Spróbujmy zapomnieć na moment o teatralnym wymiarze tego, co zaprezentowali w Krakowskim Imbirze Matt Anderson vel Crank Sturgeon Eric Boros vel Hermit. Nie będzie to łatwe, gdyż w ramach anonsowanego „radical sonic performance” każdy z członów tego jakże adekwatnie krzykliwego hasła w równym stopniu pasuje do radosnych poczynań bohaterów wieczoru. Spróbujmy zapomnieć na moment o teatralnym wymiarze tego, co zaprezentowali w Krakowskim Imbirze Matt Anderson vel Crank Sturgeon Eric Boros vel Hermit. Nie będzie to łatwe, gdyż w ramach anonsowanego „radical sonic performance” każdy z członów tego jakże adekwatnie krzykliwego hasła w równym stopniu pasuje do radosnych poczynań bohaterów wieczoru.
![]() | ||
Muzyka Crank Sturgeon, jakkolwiek nie sposób odmówić jej radykalizmu, nie przytłacza. Pozbawiona wsparcia wizualnego nie przestaje być na swój perwersyjny sposób zabawna. Głupawe, amorficzne piosenki (można za Baileyem powiedzieć: „interesująca sprzeczność”) i równie głupawe, absurdalne i pełne kloacznego humoru pogawędki Andersona i Borosa tworzą coś w rodzaju szalonego słuchowiska radiowego (radiowa retransmisja koncertu w godzinach szczytu to pewny czarny dzień na drogach). Instrumentarium składające się z mikrofonów kontaktowych, efektów gitarowych, kabli, metalowych puszek, styropianowej tacki, służącej za instrument skrzypcowy (sic!), dwóch połączonych ze sobą butelek z wodą, nadmuchanego powietrzem balonu, połączonego z plastikowym wężem i niezapomnianej taśmy klejącej, która, jak dowiedzieliśmy się od artysty, najlepiej brzmi, gdy przed użyciem potrze się ją o włosy na brzuchu posłużyły Dziwnemu Jesiotrowi i Pustelnikowi do wygenerowania sporej ilości nie pozbawionego uroku (sic!) hałasu. Wokalno-gitarowe unisona i swoisty minimalizm tego ostatniego w podejściu do instrumentu nadały całości kształt czegoś pomiędzy upalonym harcerzem przy ognisku a totartowym wydaniem noise. Brzmi dziwnie? To nie koniec.
![]() | ||
Teatralna strona przedstawienia (bo przecież nie koncertu) była równie absurdalna jak dźwiękowa. Muzycy wystąpili w minimalistycznych (dosłownie) kostiumach i przybierali pozy rodem z komiksów o superbohaterach. Nie obyło się bez torturowania Hermita za pomocą węża wsadzonego w rajstopy (sic!) i wspomnianego pocierania taśmą o brzuch Crank Sturgeona.
Publiczność od pierwszych minut reagowała na poczynania artystów euforycznie a to, że kilka osób opuściło klub w trakcie występu należy złożyć na karb małej wytrzymałości mięśni pracujących przy intensywnym śmiechu.Uprzedzając ewentualne wątpliwości zaznaczam, że zarówno w czasie pisania tej relacji, jak i w trakcie koncertu byłem całkowicie trzeźwy.




Doskonały występ!