Function – Existenz
Paweł Gzyl:

Opus magnum Dave’a Sumnera.

Bella Boo – Once Upon a Passion
Jarek Szczęsny:

Z półprzymkniętymi oczami.

Shed – Oderbruch
Paweł Gzyl:

Szperając w zbiorowej pamięci.

KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.

Sarin – Moral Cleansing
Paweł Gzyl:

EBM wyszlifowany na najwyższy połysk.

Mary Komasa – Disarm
Przemysław Solski:

Rozbrójmy się.



idm

Akwizgram – Nü romantik

Próg do przeskoczenia jest niewielki. Czytaj dalej »

Claro Intelecto – In Vitro – Volume 1 & 2

Piękna, ale niemodna muzyka.

Czytaj dalej »

Shed – Oderbruch

Szperając w zbiorowej pamięci.

Czytaj dalej »

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)

Powrót do korzeni.

Czytaj dalej »

Lapalux – Amnioverse

Kiedy najnowszy, czwarty album studyjny Lapaluxa „nie zachwyca”. Wszak płyta „Amnioverse” nie zaskakuje i nie porywa oryginalnością, jak trzy poprzednie albumy Stuarta Howarda tj. w kolejności „Nostalchic” (2013 r.), „Lustmore” (2015 r.) i „Ruinism” (2017 r.). A do tego właśnie przyzwyczaił nas Brytyjczyk, przedstawiając na ww. albumach glitch w nowej odsłonie.

Artysta twierdzi, że „Amnioverse” to próba ukazania, że narodziny, życie, śmierć i odrodzenie to niekończące się kontinuum. Jakkolwiek brzmi to filozoficznie, to jednak zarazem kuriozalnie, że takie tematy producent próbuje odzwierciedlić brzmieniowym popem z elementami dance. Nie pomagają w tym nawet sample („Earth”), choć te stanowią pewną nowość względem dotychczasowych nagrań artysty.

Na „Amnioverse” znów słyszymy głosy wokalistek JFDR („Thin Air”, „The Lux Quadrant”) i Lilia („Limb To Limb”, „Voltaic Acid” and „Momentine”), znane już z „Ruinism”, choć na zmiękczonej i dość płaskiej palecie brzmień, nie brzmią już tak wykwintnie jak na skontrastowanej i wyostrzonej pod tym względem poprzedniej płycie artysty. Co więcej, bywa że ciekawe momenty melodyjnej spójności producent ni stąd ni zowąd przerywa niepotrzebnymi efektami jak np. oczywisty filtr we wspomnianym „Earth” czy efekty roll i slicer w „Thin Air”, które brzmią jakby za ich pomocą próbowano budować melodię tego utworu.

Wspomniane filozoficzne tło „Amnioverse” to w istocie swego rodzaju kontynuacja konceptu podjętego przez Lapaluxa na jego kasetowej EP-ce z 2018 – „ABOVE_BETWEEN_BELOW„. Brzmieniowym rozwinięciem tamtego wydawnictwa jest ambient, który na najnowszym albumie producenta również się pojawia, choć nie w tak swobodnej i szerokiej formie jak na „ABOVE_BETWEEN_BELOW”. Szczególną uwagę zwraca jednak utwór „Oblivion”, zdecydowanie najciekawsza kompozycja z „Amnioverse”.

Lapalux często sięga też po breaki, które czy to same czy zestawione z ambientowymi frazami stanowią także o pewnej nowości. Ich atuty również jednak łamie niezliczona wręcz ilość efektów wrzuconych do poszczególnych utworów i wokali, których choć na płycie nie ma aż tak dużo, to jednak momenty ich rozmieszczenia są tak niewyważone, że budzą wrażenie jakby były dosłownie wszędzie. Nie sposób odmówić Lapaluxowi umiejętności producenckich i wiedzy technologicznej (zresztą ukończył on studia z zakresu inżynierii produkcji), ale bogactwo urodzaju zastosowań tych umiejętności jest na „Amnioverse” przytłaczające. Szkoda, bo lżejsze brzmienie płyty mogło odbić się korzystnie podczas jej koncertowego przedstawienia. Lapalux znany jest wszak z tego, że na żywo dokonuje niemal całkowitego re-aranżu swoich nagrań, często ograniczając melodyjność do minimum. Przy takim nagromadzeniu deformujących efektów nie ma jednak specjalnego widoku, by koncertowo „Amnioverse” okazała się bardziej melodyjna niż poprzednie płyty producenta.

Trochę szkoda, że Lapalux nie zdecydował się podejść do „Amnioverse” nieco oszczędniej. Gdyby bardziej skupił się na ambiencie i breakach zatopionych z melodyjnym, ciepłym idm być może otrzymalibyśmy kolejną ciekawą płytę w tym nurcie, obok kapitalnej „Compro” Skee Maska czy „Images” Synkro, odwołując się do przykładów z ostatniego 1,5 roku. Wyszło tak, że dostaliśmy „u-pop-ioną” wersję „Ruinism”, hybrydę techno beatu, mglistych wokali i efektów deformujących breaki, którym jednak bardzo daleko do rasowego stylu Lanarka Artefaxa. To też potwierdza, że podchodzenie do muzyki jak do „produktu” i nagrywanie płyt co dwa zakontraktowane lata, nie jest najlepszym pomysłem. W efekcie mamy do czynienia ze średnią płytą, ładnie opakowaną, o której jednak trudno będzie pamiętać dłużej niż miesiąc. Takiej muzyki mamy dziś olbrzymią nadprodukcję. A od tak uzdolnionego muzyka jak Lapalux chciałoby się otrzymać „coś” więcej. I z nadzieją liczę, że jeszcze to dostaniemy.

8 listopada 2019 | Brainfeeder

Profil Lapaluxa na Facebooku
Profil Lapaluxa na Bandcamp

Julek Płoski – śpie

Coś nowego. Czytaj dalej »

Conforce – Dawn Chorus

Mistrzowski popis holenderskiego producenta.

Czytaj dalej »

ISAN – Lamenting Machine

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Czytaj dalej »

Klein, Loraine James oraz Brittany Howard

Abordaż. Czytaj dalej »

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Czytaj dalej »

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…
Czytaj dalej »

Rhys Fulber – Ostalgia

„I’m living in the 80s”

Czytaj dalej »

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK

Klasyk emotroniki.

Czytaj dalej »

New Rome (Tomasz Bednarczyk) – New Rome

Nowe oblicze wrocławskiego producenta.

Czytaj dalej »

Plaid ‎– Polymer

Londyński duet poruszający się na scenie elektronicznej już blisko trzydzieści lat, 7. czerwca wydał swój kolejny studyjny album zatytułowany „Polymer”.
Czytaj dalej »

Resina – Traces (Remixes)

Najnowsze wydawnictwo naszej rodzimej, bardzo utalentowanej, artystki, Karoliny Rec (aka Resina) to zestaw 5 utworów, gdzie cztery to genialne reinterpretacje, za którymi stoją Abul Mogard, Lotic, Ben Frost i William Criag.
Czytaj dalej »

Tracey – Biostar

Pastelowe electro wyjęte z klubowego kontekstu.

Czytaj dalej »

Helm – Chemical Flowers

Współczesna inkarnacja hipnotycznej psychodelii.

Czytaj dalej »

Synkro – Images

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Czytaj dalej »

The Cinematic Orchestra, Catz n Dogz, Placid Angels i A Man Called Adam

Cztery długo wyczekiwane powroty.

/ / /

The Cinematic Orchestra – To Believe

Piąty album studyjny The Cinematic Orchestra zatytułowany „To Believe”, którego premiera przypadła na 15 marca, ukazał się aż po 12 latach przerwy od poprzedniego „Ma Fleur”. W międzyczasie kultowy brytyjski skład wypuścił ścieżkę dźwiękową do filmu „The Crimson Wing: Mystery of the Flamingos”, koncertowy „Live at the Royal Albert Hall” oraz własną kompilację w ramach popularnej serii Late Night Tales, ale na nowe prace prosto ze studia, fani musieli nieco poczekać. „To Believe” w pełni im to jednak wynagradza niosąc siedem świeżych kompozycji wyprodukowanych przez Dominica Smitha i Jasona Swinscoe. Wśród zaproszonych gości między innymi wspaniały Roots Manuva, który pojawił się w singlowym „A Caged Bird / Imitations of Life”, Moses Sumney (utwór tytułowy), Tawiah („Wait for Now / Leave the World”), Grey Reverend („Zero One / This Fantasy”) oraz Heidi Vogel w rozbudowanym utworze „A Promise”.

The Cinematic Orchestra po raz kolejny potwierdzają swoją muzyczną klasę i wrażliwość oraz właściwy sobie perfekcjonizm w tworzeniu muzyki. To, co dla wielu jest nieosiągalne, u The Cinematic Orchestra cechuje każde ich wydawnictwo. „To Believe” została bowiem nagrana ze słyszalnym zaangażowaniem i oryginalnym pomysłem na aranżację, a przede wszystkim z uniwersalnym przekazem. Delikatne kompozycje z pogranicza idm, downtempo i nu jazzu po raz kolejny ujmują swoim spokojem i zakodowaną w nich wrażliwością.

Na wysoką ocenę albumu wpływają też zaproszeni goście, wspomniani powyżej, którym bez wyjątku z sukcesem wyszło zaśpiewanie emocjonalnych i jak za każdym razem w przypadku Cinematic, bardzo uniwersalnych tekstów, w których może się przejrzeć dosłownie każdy. Świetny album, bez dłużyzn ani powtórek z poprzednich płyt, a jednak w stylu charakterystycznym dla Cinematic, wciąż nie skopiowania. Tym bardziej cieszy, że w maju The Cinematic Orchestra przyjeżdżają do Polski aż na 5 koncertów! Kto nie był (chociażby dwa lata temu na koncercie otwarcia Festiwalu Tauron Nowa Muzyka) zdecydowanie powinien zaopatrzyć się w bilet, bo to naprawdę wspaniałe przeżycie koncertowe. UWAGA: warszawski koncert już jest sold outem!

Szczegóły koncertu w Gdańsku
Szczegóły koncertu w Poznaniu
Szczegóły koncertu we Wrocławiu
Szczegóły koncertu w Krakowie

Profil The Cinematic Orchestra na Facebooku »
15 marca 2019 | Ninja Tune

/ / /

Catz n Dogz – Friendship

W marcu z nowym albumem powrócili też Catz n Dogz. Czwarty album studyjny polskiego duetu, tworzonego przez Wojtka Tarańczuka i Grzegorza Demiańczuka, nosi tytuł „Friendship” i ma być wyrazem celebracji przyjaźni i radości oraz dzielenia się pozytywnymi emocjami między ludźmi. Trudno się nie zgodzić. Na płycie po pierwsze w zdecydowanej większości utworów pojawiają się goście, wśród których m.in. WhoMadeWho, Jono McCleery, Egle Sirvydyte, James Yuill, ZENSOFLY i Maxville, Kiddy Smile & Rouge Mary oraz czołowi przedstawiciele polskiej sceny: Rosalie. i Taco Hemingway. Po drugie, klimatycznie płyta rzeczywiście pełna jest ciepłych i radosnych brzmień, co słyszalne jest już od pierwszej minuty albumu.

To zdecydowanie najcieplejszy brzmieniowo materiał polskiego duetu, mogący nawet momentami zaskakiwać, szczególnie wieloletnich fanów Catzów, którzy spodziewali się house’u i dance (np. utrzymany w konwencji popowo-trapowej „Yi Fang” ze zmiksowanymi wokalami rapującego po angielsku Taco Hemingway’a). Jednocześnie druga część płyty pełna jest hipnotyzującego, momentami energetycznego (np. „Water” z udziałem Eglė Sirvydytė), a momentami zmysłowego (np. „Would You Believe” z udziałem J. McCleery’ego) house’u, za którego brzmienie fani Catz n Dogz pokochali ich ponad 10 lat temu (!). „Friendship” nie powinien więc nikogo zawieść. Jest ciepło, przyjemnie i letnio, co z kolei odruchowo kieruje myśli na line-up tegorocznego Audioriver. Naturalnie, Catz n Dogz dumnie otwierają spis artystów pod literką „C”. Naturalnie, bo żaden polski artysta nie kojarzy się tak wprost z Audioriver, festiwalową legendą energetycznej radości, jak właśnie duet Wojtka i Grzegorza. W ubiegłym roku ich set był jednym z najmocniejszych, wątpię by w tym roku było inaczej.

Profil Catz n Dogz na Facebooku »
29 marca 2019 | Pets Recordings

/ / /

Placid Angels – First Blue Sky

Na nowy album Placid Angels, pod którym to pseudonimem tworzy doświadczony artysta ambient-techno John Beltran, musieliśmy czekać aż 22 lata! Poprzedni i zarazem jedyny album do czasu ukazania się nowego „First Blue Sky” – zatytułowany „The Cry” – ukazał się wszak w 1997 r. nakładem popularnej Peacefrog Records. Nowa „First Blue Sky”, wydana przez Magicwire, to kolejne, tak po „The Cry” jak i solowych wydawnictwach Beltrana, wyjątkowe połączenie ambientu, breakbeatu i techno, któremu to stylowi John Beltran nadaje charakterystyczny tylko dla niego pierwiastek, pełny dojrzałości (być może wynikającej z wieku artysty choć absolutnie proszę nie brać tego za żaden przytyk), szczerości i życiowej mądrości.

Beltran nigdy nie był wszak elektronicznym celebrytą ani nie bawił się w trolling dla powiększenia swoich dochodów z muzyki, a jego niewątpliwy sukces muzyczny i stałe zapisanie się na kartach historii ambient-techno zawdzięcza wyłącznie swojej muzyce. Czy gatunek ten byłby taki sam bez pełnej wyrazistych brzmień „Ten Days Of Blue”, pozbawionej przy tym narkotykowych wojaży? Nie. Każdy kto raz zetknął się z jego muzyką został oszczędzony pogrążaniu się w wizji beznadziei i braku sensu życia. Tak jakby Beltran tworzył muzykę, która ma tchnąć w słuchacza nadzieję, optymizm i wiarę w cel każdego pojedynczego życia, które pojawiło się na tym świecie. Taka jest również „First Blue Sky”, która tak swoim tytułem jak i tytułami poszczególnych utworów budzi sens bycia i przeżywania tak dobrych jak i trudnych emocji, radość dzielenia się z innymi czy obcowania z drugim człowiekiem jak i naturą.

Brzmienie Beltrana jest jednocześnie spokojne i energetyczne, budowane z dużą pewnością co do doboru poszczególnych efektów, jak i ich idealnym wyważeniem. Kiedy napięcie rośnie, to bez chaotycznych zwrotów i nadmiernego napięcia, kiedy potrzeba wytchnienia, Beltran operuje niuansami i pauzami, nie tracąc przy tym dynamiki melodyczności ani siły wyrazu. Stawiam tezę, że w „First Blue Sky” zakochają się fani serialu „Six Feet Under”, choć śmiało rekomenduję go wszystkim. Drzemią w nim bowiem nieograniczone pokłady nadziei i wielu trudnych jednoznacznie do nazwania emocji, co ogólnie można określić „dobrem”. 10/10 i na pewno top najlepszych albumów 2019 r.

Profil Johna Beltrana na Facebooku »
15 marca 2019 | Magicwire

/ / /

A Man Called Adam – Farmarama

Po niemal równie długiej przerwie jak John Beltran, bo 21-letniej, z nowym albumem powrócili również A Man Called Adam, brytyjski duet tworzony przez Sally Rodgers i Steve’a Jonesa. Na przestrzeni całej swojej kariery tj. od debiutanckiego „The Apple” (1991 r.) do najnowszego albumu „Farmarama” tworzyli elektronikę zahaczającą o najróżniejsze stylistyki: acid jazz, house, idm, ale zawsze najsilniej dominowało u nich downtempo, dla którego stali się jednymi z czołowych przedstawicieli. Tak jest i tym razem.

„Farmarama” obfituje w urokliwie luźne brzmienia charakterystyczne dla „ruchu” Cafe del Mar, z którymi swobodnie współgra charakterystyczny głos Sally Rodgers („Mountains And Waterfalls” i „Higher Powers”). Jej wokale czasem przypominają styl Grace Jones (szczególnie w „Ou Pas”), a czasem styl Róisín Murphy. Zestawione z balearycznymi melodiami, pełnymi miękkich bębnów i dyskretnych dodatków (jazzowe dęciaki, spokojna gitara, zmysłowe pianino czy nawet delikatne reverby i delay’e), wywołują poczucie spokojnego i bezpiecznego relaksu. Przymiotniki te, być może nie są dziś na topie z uwagi na gigantyczną modę na mocne techno, EBM czy brzmienia industrial, ale kto pamięta boom na downtempo, jaki miał miejsce w latach 90., ten odnajdzie w muzyce na „Farmarama” wspomnienie tamtych lat.

A Man Called Adam zadbali też o to, by słuchacza jednak także zaskoczyć. Przykładowo: na „Farmarama” znajdujemy też stonowane, a nawet chłodne brzmienia zahaczające o styl modern classical („Top of The Lake”), a nawet beatsy („Michael”). W „Tic Toc” robi się reggae’owo (!), w „Spot Ladies” – za sprawą perkusji – bardziej rockowo, co urozmaicają dodatkowo sample. Całość zamyka disco w „Paul Valery At The Disco”. Podsumowując: przyjemne downtempo (ale nie tylko).

Profil A Man Called Adam na Facebooku »
6 marca 2019 | Other Records Ltd.

/ / /