „Things For U”. To sążniste pasaże soulowych klawiszy, które podbijają stukające bity oldskulowego automatu perkusyjnego, uzupełnione masywnymi uderzeniami brzęczącego basu. Podobnie wypada „Clear Moments”, bo i w nim znajdujemy surowe i chropowate dźwięki – choćby ukrytego w tle pohukującego loopu i miarowo toczących się hi-hatów. W ten sposób niemiecki producent kłania się chicagowskiej tradycji muzycznej – i trzeba przyznać, że robi to bardzo stylowo.

Bardziej miękkie rytmy znajdujemy w „Acid Dream”. To jakby archaiczne disco przeszyte świdrującym motywem o kwaśnym brzmieniu. Wynikający z tytułu rozmarzony klimat utworu podtrzymują ciepłe fale szeroko rozlanych syntezatorów. Na koniec zestawu Schulenburg sięga po archetypowy deep house. Mamy więc w „Windy Night” z jednej strony wysunięte na pierwszy plan mocne i głębokie uderzenia zbasowanego bitu, a z drugiej – detroitowe sekwencje pastelowych klawiszy podszyte mroczną melodią przywołującą wspomnienie klasycznych soundtracków sci-fi w stylu „Terminatora”.

Niemiecki producent nie unika również ambientowych wycieczek. „Bitter Sweetness” i „Turquoise Storm” brzmią jednak nieco inaczej niż większość obecnych produkcji tego stylu, ponieważ zostały wykonane na analogowych instrumentach. Stąd momentami bliżej im do kosmicznej wersji gatunku w rodzaju krautowych eksperymentów Harmonii czy Clustera niż późniejszych dokonań brytyjskich czy niemieckich innowatorów.

„Moments” to płyta skromna, trochę szara i niemodna, skrojona ze staroświeckich brzmień, ale kryjąca w sobie mnóstwo głębokich emocji. A to przecież one decydują o tym, czy wypowiedź artystyczna jest autentyczna czy też nie. W przypadku debiutu RVDS nie ma żadnych wątpliwości. Ta muzyka płynie prosto z serca. I dlatego robi takie ujmujące wrażenie.

www.itsits.it

www.myspace.com/itsitsisntit

www.richard-universum.de

www.myspace.com/richardvonderschulenburg
It`s 2011

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – In The Mix vol. 6: Autechre

W nadchodzącym wydaniu „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – Autechre w wydaniu koncertowym. We wtorkowy wieczór w eterze rozbrzmi zapis wiedeńskiego występu grupy Autechre z zamierzchłego roku 1996 plus garść świeżych informacji astronomicznych, m.in. o odkryciu nowej planety w Układzie Słonecznym oraz wybuchach na Słońcu i ich konsekwencjach.

Wtorek (22.02), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM

The Naked And Famous – Passive Me, Aggressive Me


Jak na razie zdążyli wydać zaledwie dwie epki oraz jeden długogrający album, a już mogą pochwalić się tym, że ich debiut zdobył status złotej płyty w Nowej Zelandii i nominację do tytułu roku w rankingu BBC „Sound of 2011”. Tak, tak, Europa także zaczyna powoli wariować na ich punkcie. Młode pokolenie bitników wkrótce może ujrzeć w nich swoich idoli a singiel „Young Blood” ma wielkie szanse stać się ich hymnem.

Najzabawniejsze jest to, że The Naked And Famous nie zarejestrowali na debiucie ani jednego odkrywczego dźwięku. Poszerzyli jedynie nieznacznie granice wytyczone przez swoich rówieśników z The XX, MGMT czy M83. Do gotowego przepisu indie-electro-popu dorzucili spore ilości nieokiełznanej i zarazem naiwnej, młodzieńczej energii. Pogrzebali także nieco w historii, bo pojawiają się w ich muzyce dalekie echa Nine Inch Nails, taneczno-rockowe wtrącenia New Order i dyskotekowe rytmy lat ’80. Za mikrofon chwyciły dwie osoby: Alisa Xayalith oraz Aaron Short. Ale to właśnie Alisa stanowi siłę napędową zespołu. Wokalistka w specyficznej manierze wykrzykuje teksty piosenek i to stanowi właśnie główny atut oraz znak rozpoznawczy Nagich i Sławnych. Alisa stanowi siłę napędową zespołu. Wokalistka w specyficznej manierze wykrzykuje teksty piosenek i to stanowi właśnie główny atut oraz znak rozpoznawczy Nagich i Bogatych. Na „Passive Me, Aggressive Me” pojawiają się także spokojniejsze momenty w postaci uroczych, elektronicznych ballad „No Way” czy „The Ends” , w których Alisa zmysłowo szepcze nam do ucha, przywołując na myśl dream pop spod znaku Bat For Lashes. Za to kawałek „Spank” jak nic mógłby znaleźć się na którejś z płyt Björk, a słuchając instrumentalnego „The Source” ma się wrażenie, jakby za konsoletą stał we własnej osobie Trent Reznor.

The Naked And Famous wiedzą dokładnie czego chcą i jakimi środkami mają uzyskać założony efekt. Przebojowość i dobra zabawa ma przybrać formę artyzmu, w którym pobrzmiewa nutka melancholii. Bez zbędnego patetyzmu i wydumania, za to szczerze i z młodzieńczą ufnością. Kupuję to jak nic. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o teledyskach, jakie nakręcił dla kolektywu duet reżyserski, w skład którego wchodzą Campbell Hooper oraz Joel Kefalin. Kawał dobrej roboty i wizualne dopełnienie bardzo udanej debiutanckiej płyty.



Somewhat Damaged, 2010

Improwizowany post-rock-jazz w Krakowie

We wtorek 8 marca w krakowskim klubie Re wystąpi ceniony zespół z Tokio – Mouse On The Keys. Grupę tworzy dwóch członków formacji Nine Days Wonder (jedna z najważniejszych japońskich grup post-rockowych) – Akira Kawasaki (perkusja, instrumenty klawiszowe) i Atsushi Kiyota (fortepian, instrumenty klawiszowe) oraz Daisuke Niitome (fortepian, instrumenty klawiszowe), perkusista i kompozytor muzyki w wielu projektach z nurtów jazz-funk i hip-hop.

Jeżeli muzykę Mouse On The Keys generalnie można zakwalifikować jako jazz, to ze względu na intrumentarium i inspiracje muzyków obejmujące amerykańską scenę post-hardcore z lat 90, muzykę klasyczną i różne odmiany współczesnej muzyki tanecznej, nie jest to takie proste. Szczególnie, kiedy ich bębny wygrywają połamane, math-rockowe rytmy, a klawisze odpowiadają oryginalną klasyczno-jazzową hybrydą.

Podczas koncertów muzykę grupy ilustrują abstarkcyjne projekcje wideo, które pomagają przenieść się publiczności, niezależnie od miejsca koncertu w wirtualną podróż po Tokio. Ostatnie wydawnictwo grupy to album „An Anxious Object” z 2009 roku. Płyta w Europie ukazała się w marcu 2010 roku dzięki Denovali Records.

Nowy FaltyDL w marcu

Jeden z najciekawszych producentów swojego pokolenia powraca z drugim longplayem. Następca „Love Is A Liability” z 2009 r. ukaże się 14 marca nakładem Planet Mu i będzie nosić tytuł „You Sound Uncertain”. Drew Cyrus Lustman, znany bardziej jako FaltyDL, zapowiada, że album będzie bardzo różnorodny – tak pod względem tempa poszczególnych utworów, jak i gatunków, które usłyszymy. Nowojorczyk zaprosił do współpracy wokalistki Annekę i Lily McKenzie. Okładkę „You Stand Uncertain” i fragmenty utworów znajdziecie tutaj.



DVA w Polsce

Czyli trasa koncertowa czeskiego duetu neofolkowego. Najnowszy album czeskiego duetu DVA brzmi jak oprawa muzyczna do przedstawień wędrownej trupy cyrkowej z programem dla schizofreników. Z początku przyciąga radosną pstrokacizną dźwięków gitary, banjo i harmonijki, lecz szybko zaczyna mamić kalejdoskopem psychodelicznych zawirowań beatboxu, sampli i partii saksofonu. To wszystko okraszone śpiewem w fikcyjnym języku sprawia, iż płyta ‘HU’ jest ciekawą pozycją dokumentującą mariaż brzmień akustycznych z elektroniką.


Trasa promująca album HU:

2.03 Meskalina | Poznań, godz. 20
3.03 Fama | Białystok, godz. 20
4.03 Papryka | Sopot, godz. 20
5.03 Powiększenie | Warszawa, godz. 20
6.03 Pani K | Sanok, godz. 20

Myspace DVA

OFICJALNA STRONA

Isolée – Well Spent Youth


Dwa lata temu DJ Koze zmęczony tułaniem się od wytwórni do wytwórni, postanowił założył własną tłocznię. Tak powstała Pampa, pod opiekuńcze skrzydła której szybko trafiło kilku znanych producentów – Jackmate, Nathan Fake czy Robag Wruhme. W tym samym czasie Rajko Müller zakończył swą współpracę z Playhouse. Ponieważ obaj panowie dobrze się znali, podpisali kontrakt, na mocy którego Pampa opublikowała właśnie długo oczekiwany album Isolée – „Well Spent Youth”.

Choć frankfurcki producent wychował się na ciężkiej elektronice w stylu modnego ćwierć wieku temu EBM, dopiero odkrycie muzyki house sprawiło, że poczuł impuls do tworzenia. Jego produkcje od początku miały zdecydowanie minimalistyczny charakter. O pierwszego wydawnictwa związany z Playhouse`m, zdobył popularność dzięki wydanej w 1998 roku płycie z utworem „Beau Mot Plage”. Pomysłowo wyprodukowany utwór stał się forpocztą micro-house`u, estetyki którą rozwijali w tym czasie artyści z różnych stron świata – od Herberta z Anglii po Håkana Lidbo ze Szwecji. Mistrzostwo w żonglerce samplami potwierdziły dwa albumy Isolée – „Rest” z 2000 roku i „We Are Monster” z 2005 rok. Na trzeci – nie licząc kompilacji „Western Store” z 2006 roku – trzeba było czekać aż sześć lat.

„Well Spent Youth” to powrót Rajko Müllera do organicznych brzmień z okresu debiutu. Niemiecki producent jak zwykle unika dosłowności w aranżacji swych kompozycji. Już otwierający krążek „Paloma Triste” trudno jednoznacznie zaklasyfikować – bo to właściwie gorący punk-funk uzupełniony zimną partią piano. Potem pojawiają się różne odmiany house`u. Najpierw Muller sięga po jego dubową wersję – tak brzmi bowiem podlany onirycznymi pasażami klawiszy „Thirteen Times An Hour”. Później delikatnie zmiękcza brzmienie i zwalnia tempo, zatapiając „Taktell” i „Journey`s End” w gąszczu przyjaźnie kumkających i pohukujących sampli.

W drugiej połowie krążka niemiecki producent zwraca się bardziej w kierunku deep house`u. Świadczą o tym trzy nagrania – „Celeste” oraz kończące całość „Transmission” i „In Our Country”. Głęboki podkład rytmiczny godzi w nich bulgoczące efekty z pikającymi loopami, wokoderowi wokale z detroitowymi smyczkami, syntetyczne chórki z blaszanymi perkusjonaliami. W każdym z tych przypadków Müller dba jednak, aby nie urazić słuchacza zbyt ostrymi dźwiękami – stąd wszystkie brzmienia mają ciepły i łagodny charakter.

Nawet, kiedy niemiecki producent sięga po electro i techno, tak szlifuje sample, że utwory reprezentujące te gatunki dalekie są od zimnych i ciężkich klimatów. Bo choć w „Going Nowhere” i „Trop Pres De Toi” pojawiają się połamane rytmy, to otaczają je organiczne tony akordeonowych syntezatorów i pęczniejącego basu, nad którymi góruje przetworzona wokaliza. Także w najmocniejszym utworze w zestawie – „Hold On” – typowe dla detroitowego techno soniczne akordy klawiszy są zdecydowanie wygładzone i stonowane.

To się nazywa być wiernym własnym korzeniom – „Well Spent Youth” brzmi niemal tak kolorowo i wyraziście, jak debiutancki „Rest” sprzed dekady. To świetny początek dla wytwórni DJ Koze. Miejmy nadzieję, że planowany na czerwiec nowy album Robaga Wruhme – „Thora Vukk” – podtrzyma tę dobrą passę.

www.pamparecords.com

www.isolee.de
Pampa 2011

Asian Dub Foundation – A History Of Now


16 lat na scenie, 9 płyt na koncie, wielkie trasy, fanów na pęczki i marka warta pokaźną sumkę. Tak w skrócie, można by podsumować dorobek chłopaków z Asian Dub Foundation, którzy wraz z początkiem roku popełnili nowy album – „A History Of Now”. Co otrzymaliśmy tym razem? Ano, skończyło się na strachu, płyta jest bowiem wypadkową najlepszych momentów tej formacji. Ekipa, pomimo upływu czasu, nadal nie potrafi się zatrzymać, uparcie nie ustępując miejsca „młodym i zdolnym” żółtodziobom, śpiewającym o nadchodzącej rewolucji z perspektywy wyklejonego Che Guevarą pokoju.

Już od pierwszych taktów nowego Asian Dub Foundation wyraźnie słychać, że ragga weterani z UK nigdy nie mieli się lepiej. Nie zamulają, grają z powerem i wyobraźnią, czego najlepszym przykładem jest otwierający „A New London Eye”. Hip hopowy beat od samego początku wprowadza nasze ciało w energetyczne bujanie, a gitarowe wstawki wkręcają w wielkomiejski klimat londyńskich suburbii. Żywiołowa energia miesza się tu z nienachalną melancholią, szczególnie kiedy delikatne smyczki i tabla płyną przez genialną nawijkę Chandrasonica, galopującego po rymach jak szalony. Od pierwszego numeru wiadomo, że kartą przetargową albumu jest również bas Marty Savalea, który nadaje muzyce specyficznego vibeu, że aż chce się spalić nim membrany. „Urgency Frequency” jest z kolei klasycznym, breakbeatowym bangerem, zagranym w trybie „krzycz i skacz”. Istotnie, nagromadzona w numerze moc wyzwala w słuchaczu wigor, tak pożądany i deficytowy podczas zimowych poranków przy kawie przed szkołą czy pracą – ADF 2011 działa jak najlepszy energetyk.

Wraz z „London To Shanghai” rozpoczyna się radosny world music. Instrumentalnych odniesień do dźwięków świata jest tu bowiem cała masa, z folkową melodią smyków na czele. Sam utwór jest jednak nieco naiwny i nadmiernie oczywisty, czego nie można z kolei powiedzieć o tytułowym „A History Of Now” oraz sąsiednim „Spirit In The Machine”. Zadziorne, gitarowe riffy akompaniują chóralnie wykrzyczanym rebelianckim hasłom, a gdzieś, wysoko w górze unosi się duch muzyki crossover, który ulotnił się wraz z końcem ostatnich one-hit wonderowych kapel, parających się nu-metalem i nowoczesnym krzyżowaniem stylów pod koniec lat 90 XX wieku.


Dalej, jeszcze ciekawej – pokłady smolistego dubu, etniczne akcenty i szczypta bhangray, wszystko to odnajdziemy w „Wheres All The Money Gone?”. Gitarowa solówka przy końcu tego nagrania, rozpoczyna najspokojniejszy moment na nowym krążku ADF czyli „In Another Life” i „Power Of 10”. Pierwszy z nich, to udany romans muzyki afrykańskiej z pikantnymi, orientalnymi brzmieniami, drugi track przypomina kompozycje post-rockowego zespołu w stylu This Will Destroy You czy choćby God Is An Astronaut, połączone z kojącymi dźwiękami fletu francuskiego Air. Jak się okazuje, nie samym jungle człowiek żyje, a takie wędrówki, to miłe urozmaicenie i odskocznia od wiecznie galopującej muzyki Brytyjczyków.

Nastroje wyciszone, czas więc na najostrzejszy numer tej płyty, jakim jest zagrany z punkowym pazurem „Futureproof”. Amerykański hardcore, peruwiańskie piszczałki i rytmika Czarnego Lądu, wszystko to w jednym, zwięzłym numerze, który porywa od pierwszej sekundy, niczym najlepsze dokonania projektu Apartment 26. Nie można tego powiedzieć o „This Land Is Not For Sale”, wypełniaczu, nagranym w kolaboracji z Indigenous Resistance – ot, przeciętny, rockowy numer o egzotycznym posmaku. Album kończy za to znakomity sześciominutowiec „Timple Siren”, czerpiący pełnymi garściami z pierwotnego dubu kolegów z Zion Train, porywając się na nieśmiałe improwizacje i zabawę muzyką wszystkich stron świata. Very happy ending.

„A History Of Now” udowadnia, że dla Chandrasonica i spółki jest jeszcze miejsce w mainstreamowym światku muzyki rozrywkowej. Nie zdradzili dawnych ideałów, konsekwentnie grają swoje i mają się dobrze. Ten album, to również parę słów prawdy o czasach, w jakich żyjemy i o nas samych, o czym krzyczą teksty, okładka, klip i co najważniejsze, muzyka zawarta na najnowszym krążku Asian Dub Foundation. Dobrze, że są jeszcze takie zespoły.
Cooking Vinyl, 2011

Cut Copy – Zonoscope


Chłopaki z Antypodów wybrali idealny moment na premierę swojego kolejnego albumu. Po trzech latach od ostatniego wydawnictwa, z początkiem lutego, na rynku pojawił się trzeci krążek zespołu. „Zonoscope” serwuje nam porcję tanecznego, iście karnawałowego grania. Do tłustego czwartku pozostało jeszcze trochę czasu – wykorzystajmy go na parkietowe szaleństwa w rytm australijskiego disco! Gwarantem dobrej zabawy niech będzie jak zwykle dj-skie doświadczenie lidera grupy Dana Whitforda. Facet zna sposoby by wyciągnąć na parkiet nawet mocno zdeklarowanych nietańczących. Jedenaście bezpretensjonalnych piosenek okraszonych synthpopowym brzmieniem nawiązuje do klimatów dyskotek sprzed trzech dekad. Przyodziejcie się więc w wygrzebane w sh bluzki z poduszkami (bądź obszarne, żarowiaste t-shirty jeśli jesteście płci męskiej) i zwężane ku dołowi dżinsy – rozpoczynamy karnawałową zabawę z Cut Copy!

Na początek „Need You Now”, czyli najświeższy singiel z równie świeżym teledyskiem, którego premiera miała miejsce kilkadziesiąt godzin temu. W trakcie ponadminutowego rozkręcania się piosenki doskonale opanujecie podstawowy krok taneczny, a podczas refrenu do kręcenia bioderkami dojdzie radosne kołysanie ramion. Przy tych wygibasach spalicie niemal tyle samo kalorii co cała ekipa sportowców prezentujących się we wspomnianym teledysku.

Kolejny numer to również singlowy „Take Me Over”. Brzmi znajomo? Gramy w „Jaka to melodia”, jednak w przeciwieństwie do Roberta Janowskiego daruję Wam porcji nietęgich żartów. W zamian proponuję, zgodnie z tradycją teleturnieju, pudełko czekoladek marki Solidarność (serio – pierwszy poprawny mejl do mnie wygrywa!). Teraz na pewno jesteście już w wyśmienitych nastrojach! Ja również – poziom endorfin wzrasta nie z powodu czekolady, a w reakcji na kolejne dźwięki z „Zonoscope”. Moi faworyci to „Pharaohs & Pyramids” z mocno wkręcającym się bitem (końcówka!) wraz z następującym po nim „Blink And You’ll Miss a Revolution” . Co tu dużo mówić – rewolucja polega po prostu na tym, że nie mogę ustać w miejscu, a to przecież nawet nie półmetek albumu. Całe szczęście chłopaki wzięli pod uwagę stan mojej kondycji. Podczas dwuminutowego, instrumentalnego przerywnika o przewrotnym tytule „Strange Nostalgia For The Future” , mogę złapać oddech. Kolejny numer „This Is All We’ve Got” jest nieco bardziej liryczny – poproście do tańca-przytulańca ponętną brunetkę, która wpadła Wam w oko na początku imprezy albo po prostu dajcie się porwać chwili, zamknijcie oczy i odlećcie hen hen w samotnych pląsach. W piosence „Alisa” na pierwszy plan wysuwa się gitara Tima Hoeya i bębny Mitchella Scotta – nie da się ukryć, że Cut Copy potrafią czerpać także z rocka i chwała im za to. Powoli zbliżamy się do końca australijskiej uczty – na podwieczorek Dan i koledzy serwują „Hanging Onto Every Heartbeat”. Dla mnie jest to najsmaczniejszy kąsek z „Zonoscope”. Wprost nie mogę się oprzeć gitarowemu motywowi, który pojawia się już na samym początku utworu.

To prawie koniec a ja nadal jestem w niebie. W zasadzie na jego rogu. „Corner Of The Skye” to numer, który swoją energią dorównuje numerom z najwyższej, dyskotekowej półki. Podobnie można powiedzieć o finalnym kawałku „Sun God”, który dorównuje dokonaniom samych Faithless. Ten 15 -minutowy utwór jest doskonałym zwieńczeniem australijskiej disco podróży. Jeśli jesteście nią usatysfakcjonowani nie mniej ode mnie, przygotujcie się na ciąg dalszy – jak już zapewne wiecie, Cut Copy wystąpi w Gdyni podczas festiwalu Opener. Do zobaczenia!

http://www.cutcopy.net/

Modular Recordings 2011

Zespół klawiszowca Mars Volty w Polsce

W środę 2 marca w krakowskim klubie Re wystąpi grupa Free Moral Agent, której założycielem jest klawiszowiec grupy The Mars Volta – Ikey Owens. Początkowo solowa aktywność muzyka rozwinęła się w pełnoprawny zespół, łączący w swej muzyce elektronikę, trip-hop, dub i psychodelię. FMA tworzy pięć osób: japońska wokalistka Mendee Ichikawa, Reid Kinnet (Rhodes), Jesse Carzello (gitara), Dennis Owens (bas), Ryan Reiff (perkusja) oraz oczywiście grający na klawiszach Isaiah „Ikey” Owens.
Owens współpracował m.in. z El-P, Mastodonem, Sublime, Saulem Williamsem oraz Z-Tripem. Z The Mars Volta gra od poczatku istnienia grupy do chwili obecnej. Udzielał się na wszystkich albumach TMV od „De-Loused In The Comatorium” po „Octahedron”.

Free Moral Agents na wydanych do tej poru pięciu albumach nie boją się eksperymentować z dźwiękami, nadając każdej z piosenek własny charakter. Ich pełna zwrotów akcji muzyka nigdy nie pozwala zgadnąć, w którym kierunku zabierze słuchaczy. Od melancholijnych trip-hopowo-dubowych kompozycji, przez psychodeliczne tripy, zespół potrafi przejść do cięższych, gitarowych riffów przypominających The Mars Volta. W jedną całość poszczególne utwory grupy spaja hipnotyzujący głos Japonki Mendee Ichikawa.
Supportem dla Free Moral Agents będzie pochodzacy z Los Angeles raper Subtitle. Kryjący się pod tym pseudonimem Giovanni Marks ma na koncie współpracę z Islands i The Mars Volta oraz wspólne koncerty z tak różnymi artystami jak Autechre, LCD Soundsystem, Beans, Dälek czy… Nancy Sinatra. Jako producent Subtitle pracował m.in. dla 2Mex, Daedelusa, Kill Me Tomorrow, From Monument To Masses, NoCanDo i Year Future.

Marco Carola – Play It Loud!


Obok Jeffa Millsa i Richiego Hawtina jest obecnie jednym z najpopularniejszych didżejów grających w stylu techno. Pracował na to ponad piętnaście lat. Dziś jego sety na trzy gramofony przyciągają fanów ciężkich brzmień zarówno w londyńskim klubie Fabric, jak i w królującej na Ibizie słynnej Amnesii. A początki były mało zachęcające: kiedy w 1993 roku próbował grać w rodzinnym Neapolu techno, parkiety świeciły pustkami. Konsekwentnie zdobywał jednak zwolenników, zapraszał gości z zagranicy, w efekcie czego na południu Włoch powstała skromna, ale solidna scena klubowa dedykowana mocnym rytmom. Choć postrzegał siebie głównie jako didżeja, od początku realizował również własne nagrania. Dzisiaj ma swym koncie cztery albumy, z których najnowszy opublikowała wytwórnia Richiego Hawtina – Minus.

Równe dziesięć lat przerwy, jakie dzielą „Open System” od „Play It Loud!” zmieniły nieco brzmienie włoskiego producenta. Wszak był to czas rozkwitu minimalu, co musiało wpłynąć na Carolę, który zawsze lubował się w surowych i oszczędnych produkcjach. I rzeczywiście – osiemnaście premierowych nagrań połączonych w jedną całość czerpie inspirację z jednej strony z klasyki techno, a z drugiej – z minimalowych nowinek.

Podstawą zredukowanych utworów z „Play It Loud!” są oczywiście hipnotyczne struktury rytmiczne. Carola sięga po miękkie bity, idealnie synchronizując je z pulsującymi pochodami basu. W typowy dla siebie sposób ozdabia rytm dodatkowymi elementami – w tym przypadku głównie plemiennymi congami o metalicznym brzmieniu („Magic Tribe”). Czasem przesuwa główny motyw rytmiczny w tył, wysuwając na pierwszy plan perkusyjne ozdobniki („The Tool”), a kiedy indziej pogłębia uderzenia bitu o dodatkową przestrzeń („Light House”). W połowie miksu wychodzi nawet poza formułę techno, przełamując rytmikę na modłę dynamicznego electro („Groove Catcher” i „Rolling”). A na koniec funduje słuchaczom zaskakujący zwrot w stronę dubstepu, zwalniając tempo i uzupełniając je dodatkowymi uderzeniami bitu („Question Of Time”).

Reszta konstrukcji poszczególnych utworów z „Play It Loud!” jest radykalnie zminimalizowana. Najczęściej trafiamy tu na krótko pocięte sample rytmicznych odgłosów – stukotów czy zgrzytów zapętlonych w powtarzające się sekwencje („Kimbo” lub „One Man Show”). Od czasu do czasu odzywają się również syntezatory. Ich laboratoryjne brzmienie przypomina oczywiście dokonania artystów z Minus czy Sähko. To rwane akordy o metalicznym tonie, nadające całości lekko industrialny sznyt. Właściwie najwięcej melodii wnoszą do tych produkcji linie basu – tak gięte, by wydobywały się z nich przyjemnie pomrukujące dźwięki.

Carola płynnie przechodzi od jednego nagrania do drugiego, unikając agresywnych wyskoków, przez co zestaw nabiera transowego charakteru o niemal psychodelicznym klimacie. Dla wielbicieli zredukowanego techno spod znaku Minusa będzie to muzyczna uczta, ale reszta może mieć trudności z wczuciem się w nastrój płyty. I dla nich materiał ten będzie zbyt monotonny. A już kompletnie ma sensu słuchać tej muzyki na Ipodzie – jak głosi tytuł albumu, aby w pełni poczuć jej moc, trzeba dać zebranym na nim nagraniom dać możliwość zabrzmienia na odpowiednio wysokim poziomie głośności.

www.m-nus.com

www.myspace.com/min2max

www.marcocarola.net

www.myspace.com/marcocarola
Minus 2011

Duffstep – „Getting to Sirius”



W zasadzie nie byłoby o czym pisać, gdyby nie to, że płyta Jeremyego Duffyego z jakiegoś dziwnego powodu budzi bardzo pozytywny oddźwięk w blogosferze, a muzyk hula sobie ze swoimi liveactami z ludźmi pokroju Kode9, Deadboy czy Scratcha DVA. Tymczasem nawet jak na tak bananowe i rozpieszczane przez media towarzystwo stosunek recenzenckiego szumu do jakości jest w przypadku „Getting to Sirius”, delikatnie mówiąc, kontrowersyjny (tak, w tym miejscu powinienem ponarzekać na hype, ale tym razem sobie daruję).
Album w założeniu miał chyba być naładowany emocjami, ale sposób przekładania ich na muzykę – cokolwiek w przypadku elektroniki miałoby to znaczyć – sugerowałby, że są to emocje pięciolatka. Na pierwszy plan wysuwają się więc lukrowane melodie, choć słowo „melodia” nie powinno być chyba używane w przypadku trzech czy czterech nieporadnych akordów. Tam, gdzie Duffy chce coś do nich dodać, po prostu dorzuca w tle nowy „pasaż” przy pomocy następnego w kolejności presetu z syntezatora, nigdy nie rozwijając czy – boże uchowaj – komplikując rozpoczętego tematu.
Słuchając „Getting to Sirius” można odnieść wrażenie, jakby jakaś pastelowa, lepka substancja wyciekając z głośników zalewała otoczenie Tej „emocjonalnej” atmosfery dopełniać mają chyba sample z kobiecymi wokalami – nie konkretne słowa, raczej „ochy” i „achy” (z obowiązkową oktawą w górę w „Happy Days”). Są obecne – i nadużywane – niemalże w każdym tracku i w parze z topornym skakaniem po trzech klawiszach brzmią po prostu infantylnie. A kiedy w tle jeszcze pojawia się zabłąkany instrument – jak dęciaki w „On & On”, „This Isnt Just Duff, Just Duffstep” czy „Love”– można odnieść wrażenie, jakby jakaś pastelowa, lepka substancja wyciekając z głośników zalewała otoczenie. Nigdy chyba nie słyszałem tak mdłej płyty. I śmiech mnie dziś ogrania gdy wspominam moje narzekania na muzyczną pretensjonalność Buriala – Duffstep wyznacza w tej sferze zupełnie nowe standardy.
Skoro już przy Burialu jesteśmy – rusztowanie dla całości stanowią dubstepowe i hip‑hopowe breaki. Niestety, choć cały muzyczny świat próbuje dziś coś z nimi zrobić, jakoś je pokomplikować i powykrzywiać, Duffstep okazuje się w tym miejscu twardym konserwatystą. Nieprzypadkowo wspomniałem o syntezatorowych presetach w melodiach – nieporadne beaty brzmią bowiem również jak fabryczne ustawienia, być może więc używanie „gotowców” to po prostu metoda pracy Duffyego. Gdyby tego jeszcze było mało: wszystko wyżej wymienione atrakcje współwystępują na „Getting to Sirius” w połączeniu z prymitywną aranżacją (parzysta liczba taktów i kolejny loop, parzyste takty – następny, itd.) i równie prymitywnym użyciem efektów (tak tak, parzyste takty – flanger, parzste takty – filtr, itd.). To nie jest nawet archaiczność, archaiczność dałoby się jakoś uzasadnić – na tej płycie króluje po prostu techniczna nieporadność, pudrowana pospiesznie zrzucaniem kolejnych dźwięków na kupę. Zgroza…
Podsumowując: „Getting to Sirius” to album zły niemalże totalnie, banalny aż po oprawę graficzną i tytuły tracków (patrz player). Brakuje tylko – popuśćmy wodze fantazji – Beth Ditto na wokalu i współpracy z jego magnificencją Pleq, a byłaby to niechybnie największa porażka roku, lub – kto to wie – może i dekady. Z tych samych powodów sprzeda się więc na pewno całkiem nieźle, ba, dam sobie nawet uciąć rękę za to, że usłyszycie go wiosną lub latem w H&M-ie i Zarze. Miłych zakupów.
Join The Dots Music, 2011

Rozstrzygnięcie konkursu na Bena Klocka

Mamy już nazwiska szczęśliwców, którzy wygrali podwójne bilety na występ Bena Klocka w krakowskiej Fabryce. Są nimi: Paulina Majewska (dziękujemy za miły uśmiech w temacie wiadomości) i Maciej Simka. Wasze nazwiska zostaną wpisane na listę gości imprezy. Podacie je przy wejściu osobie posiadającej takową listę i wejdziecie do klubu. Poprawna odpowiedź brzmiała oczywiście: Depeche Mode.

Przypomnijmy, że Ben Klock zagra w krakowskim klubie Fabryka w dniu 4 marca (a właściwie już 5 marca, bo pojawi się za deckami dopiero ok. pierwszej – drugiej w nocy). Wcześniej zagrają: Matik, Empro i Jacek Sienkiewicz.

Chasing Voices

Pogoń za echami muzyki Demdike Stare i spuścizną Torstena Profrocka w atmosferze nieśmiertelnych idei oficyny Skull Disco.
Tak naprawdę to nie wiadomo o tym projekcie zbyt wiele. Krąży w sieci plotka, że za inicjatywą stoi grupa anonimowych producentów z Brooklynu, ale nie są to niestety informacje sprawdzone. Co nieco można wywnioskować z oficjalnego stanowiska wytwórni Slow To Speak, która zdecydowała się patronować „Ex Nihilo Nihil Fit” czyli drugiemu wydawnictwu Chasing Voices.

„Za tym projektem nie ukrywa się żaden artysta, ani wyświęcony geniusz”

Zaczęło się od Acidbathory, czyli 11-minutowej, bezkompromisowej historii na temat kolizji dark ambientu z techno. Miarowo pulsujące i wwiercające się w uszy zgrzyty hipnotyzujące jak mantra. Cymes


Drugie wydawnictwo w dyskografii Chasing Voices, o którym wspomniałem na wstępie to krok dalej, który jeszcze intensywniej nakręca spiralę oczekiwań. „Ex Nihilo Nihil Fit” charakteryzuje zręczna manipulacja teksturami, pozwalająca dostrzegać coraz to nowe tkanki amorficznych, kłujących dźwięków, których źródło pozostanie dla mnie wieczną tajemnicą. Czekam na więcej i to najlepiej pod producenckim okiem ludzi z Honest Jons.

Sepalcure – Fleur EP


Duet Sepalcure trafił do świadomości słuchaczy ubiegłoroczną epką „Love Pressure”, jednak ich związki z muzyką wykraczają daleko poza skromne, cztero-utworowe wydawnictwo. Travis Stewart odpowiedzialny za eksperymentalny projekt „Machine Drum”, to artysta mający na koncie wiele albumów, łączących takie gatunki jak idm, glitch czy hip hop. Praveen Sharma niewiele mu w tej kwestii ustępuje, wydając dotychczas dwa albumy (w tym jeden w kolaboracji z Benoit Pioulardem). Jak widać nie są to więc żadni debiutanci, jednak muzyka wypełniająca epki wydane pod szyldem Sepalcure, może zaskakiwać.
Panowie zerwali z brzmieniem dotychczas z nimi kojarzonym (Praveen tworzył zabarwiony folkiem ambient), aczkolwiek ich wcześniejsze zabawy dźwiękiem, mają poniekąd odzwierciedlenie w opisywanym projekcie. Zasadnicza różnica względem „Love Pressure” – której to wydźwięk zorientowany był wokół świetnego utworu tytułowego – to zdecydowanie lepsze wyważenie materiału. Mianowicie mamy tu cztery fantastyczne kawałki, a nie tak jak poprzednio, jeden bardzo dobry i trzy poprawne.

HF026 – Sepalcure – Fleur EP by Hotflush

Epkę rozpoczyna utwór tytułowy który z miejsca rozpościera przed nami barwny dźwiękowy kolaż, brzmienie jest dużo głębsze, jakby bardziej dopracowane z bogatym, złożonym tłem. Mam tu na myśli fakt, iż rytmika została uproszczona, kosztem większej ilości ozdobników. Co ciekawe sam utwór staje się przez to bardziej taneczny. Tło i tekstury na całej epce to cięte, rozmyte, soulowe wokalizy charakterystyczne dla ubiegłorocznych wydawnictw, ich kolegi po fachu, Jamesa Blake’a. Jednak muzyka Sepalcure idzie o jeden krok w przód, wspominane sample wokalne, „ubrane” zostały tu w obrazowe, ambientowe pogłosy. Silnie zaakcentowane basowe beaty i subtelne tło, o dziwo nie gryzą się ze sobą. Najlepszy przykład – „No Think”, gdzie wokalna sampleriada i pulsujący synth, wręcz płyną na bicie dosyć odległym brzmieniowo, od tego czym raczyli nas muzycy wcześniej. Two-stepowa rytmika „Fleur”, czy „Your Love” (najbardziej soulowy kawałek na epce) jest tu podana w bardziej klubowej formie. Interesująco wypada utwór zamykający wydawnictwo – „Inside”, jest to bowiem eteryczny ambient, przypominający tła wypełniające ubiegłoroczny album Teebs’a (charakterystyczne dzwoneczki).
Ciężko wyróżnić tu jakiś utwór, powód jest prosty – poziom muzyki wypełniającej epkę „Fleur” jest niewiarygodnie wysoki. Dowodzone przez Scube Hotflush Recordings, wyrasta powoli na wiodącą markę jeśli chodzi o nowoczesne brzmienia, zorientowane wokół dubstepu. Wystarczy wymienić debiut Mount Kimbie, czy nawet następce debiutanckiego krążka Scuby – „Triangulation”. Jeśli na longplayu Sepalcure utrzymają poziom recenzowanej epki, to możemy być spokojni o kondycję dubstepu i nowej elektroniki.

Hotflush Recordings, 31 Styczeń 2011 roku

Chaim – Alive


Muzyka klubowa dotarła do niego sama – kiedy jako nastolatek zasypiał w domu rodziców w Tel Avivie, przez okno słychać było nagrania odtwarzane podczas odbywających się nieopodal imprez rave. Zachwycony ich euforycznym charakterem, szybko stał się uczestnikiem nowej subkultury. Kolejne olśnienie przeżył podczas późniejszej wizyty w Nowym Jorku – w tamtejszych klubach odkrył mocno osadzony w „czarnej” tradycji house, co zadecydowało, że sam postanowił tworzyć podobną muzykę. Początkowo pomagał mu francuski producent Guy Gerber, z którym zrealizował dwie dwunastocalówki. Ich sukces sprawił, że szybko stanął na własnych nogach. Niebawem jego nagrania trafiły do katalogów znanych niemieckich wytwórni – najpierw My Best Friend, a potem BPitch Control. Podsumowaniem dwuletniej współpracy izraelskiego producenta z firmą Ellen Allien jest jego debiutancki album – „Alive”.

Podobnie, jak wielu twórców bardziej komercyjnej odmiany muzyki klubowej, podobnie i Chaim postanawia zaprezentować na swej pierwszej płycie pełen przegląd swych twórczych możliwości. Stąd spory rozrzut stylistyczny zamieszczonych na krążku nagrań, zaskakująco wyraziście odpowiadający ich zróżnicowanej jakości.

Najlepiej wypada izraelski producent w stylowym deep house`ie. Przykładem tego otwierający płytę „Rain”, a także zamieszczone nieco dalej „Everything” i „Don`t Shout”. Głęboka pulsacja bitu i basu, pogłębiona momentami przez dubową obróbkę dźwięku, tworzy tu zmysłowy groove, z którym zgrabnie korespondują pozostałe elementy nagrań – organiczne pasaże klawiszy, wysamplowane akordy pianina, eteryczne wokalizy czy tribalowe ozdobniki rytmiczne. W efekcie utwory te tworzą ciepły nastrój, bliski temu, jaki znamy z nagrań Theo Parrisha.

Całkiem przyzwoicie wypadają na płycie kompozycje wpisane w formułę nowoczesnego disco. Już pierwsza z nich – „Naturalness” – rozpoczyna się pomysłowym intro przywołującym wspomnienie dawnych dokonań Tangerine Dream. Te kosmiczne brzmienia wypełniają również „Popsky”, choć w tym przypadku motywem przewodnim są kumkające syntezatory – niczym w pamiętnym „Let Me Go!” Heaven 17. Segment ten puentuje rozwibrowany „People Can Talk”, w którym wokalna wstawka przypomina z kolei charakterystyczny głos Dietera Meyera z Yello.

Kompletną porażką kończą się natomiast na płycie próby wpisania balearycznego house`u w formułę radiowego hitu. Efektem tego jest bezpłciowy „U & Eye” (z wokalnym udziałem Meital De Razony), zbyt dosłownie osadzony na prostym rytmie „umpa – umpa” „Who Said What”, a przede wszystkim przesłodzony „Love Rehab”, przywołujący na myśl – o zgrozo – dyskotekowy kicz w stylu Laidback czy Goombay Dance Band. W tym towarzystwie broni się jedynie zaśpiewany przez Snaxa „Wish” – ale tylko dlatego, że jest niemal dokładną kopią detroitowych przebojów Inner City.

„Alive” nie przynosi więc izraelskiemu producentowi chwały – choć również nie pozbawia go całkowicie godności. To wykoślawiona płyta, którą zniszczyły komercyjne zapędy jej autora. Lepiej było nadal pozostać przy udanych singlach – i rozsądniej przygotować zawartość albumu.

www.bpitchcontrol.de

www.myspace.com/bpitchcontrol

www.myspace.com/chaimavital
BPitch Control 2010

Baaba Kulka składa hołd Żelaznej Dziewicy!

Po bardzo dobrze przyjętych koncertach, grupa Baaba Kulka nagrała płytę. Artystyczne aranżacje utworów Iron Maiden wykonanych przez muzyków polskiej sceny muzycznej wybiegają poza ramy zwykłych coverów. To wybuchowa mieszanka artystycznych indywidualności, tworzących razem jeden z najciekawszych projektów na polskim rynku muzycznym 2011.

Projekt Baaba Kulka to dzieło muzyczne powstałe z potrzeby złożenia hołdu grupie Iron Maiden. Początkowo wyrazem miłości do legendy hevay metalu miało być stworzenie zespołu na jeden koncert w Hard Rock Café w Warszawie, jednak sukces pierwszej odsłony zachęcił zespół do zagrania razem trasy koncertowej.

Muzycy tworzący projekt Baaba Kulka,współpracują ze sobą na wielu płaszczyznach. Piotr Zabrodzki wraz z Tomkiem Dudą towarzyszyli Gabie Kulce podczas nagrania albumu “Hat, Rabbit” natomiast Gaba zaśpiewała gościnnie na płycie Baaby pt. “Disco Externo”. Oczywistą konsekwencją owocnej współpracy Gaby Kulki i zespołu Baaba jest powstanie studyjnej płyty, która ujrzy światło dzienne 21 marca 2011 roku. Materiał muzyczny dopełnia koncertowe DVD zarejestrowane w warszawskim klubie Powiększenie.

Singlem promującym jest utwór “Aces High”.

Disappears – Guider

Jeśli Kranky Records promuje gitarowy zespół, to należy się temu przyjrzeć. Tę zasadę potwierdza przede wszystkim Goodspeed You! Black Emperror, który pod sztandarem chicagowskiej wytwórni wydał kultową już pozycję ‘F♯ A♯ ∞’. I choć po Disappears trzęsienia ziemi się nie spodziewałem, to trzeba przyznać, że swoim najnowszym albumem sieją i tak niemałe spustoszenie.

Pięć krótkich gitarowych petard wraz z zamykającym całość ‘Revisiting’, który wydaje się być wizją Joy Division grającego shoegaze, nie zwalnia tempa ani na moment. Płytę pochłania się w całości, gdyż zespół nie tracąc czasu na eksperymentowanie postawił na surową, rockową energię wypływającą z prostoty. Bez solówek i bez dłużyzn.

Króciutki wstęp ‘Superstition’ śmiało mógłby pełnić rolę wizytówki Disappears. Bez instrumentalnych popisów solowych, z rwanymi, wykrzykiwanymi wersami przepuszczonymi przez delay i pogłosem lejącym się ze wzmacniaczy. Przez trzydzieści minut ta dźwiękowa saperska formacja systematycznie burzy rockowe konwenanse budując na nich swoje brzmienie nie przejmując się przy tym fundamentami. Ma być szybko, głośno i drapieżnie. Piętnastominutowy ‘Revisiting’ z miażdżącą sekcji rytmiczną opartą na powtarzającym się motywie tylko z pozoru wydaje się być przydługawym, monotonnym zapychaczem. Hipnotyczny śpiew i gitary zalewające tło coraz to nowymi kaskadami brudnych riffów zamieniają ten motoryczny pochód w mantrę ostatecznie zagrzebując słuchacza pod gruzami rockowych bachanaliów.

Album ten jest dobrym przykładem pomyślnego ujarzmienia scenicznej ekspresji na nagraniach studyjnych. Utwory z początku mogą razić chropowatym brzmieniem i arogancką niechlujnością, jednak dla Disappears właśnie to posłużyło do wykreowania własnego muzycznego ego. ‘Guider’ proponuje podróż przez znajome obszary muzyki, lecz swoją własną ścieżką.

Kranky | 17.02.2011

3,5/5

Jacaszek w Ghostly International

Polski twórca modern classical został dostrzeżony za Oceanem Na zaproszenie amerykańskiej wytwórni Ghostly International Jacaszek skomponował utwór „Elegia” z gościnnym udziałem Tomka Ziętka i Stefana Wesołowskiego, który ukazał się na składance „SMM: Context”. Jest to nowa inicjatywa tego wydawcy, która ma w założeniu prezentować najbardziej inspirujących muzyków z USA i Europy. Obok Jacaszka zamieścili na niej swe kompozycje m.in. Peter Broderick, Svarte Greiner czy Leyland Kirby. Płyta ukaże się na winylu i CD. Premiera 1 marca. Więcej o wydawnictwie: ghostly.com/releases/smm-context

Niebawem odbędą się dwa solowe koncerty Jacaszka, podczas których zaprezentuje on kolekcję utworów ze swoich solowych albumów oraz kompozycje przygotowane na jego nowy album (premiera w tym roku) – 18 lutego, godz. 20.30, Warszawa, Klub Powiększenie i 20 lutego, godz. 21.00, Kraków, Święta Krowa.

Fabryka Dźwięków Syntetycznych – Orient Edition

W najbliższym wydaniu „Fabryki Dźwięków Syntetycznych” – cyklicznej audycji na falach Szczecin.FM – muzyka inspirowana Bliskim, Środkowym i Dalekim Wschodem. Wielcy Elektronicy, którzy zajmą się orientem, to m.in. Susumu Yokota, The Flashbulb, David Bowie i Ryuichi Sakamoto.

Wtorek (15.02), godzina 21:00. Tylko w Szczecin.FM.

* Radio: 94.4 FM (Szczecin i okolice)

* Internet: Szczecin.FM