Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.



Crank Sturgeon w Krakowie – 24 08 2006

Spróbujmy zapomnieć na moment o teatralnym wymiarze tego, co zaprezentowali w Krakowskim Imbirze Matt Anderson vel Crank Sturgeon Eric Boros vel Hermit. Nie będzie to łatwe, gdyż w ramach anonsowanego „radical sonic performance” każdy z członów tego jakże adekwatnie krzykliwego hasła w równym stopniu pasuje do radosnych poczynań bohaterów wieczoru.    Spróbujmy zapomnieć na moment o teatralnym wymiarze tego, co zaprezentowali w Krakowskim Imbirze Matt Anderson vel Crank Sturgeon Eric Boros vel Hermit. Nie będzie to łatwe, gdyż w ramach anonsowanego „radical sonic performance” każdy z członów tego jakże adekwatnie krzykliwego hasła w równym stopniu pasuje do radosnych poczynań bohaterów wieczoru.























   Muzyka Crank Sturgeon, jakkolwiek nie sposób odmówić jej radykalizmu, nie przytłacza. Pozbawiona wsparcia wizualnego nie przestaje być na swój perwersyjny sposób zabawna. Głupawe, amorficzne piosenki (można za Baileyem powiedzieć: „interesująca sprzeczność”) i równie głupawe, absurdalne i pełne kloacznego humoru pogawędki Andersona i Borosa tworzą coś w rodzaju szalonego słuchowiska radiowego (radiowa retransmisja koncertu w godzinach szczytu to pewny czarny dzień na drogach). Instrumentarium składające się z mikrofonów kontaktowych, efektów gitarowych, kabli, metalowych puszek, styropianowej tacki, służącej za instrument skrzypcowy (sic!), dwóch połączonych ze sobą butelek z wodą, nadmuchanego powietrzem balonu, połączonego z plastikowym wężem i niezapomnianej taśmy klejącej, która, jak dowiedzieliśmy się od artysty, najlepiej brzmi, gdy przed użyciem potrze się ją o włosy na brzuchu posłużyły Dziwnemu Jesiotrowi i Pustelnikowi do wygenerowania sporej ilości nie pozbawionego uroku (sic!) hałasu. Wokalno-gitarowe unisona i swoisty minimalizm tego ostatniego w podejściu do instrumentu nadały całości kształt czegoś pomiędzy upalonym harcerzem przy ognisku a totartowym wydaniem noise. Brzmi dziwnie? To nie koniec.























   Teatralna strona przedstawienia (bo przecież nie koncertu) była równie absurdalna jak dźwiękowa. Muzycy wystąpili w minimalistycznych (dosłownie) kostiumach i przybierali pozy rodem z komiksów o superbohaterach. Nie obyło się bez torturowania Hermita za pomocą węża wsadzonego w rajstopy (sic!) i wspomnianego pocierania taśmą o brzuch Crank Sturgeona.

   Publiczność od pierwszych minut reagowała na poczynania artystów euforycznie a to, że kilka osób opuściło klub w trakcie występu należy złożyć na karb małej wytrzymałości mięśni pracujących przy intensywnym śmiechu.Uprzedzając ewentualne wątpliwości zaznaczam, że zarówno w czasie pisania tej relacji, jak i w trakcie koncertu byłem całkowicie trzeźwy.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. apewrist

    Doskonały występ!