Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.

Recondite – Dwell
Ania Pietrzak:

Chłodna obserwacja rzeczywistości.

Silent Witness – Silent Witness
Łukasz Komła:

Cisi obserwatorzy o wielkiej wyobraźni.

Phase Fatale – Scanning Backwards
Paweł Gzyl:

Dźwięk jako broń.

Stefan Węgłowski – To co ukryte
Jarek Szczęsny:

Puszczony zza mgły.

Mech – Pearlgraphs
Jarek Szczęsny:

Lepiszcze do związania ze sobą grubych okruchów.

Craven Faults – Erratics & Unconformities
Jarek Szczęsny:

Syntezator modularny poszedł na wędrówkę.



Relacja: Depeche Mode – Stadion Narodowy, Warszawa

W ramach wielomiesięcznej trasy promującej ostatnie wydawnictwo, w zeszłym tygodniu w Warszawie zagrali Depeche Mode. Ten koncert to był mój pierwszy raz, tak więc relacja silnie subiektywna.

To był mój pierwszy raz na koncercie stadionowym. Zawsze wychodzę z założenia, że im mniejszy tym lepszy, ale czego się nie robi z sentymentu. Być może dlatego efekt skali na Narodowym zrobił na mnie takie wrażenie. Organizatorzy chwalili się wyprzedaniem całej puli 50 tysięcy biletów. Zadziwiający był przekrój społeczny widowni- od rozwrzeszczanych nastolatek, przez dobrze zbudowanych chłopców, panów w średnim wieku, rodziny z dziećmi, nieco zagubione babcie, po pijanych Białorusinów.

Mimo takiego rozrzutu wszystkie przerwy między piosenkami błyskawicznie zapełniały się okrzykiem „Depeche Mode!”, a na każde skinienie Gahana tysiące rąk wędrowały w powietrze. Mógłbym przysiąc, że podczas swietnego, wydłużonego „Personal Jesus” podłoga na trubunach falowała. Nie skakali tylko (liczni) kamerzyści-amatorzy.

To był mój pierwszy raz na koncercie depeszów. Fani zespołu mają renomę maniaków, czwartkowy wieczór pokazał, że zupełnie zasłużenie. Początek niemalże każdego utworu nagradzany był burzą oklasków, a prawie każdy refren powtarzały tysiące gardeł i to pomimo tego, że duża cześć piosenek była dośc trudna do zidentyfikowania. Dość powiedzieć, że nawet pod sceną, w Golden Circle, „Angel” wybrzmiało z bezgłośnymi syntezatorami, a do rozpoznania „Walking In My Shoes” potrzeba było wokalu Gahana. Wiecej w tym temacie w następnym punkcie.

To był mój pierwszy raz na Narodowym. Przy okazji poprzednich koncertów w plecionce naczytałem się i nasłuchałem narzekań na akustykę obiektu. Rzeczywistośc przebiła jednak wszystkich malkontentów. Technikom udało sie uporać z problemami z nagłośnieniem z początku koncertu, poddali sie jednak, kiedy przyszło walczyć z pogłosem. Najmocniej odbity od ścian i dachu wracał wokal, podbity dodatkowo przez echo śpiewającej i bijącej brawo publiczności. Narodowa Studnia. Dramat, w kilku miejscach na granicy słuchalności.

To był, wreszcie, mój pierwszy raz na tak długim koncercie. Panowie grali dwie i pół godziny. Playlista zaspokoiła gusta chyba każdego fana- the best of wzbogacone drobnymi smaczkami, jak Martin Gore przy mikrofonie podczas kilku numerów. Oprócz kolegi, Dave Gahan do licznych refrenów angażował publicznośc, co z początku brałem za brak formy, a po dwóch godzinach za rozsądny sposób oszczędzania gardła.

Nie oszczędzał się jednak w tańcu, często atakując biodrami stojak na mikrofon, a po wielokrotnych zmianach kamizelek został wreszcie topless. Część show, rozumiem, ale niedługo Dave może trafić do zestawień najbardziej wstydliwych tańczących ojców w tubie. Na karierę internetową mają też szanse ładne pieski z wizualizacji z początku koncertu; na szczęście z upływem czasu było już znacznie lepiej, z rewelacyjną, kulminacyjną grą świateł w „Just Can’t Get Enough”.

Na koniec jeszcze tradycyjnie o organizacyjnej stronie wydarzenia. Biada temu, kto wybrał sie samochodem. Policja, z zapałem maniaka, pilnowała każdej bocznej uliczki w okolicach stadionu. A kiedy już wszedłeś do środka, z wyprzedzeniem zająłeś miejsce, gdzie nikt nie zasłania lornetki, po kilkudziesięciu minutach spod ziemi wyrasta „Steward” i pod groźba usunięcia z obiektu każe przejść na miejsca z boku (tyłu) sceny. Rozumiem względy bezpieczeństwa, ale gdzie byli ci „Stewardzi” przed rozpoczęciem koncertu i czy antagonizowanie tłumu podczas „Black Celebration” to na pewno taki dobry pomysł?

Mimo całej tej (dla mnie) dziewiczej, a zarazem bizantyjskiej oprawy wystarczy spojrzeć na powyższe wideo, żeby sprowadzić się na ziemię. To jak z piwem tego wieczoru. Nie dość, że bezalkoholowe, to jeszcze horrendalnie drogie, a jednak chętnych nie brakowało.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze