Ansome – Hands Of The Harbour
Paweł Gzyl:

Punkowy gest.

Lapalux – Amnioverse
Ania Pietrzak:

Jak zachwyca?

Various Artists – X – Ten Years Of Artefacts
Paweł Gzyl:

Techno w swej najbardziej pomysłowej wersji.

Julek Płoski – śpie
Jarek Szczęsny:

Coś nowego.

Karenn – Grapefruit Regret
Paweł Gzyl:

Pariah i Blawan improwizują.

Moor Mother – Analog Fluids Of Sonic Black Holes
Jarek Szczęsny:

Hałas i chaos.

Jazz Band Młynarski-Masecki – Płyta z zadrą w sercu
Jarek Szczęsny:

Jedna dla wszystkich.

Shapednoise – Aesthesis
Paweł Gzyl:

Nieznane mutacje basowych brzmień.

A Winged Victory for the Sullen – „The Undivided Five”
Mateusz Piżyński:

Ambientowe nowości z Ninja Tune

Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.



Big Boi – Boomiverse

Nie oceniaj płyty po okładce.

Fakt, że okładka do trzeciego, studyjnego albumu Big Boi`a, nie wzbudza zaufania do jego zawartości. Na szczęście ta druga jest lepsza niż grafika wierzchnia. Big Boi to postać legendarna, która swoją legendę zbudowała za życia. Oczywistą oczywistością jest nierozerwalne skojarzenie artysty z jego macierzystą formacją Outkast. Zostawmy to jednak za drzwiami z napisem „przeszłość”. Dla mnie to był jeden z najważniejszych zespołów kształtujących moją generację. Wybaczcie górnolotność, ale jak inaczej mam wytłumaczyć fakt, że w 2011 roku, w trakcie Open`era, czekałem do pierwszej w nocy, żeby zobaczyć go po raz pierwszy na żywo? A potem miałem mordercze zamiary wobec ludzi odpowiedzialnych za nagłośnienie koncertu Outkast w Warszawie.

„Boomiverse” zaczyna się z wysokiego C. Orkiestrowe intro w „Da Next Day” ma w zamyśle dodać nieco patosu. Jednak już pierwszy kontakt z rapem Big Boi`a unaocznia, że stary mistrz ciągle jest w formie. Również nie należy zapominać, że efektem jego wizjonerstwa zawsze był bałagan stylistyczny oraz łączenie rzeczy, na pierwszy rzut ucha, niespójnych ze sobą. Dowodów na to, że w tym szaleństwie jest metoda, trzecia płyta, przynosi całkiem sporo. „Kill Jill” to właśnie taki miszmasz. Znajdziemy tu głos japońskiej, wirtualnej piosenkarki, mocne podbicie basu oraz wysokooktanowy, amerykański rap. Jest też będący na fali wznoszącej Killer Mike w towarzystwie Jeezy`ego. Jak to z wizjonerami bywa, czasami pudłują. Okrutną torturą jest „Mic Jack” z wokalem Adama Levine`a. Swoją prostotą niepotrzebnie przymila się słuchaczom RMF FM lub Radia Zet.

Od „In the South” luz rozsiada się na fotelu i wprowadza autorytarne rządy na albumie. Południowy klimat, nieco leniwe i piszczące dźwięki. Trochę elektrycznej gitary, powielanie głosu i bezbłędny podkład. To tworzy środowisko naturalne dla gospodarza. Jednym z kluczowych momentów jest „Order of Operations”. Zdarłem ten kawałek do nieprzyzwoitości. Mimo, iż operuje na prostej melodii, to jednak swobodnie toczący się klimat przywołuje miniony czas. Big Boi wypada naturalnie, bardzo pewnie. Znać, że robi to fachowiec. Rzadki pokaz dla młodych, że w dzisiejszych czasach można nie przesadzić, nie przeładować produkcji (tu ukłon w stronę Scotta Storcha). W „Get Wit It” w roli gościa pojawia się sam Snoop Dogg – człowiek, który rozhuśtałby nawet Michała Bajora. Kosmiczne wstawki, a potem muzyka znad asfaltu. Nie mam wątpliwości, że z okien samochodów ten kawałek wybrzmi najlepiej. Miejski sznyt, płaski beat i kilka ozdób podkreślających maestrię Big Boi`a.

Najdziwniejszym utworem jest „Freakanomics”. Zaczyna się saksofonem, aby przeinaczyć się w infantylną melodię. Odbiór utrudnia wokal przepuszczony przez auto-tune. Z drugiej strony ta chwytliwość i świetny przepływ słów przez krtań nie dają ugrząźć kawałkowi w pastiszowym sosie. Ten saksofon nie jest tu przypadkiem, ani w roli kwiatka do kożucha. Walczy w drugiej linii o uwagę słuchacza. Parę razy przyćmiewa całość. Dziwi mnie, że tak otwarty przepych, tak bardzo mi się podoba. Widać, że twórcza sprawczość Big Boi`a ma się dobrze i przypomina o starej szkole. Chłopak z Atlanty, który zmienił oblicze hip-hopu, dziś tylko i aż potwierdza swoją pozycję. Nic wielkiego, ale od Antwana Pattona wymagać udowadniania czegokolwiek, byłoby nadużyciem. Ja się delektuję tym, że każde jego wydawnictwo ma w sobie pierwiastek wizjonerskiego pionierstwa, ale opartego na dawnej tradycji. Luźny charakter albumu nie spowoduje wyrzutów sumienia fana Swans, który świetnie bawił się na koncercie Comy.

Epic | 2017

Strona Big Boi`a

FB

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.