Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.

Matthias Schaffhauser – Hedonism, What Else
Paweł Gzyl:

Muzyka jako przyjemność.

Manu Delago – Circadian
Jarek Szczęsny:

Cykle snu.

Various Artists – Total 19
Paweł Gzyl:

Witamy jesień z Kompaktem.

Alessandro Cortini – Volume Massimo
Jarek Szczęsny:

Wyłapywanie wadliwych elementów.



Podsumowanie 2010 – Sebastian Gabryel

Muzyczne podsumowanie kończącego się roku, przedstawiające 15 najgorętszych wydawnictw, ułożonych w alfabetycznej kolejności. ANBB – Mimikry (Raster-Noton)

Bo piękno może być dziełem obłędu. Bo Alva Noto i Blixa Bargeld to indywidualności niepowtarzalne, żyjące we dwóch, przeciwnych światach. Łączy ich wspólne pochodzenie i niepohamowany apetyt na dźwiękowy eksperyment pod każdą postacią. Na dezorientowanie odbiorcy, dzięki manipulacji dźwiękiem, który przeraża, a zarazem przyciąga. „Mimikry” jest zapisem ich surrealistycznego dialogu, który na każdym kroku stawia nam znaki zapytania. Glitch największego formatu. I ta rytmika, która nie ma sobie równych.

Antony And The Johnsons – Swanlights (Rough Trade)

Najpiękniejszy album tego roku. Mistrz chamber popu przeskoczył samego siebie, dając się poznać jako artysta dojrzały, utalentowany i świadomy własnej wrażliwości, a te trzy cechy nie zawsze szły w parze w jego twórczości. „Swanlights” potrafi złapać za serducho i długo nie puszczać. Bez popadania w sztampę, gra nam na emocjach, poczynając od akustycznej nostalgii, przez fortepianowe tęsknoty, aż do symfonicznej, niczym nieskrępowanej radości. W dzisiejszych czasach warto mieć takich artystów jak Hegarty. Nie nadążających za trendami, nie walczących o media. Antony nie musi się z nikim ścigać, w swojej klasie jest daleko przed peletonem. Jego najnowsza opowieść wciąga niczym najlepsza książka, do której się wraca. Przebogate instrumentarium, przepiękne melodie, przejmująca liryka – przepłyta na długie lata.

Audio Bullys – Higher Than The Eiffel (Cooking Vinyl)

Po pięciu latach przerwy, do bólu brytyjscy i zapatrzeni w post-rockową tradycję, Audio Bullys wracają z nowym krążkiem, by walczyć na garażowej scenie. „Higher Than The Eiffel” jest jak kolorowy drink, łączący elementy wielu muzycznych gatunków – rozpoczynając od muzyki house czy garage poprzez dub, punk aż do electro. To wszystko razem tworzy ekstrawagancki styl Simona i Toma. Ich muzyka nigdy nie kreowała trendów, była raczej odzwierciedleniem tego, co akurat w londyńskiej muzyce najlepsze. W tym przebojowym szaleństwie jest metoda. Chłopaki czerpią z dziedzictwa Buzzcocks i Basement Jaxx pełnymi garściami, lecz robią to w sposób tak wdzięczny, że można ich muzyce naprawdę wiele wybaczyć. Jest wielkomiejska, nonszalancka i sprawiająca masę radochy.

Bonobo – Black Sands (Ninja Tune)

Już po raz czwarty Bonobo raczy nas wysmakowanym chilloutem, który fantastycznie odpręża i pozwala najzwyczajniej w świecie czerpać przyjemność ze słuchania muzyki z najwyższej póły. A taki jest najnowszy krążek Simona Greena – świeży, globalny i na światowym poziomie. Brytyjski producent połączył laptopa z tradycyjnymi instrumentami zebranymi z całego świata i otrzymał dźwiękową hybrydę, dzięki której jego kompozycje malują zapierające dech w piersiach obrazy, przepełnione nowoczesnym jazzem, soulem i elektroniką. Kapitalne granie.

Brodka – Granda (Sony Music)

Najbarwniejszy polski album 2010. I co z tego, że pop? Monika Brodka rozpięła zamek błyskawiczny ciasnego kaftana „naszej polskiej muzyki rozrywkowej” i wiele zaryzykowała, układając pozornie nie pasujące do siebie muzyczne puzzle. Czego tu nie ma, wokalna ekwilibrystyka na wielu poziomach, teksty przepełnione humorem, rockowy klimat i wielka pasja do muzyki. Brodka zmieszała tradycyjny folk z klubową energią, Justice spiknęła z Florence Welsh, przy okazji uciekając w podskokach od wielkomiejskiej nudy. Tryska pomysłami i sypie nimi jak deszczem konfetti, zabierając nas w muzyczną podróż wśród dźwięków Czarnego Lądu, orientalnych Indii czy pełnego dekadencji Paryża, choć i tak wszystkie drogi „Grandy” prowadzą do jej rodzinnej Twardorzeczki. Jednym słowem, muzyczny kosmopolityzm, który trzeba docenić, bowiem w tym roku ze świecą było szukać takiej płyty.

Crystal Castles – Crystal Castles (Universal Motown)

Hipsterowe potwory nie zwalniają tempa i uderzają z siła równą debiutowi. Medialna nagonka, koncerty na całym świecie i jeszcze więcej kasy i narkotyków, jak widać nie zaszkodziło im na tyle by znowu nie narobić szumu i znowu nie wyjść z niego obronną ręką. Co otrzymaliśmy tym razem? Trudno powiedzieć, ale jedno jest pewne – Alice Glass wyrasta na najciekawszą osobowość elektronicznej sceny ostatnich kilku lat. Od dawna już nikt nie dał takiego prztyka w nos mediom, jak ten kanadyjski duet. Drugi krążek CC dusi w sobie jeszcze więcej ośmiobitowej histerii Ethana, cyfrowego obłędu Alice, thrash popu, digi punku i czego tam jeszcze chcesz. Smacznego!

Deftones – Diamond Eyes (Reprise)

Nie tak miało być. Zamiast „Eros” jest „Diamond Eyes”, a przebywającego w śpiączce Chi Chenga zastępuje Sergio Vega. Do tego nieustanne kłótnie pomiędzy członkami zespołu i wieczne problemy z rejestracją nagrań. Czy w obliczu takiej tragedii można nagrać dobry album? Okazuję się, że tak, co więcej najnowszy krążek chłopaków z Sacramento jest najdojrzalszym i najbardziej spójnym materiałem w ich dyskografii. Głos Chino natchniony i przejmujący jak nigdy wcześniej, gitarowe szaleństwo, fantastyczne teksty i rozmarzone melodie okraszone szczyptą elektroniki, to mieszanka wobec której nie powinien stać obojętnie żaden wielbiciel alternatywnego grania. Deftones są mocni jak nigdy wcześniej, pozostaje im życzyć jak rychłego powrotu do zdrowia kolegi z zespołu, a nam szybkiego wypuszczenia osławionego „Erosa” na sklepowe półki.

Jimmy Edgar – XXX (!K7 Records)

Błysk w oku. Seks. Biały smoking. Piękna kobieta tańcząca w rytm eleganckiego electro. Tak w skrócie prezentuje się najnowszy album od Jimmiego Edgara, który uraczył nas potężna dawką funku przełożonego na elektroniczny język. Jest zmysłowo, jest gorąco, jest melodyjnie i przebojowo. Vocodery mienią się kontrastowymi barwami, syntezatory emitują dźwięki śliskie jak klubowy parkiet. Szyk, styl i nieodparty urok tej muzyki, zachwyca i dostarcza pokaźny ładunek energii na nocne szaleństwa nawet największym flegmatykom. Petarda prosto z Detroit.

Loscil – Endless Falls (Kranky)

Dla wielu miłośników ambientu, właśnie deszczowe pejzaże Loscila były numerem jeden mijającego roku. Najnowsze kompozycje Scotta Morgana są bardzo osobiste i zamyślone, niemalże intymne. Mają niesamowitą skłonność do produkowania ciarek na ramionach, jeśli tylko słuchacz dostatecznie skupi na nich swoją uwagę i pozwoli im wniknąć do krwiobiegu. Drone zacznie falować wewnątrz ciała, glitch będzie drażnił zmysły, czas zwolni i wszystko wokół. Warto dać się temu ponieść.

Max Richter – Infra (FatCat Records)

W parze z „…And They Have Escaped The Weight Of Darkness” Ólafura Arnaldsa, to najlepszy longplay 2010 z rejonów muzyki modern classical. Z islandzkim instrumentalistą, Richter wygrał zaledwie o włos, przewyższając album Arnaldsa niezapomnianym klimatem nadmorskiego miasteczka uwięzionego w zimnej, jesiennej mgle. Sugestywność, wyczucie smaku i autentyczne emocje, wyrzucane wraz z każdym uderzeniem w klawisz fortepianu, z każdym pociągnięciem smyczka wiolonczeli. Idealna pozycja na samotne wieczory przy dobrej książce i herbacie z cytryną. Neopoważka też może być fajna.

Robert Babicz – Immortal Changes (Systematic)

Album o podróży i do podróży. Zaglądający w rozmaite zakątki ziemskiego globu, zabiera nas w tech housowy wojaż, w którym Babicz pełni jedynie rolę przewodnika. Wskazuje drogę, puszcza w eter jakiś pomysł i pozwala mu żyć własnym życiem. „Immortal Changes” prezentuje różnorodny i barwny house, który lubi powędrować w kierunku jazzowych improwizacji czy niepokojącej psychodelii. Najnowsze dziecko Roberta jest rodzynkiem w jego bogatej dyskografii, dawno nie słyszeliśmy jego tak sentymentalnego wcielenia. Lounge, jazz, szczypta egzotyki, dużo deep houseu i minimalu z nutką IDM-u na koniec. New Babiczstyle, smaczny jak nigdy wcześniej.

Tears Run Rings – Distance (Quince Records)

Boom na shoegaze dawno przeminął. Jego wybuch pozostawił po sobie ruiny, na których wyrosło setki post-rockowych zespołów i zespolików, które często rozróżnisz tylko po ich nazwie. Czasem jednak wśród nich, możemy odnaleźć prawdziwe, choć nieoszlifowane diamenty, które leżą gdzieś na tlących się jeszcze zgliszczach i mało kto chce je zauważyć. Jednym z nich jest amerykański Tears Runs Rings i ich najnowszy „Distance”, który zgrabnie łączy klasyczny shoegaze z indie i dream popem. Niesamowicie chwytliwy jest ten album, jego siła tkwi w uroczej naiwności tej muzyki. Jednak prawdziwym asem w rękawie jest wspaniały wokal Laury Watling i Matthew Bicea, bowiem obok Romy Croft i Oliviera Sima z The xx są najlepszym duetem ostatnich kilku lat. Muzyka tej kapeli magnetyzuje, choć dobrze wiemy, że to wszystko jest znane, lubiane i bardzo oklepane. I mimo to, na przekór, świetne i godne zauważenia. Zrobić coś z niczego, też sztuka.

The Flashbulb – Arboreal (Alphabasic)

To musiało się udać. Benn Jordan atakuje nasze membrany świeżą porcją czystego IDM-u połączonego z klasyką, jazzem i żywym, lekko rockowym graniem. Nagrał najlepszy w swym dorobku album, naturalny, intrygujący i niesamowicie plastyczny. „Arboreal” nie narzuca się przesadnie gęstym glitchem, nie odstręcza nachalnym eksperymentem, idealnie wyważając każdy z zawartych na nim gatunków, będąc dziełem na swój sposób doskonałym. A „Undiscovered Colors” jest jednym z najbardziej porażających numerów, jakie dane było usłyszeć nam tego roku.

The Roots – How I Got Over (Def Jam Recordings)

Po paru płytowych wpadkach, hip hopowa legenda powraca, nagrywając album, który uczynił z nich soulowo-funkowy band z krwi i kości. „How I Got Over” to album najwyższej próby, napisany z przekazem, zagrany z pazurem i nagrany z wielką pasją do muzyki, co słychać w każdym numerze tej płyty. The Roots wciąż poszukują, nie zatrzymując się nawet na moment, tasując gatunki, żonglując instrumentami, mieszając sample i zwyczajnie ciesząc się czarną muzyką. Plejada gości, niepowtarzalny vibe gospodarzy i rap łączący klasykę opartą na samplingu i żywych bębnach z nowoczesnym, urbanistycznym stylem. Najczarniejszy album hip hop 2010.

Toro Y Moi – Causers Of This (Carpark Records)

Objawienie roku. Album czasów minionych, zawierający w sobie wszystko co w nich było najlepsze. Beach Boysowe sny, rozmazane, zamglone obrazy Animal Collective i lejący się z nieba żar odprężającego chillwaveu. Przymiotniki opisujące ten krążek? Upalony, seksowny, bujający, nostalgiczny, hipnotyzujący… wymieniać dalej? Po prostu puść sobie ten album, choćby z czystej ciekawości, czy medialny hype choć raz mówił prawdę. Miazga!

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 7

  1. Usiu

    fajna opcja jutub „watch later” – pierwszy raz ją widzę, a imho bardzo przydatna

  2. wolfisko

    hi5 za deftones 😀

  3. 99vadim

    Przyjmując, że ostatnim naprawdę *dobrym* (w znaczeniu wybitnym) albumem The Roots było „Things Fall Apart” (a imho tak jest), słowo wpadka można jakoś uzasadnić. A najczarniejszy hip-hop AD 2010 to Big Boi 🙂

  4. Qest

    Połóż na wagę pierwszą cześć dyskografii Rootsów z Phrenology włącznie i zestaw ze wszystkimi po, aż do „HIGO”. od 04 równia pochyła, szczególnie jeśli mówimy o TAKIEJ kapeli jak The Roots. Tak rozumiem słowo wpadka w ich przypadku, nigdy nie zeszli poniżej średniej światowej – to oczywiste.
    „ale jej poprzednicy na pewno nie byli wpadkami roku” – absolutnie się z tym zgadzam, nie były wpadkami roku ani ja tego nie napisałem.

  5. homar_alex

    popieram przedmówcę, może How I Got Over płytą roku nie jest, ale jej poprzednicy na pewno nie byli wpadkami roku

  6. ataxiaa

    czy author może rozwinąc myśl z początku wywodu o The Roots? – a uściślając, które krążki tej kapeli były wpadkami? jeżeli dobrze interpretuje słowo paru to pewniakami do Twojej listy flopów sa krążki; Rising Down, Game Theory, edycja Home Grown! i może The Tipping Point? absolutne veto!

  7. mr.s

    A propos Flashbulb – mieliśmy w Bydgoszczy event Child of classic and dubstep i podobne klimaty można było podziwiać na zywo (szkoda ze fama nie rozniosła sie dalej, warto propagować takie inicjatywy): http://www.youtube.com/watch?v=PbazBKSs3IE