Wpisz i kliknij enter

Namito – Eleven

Kawał solidnej roboty


Ali Khalaj urodził się w Teheranie w rodzinie cenionego kaligrafa, z którego usług korzystali wysoko postawieni członkowie rodziny samego szacha. Po przewrocie islamskim, musiał więc wraz z rodziną opuścić ojczyznę. Trafił wtedy do Niemiec, gdzie dorastał pod czujnym okiem strzegącego tradycji wuja. Na nic się to jednak zdało – kiedy jako nastolatek odkrył muzykę techno, wymykał się nocami z domu kuzynostwa, aby bawić się w berlińskich klubach. Tam też zaczął swoją karierę didżeja, grając energetyczne sety w klubie Kudamm.

Pierwsze nagrania zaczął realizować już w połowie minionej dekady, działając w różnych układach personalnych i pod różnymi szyldami. Jako Namito ewoluował od psychodelicznego trance`u przez mocne techno do bardziej finezyjnego tech-house`u. Trzy lata temu znalazł spokojną przystań w wytwórni Martina Eyerera – Kling Klong – nakładem której ukazał się jego pierwszy album – „Eleven”.

Bliskowschodnie rodowód Khalaja odciska silne piętno przede wszystkim na podkładach rytmicznych jego nagrań. Choć balansują one swobodnie między housem a techno, irański producent uzupełnia często miarowy puls bitu i basu egzotycznymi perkusjonaliami (chociażby w „Pura Vida”). Inaczej dzieje się w warstwie melodycznej – tutaj tylko w utworze „Train To Teheran” pojawia się zgrabnie wpleciony w strukturę nagrania fragment arabskiej pieśni ludowej. Kompozycja wypada na tyle nośnie, że właściwie szkoda, iż Khalaj ograniczył się do wykorzystania rodzimej muzyki etno tylko w tym odosobnionym przypadku.

W nagraniach umieszczonych na „Eleven” więcej bowiem zachodnich niż wschodnich koneksji. Pierwsze cztery utwory mają minimalowe brzmienie – irański producent sprawnie układa poszczególne elementy tej układanki, łącząc motoryczne podkłady rytmiczne z rozjeżdżonymi pasażami klawiszy („Zizou Intro”), podwodnymi akordami o zdubowanym brzmieniu („The Curse”) czy monotonnie stukającymi loopami („Heat”). W przeciwieństwie do innych twórców nowoczesnego minimalu, Khalaj nader chętnie wprowadza do swych kompozycji wokalne sample – odwołując się tym samym do oldskulowej tradycji chicagowskiego i detroitowego house`u („Zorro”).

Ponieważ irański producent od lat jest cenionym didżejem, przenosi swe klubowe przyzwyczajenia na płytę. W efekcie pod koniec płyty trafiamy na cięższe i mocniejsze brzmienia. Przykładem tego „Who Knows”, w którym pobrzękujące loopy wsparte na mocnym bicie, co chwila zagłuszają industrialne syki dźwiękowej pary – niczym w klasyce techno z połowy lat 90. W podobnej stylistyce rozpoczyna się również „Seven Lives”, w produkcji którego Khalajowi pomogli Marin Eyerer i Stephen Hinz. Co ciekawe – w połowie kompozycja traci swój mocny puls i z ciężkiego techno zamienia się nagle w euforyczne disco w stylu Giorgio Morodera, by pod koniec swego trwania, znów powrócić do mocnego bitu i masywnego basu.

Irański twórca nie stroni również od pięknych melodii. Znajdujemy je w dwóch tech-house`owych wymiataczach – „Seven Hours” i „Sternchen”. Pierwsze z nagrań wypełnia wywiedziony z klasycznego space disco klawiszowy pasaż o romantycznym sznycie, a drugie – nostalgiczna melodia wygrywana na syntezatorach o organowym brzmieniu.

„Eleven” to kawał solidnej roboty – nie tylko zgrabnie wykorzystującej wcześniejsze osiągnięcia gatunku, ale także wnoszącej do niego kilka autorskich pomysłów rytmicznych, melodycznych i aranżacyjnych.

Kling Klong 2009

www.klingklong.com

www.namito.com

www.myspace.com/klingklongrecords

www.myspace.com/namito







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy