Wpisz i kliknij enter

Zaczęliśmy też pracować z żywymi motylami – rozmowa z Tomem Hillem

[wide] [/wide]

W połowie lipca ukazała się EP-ka “Flicker” zespołu Origamibiro. Wydawnictwo jest zbiorem remiksów, a wśród wykonawców, którzy podjęli się tego zadania, znaleźli się: Plaid, ISAN, K-Conjog, Set In Sand i Leafcutter John. Dodatkowo mini album „Flicker” został udostępniony do darmowego pobrania – kliknij tutaj.

W związku z tym wydarzeniem fonograficznym, udało nam się porozmawiać z Tomem Hillem – założycielem tego imponującego (nie przesadzam!) tria z Nottingham.

Origamibiro na samym początku było solowym projektem Toma Hilla (znanego m.in. z projektu Wauvenfold). W 2007 roku ukazał się pierwszy album Origamibiro pt. „Cracked Mirrors And Stopped Clocks” (Expanding Records) i była to jedna z najlepszych płyt 2007 roku. Muzyka na tym albumie to delikatne, emocjonalne i tworzone w ogromnym skupieniu struktury dźwiękowe, które doskonale korespondują z tradycyjnym instrumentarium (gitara klasyczna, hawajska, elektryczna, fortepian i mnóstwo innych instrumentów) jakie wykorzystuje Origamibiro.

W 2011 roku pojawił się drugi krążek pt. „Shakkei” (Abandon Building Records, Denizen Recordings). Skład Origamibiro powiększył się o dwóch muzyków, do zespołu dołączył: Jim Boxall (aka The Joy of Box) i Andy Tytherleigh (aka Shmoov, Hubtone, Debaser Boy). Jim Boxall jest artystą audiowizualnym, a z kolei Andy Tytherleigh znakomitym multiinstrumentalistą. „Shakkei” to już absolutny eksperyment dźwiękowy, łączący w sobie nowe technologie XXI wieku z całą tradycją muzyki XX wieku (od folku, jazzu, rocka, elektroniki po współczesnych kompozytorów).

Poniżej utwór „Impressions of Footfall” z płyty „Shakkei”, który został wykonany na żywo w Nottingham w sierpniu 2011 roku i jest doskonałym odzwierciedleniem twórczości tego tria.

http://www.youtube.com/watch?v=BDOoFtQSgA4

Tom Hill (Fot. Ursula Kelly)

Łukasz Komła: Od kiedy zetknąłem się z muzyką projektu Origamibiro (a był to rok 2007), byłem bardzo ciekaw skąd wziął się pomysł na tak intrygującą nazwę Waszego projektu?

To długa historia! Może opowiem ją kiedy indziej…

W połowie lipca ukazała się EP-ka „Flicker”, a wśród wykonawców, którzy podjęli się wyprodukowania swoich remiksów byli: Plaid, ISAN, Set In Sand, K-Conjog i Leafcutter John. Tom, czy mógłbyś pokrótce opowiedzieć, jak doszło do Waszej współpracy?

Tutaj podziękowania należy złożyć dla Matta Yarringtona, szefa naszej amerykańskiej wytwórni (Abandon Building Records), który zgromadził całą ekipę. Jedynym projektem, który znaliśmy wcześniej był ISAN. Jakieś dziesięć lat temu, kiedy udzielałem się w Wauvenfold, graliśmy z nimi wspólne sety. Jednak bez Matta i Abandon Building, nigdy nie udałoby nam się zgromadzić tylu wspaniałych artystów!

Kompozycje, które zostały wybrane przez artystów do remiksowania, to głównie nagrania z ostatniego Waszego albumu z 2011 roku pt. „Shakkei”. Czy tytułowy utwór „Flicker” jest skomponowany tylko przez Origamibiro? Czy może jednak jest to wspólne dzieło z udziałem kompozytorów wykonujących remiksy Waszych utworów?

„Flicker” to kompozycja stworzona przez Origamibiro. Był to utwór, który chcieliśmy umieścić na płycie “Shakkei”, ale zdecydowaliśmy inaczej z kilku powodów. Pomyśleliśmy, że wydamy go w wersji do darmowego ściągnięcia jako wcześniej niepublikowany utwór z wytwórni Bad Panda Records i dodamy do niego kilka remiksów z albumu “Shakkei”.

Dzięki temu, że Bad Panda oferuje “darmowy track w każdy poniedziałek”, udało nam się dobrze wypromować zarówno album z remiksami, jak i samą płytę “Shakkei”.

Płyta „Flicker” jest udostępniona do darmowego pobrania. Dlaczego wybraliście takie rozwiązanie?

Tak jak mówię, ta decyzja zapadła głównie z powodów promocyjnych, ale wiedząc, w jakim jest stanie dzisiejszy rynek muzyczny, gdy ludzie ściągają całe płyty za pomocą programu P2P, to chcąc czy nie chcąc, kiedyś dojdziemy do takiego momentu, że cała muzyka będzie udostępniana i ściągana za darmo. Wybraliśmy taki sposób, jaki prezentuje Bad Panda Records, czyli gdzie, i w jaki sposób słuchacze mogą pobierać naszą płytę, jednocześnie dostając informacje takie jak – komentarze czy liczbę pobrań.

Jim Boxall (Fot. Ursula Kelly)

Tom, teraz chciałbym Cię zapytać o pierwszy (skądinąd niesamowity) album „Cracked Mirrors And Stopped Clocks” z 2007 roku. Wtedy Origamibiro było Twoim solowym projektem.  Jak doszło do tego, że dołączyli do Ciebie Jim Boxall (aka The Joy of Box) i Andy Tytherleigh, (aka Shmoov, Hubtone, Debaser Boy)?

Dla mnie osobiście tworzenie muzyki w studio jest OK, ale sam proces może stać się bardzo sterylny, wręcz kliniczny. To tak, jakby złapać emocje w butelkę i pokazywać w taki sposób, by inni mogli je oglądać. To tak, jak przypinanie martwego motyla do tablicy. “Coś” zostaje utracone. Zawsze chciałem grać muzykę na żywo, ale nie bawiło mnie ukrywanie się na scenie za otwartym laptopem. Postawiłem sobie pytanie, jak tworzyć taki rodzaj muzyki, ale bez wykorzystania komputera? Właśnie wtedy zaczęliśmy rozmawiać o tym z Jimem i Andy’m.

Jim od wielu lat był moim dobrym przyjacielem i już wcześniej pracowaliśmy nad różnymi projektami, występami audiowizualnymi, krótkimi filmami i materiałami promocyjnymi, więc mieliśmy się na czym oprzeć. Po tym jak nagrałem “Cracked Mirrors”, rozmawialiśmy sporo o tym, jak wykonywać muzykę na żywo wraz z wizualizacjami.

Chcieliśmy włączyć do występów jakieś niezwykłe obiekty oraz procesy, jak również instrumenty. Długo myśleliśmy o tym, jak otworzyć się na publiczność tak, aby mogła zrozumieć co robimy, podczas gdy to wykonujemy. Jim chciał też by wizualizacje niosły pewien ładunek emocjonalny, który równoważyłby ciężar muzyki.

Andy Tytherleigh (Fot. Ursula Kelly)

Niedługo potem pojawił się Andy Tytherleigh, który chciał do nas dołączyć, na co z radością wyraziliśmy zgodę, biorąc pod uwagę jego ogromny talent multiinstrumentalisty. Od tamtej pory pracujemy, piszemy, dopieszczamy i przerabiamy nasze kompozycje, aby ułożyć coś, co w wyniku będzie czymś więcej, niż tylko zwykłą sumą tych wszystkich składników. Elementy audiowizualne tego, co aktualnie tworzymy są ściśle ze sobą splecione i trudno jest powiedzieć, gdzie kończy się jeden pomysł, a zaczyna kolejny. Czujemy, że nasz projekt ewoluuje.

Na płycie „Cracked Mirrors And Stopped Clocks” jest mnóstwo brzmień gitary klasycznej, klimat niczym jak z południa Hiszpanii, ale nie brak brytyjskich melancholijnych warstw dźwiękowych budowanych z brzmień elektronicznych, i do tego całość opiera się na mnóstwie detali, tworzących muzyczną przestrzeń. Co spowodowało, że gitara jest dominującym instrumentem na tym krążku?

Gram na gitarze od 15 roku życia. Na początku pociągał mnie folk, rock i psychodelia. Ale w wieku 20-kilku lat bardzo znudziło mnie słuchanie zespołów wykorzystujących tradycyjny zestaw rockowy, czyli gitarę, bas i perkusję. Dlatego przestałem słuchać takiej muzyki, a zacząłem kupować muzykę z takich labeli jak: Warp, Skam, Rune Grammofon, Rephlex, Tomlab, Planet Mu, Fat Cat… Wówczas, wraz z moim przyjacielem Noelem Murphy, założyliśmy duet Wauvenfold… A moja gitara coraz bardziej zaczęła pokrywać się kurzem.

W 2006 roku zachorowałem i musiałem rzucić pracę. Stałem się trochę takim pustelnikiem, a moja aktywność prawie całkowicie się zatrzymała. To właśnie wtedy ponownie zakochałem się w mojej akustycznej gitarze z nylonowymi strunami. Grałem na niej bez przerwy, celowo ucząc się utworów klasycznych, które tak trudno było zagrać, że całkowicie pochłaniały moją uwagę. Byłem bardzo zaabsorbowany graniem, że prawie zapomniałem, że choruję. Gitara była dla mnie wtedy najlepszym przyjacielem.

Jednak mój podziw dla gitary zmienił się i był inny niż na samym początku. Przestały mnie interesować tradycyjne piosenki, skomponowane w konwencjonalny sposób. Koncentrowałem się bardziej na budowie, tonach i cieple; niezwykle podobała mi się delikatność drewna oraz efemeryczne szurania i skrzypnięcia, które są jakby “produktem ubocznym” powstającym podczas grania. Dlatego też chciałem to wszystko uchwycić, ale i posunąć o jeden krok dalej, składając niejako hołd mojej gitarze. I właściwie w taki sposób powstał album “Cracked Mirrors”.

W 2011 roku wydaliście longplay pt. „Shakkei” i mam wrażenie, że pojawia się na nim więcej brzmień – nazwijmy to – symfonicznych, które są doskonałym uzupełnieniem elektronicznych eksperymentów, mamy tu elementy muzyki glitch, ambient, improwizowanej, a także współczesnej kameralistyki. Jak wyglądała Wasza praca nad materiałem? Myślę, że muzyka z tego albumu jest ukłonem w stronę takich kompozytorów jak Steve Reich czy Philip Glass.

Album „Cracker Mirors” był w pewnym rodzaju introspekcyjny. To bardzo osobisty materiał, nagrany w zaciszu domowego studia. „Shakkei” to płyta, dzięki której wychodzimy na zewnątrz, album krajobrazów pokazujący wiele różnych elementów. „Cracked Mirrors” został nagrany w samotności, podczas gdy chciałem zbadać wiele nowych sposobów tworzenia. Był to także czas zmian – Andy angażował się coraz mocniej i stopniowo zaczęliśmy używać większej ilości instrumentów. Andy gra na kontrabasie, ukulele, banjo i na klawiszach, a ja zacząłem grać na pianinie, ukulele oraz smyczkiem na gitarze elektrycznej, więc chcąc nie chcąc, włączyliśmy te wszystkie elementy do całości.

Obaj uwielbiamy takich minimalistycznych kompozytorów jak Reich czy Glass, stąd wiele inspiracji tymi artystami. Nieobojętni nam są także: Hauschka, Arve Henriksen, Gustavo Santaolalla, Kim Hiorthoy, Murcof… Naprawdę eklektyczna mieszanka. Ich wspólną cechą jest uwielbienie i umiejętność tworzenia głębi przestrzeni, poprzez wykorzystanie obiektów materialnych i żywych instrumentów.

Myślę, że pomost łączący świat rzeczywisty z syntetycznym to coś wspaniałego, a jeśli udaje się go zbudować w pełnej równowadze, z odpowiednią uwagą poświęconą detalom, jest on jeszcze piękniejszy. Rzadko można spotkać artystów, którym udaje się połączyć tak gładko te wszystkie elementy.

Andy, Tom i Jim (Fot. Ursula Kelly)

Podczas komponowania, używacie bardzo dużej ilości różnych instrumentów, ale też wykorzystujecie różne przedmioty np. dźwięki maszyny do pisania, aparatu fotograficznego itd. Może zdradziłbyś nam, jakie najbardziej dziwne przedmioty wykorzystaliście podczas nagrywania czy komponowania? 

(śmiech) Tak, korzystaliśmy z ogromnej ilości dziwnych obiektów przez te wszystkie lata… czajnik z gotującą się wodą, dezodorant w spreju, nadmuchane balony, obracające się monety, metalowe linijki, piłki tenisowe, plastikowe arkusze, spękane drzewo, końcówki pisaków, taśma celuloidowa, liście… Ostatnio nagrywaliśmy domowy fotoplastikon Jima, myśląc o wydaniu kolejnego utworu. Jednak moim zdaniem najzabawniejsze były balony. Muszę przyznać, że czułem się trochę głupio używając ich.

Jedyną zasadą, jakiej się trzymamy, to brak konwencjonalnych instrumentów perkusyjnych. Dzięki temu ciągle szukamy nowych dźwięków i próbujemy wykorzystywać coraz to inne urządzenia. Mając do pomocy loopery, kaoss pady i mikrofony, właściwie wszystko co zobaczysz można wypróbować, o ile tylko pasuje do naszej stylistyki.

Maszyna do pisania jest wdzięcznym urządzeniem, zarówno ze strony dźwiękowej jak i wizualnej. Można powiedzieć, że to niezwykłe połączenie dźwięku i obrazu i naprawdę uwielbiamy z nią pracować w trio (śmiech). Jim pracuje nad włączeniem “pistoletu video” do naszego setupu koncertowego. Jest to przedziwne urządzenie, zbudowane przez Jima około rok temu, i do dzisiaj nie wiem co ono dokładnie robi i jak działa. Zaczęliśmy też pracować z żywymi motylami…

http://www.youtube.com/watch?v=3fbohbIyNgY

Wiem, że bardzo interesuje Cię kino, jak pamiętam, w 2010 roku wyprodukowałeś ścieżkę dźwiękową do niemego filmu „Aelita: Queen of Mars” z 1924 roku, rosyjskiego reżysera Yakova Protazanova. Muzyka do tego obrazu została wykonana na żywo w Broadway Cinema w związku z wystawą pt. “Star City”. Proszę powiedz coś więcej na temat tego projektu. A właściwie, skąd wzięła się fascynacja sztuką filmową? Jakich sobie cenisz reżyserów? Ja na przykład uwielbiam filmy Stanley’a Kubricka i Wernera Herzoga. A Ty (śmiech)?

Tak – też uwielbiam Kubricka i Herzoga. A także filmy: Alejandro Gonzáleza Iñárritu, Paula Thomasa Andersona, Wima Wendersa, Wong Kar Wai’a, Chan-wook Parka, Jean-Pierre Jeuneta i Hitchcocka.

W przypadku filmu „Aelita” zostaliśmy zaproszeni przez muzeum Nottingham Contemporary, które zaproponowało nam wykonanie ścieżki dźwiękowej na otwarcie wystawy. Byliśmy bardzo szczęśliwi pracując nad tym projektem i po prostu oddaliśmy się temu przedsięwzięciu całym sercem. Nigdy wcześniej nie tworzyliśmy niczego podobnego, jednakże był to niezwykły projekt i wynieśliśmy z niego przy okazji bardzo dużo, mogąc to wpleść do naszych występów na żywo.

Bardzo Ci dziękuję za poświęcony czas i jest mi niezmiernie miło, że mogliśmy porozmawiać o nadzwyczajnej muzyce zespołu Origamibiro.     

Dziękuję. Cieszę się, że tak pozytywnie odbierasz naszą muzykę. Mam nadzieję, że wkrótce przyjedziemy do Polski, aby zagrać koncerty.

 

Autorką zdjęć, które znalazły się w wywiadzie jest Ursula Kellywww.ursulakellyphotography.com

 

Ważne strony:

www.origamibiro.com

www.thejoyofbox.co.uk/about

www.ursulakellyphotography.com

badpandarecords.wordpress.com

 







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
jaro
jaro
9 lat temu

Muza fajna, artykuł fajny, maszyna do pisania fajna aha mam taką! Dzięki.

weflol
weflol
9 lat temu

Potrzeba więcej takich pozytywnych ludzi. Ciekawy, wywiad.

Greg
9 lat temu

Na coś takiego czekałem! Dawno nie pojawił się fajny wywiad z artystą, który znajduje się w moim kręgu zainteresowań. Jeśli ktoś nie słyszał o Origamibiro, to warto się zainteresować! Szacun dla red. Komły 🙂

Polecamy

Baasch – Noc

Once upon a night, seven clubs away