Ben LaMar Gay – Confetti In The Sky Like Fireworks (This Is Bate Bola OST)
Łukasz Komła:

Tym razem Ben LaMar Gay w roli kompozytora muzyki filmowej. Obraz „This Is Bate Bola” pokazuje mało znane oblicze brazylijskiego karnawału.

William Basinski – On Time Out of Time
Ania Pietrzak:

Powrót do przyszłości.

Lakker – Epoca
Paweł Gzyl:

Zwierciadło naszych czasów.

Abul Mogard – And We Are Passing Through Silently
Maciej Kaczmarski:

Zjawiska duszy.

Recent Arts – Skin
Paweł Gzyl:

Ambient, minimal, industrial i… piosenki.

Spopielony – Legendy
Jarek Szczęsny:

Duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient.

Klangwart – Bogotá
Łukasz Komła:

Niemiecka elektronika spotyka kolumbijskie szaleństwo.  

Locked Groove – Sunset Service
Paweł Gzyl:

Hołd dla belgijskiej muzyki klubowej sprzed ćwierć wieku.

Gesaffelstein – Hyperion
Maciej Kaczmarski:

W czarnej dupie.

Hugh Marsh – Violinvocations
Jarek Szczęsny:

Dowód na istnienie skrzypiec.

Pfirter – The Empty Space
Paweł Gzyl:

Spóźniony, ale udany debiut.

Ossia – Devil’s Dance
Maciej Kaczmarski:

Sam w mroku.

MDD – Reverse The Contrast
Paweł Gzyl:

Ekstremalna wizja techno.

King Midas Sound – Solitude
Bartek Woynicz:

„Zbadajmy przestrzeń terroru pustki”



LCD Soundsystem – American Dream

LCD Soundsystem znów nadaje.

Dość niekomfortową sytuacją jest pisać o zespole, który sam zatrzasnął wieko swej trumny. Zrobił to z przytupem, wydając na tę okoliczność płytę DVD z koncertami oraz nagrywając film dokumentalny o końcu działalności. Można by przypuszczać, że była to kronika zaplanowanej, medialnej śmierci wraz z wliczonym wskrzeszeniem. To, że wskrzeszenie być musiało, stało się jasne mniej więcej w 2015 roku, gdy zespół nagrał nową piosenkę, a potem brylował na wakacyjnych festiwalach w roli headlinera. Na głowę Jamesa Murphy`ego posypały się gromy niezadowolonych (oszukanych?) fanów. O tyle jest to interesujące, że te szczere, jak mniemam, głosy oburzenia to wyraz ufności tych ludzi, że muzyka jest czymś więcej niż produktem. Nie jest to popularny pogląd w XXI wieku. Sprawę komplikuje jednak odbiór „American Dream”, który brzmi jakby to zamieszanie nie miało miejsca, a jedyną różnicą było to, że James Murphy spotkał Davida Bowiego.

Obaj panowie zdążyli jeszcze razem popracować przy okazji ostatniego albumu Bowiego „Blackstar”. To doświadczenie odmieniło lidera LCD Soundsystem, czego wyraz dał w swoich tekstach. Ich wzajemne relacje określił dość jasno: „You fell between a friend / And a father” w „Black screen”. James Murphy otwiera się też w sposób, jaki dotychczas mu się nie zdarzył. W „Change Yr Mind” opisuje stan depresyjny oraz pogubienie emocjonalne, z których wyjściem było ponowne bycie w zespole. Tym samym tłumaczy się z wygaszania działalności zespołu i jego powrotu. Kieruje też uwagę na swój wiek oraz poczucie, że może nie ma już nic do powiedzenia. Raczy nas też krytycznym stosunkiem do współczesnego rynku muzycznego: And you’re too sharp to be used / Or you’re too shocked from being used / By these bullying children of the fabulous / Raffling off limited edition shoes”. To wycieczka pod adresem hiphopowców.

Strona muzyczna nie przynosi specjalnych zmian. Po raz kolejny mamy okazję przekonać się, że najważniejszą, twórczą częścią ciała Murphy`ego są uszy. Osłuchany i otrzaskany w zakresie esencji minionych, muzycznych dekad wyciąga z nich to co najlepsze i unowocześnia to. Muzykę zespołu zwykło się nazywać dance-punkiem, co w przypadku tej płyty nie wyczerpuje tematu. Otwierający „Oh Baby” to ukłon w stronę Suicide. Żywiej zareagowałem na „Other Voices” osadzonym na pędzącym rytmie przypominającym Talking Heads. Zaskakująco dużo na „American Dream” pojawia się odniesień do U2. Oczywistym nawiązaniem jest, naprawdę niezły, „Call the police”. Tu słychać stylizację na wokalną manierę Bono. Nawet sekcja rytmiczna wypada dość podobnie. Z tym tylko, że Murphy robi to lepiej od ostatnich dokonań Irlandczyków. W najbardziej chaotycznym „Emotional haircut” też słyszę U2-owskie momenty. Nie udało mi się ich ominąć w najlepszym „How do you sleep?”. Umiejscowiona w środku albumu, ponad dziewięciominutowa suita wybrzmiewa niespiesznie, aby w trakcie zaatakować partiami skrzypiec czy arpeggiami syntezatorów.

Zmierzch pewnej ery obrazuje utwór tytułowy. Powolna niby-ballada sunie w przestrzeni wypełnionej dźwiękami. Emocjonalny tekst o próbie podsumowania życia oraz ułudzie amerykańskiego snu stanowi gorzką przeciwstawność do zawartości muzycznej całego krążka. Większe przytłoczenie niesie w sobie zamykający „Black screen”. Grany w krautrockowej manierze, rozciągnięty do dwunastu minut z instrumentalnym zwieńczeniem. Owa epicka posępność rzuca cień na cały album. Zmusza słuchacza do sporządzenia rachunku sumienia, a może nawet jakiegoś podsumowania życia, które Murphy czyni wobec siebie. Sam album wymyka się jednoznaczności. Nie jest tak ordynarnie ekscentryczny, ani roztańczony jak bywało w przeszłości. Dominują odcienie szarości. Osobiście wolę taki LCD Soundsytem i cieszę się, że wrócili. Tylko popracowałbym nad okładką, od której pękają oczy.

DFA/Columbia | 2017

Strona artysty

FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze