Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.



Relacja: Depeche Mode – Stadion Narodowy, Warszawa

W ramach wielomiesięcznej trasy promującej ostatnie wydawnictwo, w zeszłym tygodniu w Warszawie zagrali Depeche Mode. Ten koncert to był mój pierwszy raz, tak więc relacja silnie subiektywna.

To był mój pierwszy raz na koncercie stadionowym. Zawsze wychodzę z założenia, że im mniejszy tym lepszy, ale czego się nie robi z sentymentu. Być może dlatego efekt skali na Narodowym zrobił na mnie takie wrażenie. Organizatorzy chwalili się wyprzedaniem całej puli 50 tysięcy biletów. Zadziwiający był przekrój społeczny widowni- od rozwrzeszczanych nastolatek, przez dobrze zbudowanych chłopców, panów w średnim wieku, rodziny z dziećmi, nieco zagubione babcie, po pijanych Białorusinów.

Mimo takiego rozrzutu wszystkie przerwy między piosenkami błyskawicznie zapełniały się okrzykiem „Depeche Mode!”, a na każde skinienie Gahana tysiące rąk wędrowały w powietrze. Mógłbym przysiąc, że podczas swietnego, wydłużonego „Personal Jesus” podłoga na trubunach falowała. Nie skakali tylko (liczni) kamerzyści-amatorzy.

To był mój pierwszy raz na koncercie depeszów. Fani zespołu mają renomę maniaków, czwartkowy wieczór pokazał, że zupełnie zasłużenie. Początek niemalże każdego utworu nagradzany był burzą oklasków, a prawie każdy refren powtarzały tysiące gardeł i to pomimo tego, że duża cześć piosenek była dośc trudna do zidentyfikowania. Dość powiedzieć, że nawet pod sceną, w Golden Circle, „Angel” wybrzmiało z bezgłośnymi syntezatorami, a do rozpoznania „Walking In My Shoes” potrzeba było wokalu Gahana. Wiecej w tym temacie w następnym punkcie.

To był mój pierwszy raz na Narodowym. Przy okazji poprzednich koncertów w plecionce naczytałem się i nasłuchałem narzekań na akustykę obiektu. Rzeczywistośc przebiła jednak wszystkich malkontentów. Technikom udało sie uporać z problemami z nagłośnieniem z początku koncertu, poddali sie jednak, kiedy przyszło walczyć z pogłosem. Najmocniej odbity od ścian i dachu wracał wokal, podbity dodatkowo przez echo śpiewającej i bijącej brawo publiczności. Narodowa Studnia. Dramat, w kilku miejscach na granicy słuchalności.

To był, wreszcie, mój pierwszy raz na tak długim koncercie. Panowie grali dwie i pół godziny. Playlista zaspokoiła gusta chyba każdego fana- the best of wzbogacone drobnymi smaczkami, jak Martin Gore przy mikrofonie podczas kilku numerów. Oprócz kolegi, Dave Gahan do licznych refrenów angażował publicznośc, co z początku brałem za brak formy, a po dwóch godzinach za rozsądny sposób oszczędzania gardła.

Nie oszczędzał się jednak w tańcu, często atakując biodrami stojak na mikrofon, a po wielokrotnych zmianach kamizelek został wreszcie topless. Część show, rozumiem, ale niedługo Dave może trafić do zestawień najbardziej wstydliwych tańczących ojców w tubie. Na karierę internetową mają też szanse ładne pieski z wizualizacji z początku koncertu; na szczęście z upływem czasu było już znacznie lepiej, z rewelacyjną, kulminacyjną grą świateł w „Just Can’t Get Enough”.

Na koniec jeszcze tradycyjnie o organizacyjnej stronie wydarzenia. Biada temu, kto wybrał sie samochodem. Policja, z zapałem maniaka, pilnowała każdej bocznej uliczki w okolicach stadionu. A kiedy już wszedłeś do środka, z wyprzedzeniem zająłeś miejsce, gdzie nikt nie zasłania lornetki, po kilkudziesięciu minutach spod ziemi wyrasta „Steward” i pod groźba usunięcia z obiektu każe przejść na miejsca z boku (tyłu) sceny. Rozumiem względy bezpieczeństwa, ale gdzie byli ci „Stewardzi” przed rozpoczęciem koncertu i czy antagonizowanie tłumu podczas „Black Celebration” to na pewno taki dobry pomysł?

Mimo całej tej (dla mnie) dziewiczej, a zarazem bizantyjskiej oprawy wystarczy spojrzeć na powyższe wideo, żeby sprowadzić się na ziemię. To jak z piwem tego wieczoru. Nie dość, że bezalkoholowe, to jeszcze horrendalnie drogie, a jednak chętnych nie brakowało.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze