IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.



Archive for Sierpień, 2019

Walls – Coracle

Żyjemy w czasach schyłku kultury popularnej. „Wszystko już było” – przewidział biblijny prorok wieki temu. Ma to jednak swoje złe i dobre strony. Złe – bo niedługo znikną wszelkie szanse na wymyślenie przez artystów czegoś nowego, a dobre – bo perspektywa co najmniej pięciu dekad pozwala łączyć ze sobą różne style i gatunki, na co twórcy z poprzednich lat nie mogli sobie nijak pozwolić. Przykładem tego ostatniego zjawiska jest nowy album projektu Walls.

Alessio Natalizia (znany ostatnio również jako Banjo Or Freakout) i Sam Willis (także tworzący obecnie pod innym szyldem – Snoretex) już na swym debiutanckim krążku sprzed roku wypracowali oryginalną formułę muzyczną, łącząca rytmikę głębokiego techno z ambientową pejzażowością i shoegaze`owym hałasem. Na kolejnym swym wydawnictwie rozwijają ją z rozmachem, tworząc dźwiękowe hybrydy, o jakich filozofom, sorry, krytykom się nie śniło.

Naczelnym wątkiem „Coracle” jest kraut-rock – ale w różnych odmianach. Otwierający płytę „Into Our Midst” wykorzystuje typową dla twórczości Can psychodeliczną rytmikę – Natalizia i Willis uzupełniają jednak transowy pochód bębnów wspartych szeleszczącym tamburynem o zupełnie obce elementy: gitarowe pasaże w stylu dawnych dokonań Roberta Frippa i ambientową elektronikę rodem z klasycznych płyt Briana Eno.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1823938-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1823938-02″ allowscriptaccess=”always”]

Umieszczony nieco dalej „Sunporch” wpisuje w motoryczną pracę perkusji podpatrzoną u Neu! etniczne zaśpiewy odbijające się echem dawnych dokonań Popol Vuh. A na dokładkę – falujące pasaże syntezatorów w klimacie kosmische musik. Jeszcze ciekawiej wypada „Raw Umber/Twilight”. Tutaj również Natalizia i Willis sięgają po „motorik-bit” opatentowany przez Neu! – ale zestawiają go z shoegaze`owym basem i synth-popową melodią niesioną przez ejtisowe klawisze.

„Il Tedesco” rozpoczyna się gitarowymi improwizacjami o niemal prog-rockowym tonie – jakby w studiu duetu zagościł sam Steve Hillage. Pomysłowi producenci podbijają te przestrzenne wibracje mocnym bitem techno i oplatają anielskimi chórami podsłuchanymi na kiczowatych płytach z nurtu new age. Co z tego wychodzi? Masywny killer przywołujący kanoniczne dokonania System 7 czy Underworld. Podobny charakter ma również „Ecstatic Truth”. Głęboki puls techno staje się jednak tutaj podstawą do syntezy shoegaze`owej partii gitary w stylu Cocteau Twins z kosmicznymi arpeggiami wyciętymi z wczesnych płyt Haralda Grosskopfa.

Myliłby się ten, kto pomyślałby, że te karkołomne połączenia stylistyczne, polegające na śmiałych skokach przez historię współczesnej muzyki popularnej, owocują jakimś dźwiękowym bełkotem. Natalizia i Willis mają wyjątkowy talent do łączenia tych wszystkich elementów w spójną całość. „Coracle” zasadza się na gęstym, epickim, niemal monumentalnym brzmieniu, tworzonym przez niezliczone nakładki syntezatorowych i gitarowych partii. Ale, aby uniknąć błędu progresywnych poprzedników, producenci wpisują te sążniste tony w formułę krótkich, kilkuminutowych nagrań o charakterze… popowej piosenki. W efekcie nagrania z „Coracle” można odbierać na dwóch poziomach – jako przyjemnie tło do codziennych zajęć, ale też jako skomplikowaną szaradę dźwiękową do rozgryzania podczas uważnego odsłuchu.

Kompakt 2011

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

www.myspace.com/walls_band

Zbliżają się jesienne koncerty Atari Teenage Riot

Atari Teenage Riot to niemiecka legenda z nurtu digital hardcore – promujący nowy album, który ukaże się wiosną tego roku.

W maju tego roku pojawiła się nowa płyta zespołu pod tytułem „Is This Hiperreal?”, który będzie promowana na jesiennej trasie. Na 15 (Warszawa) i 16 (Wrocław) października zapowiedziane są polskie koncerty.

Zespół został założony w styczniu 1992. Od początku w jego skład wchodzili Alec Empire, Hanin Elias oraz Carl Crack. W tym samym roku ukazał się pierwszy singiel Hetzjagd auf Nazis. W 1993 Atari Teenage Riot podpisało kontrakt z wytwórnia Phonogram. W 1994 Alec Empire założył w Londynie własny label…, Digital Hardcore Recordings. Właśnie w DHR bedą się ukazywać produkcje Atari Teenage Riot, a nazwa wytwórni stanie się określeniem całego gatunku.

Debiutancki Delete Yourself! pojawił się na rynku w 1995. Druga studyjna plyta Atari to The Future Of War z 1997. W tym samym roku do zespołu dołączyła Nic Endo. Trzeci regularny krążek – 60 Second Wipeout – ukazał się w 1999.

Twórczość Atari Teenage Riot łączyła w sobie elementy muzyki gitarowej (punk, metal, rock) z szeroko pojętą elektroniką (hardcore techno, gabber, breakbeat, big beat, jungle) i hip hopem. Członkowie eksperymentowali także z muzyką noise, technikami cut and paste i cut-up przy użyciu samplerów. Całość była okraszona wściekłymi, często przesterowanymi wokalami.

Zespół nie ukrywał swych antynazistowskich, anarchistycznych przekonań politycznych. Grał wspólne koncerty m.in z Beck, Rage Against The Machine czy Nine Inch Nails.

15.10.2011
Miasto: Warszawa
Miejsce: Klub Muzyczny Progresja, Warszawa
Start:20.00
Wjazd: 80/90 pln

16.10.2011
Miasto: Wrocław
Miejsce: Firlej, ul. Grabiszyńska 56
Start: 19.00
Wjazd: 75/85 pln

Gui Boratto – III

Kiedy w 2007 roku ukazały się nakładem Kompaktu debiutanckie płyty The Field i Guiego Boratto, znajdująca się na nich muzyka, łącząca energię techno z emocjonalną wrażliwością typową dla indie–rocka (albo indie-popu) sprawiła, że taneczną elektroniką zainteresowali się słuchacze, którzy do tej pory uznawali fanów takiego grania za półgłówków. Przez tę furtkę wyrąbaną w murze dzielącym techno i indie przedostali się potem następni wykonawcy – choćby Pantha Du Prince czy Four Tet. Od tamtego czasu minęły cztery lata. The Field i Gui Boratto są nadal aktywni na elektronicznej scenie i właśnie powracają z nowymi albumami. Czy ich muzyka zmieniła się od czasu debiutów?

Jako pierwszy serwuje swoją trzecią płytę brazylijski producent. Pamiętając o pastelowych barwach i letnim nastroju jego wcześniejszego krążka – „Take My Breath Away” – już otwierający „III” „Galuchat” nieco zaskakuje – wolno stąpający bit niesie tu kaskady skrzeczących syntezatorów podszytych wyraziście wypunktowanym basem. Mroczny klimat tworzony przez te dźwięki nabiera mocy podczas trwania kolejnej kompozycji. „Stems From Hell” to wypasione deep techno łączące masywne drgania brzęczących klawiszy z dubowymi efektami i glitchową obróbką dźwięku. Jeszcze bardziej skompresowane brzmienia pojawiają się w „The Drill” – w nagraniu tym Boratto sięga po rekwizyty dźwiękowe rodem z nu-rave`u: warczący akordy zbasowanych syntezatorów i przesterowane loopy o punkowym sznycie.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1820870-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1820870-02″ allowscriptaccess=”always”]

Nie we wszystkich jednak kompozycjach brazylijski producent uderza w tak mocne tony. „Flying Practce” i „Talking Truss” to hybrydy techno i trance`u, których nie powstydziłby się w swym repertuarze Paul Kalkbrenner. Boratto, idąc śladami swego popularniejszego kolegi, sięga po orkiestrowe pasaże klawiszy podbijając je miarowym pulsem bitu i strzelistymi smugami onirycznego tła. Podobne brzmienia – choć już w bardziej spowolnionym tempie – znajdujemy w „Soledad”. Latynoski tytuł jest mylący – zamiast południowoamerykańskich sampli, znajdujemy w nim nostalgiczny motyw klawiszowy o fortepianowym tonie, który oplatają wibrujące loopy wyrastające z trance`owej klasyki.

Nie zrezygnował Boratto z flirtu z klimatami w stylu indie. Oto w „Strikerze” trafiamy na wymowny duet basu i gitary rodem z nowofalowych dokonań New Order uzupełniony przetworzoną wokalizą samego producenta, a w finałowym „This Is Not The End” – rockowy pasaż gitarowy wsparty eterycznym śpiewem żony artysty – Luciany Villanovy. Oba nagrania wypadają całkiem zgrabnie – choć nie wnoszą nic nowego do obowiązującego od kilku lat schematu łączenia elektroniki z indie.

Już czarny kolor okładki zwiastował, że nowe utwory brazylijskiego twórcy będą bardziej mroczne – i rzeczywiście, pierwsza część albumu ma w sobie zdecydowanie więcej niepokoju i agresji niż wszystkie jego dotychczasowe produkcje. Boratto nie zdecydował się jednak pójść za ciosem – dlatego drugą partię albumu wypełniają lżejsze nagrania, niosące tak lubiane przez jego fanów tchnienie melancholii. W efekcie powstał album nie dający odpowiedzi na pytanie o kierunek dalszego rozwoju brazylijskiego artysty. Jak poradził sobie z tą kwestią The Field – dowiemy się już za kilka dni.

Kompakt 2011

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

www.guiboratto.com.br

www.myspace.com/guiboratto

Matthewdavid – Outmind

Producent, muzyk, DJ, artysta wizualny, radiowiec, inżynier, właściciel labelu Leaving Records i samozwańczy „międzygwiezdny kolaborant transgresyjny” w jednej osobie – to właśnie Matthew David McQueen. Urodzony w Atlancie, dorastał na Florydzie, gdzie zainteresował się rapem i kulturą hip-hopową. Obecnie rezyduje w Kalifornii jako członek kolektywu/wytwórni Brainfeeder, którego spiritus movens – Flying Lotus – zachwycił się wczesnymi utworami Matthewdavida do tego stopnia, że samplował je na płycie „Los Angeles” (nasza recenzja tutaj). Trudno o lepszą rekomendację.

FlyLo pojawia się zresztą w jednym z utworów na debiutanckim longplayu Matthewdavida, zatytułowanym „Outmind”. Inni goście to Dogbite i Niki Randa, ale pierwsze skrzypce gra tu, rzecz jasna, sam autor. Uprawiana przez Amerykanina estetyka mieści się w szeroko pojętej „laptopowej elektronice”, w obrębie której spotykają się ambientowe tekstury, hip-hopowe beaty, głębokie basy, rozmaite sample i zabawy z efektami (z naciskiem na przester). Jest tu zatem miejsce na bliski muzyce filmowej pierwszorzędny ambient („Floor Music”), duszne downtempo („Cucumber-Lime”), glitch-hop („Like You Mean It”), drony a la Tim Hecker („Prayers at Bedtime”), quasi-chillwave („International”), a nawet delikatne muśnięcia dubowej konwencji („Noche y Dia / San Raphael”) i eksperymenty spod znaku Warp Records (finalny „No Need To Worry / Mean Too Much (Suite)”).

Matthewdavid buduje atmosferę za pomocą dyskretnych szumów i rytmicznych przesterów, które składają się na zadymioną, na poły psychodeliczną, na poły oniryczną elektronikę wyśmienitego sortu. Słucha się tego z ogromną przyjemnością i zaangażowaniem, ale i poczuciem niedosytu, „Outmind” trwa bowiem zaledwie pół godziny. I jest to naprawdę jedyny minus tego znakomitego materiału.

Brainfeeder | 2011

EPka SWNY za darmo w sieci

Adam Byczkowski (Kyst), Peve Lety oraz Michał Kupicz (Indigo Tree) udostępnili do pobrania za darmo swoją EPkę zatytułowaną „Among Shores”, która miała premierę 19 września. Stworzony przez tych muzyków projekt Someone Who’s Not You (SWNY) jest pierwszym objawem muzycznej aktywności po niedawnym rozpadzie grupy Indigo Tree.


http://swny.bandcamp.com/

http://www.someonewhosnotyou.com/

Gus Gus we Wrocławiu – będą bilety do wygrania

Obejmujemy oficjalny patronat nad koncertem GusGus we Wrocławiu. Oznacza to, żę będziemy mieli dla Was kilka niespodzianek. Sprawdźcie szczegóły wydarzenia.
Czytaj dalej »

Total 12

„Something special/ something pure” – niesie głos śpiewający w otwierającym „Total 12” utworze „Waiting For” projektu Kolombo. I słowa te mogłyby posłużyć za motto do całej nowej kompilacji z kolońskiego Kompaktu. Bo jeśli wobec techno czy house`u można użyć słowa „piękne”, to właśnie w tym przypadku.

Szefowie niemieckiej wytwórni dokonali tym razem wyjątkowo restrykcyjnej selekcji. Po raz pierwszy od czasu „Total 5” otrzymujemy bowiem pojedynczą płytę, a nie podwójny album, jak to było w ostatnich sześciu latach. Co więcej – większość nagrań na płycie firmują największe gwiazdy współpracujące z Kompaktem. Na „Total 12” znalazło się miejsce tylko dla… dwóch debiutantów w barwach firmy.

Zaczyna jeden z nich – wspomniany już na wstępie belgijski producent ukrywający się pod szyldem Kolombo. Jego „Waiting For” to wyrafinowane cosmic disco, w którym strzeliste pasaże falujących klawiszy niosą typową dla stylu italo fortepianową melodię – prostą, może i kiczowatą (trochę przypomina… „I Like Chopin” Gazebo z 1983 roku), ale jakże mocno chwytającą za serce. W podobnym klimacie utrzymany jest „Life And Death Remix” utworu „Over” Gusgus. Całe szczęście z oryginału pozostaje tylko zatopiona w tle wokaliza – reszta pulsuje dyskotekowym rytmem prowadzonym przez zgrabnie wyprofilowaną linię energetycznego basu.

Miękkie połączenie techno i house`u reprezentują na „Total 12” trzy kompozycje. Ale za to jakie! Najpierw dostajemy „Every Minute Alone” WhoMadeWho w znakomitym remiksie Machaela Mayera, który w pomysłowy sposób łączy synth-popową partię klawiszy rodem ze „Sweet Dreams (Are Made Of This)” Eurythmics z chwytliwym loopem wywiedzionym z trance`owej klasyki z pierwszej połowy lat 90. Potem przychodzi czas na Superpitchera. Jego „White Lightning” oparty jest na zasadzie kontrastu: perkusyjnym stukom o metalicznym brzmieniu przeciwstawiony jest melodyjny pochód basu. To nowe słowo w twórczości Aksela Schauflera – bo nie znajdziemy tu typowej dla jego nagrań słodkiej melancholii. No i The Modernist – „Remodernist” w jego wykonaniu to ukłon w stronę hipnotycznego grania w stylu wczesnego Underworld, wpisującego gitarowe sample w mocny podkład rytmiczny o lekko zdubowanym brzmieniu.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1785605-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1785605-02″ allowscriptaccess=”always”]

W ciężkie tony kolońskiego techno uderza jako pierwszy wspomniany już Michael Mayer. Tworząc „That`s What I Told Sanchez” połączył pozornie nie pasujące do siebie elementy: nowofalowy bas, industrialne zgrzyty i groteskową wokalizę. Wyszło fenomenalnie – jego kompozycja urzeka nieoczywistą urodą, lokując się daleko od surowych produkcji królujących w Berghain. O wiele bardziej pasowałby tam nowy utwór Guiego Boratto. „The Drill” to zgodnie z tytułem mroczne techno przewiercone żrącym loopem o zbasowanym brzmieniu. Podobnie jak w przypadku Superpitchera – zupełna odmiana po eterycznych produkcjach z „Take My Breath Away”.

Choć nie ma na „Total 12” nagrania The Field, o wprowadzenie elementów shoegaze`u zadbał brytyjski producent działający pod szyldem Coma. Tworząc „Playground Antona”, uzupełnił motoryczny puls utworu odtworzonymi od tyłu dźwiękami klawiszy, które przypominają gitarowe pasaże o monochromatycznej barwie, znane z nagrań My Bloody Valentine czy Slowdive. Kontrapunktem dla tych chłodnych brzmień syntezatorów jest plemienna rytmika „I Don`t Smoke” Matiasa Aguayo. Ten doświadczony producent wie, jak stworzyć klubową petardę – latynoski groove jest tu bazą do wyrazistego wokalu, niosącego chwytliwy refren. A do tego – wypasiony bas i organiczne tło. Czego chcieć więcej?

Końcówka płyty należy do braci Voigt. Najpierw starszy z nich, Wolfgang, prezentuje utwór „Freiden”. To nadal wyraz jego fascynacji niemiecką klasyką – tym razem jednak wpleciony w podkład techno loop operowego śpiewu sprawdza się świetnie. Podszyty perlistym pasażem syntezatorów tworzy pomysłową całość w stylu najlepszych dokonań Voigta sprzed lat. Młodszy z braci, Reinhard powraca z fonograficznego niebytu z kompozycją „Guide My Hands”. To cytujące gitarowe dźwięki o rockowej barwie eteryczne techno o mrocznym tchnieniu – czyli coś, co ten producent potrafił podnieść do rangi dzieła sztuki (choćby na pamiętnych płytach z cyklu Sturm).

Finał należy do duetu Mohn, za którym kryje się Wolfgang Voigt i Jörg Burger. Ich „Tiefental” to wymarzone nagranie na zakończenie takiego zestawu – majestatyczne i wyniosłe, dystyngowane i wysmakowane, wpisujące wagnerowską podniosłość w formułę epickiego techno.

Artyści z Kompaktu wypracowali własny styl w ciągu minionej dekady i teraz celebrują go z pełną świadomością jego urody. „Total 12” to muzyka taneczna o wyjątkowym charakterze – pełna uroczych melodii, stonowanej energii, romantycznego nastroju. Jedyna w swoim rodzaju. Idealna na pożegnanie tegorocznego lata.

Kompakt 2011

www.kompakt.fm

www.myspace.com/kompakt

Fennesz/Sakumoto – Flumina

Panowie mieli już okazję pracować wspólnie w studiu przy okazji nagrywania długogrającej płyty „Cendre” oraz epki „Sala Santa Cecilia”. Musieli całkiem dobrze i pewnie poczuć się w swoim towarzystwie, skoro po czterech latach postanowili ponownie połączyć siły by nagrać podwójny album.

Brzmienie „Fluminy” pozostaje zbliżone co tego, co tandem zaprezentował nam już w 2007 roku na „debiutanckim” wydawnictwie. Jednak pewne różnice oczywiście są. Delikatne, przesiąknięte melancholią i mrokiem melodie zdają się być jeszcze bardziej kruche, jeszcze bardziej osobiste i jeszcze bardziej naładowane emocjami. Na pierwszy plan wysuwają się partie pianina Sakamoto, pokryte różnymi szumami, pogłosami i bliżej niekreślonymi odgłosami produkowanymi przez Fennesza. Austriak nie zostaje przy tym zepchnięty gdzieś na dalszy plan, ale stąpa delikatnie tuż za swoim japońskim kolegą.

„Flumina” ma kameralny, powściągliwy wręcz klimat, niezakłócony nawet na sekundę przez jakieś mocniejsze wejścia elektroniki czy głośniejsze i szybsze uderzanie w klawisze. Sprawia to, że album stanowi co prawda zamkniętą i kompozycyjnie zwartą całość, ale niestety jest dość monotonny i nużący. Wysłuchanie dwu płyt pod rząd w stanie całkowitego skupienia stanowi nie lada wyzwanie nawet dla najbardziej wyrobionych słuchaczy. Właśnie to jest mój największy problem z tą płytą. Najpiękniejsze i najbardziej zmysłowe są jej poszczególne momenty, ale nie całe utwory, i żeby do nich dotrzeć, trzeba przebijać się przez gąszcz 24 kompozycji, trwających średnio od czterech do pięciu minut. Mówią, że cierpliwość jest cnotą, nie naiwnością, wtedy, gdy warto czekać na coś lub na kogoś. Czy opłaca się więc zagłębiać się we „Fluminie”, by dokopać się w niej ukrytych skarbów? Na to pytanie powinniście już odpowiedzieć sobie sami.

Muszę natomiast przyznać, że znakomicie muzyka ta jako całość sprawdza się w roli tła dźwiękowego do czytania książki lub komiksu. Oczywiście nie mówię tutaj o soundtracku do jakiejś głupkowatej powieści Paulo Coelho, ale np. puszczałem sobie tę płytę do „Pikniku na skraju drogi” i dopełniała ona niepokojącą wizję braci Strugackich idealnie.

Najnowsze wydawnictwo duetu Fennesz/Sakamoto znajdzie na pewno swoich gorących zwolenników jak i bezlitosnych krytyków. Ja osobiście stoję gdzieś pośrodku i nie wiem za bardzo co o tym wszystkim do końca myśleć. I chce mi się słuchać „Fluminy” i nie chce. I podoba mi się ona i nie podoba. Dziwne. Taka jest chyba specyfika twórczości Christiana, który ostatnio jest mało odkrywczy, ale nie utracił zdolności tchnięcia magii w dźwięki wydobywające się z jego laptopa. Nawet jeżeli magia ta utraciła z czasem swoją moc to jest to jednak wciąż magia.

Bill Orcutt – How The Thing Sings

To mimo wszystko dość zaskakujące, że Editions Mego, label znany z promowania elektronicznych eksperymentów, wydał taki album. W ich bogatym katalogu nie było do tej pory miejsca na muzykę akustyczną. Aż do momentu pojawienia się Billa Orcutta, a w zasadzie odkrycia jego płyty „A New Way To Pay Old Debts”, którą to austriacka ekipa postanowiła wznowić własnym sumptem. Wobec tak niecodziennego skarbu musieli zweryfikować swoją linię programową.

Grający w noisowej grupie o wdzięcznej nazwie Harry Pussy, Bill obsługiwał do niedawna gitarę elektryczną. Z dwójką towarzyszących mu kompanów tworzył obskurną, trashowo-punkową nie-muzykę. Od pewnego czasu z zapałem bada brzmieniowe możliwości oraz materialną wytrzymałość gitary akustycznej. „How The Thing Sings” to już kolejna solowa pozycja w jego dorobku, która dzięki eMego ma szansę trafić do większej liczby odbiorców, niż poprzednie niskonakładowe tytuły.

Orcutt należy do grona twórców improwizujących na najpopularniejszym strunowym instrumencie, stosujących niekonwencjonalną artykulację. Wydawałoby się, że po Dereku Bailey’u trudno wykrzesać z gitary coś więcej. Jednak Amerykanin zbacza ze szlaku wytyczonego przez brytyjskiego innowatora, zapuszcza się na nieuczęszczane przez niego tereny.

Osią utworów jest bez wątpienia blues – tradycja wywodząca się z Delty Missisipi czy Luizjany pobrzmiewa w każdym akordzie, jednak gubi się w kakofonii gwałtownie pobudzanych strun. Żywiołowa, niepohamowana ekspresja kojarzy się z muzyką zwierząt: Orcutt szarpie struny jak niedźwiedź, do tego wyje jak gibon a sapie jak knur. Nic dziwnego, że doczekał się grona hejterów: „WHAT A FUCKIN IDIOT BILL IS” – komentuje ktoś na youtubie. „This man is either an idiot or a genius. Just kidding of course he’s a fucking genius” – konkluduje trzeźwo inna osoba.

Materiał z „How The Thing Sings” został nagrany na setkę, postrzępione frazy brzmią tak ze względu na zastosowaną technikę a nie studyjną obróbkę. Na niekonwencjonalny styl składają się wybrzmienia poluzowanych strun, obijających się o rezonujące pudło – Orcutt zamienia instrument w karabin maszynowy. Jest gęsto. Momenty wytchnienia służą jako kontrast, następujący po ciszy dźwiękowy atak wydaje się wtedy jeszcze dotkliwszy. Niekontrolowane wokalizy wzmacniają poczucie dziwności: „wtf is he doing?” – pytają skonfundowani internauci.

Propozycja Billa Orcutta to muzyka szorstka i nieokiełznana, w której uwypuklony został aspekt fizycznego zmagania z instrumentem. Nieociosana, surowa, momentami liryczna. Męskie granie.

Editions Mego | 2011

Sacrum Profanum 2011 – relacja

Tegoroczna odsłona festiwalu Sacrum Profanum była jedną wielką imprezą urodzinową wydaną na cześć kompozytora, który jako jeden z nielicznych czynnie wpłynął na historię muzyki współczesnej za swojego życia. Przez siedem dni fani dźwiękowej awangardy mogli obcować z kompozycjami Steve’a Reicha podczas szeregu koncertów, z których inauguracyjny oraz finałowy odbiły się szerokim echem w światowej prasie.

Otwierająca koncert premierowa kompozycja „Dwa Wiersze Miłosza” Pawła Mykietyna tylko z tytułu nie pasowała do festiwalowego programu. Zapętlone, fragmentaryczne urywki wyrazów układające się ostatecznie we frazę „pszczoły obudowują czerwoną wątrobę, mrówki obudowują czarną kość”, stanowiące wprowadzenie do recytacji tekstu „Biedny chrześcijanin patrzy na getto”, zwiastowały minimalistyczną naturę utworu z ukłonem w stronę taśmowych eksperymentów Reicha. Dalej – kolejne zaskoczenie. Muzycy stojący na scenie miast grać na swoich instrumentach biczowali je rzemykami tworząc tym samym niepokojącą, dźwiękową aurę uwypuklającą treść wiersza. Tym samym nietrudno było połączyć słowa „rozdzierany jak papier, kauczuk, płótno, skóra, len, włókna, materie, celuloza, włos, wężowa łuska, druty. Wali się w ogniu dach, ściana i żar ogarnia fundament” z faktem, iż tego dnia wypadała dziesiąta rocznica zamachów na wieże World Trade Center. Mnogość uczuć potęgujących postapokaliptyczny dramatyzm, jakimi przesyciła deklamowany tekst Maja Ostaszewska, została zestawiona kontrastowo z drugą częścią utworu opartą w znacznej mierze na frazach wiersza „Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis”. Wesoło kokietujące partie smyczków, walczące z klarnetem basowym o uwagę słuchacza, stanowiły tło dla recytacji Zygmunta Malanowicza, który kapitalnie przedstawił sposób myślenia chyba nie tylko dojrzałych facetów – niby od niechcenia, raz to z lekkim żalem, a raz z błyskiem w oku – „każdą podglądam osobno, ich tyłki i uda, zamyślony, kołysany marzeniami porno […] robię to tylko, co zawsze robiłem, układając sceny tej ziemi z rozkazu erotycznej wyobraźni”.

Zasłużone brawa i chwila ciszy przed pierwszą ważną kompozycją z dorobku Steve’a Reicha – „Daniel Variations”, poświęconej pamięci dziennikarza Daniela Pearla zamordowanego przez Al-Kaidę w Pakistanie. Fragmenty jego tekstów, przeplatane biblijnymi cytatami zaczerpniętymi z Księgi Daniela, stanowiły źródło tekstu dla chóru towarzyszącemu zespołowi instrumentalistów. Nieostre, ziarniste zdjęcia płonących wież World Trade Center, Osamy Bin Ladena, nowojorskich strażaków oraz postrzępionej flagi Stanów Zjednoczonych dopełniały spektaklu od strony wizualnej – wyświetlane na ekranie ułożonym z fragmentów sprawiających wrażenie rozbitej szyby mimowolnie wprowadzały umysł w stan kontemplacji.

Jonny Greenwood był, sądząc po burzy oklasków, jaką przywitała go publika, najbardziej wyczekiwaną gwiazdą wieczoru. Jego interpretacja „Electric Counterpoint”, wykonanej po raz pierwszy przez Pata Metheny’ego, pozostawiło we mnie mieszane uczucia. Gitarzysta przygotował co prawda własne ścieżki wierne oryginalnej partyturze, lecz w czasie rzeczywistym słyszałem jedynie przewodnią partię gitary. Pozostałe odtwarzane były z laptopa. To właśnie ten zabieg zabił ducha definiującego muzykę graną na żywo. Faktem jest, iż „Electric Counterpoint” napisany został na gitarę oraz taśmę zawierającą podkład nagrany przez dziesięć gitar elektrycznych oraz dwie gitary basowe, jednak nie odcina to w żaden sposób możliwości interpretacji utworu z zapętleniem na bieżąco poszczególnych ścieżek. Zabieg taki z pewnością utrudniłby Greenwoodowi wykonanie, jednak przydałby koncertowej dynamiki oraz autentyzmu. Brak pomysłu jest jednak w pełni uzasadniony, gdyż głównym celem wizyty gitarzysty Radiohead w Polsce był udział w Europejskim Kongresie Kultury, jaki odbył się dwa dni wcześniej we Wrocławiu.

Najdłużej wyczekiwanym momentem tego wieczoru było wykonanie „Music For 18 Musicians” – opus magnum amerykańskiego kompozytora, które rozsławiło jego dokonania na całym świecie. Godzinną podróż po przeplatających się dźwiękowych sinusoidach publiczność odbyła w skupieniu – zamierając z głową schowaną w dłoniach, w bezruchu, z zamkniętymi oczami, a nawet w pozie embrionalnej; skuleni na krzesłach. Odrealniona kompozycja nie zestarzała się ani trochę, do dziś pozostając fascynującym eksperymentem psychoakustycznym zamykającym słuchacza w intymnej powłoce oddzielającej od rzeczywistości. Muzycy obsypani zostali oklaskami długo po ostatnim dźwięku.

Hala Accelor Mittal, znajdująca się na Nowej Hucie, już po raz kolejny zadziwiła mnie bardzo dobrą akustyką oraz atmosferą niczym z opuszczonej stacji kosmicznej – szczątkowe oświetlenie ogromnych stalowych wsporników, potęgujące ogrom całej budowli, pozostanie w mojej pamięci nie krócej, niż muzyka dziewiątej edycji Sacrum Profanum.

Wydarzeniem zamykającym festiwal był cykl występów zebranych pod wspólną nazwą „Reich 75”, będący wspaniałym przeglądem dokonań Steve’a Reicha – od jego wczesnych eksperymentów dźwiękowych, po kompozycje wpływające na kierunek dzisiejszej muzyki awangardowej. Utwory wykonywane przez zaproszonych gości były poprzetykane krótkimi filmami, w których Reich własnymi słowami opowiadał o kulisach ich powstania nie szczędząc przy tym ciekawostek.

Na pierwszy ogień poszła kompozycja „Come Out” z 1966 roku, która w całości oparta została o modyfikacje frazy ‘come out and show them’. Interferencja nachodzących na siebie fal co raz to kolejnych ścieżek pozostawia słuchacza osaczonego niezrozumiałym bełkotem osadzonym w niestabilnym rytmie. Utwór, który miał zapewne odpowiednio nastroić publiczność do trwającego blisko 2,5 godziny wydarzenia, przedstawiony został w oryginalnej długości będąc nie lada testem cierpliwości i wytrzymałości dla festiwalowiczów.

Następny na scenę wkroczył Envee. Prezentując DJski set oparty o ścieżki wycięte z „Music For 18 Musicians” zinterpretował muzykę jubilata w klimatach klubowych, dodając mnogość wielorakich ozdobników – od skreczy, przez bity, aż po perkusyjne retardacje zaciągane potencjometrami miksera.

Nie zwalniając tempa, gdy publiczność wysłuchała anegdoty kryjącej się za „Piano Phase”, na scenie pojawił się Leszek Możdżer. Jego samodzielna interpretacja kompozycji w oryginale napisanej na dwóch pianistów była pierwszym takim wyczynem na świecie. Dwudziestominutowy „Piano Phase” składa się z dwóch jednakowych motywów, z których jeden zaczyna przyspieszać oddalając się o niesymetryczne odległości, co ostatecznie tworzy skomplikowaną sieć synkopowanych dźwięków. „Nie wierzę, on jest chyba robotem” usłyszałem od kolegi stojącego obok. Precyzja, której naukowcy z CERNu powinni Możdżerowi zazdrościć, została doceniona nie tylko przez publiczność, ale także przez samego Reicha, który w podziękowaniach nie mógł wyjść z podziwu dla nadludzkiej techniki gry Możdżera. Jakby tego było mało, polski pianista numer jeden posunął się jeszcze dalej improwizując na motywie „Piano Phase” dodając mu tym samym żywiołowości i nieprzewidywalności. Godziny ćwiczeń przy fortepianach i ponoć także na siłowni, zaowocowały niesamowitym spektaklem. Zdecydowany numer jeden tegorocznego Sacrum Profanum.

Następnym punktem programu było wykonanie „Four Organs” rozwijającego jeden tylko akord, którego dźwięki wydłużane są w wartościach czasowych. Trzymające jednostajny rytm marakasy są jedynym czynnikiem stałym w utworze rozpoczynającym się w iście rockowym stylu, finiszującym zaś kakofonią przeciąganych nienaturalnie sekwencji.

Duet Adrian Utley-Piotr Orzechowski był najsłabszym ogniwem tego wieczoru. Przedstawiona przez nich interpretacja „Electric Guitar Phase” była chaotycznym zlepkiem pofragmentowanych melodii i ambientalnych, gitarowych szmerów generowanych smyczkiem, które były zresztą ledwo słyszalne. Być może użycie smyczka od wiolonczeli przyniosłoby lepszy efekt, lecz nie przystoi pouczać legendarnego gitarzysty Portishead. Nieobecny duchem Utley nie miał pomysłu na muzykę znacznie odstając od Orzechowskiego, który dwoił się przy fortepianie starając się zarówno utrzymać rytm jak i czuwając nad przebiegiem całej kompozycji.

Na scenie ponownie pojawił się Envee prezentując iście dyskotekową wersję „Drumming”, którego sekwencyjna budowa zdaje się być idealnym materiałem na DJskie sety eksplorujące dynamiczne rytmy Czarnego Lądu.

Drugą część wieczoru wypełniły interpretacje w wykonaniu Aphex Twina. „It’s Gonna Rain”, kompozycja bliźniaczo podobna do „Come Out”, była szczęśliwie jedynie wstępem do muzyki, której Reich tak naprawdę nigdy nie nagrał, czy to ze względu na trudności techniczne, czy też przez brak konkretnej koncepcji. Pomysł, by stworzyć utwór oparty na dźwiękach mikrofonów przelatujących obok magnetofonów, co powodowało sprzężenie zwrotne, podchwycił Aphex tworząc niesłychanie melodyjny obraz wsparty laserowymi fajerwerkami. Dla tej chwili warto było czekać do samego końca. Tuż przed tym po raz ostatni powrócono do „Electric Counterpoint”, tym razem z Utleyem grającym przewodnią partię gitary oraz Aphexem fantazyjnie rozbudowującym charakterystycznie drgające tło utworu.

Festiwal Sacrum Profanum udowodnił, iż kompozycje najsłynniejszego minimalisty muzyki współczesnej po prostu się nie starzeją. Zapętlone frazy magnetofonów szpulowych były inspiracją do napisania dzieł wielkich, inspirujących pokolenia. Naprawdę niecodzienny był to widok, kiedy zawstydzony Aphex Twin z miną uczniaka przyjmuje podziękowania od Reicha za urzeczywistnienie pomysłu sprzed lat. Wiek publiczności potwierdza także fakt, iż dalej jest to muzyka młodych, wymagających od sztuki czegoś więcej, niż tylko zgrabnych radiowych melodii i chwytliwych refrenów. Program Sacrum Profanum ad 2011 był iście jubileuszowy. Dlatego naprawdę trudno pomyśleć, czym organizatorzy zaskoczą nas za rok, kiedy rzeczywiście przypada dziesięciolecie festiwalu.

Autorem zdjęć jest Artur Rakowski, współpracownik portalu nowamuzyka.pl.
Więcej na jego blogu reparter.blogspot.com.

Aérea Negrot – Arabxilla

Ci, którzy oglądali koncert Hercules & Love Affair podczas tegorocznej edycji Selector Festivalu na pewno zwrócili uwagę na Aerę Negrot – najbardziej efektowną i ekscentryczną z trzech wokalistek wspierających za mikrofonami Andy`ego Butlera. Po okresie światowego tournée promującego ich wspólny album „Blue Songs”, przyszedł czas na solowy debiut podopiecznej nowojorskiego producenta – „Arabxilla”.

Urodziła się w artystycznej rodzinie mieszkającej w Caracas. Dzięki babci, która była wielbicielką opery, zaczynała swoją przygodę ze śpiewem w chórze a nie w dyskotece. Muzykę klubową odkryła dopiero po przeprowadzce do Londynu, gdzie studiowała w Centre Of Contemporary Music. Fascynacja tanecznymi produkcjami zaprowadziła ją ostatecznie w 2004 roku do Berlina. Tam dzieliła swój zawodowy czas między awangardowe przedstawienia taneczne a sklep z meblami na Savignyplatz.

W końcu dostała możliwość zaśpiewania od Ellen Allien – w 2010 roku nakładem BPitch Control ukazała się jej debiutancka dwunastocalówka „All I Wanna Do”. Płyta zwróciła uwagę dwóch producentów – Andy`ego Butlera i Tobiasa Freunda. Pierwszy z nich zaprosił ją do nagrań dokonywanych pod okiem Patricka Pulsingera na nowy album Herculers & Love Affair, a drugi – do sesji, której efekty trafiły niedawno na jego solowy krążek „Learning Over Backwards”.

Znajomość z Freundem przydała się Negrot przy kompletowaniu materiału na jej własną płytę. Choć to ona sama stworzyła na domowym komputerze zarysy wszystkich nagrań, doświadczony producent uzupełnił je odpowiednimi dogrywkami. I trzeba przyznać, że czuć na płycie dotyk jego palców. Podkłady rytmiczne mogłyby bowiem mieć tutaj całkowicie autonomiczny charakter.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1815443-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1815443-02″ allowscriptaccess=”always”]

Pierwsza część albumu zaczyna się od wyrazistego breakbeatu podrasowanego tęsknym motywem fortepianu („Arabxilla”), a potem pojawia się energetyczny house o niemal 8-bitowym motywie klawiszowym („Todeloo”) i hedonistyczne disco opakowane w odpowiednio plastikowe brzmienie („A Volar”). Najwyraźniej słychać jednak wpływ Freunda w „Deutsche Werden”. Berliński twórca modeluje to ekspresyjne nagrania na typowo chicagowski house, pozwalając jednak Negrot rozwinąć na tym tle swe ekwilibristyczne możliwości wokalne w stylu dawnych dokonań Niny Hagen.

Drugi segment płyty to przede wszystkim rytmy electro – najpierw w nieco onirycznej wersji („Please, Move To…”), a potem w znacznie bardziej mrocznej i nerwowej („Breathe Deeply”). Jest tu również miejsce na głębokie techno – o nostalgicznym tonie („It`s Lover, Love”), ale i o zdecydowanie mocniejszym wyrazie w stylu Berghain („Come Back”). Niestety – zdecydowanie mniej ciekawie wypada sięgnięcie Freunda po dubowe pulsacje („Hair”). To niezbyt dobre wrażenie zaciera jednak finał, w którym niemiecki producent wraca do czasów swej młodości – a efektem tego jest syntetyczny pop o nowofalowym sznycie w „Listen To The People”.

Aby wychwycić wszystkie smaczki tych podkładów, trzeba się w nie słuchać ze skupieniem, ponieważ na pierwszym planie góruje szerokopasmowy głos Negrot. Wenezuelska piosenkarka prezentuje w poszczególnych nagraniach wszystkie swe możliwości wokalne – przechodząc od gejowskiego falsetu w stylu Klausa Nomi („Todeloo”) czy Jimmiego Somervilla („A Volar”) do męskiego barytonu w rodzaju Grace Jones („Arabxilla”) i kabaretowego śpiewu spod znaku Lizy Minelli (weimarski „Berlin” wykonany tylko z akompaniamentem fortepianu).

Niektóre utwory wydają się być nieco przegadane (prześpiewane?), momentami chciałoby się, aby Freund został pełniej dopuszczony do głosu, ale ogólne wrażenie jest pozytywne. Na obszarze klubowej wokalistyki Aérea Negrot z łatwością bije na głowę wszelką konkurencję – skalą głosu, możliwościami interpretacyjnymi, dystansem do samej siebie. I to zarówno wśród kobiet, jak i wśród mężczyzn.

BPitch Control 2011

www.bpitchcontrol.de

www.myspace.com/bpitchcontrol

www.myspace.com/aereanegrot

Przegląd nowej polskiej – część szósta

Kolejna część naszego przeglądu mniej lub bardziej ciekawych płyt, epek i kawałków na naszym rynku. Od Marceliny po Możdżera. Czytajcie i komentujcie.
Czytaj dalej »

Miks do załadowania – Monad Series

Lucy i Xhin przygotowali dwa bezpłatne miksy zawierające nagrania z serii Monad, opublikowanej przez wytwórnię Stroboscopic Artefacts. Czytaj dalej »

Lucy – Monad X

Ten rok należy do Stroboscopic Artefacts. Najpierw szef tejże wytworni – Lucy – opublikował swój debiutancki album „Wordplay For Working Bees” – który w ciągu jednej chwili odmienił współczesną scenę techno. Potem reprezentacja firmy – czyli wspomniany Lucy, Dadub i Edit Select – zagrali świetnie przyjęte sety na barcelońskim Sonarze i berlińskim Melt! Festivalu. I wreszcie do cyfrowej dystrybucji trafiły trzy nowe zestawy nagrań z głośnego cyklu „Monad” – duetu Dadub, weterana Aoki Takamasy i samego szefa wytworni – Lucy.

Włoski producent zaczyna od masywnego techno – ciężki bit wsparty drgającym basem przerywają gwałtowne uderzenia szorstkich akordów syntezatorów. Wszystko to oblepia gęsta siatka analogowych szumów, podszytych świszczącym strumieniem przemysłowego zgiełku („Triad”).

Kolejne nagranie zrywa z typowym dla techno miarowym rytmem. Dudniące bity o plemiennym metrum idealnie współgrają z niepokojącymi pasażami świdrujących syntezatorów. Z głębokiego tła wynurza się narastająca fala toksycznego szumu – w pewnym momencie wydostaje się ona na pierwszy plan zalewając wszystko jazgotliwą ścianą noise`u („Tetrad”).

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1805292-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1805292-02″ allowscriptaccess=”always”]

W następnym utworze pojawia się podłamana rytmika w stylu morderczego techno spod znaku Regisa czy Surgeona. A w tle dźwięki niczym z prawdziwego horroru – wywiedzione z klasyki industrialu rozjeżdżone pasaże skowyczących syntezatorów, tworzące upiorny klimat rodem z „Lśnienia” („Pentad”).

I wreszcie finał – początkowo słychać tylko miarowe stuki, które podbijają gwałtowne warknięcia przesterowanego basu. Nagle mechaniczny puls nabiera mocy – twarde uderzenia mocarnego bitu wprowadzają zawodzącą partię psychodelicznych syntezatorów rodem z wczesnych preparacji Throbbing Gristle. Tak brzmi industrialne techno w swej najlepszej wersji („Decad”).

Myślicie, że to koniec tegorocznej ofensywy Stroboscopic Artefacts? Nic z tego – już za miesiąc premiera nowego albumu Xhina – „Sword”. Dwie dekady temu Underground Resistance ukuli idealne hasło dla swej muzyki – „For Those Who Know”. Dzisiaj idealnie pasuje ono do ich berlińskich następców.

Stroboscopic Artefacts 2011

www.stroboscopicartefacts.com

Kreng – Grimoire

Niespełna rok temu miałem okazję być widzem przedstawienia „The Pretty One” Pepijna Caudrona. Ówczesna tematyka festiwalu Unsound idealnie współgrała ze scenerią Teatru Nowego i samym artystą, który stojąc w świetle ekranu laptopa wydawał się nie tylko reżyserem, ale i aktorem, którego półgodzinny, audio-wizualny monolog pozwalał przeżyć antyczne katharsis. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, że był świadkiem przed-premierowej prezentacji materiału na przyszły krążek. Materiału, który okazał się doskonałym podkładem do wyświetlanego filmu, będącego zawoalowaną historią o morderstwie niechcianego dziecka. Jednak tamto przedstawienie było tylko częściowo oparte o dźwięki Grimoire. Album słuchany od początku do końca to zupełnie inna opowieść.

Kurtyna podnosi się za sprawą  „Karcist” który wydaje się dźwiękowym odbiciem sunącej po ziemi wieczornej mgły, która prowadzi prosto do zarośniętego zagajnika, gdzie powolnemu tańcowi oddają się białe figury w zwiewnych halkach. Przeciągłe chrapnięcia pogańskiego rogu zwiastują zmianę partnerów, a nerwowe uderzenia miotełką o talerze wydają się odzwierciedleniem drżących rąk przypadkowego obserwatora. „Le Bateleur” sunie dalej, gdyż niewyraźne postacie wydają się dopiero zaczynać swoją choreografię. Delikatne muśnięcia trąbki antagonizują z trzepotem skrzydeł wielkich ważek co jakiś czas przeszywających powietrze. Zamknięcie oczu przez przerażonego obserwatora nie kończy wątku. Muzyka płynie dalej.

Jedna z postaci niewytłumaczalnie unosi się ku górze i operowym śpiewem nawołuje do schwytania podglądającego, którego obecność zdradził szum suchych i przeżółkłych liści, na których leżał (Opkropper). Niewiadomo jak, ale teraz znajduje się mokrej piwnicy. Chęć znalezienia wyjścia utrudnia mu przemarznięte ciało, które nie pozwala się poruszać. Widzimy go od tyłu – jak kurz sypie się na niego z sufitu, za każdym razem kiedy w atmosferze unosi się piskliwy dźwięk pojedynczych uderzeń o klawiaturę fortepianu. Nie wie dlaczego, ale instynkt każe mu podążać w kierunku dźwięków, które z każdym jego nieporadnym krokiem wydają się intensyfikować szumy i zgrzyty w jego głowie. Ból jest tak intensywny, jak gdyby półkule mózgowe niczym płyty tektoniczne wbijały się jedna pod drugą. Trzęsienie ustaje, gdy mężczyzna upada na ziemię. Ulgę przynosi powolna utrata świadomości, z którą oddala się i cichnie również muzyka (Wrak)

Silny wiatr unosi warstwę kurzu pokrywającą wszystkie powierzchnie. Niezwykły kształt nadają powietrzu niewielkie molekuły, których piruety budują w powietrzu obraz spokoju i harmonii. Kiedy wydaje się, że to wybawienie, nagły przeciąg burzy porządek i drobinki pyłu bezładnie krążą po pomieszczeniu. Niskie i przeciągłe pomruki ponownie dają odczuć atmosferę niebezpieczeństwa, mimo że miarowym tąpnięciom basu sprzeciwia się niewytłumaczalnie łagodne brzmienie skrzypiec (La Poule Noir).

Puentę historii stanowi stopniowo rozwijająca się suita na trzy instrumenty. Jednak wspólnota tonacji nie jest tutaj tak silna jak w poprzednich rozdziałach historii. Obok siebie funkcjonują pogański pomruk drewnianego fleta, pojedyncze uderzenia o strunę gitary oraz bębny, które spinają kompozycję mocną klamrą (Balkop & Satyriasis)

Mi piękno się jeszcze nie znudziło, a Wam?

Miasmah / 2011

W niemym kinie

Kilka dni temu pojawiły się  nowe wydawnictwa od The Cinematic Orchestra. Muzycy wrócili do inspiracji kinem niemym. Na pewno pamiętacie wspaniałą ścieżkę dźwiękową, którą grupa Jasona Swinscoe’a skomponowała do rosyjskiego „Man With A Movie Camera”. Tym razem zespół przygotował muzykę do dwóch krótkich filmów: „Manhatta” zrealizowanego w 1921 r. przez malarza Charles’a Sheelera i fotografa Paula Strand’a oraz „Entr’acte” nakręconego w 1924 r. przez René Clair’a. Sprawdźcie sami jak muzyka „Cinematiców”  komponuje się z klimatem lat 20-tych.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_profilepage&v=0KoEAyMPbMA


Zagraj na scenie T-Mobile Music podczas Avant Art Festival we Wrocławiu!

Po przygodzie z filmowym festiwalem Nowe Horyzonty oraz muzycznym katowickim OFF Festivalem T-Mobile Music wraca do Wrocławia, by wesprzeć największe w kraju święto sztuki awangardowej Avant Art Festival. Trwające od 29.09 do 08.10 wydarzenie to prawdziwa uczta dla fanów sztuki – odważnej, różnorodnej i nietuzinkowej, często zacierającej granice pomiędzy poszczególnymi gatunkami.

Na zakończenie festiwalu, na specjalnej scenie T-Mobile Music, wystąpi Kevin Martin z projektem The Bug. Jego twórczość jest oryginalną wypadkową wielu nurtów i estetyk takich jak dancehall, noise, grime, hip-hop, dubstep czy techno. Nie będzie to jedyny performance tego wieczoru. Po koncercie tego londyńskiego producenta, wystąpi dwóch zwycięzców kolejnej edycji znanego już plebiscytu Zrób Głośniej!, który daje szanse młodym, nietuzinkowym artystom na zaistnienie na wielkich festiwalowych scenach w całej Polsce.

Mechanizm konkursu jest bardzo prosty. Należy do 21 września zarejestrować się na portalu www.t-mobile-music.pl i zgłosić swój utwór do konkursu (artyści już zarejestrowani oczywiście również mogą wziąć udział w plebiscycie – wystarczy akceptacja regulaminu). Sześcioosobowe jury wyłoni 10 finalistów, których podda werdyktowi publiczności. Głosowanie internautów trwać będzie od 23 do 29 września na portalu T-Mobile Music, a wyniki ogłoszone zostaną 30 września. Każdy głosujący będzie miał szansę na otrzymanie podwójnego karnetu na festiwal.

T-Mobile Music jest partnerem głównym festiwalu Avant Art.

Szczegółowe informacje o konkursie na stronie www.t-mobile-music.pl oraz na www.avantart.pl

bvdub – I Remember (Translations of Mørketid)

Kiedy Alessandro Tedeschi, właściciel włoskiej wytwórni Glacial Movements, zaproponował w zeszłym roku wydanie płyty Brockovi Van Weyowi, wysłał mu kilka własnych produkcji, które zrealizował w minionych latach pod szyldem Netherworld. Jeden z albumów – „Mørketid” – wywarł na amerykańskim muzyku wielkie wrażenie. „Płyta przywołała wspomnienia z okresu, kiedy byłem jednym z uczestników sceny rave, marzenia o zrealizowaniu pięknej utopii, która istniała tylko w naszych umysłach.  Zabrała mnie ona z powrotem w czasy, kiedy ambient był czysty i prawdziwy” – wyjaśnia Van Wey. Nic więc dziwnego, że kiedy Tedeschi zaproponował mu dokonanie „tłumaczeń” (nie remiksów) nagrań z „Mørketid”, amerykański producent zabrał się za nie z wielką pasją.

Muzyką z „I Remember” można się cieszyć bez znajomości oryginału. Van Wey wymodelował bowiem kompozycje Tedeschiego na charakterystyczny dla siebie sposób. Co najważniejsze – być może w wyniku konfrontacji z cudzym tworzywem, wprowadził kilka nowych pomysłów brzmieniowych, które w intrygujący sposób ożywiły jego muzykę.

Otwierający album „The Place Has Only Known Sadness” to elegijny ambient w tradycyjnym stylu – lodowate pasaże sążnistych klawiszy oplatają subtelne tony gitary, przez które przeplata się anielski zaśpiew zapętlony w wokalny loop. Kompozycja sporo zawdzięcza pierwowzorowi Netherworld – bo „Mørketid” odmalowywał zimnymi dźwiękami ośnieżone pejzaże Arktyki.

W „We Said Forever” słychać wyraźnie shoegaze`owe fascynacje Van Weya. Nagranie otwiera bowiem ściana gitarowego szumu o onirycznej barwie – przywołując wspomnienie późnych nagrań Cocteau Twins. Amerykański producent myli jednak trop – po kilku minutach pojawiają się głębokie akordy zbasowanych syntezatorów wywiedzionych z kosmische musik. Jakby tego było mało – z czasem rozlega się umieszczony w dalekim tle miarowy puls techno. W efekcie powstaje jedno z najciekawszych dokonań Van Weya w całej jego karierze.

„The Promise (Reprise)” rozbrzmiewa echami klasycznych inspiracji artysty. Epicki charakter nagrania tworzą podniosłe fale romantycznych klawiszy przeplecione wokalnym samplem – nic dziwnego, że słuchając utworu przypominają się monumentalne produkcje Wolfganga Voigta z cyklu Gas.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/1791845-02.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=1791845-02″ allowscriptaccess=”always”]

„Would It Be The Same” skręca w zupełnie przeciwną stronę – tym razem Van Wey podszywa szeroko rozlany strumień modulowanych syntezatorów połamaną strukturą rytmiczną. W efekcie powstaje breakbeatowa wizja ambientu, którą pamiętają już tylko najstarsi wielbiciele stylu z nagrań chociażby The Irresistable Force.

„There Was Beauty In My Heart” zaskakuje delikatnym pięknem kruchych dźwięków – na syntezatorowym tle pojawia się dialog akustycznej gitary i kobiecego głosu. Kiedy wydaje się, że nic nie rozproszy tego ulotnego nastroju chwili, z tła wypływa strumień onirycznego szumu, który zalewa wszystko swą potężną mocą.

Całość kończy najkrótszy utwór w zestawie, właściwie miniatura, bo sześć minut w porównaniu do czternastu to niewiele – „A Taste Of Your Own Medicine” o mocnych akordach stąpających klawiszy wpisanych w monotonny loop o hipnotycznym pulsie.

„I Remember” to jedna z ciekawszych propozycji Brocka Van Weya. Wydaje się, że spotkania z innymi artystami wyjątkowo służą amerykańskiemu producentowi. Być może pójdzie w przyszłości tym tropem?

Glacial Movements 2011

www.glacialmovements.com

www.myspace.com/glacialmovements

www.bvdub.org

www.myspace.com/bvdubtechnology

Czego oczekiwać po Białystok Up To Date Festival?

Jeśli jeszcze nie wiecie kto zagra na tegorocznym Białystok Up To Date Festival to poniższy filmik dostarczy Wam wszystkich potrzebnych informacji na ten temat.
Czytaj dalej »

Nowy album Boards Of Canada w drodze?

Na premierowy materiał duetu czekamy od 2006 roku. W momencie, w którym wielu fanów zaczęło powoli wątpić w szanse na nowy krążek BoC, pojawiły się sygnały dające realną nadzieję.
Czytaj dalej »