Wpisz i kliknij enter

Jesse Rose – What Do You Do If You Dont?


Dziś tysiące blogomaniaków robią miliardy remiksów AC/DC i Nirvany, nazywając efekty swej pracy fidget/blog houseem – niby wyrosłym na szlachetnych przesłankach bezkompromisowej surowości brzmienia i mody na bas, w istocie równie cennym dla uszu, co praca tartaku.

Trudno przebrnąć za jednym podejściem przez dzieła Crookers, Hervea czy Sindena. Ikona fidget Jesse Rose próbuje przełamać zniżkową tendencję i mocno ograniczoną formułę sezonowego gatunku, nagrywając materiał bardziej różnorodny i zawierając tym samym kompromis pomiędzy wiksą a zabawą na wyższym poziomie abstrakcji. Wychodzi tak sobie – zaciekłych wrogów estetyka podrasowanego popem fidget chyba nie przekona.

Obiecująco wypada featuring z Hot Chip, świetnie bujający, prosto skonstruowany i całkiem cwany wstępniak, w którym Joe Goddard pokazuje oblicze niemal b-boya. Przy założeniu gigantycznej promocji kawałka wróżyłbym mu spokojnie powodzenie na listach. Podobny klimat ma efekt współpracy producenta z Davidem E. Sugarem – Miss Taker jest pyskaty, grubo ciosany jak hoża Brytyjka i udowadnia, że warto częściej niż raz na 15 minut swatać fidget-nawalankę z electropopem. Niestety, dwa numery oddzielające w/w pozycje nadają się wyłącznie do kosza.

Oparty na dosłownie dwóch samplach Well Now przypomina współczesną wersję Pizzamana, koszmarkowego projektu eurodance Fatboy Slima z lat 90.; Pop Yer Porn jest po prostu żaden, pojawia się i znika i podejrzewam, że nawet w klubie uśpiłby połowę imprezowiczów. A to przecież rzecz użytkowa i natychmiast powinna porywać do zabawy.

Ogólnie szwarcmydło i powidło. Nader topornie, ciężko, czasem tylko na chwilę porywająco.Techhouseowy Winegum z wwiercającymi się w uszy arpeggiami i flirtujący z progressive house to też więcej niż znajome producenckie triki sprzed kilku sezonów. Ziew. Żywo, raźniej, słoneczniej i po prostu przyjemnie robi się w wodewilowym, inspirowanym twórczością Mr.Scruff Nite At The Dogs, który pewnikiem rozbrzmiewa już we wszystkich londyńskich posh dyskotekach pokroju Ministry Of Sound. Hot Chip pojawiają się po raz drugi w wyciszonym, mocno upalonym Day Is Done – tanecznej, choć wyśpiewywanej zmęczonym głosem kołysance na koniec dnia. Ciekawie cięte sample, dawkowany mrok i refleksyjny, momentami jazzujący nastrój. Niespodzianka do chilloutu.

Dalej Rose miesza ze sobą kilka zasłyszanych w niedalekiej przeszłości patentów – microhouse, electro, minimal, techhouse, podając to wszystko z rzekomym przymrużeniem oka. Na końcu, ni stąd ni z owąd, ląduje Never Ending, zmysłowy jazzhouseowy cukierek. Tylko po co tu komukolwiek wokal skaszaniony autotjunem? Czy nie dość mamy traumatycznych wspomnień po Believe Cher i ostatnim dziele Kanye Westa?

Ogólnie szwarcmydło i powidło. Nader topornie, ciężko, czasem tylko na chwilę porywająco. Płyta w sumie może i nie do końca słusznie okazuje się być kilkumiesięcznym kuriozum, o którym za rok mało kto będzie pamiętał. Ponieważ Rose nie potrafi konstruować formatu długogrającego, niech lepiej pozostanie przy mniej lub bardziej porywających singlach. Artystycznie i finansowo wyjdzie na tym zdecydowanie lepiej.

2009







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
MN
MN
12 lat temu

TS, no tak byl jeszcze „Sex on the street”, ktory z tamtejszej perspektywy i dzisiejszej, moim zdaniem nie ma nic wspolnego z eurodancem. Kiedys Viva czy MTV promowalo nieco inna muzyke, jaka mamy teraz w tych pseudostacjach. Masz racje ze big beat to sprawa m.in. Chemical Bros, Fatboy Slima (jego biby na plazy w Brighton z cyclu „Big beat butique” od ktorych wziela sie nazwa nurtu) oraz oczywiscie legendarna wytwornia Skint. Tylko ze era big beat skonczyla sie ma przelomie XX i XXI wieku, wraz z pojawieniem sie plyty „Surrender” Chem Bros, „Halfway Between The Gutter And The Stars” Fatboya, upadku marki Wall of Sound, konca The Wiseguys (ktorych cenie tak samo mocno jak Ty), jak i zakonczenia dzialalnosci projektu The Propellerheads. A ze byl promowany, to prawda, ale nazwalbym to krotkim hypem, ktory za dlugo nie potrwal. Wiesz mowiac o speed garage czy big beatcie w kwestiach ulomnosci, to troszke za daleko idziesz, moim zdaniem. To tak jak mowic o kims, kto slucha tranceu idiota; techno – mozgojebem, a house – gej-lansiarzem. Ale widze, ze to kwestia bardzo subiektywna, estetyczna. Prawda jest to, ze owe brzmienia z perspektywy czegos nowego nie sa tym wlasnie. Ale nie ma co wymagac od klasycznych brzmien. Sa nimi i tyle. A ja sam jestem wielkim digginerem big beatu i od czasu do czasu zdarza mi sie znalezc jakies perelki, albumy, np. Finow z The Headphonics. Moim zdaniem nie ma co jarac sie szukaniem nowych brzmien na sile. Klasyczny cool jazz, jazz funk czy hard bop w dzisiejszych czasach trudno nazwac czyms „outdated”, a interpretowany przez nowe kapele / projekty brzmia nierzadko rewelacyjnie. Peace 🙂

ts
ts
12 lat temu

przynajmniej polowa numerow z plyty pizzamania to dzis niestety archaiczna dance kaszanka. happiness to niegrozny wyjatek, ktory byles laskaw – slusznie – przytoczyc (choc ja jeszcze przytoczylbym trippin on sunshine). bigbeat za sprawa chemical bros., fatboy slima i wytworni skint wyszedl daleko poza underground. w latach 90. to wlasnie ten styl byl mocno promowany w mediach zagranicznych, chociazby w mtv. zdecydowanie mocniej niz techno, drumnbass czy jeszcze glupszy od bigbeatu speed garage. 🙂
btw, bardzo lubilem bigbeat – lionrock, wiseguys, bentley rhythm ace. ale dzis te brzmienia, jak zadne inne uchodzace w zeszlej dekadzie za nowe, wydaja mi sie odtworcze i dated.

MN
MN
12 lat temu

Big beat i mainstream?! Jakos nie przypominam sobie tego, aby ten nurt wyszedl kiedykolwiek poza ramy kilku niezaleznych wytwornii. Chyba ze wziac to w duzy nawias mowiac o zainteresowaniu sie mainstreamu funky breakbeatu, ktory zreszta zostal juz zabity. A Pizzaman i eurodance? „Happiness” to eurodance? No ok – jak uwazasz.

Polecamy