Sarathy Korwar – More Arriving
Jarek Szczęsny:

Muzyka migracji.

Sandro Perri – Soft Landing
Jarek Szczęsny:

Chłód melodii.

Rhys Fulber – Ostalgia
Paweł Gzyl:

„I’m living in the 80s”

IRAH – Diamond Grid
Przemysław Solski:

Siatka utkana z ciekawości.

Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.



Flying Lotus – Los Angeles


O Stevenie Ellisonie vel Flying Lotus było głośno jeszcze zanim podpisał kontrakt z kultowym Warp Records; rozgłos zdobył dzięki podobno niesamowitym występom na żywo, współpracą z Adult Swim (amerykański odpowiednik 4Fun TV) i przede wszystkim dzięki debiutanckiemu albumowi „1983” sprzed dwóch lat. Czarnoskóry Kalifornijczyk zdaje się mieć talent we krwi: jego ciotką była Alice Coltrane, słynna pianistka i żona niemniej słynnego saksofonisty Johna, zaś babcia współpracowała z Four Tops i Michaelem Jacksonem.
Flying Lotus – „Beginners Falafel”

„Z oczywistych powodów Los Angeles jest dla mnie wyjątkowym miejscem, ale przez większość życia go nienawidziłem”, mówi Ellison i ten ambiwalentny stosunek znalazł wyraz w niebywale eklektycznej i zmiennej w nastrojach muzyce, rozległej niczym Miasto Aniołów (także tych upadłych) i zróżnicowanej na wzór jego dzielnic: od ponurych slumsów, poprzez spowitą mrokiem Mulholland Drive, aż po snobistyczne Beverly Hills i plastikową Fabrykę Snów. „Los Angeles” to The Avalanches na kacu, w niedzielny poranek przemierzający metropolię w poszukiwaniu środka przeciwbólowego. Znamienne, że ta oszałamiająca podróż mieści się w niecałych trzech kwadransach, rozłożonych na siedemnaście utworów – na papierze/ekranie wygląda to niewinnie, lecz w głośnikach przemienia się w burzę. To niesamowite, jak wiele można zawrzeć w takich miniaturach! Kleiste beaty, bujające linie basowe, zagęszczone klawisze, trzeszczące dęciaki, stłumione wokalizy… Genialny producent z benedyktyńską drobiazgowością pomieszał jazz, funk, soul, disco, downtempo, dub, glitch, instrumentalny hip-hop i kto wie co jeszcze, dodatkowo okraszając wszystko ciepłym trzaskiem wiekowego winyla.
Flying Lotus – „Golden Diva”

Istna sampleriada, momentami tak błyskotliwa, że aż absurdalna. Poczucie zagubienia, przytłoczenia, a nawet znużenia może towarzyszyć kilku pierwszym odsłuchom, jednak działa to na korzyść płyty, która jawi się jako pewne wyzwanie. Choć długotrwałe i wymagające cierpliwości, odkrywanie kolejnych segmentów jest szalenie satysfakcjonujące, ponieważ przywołuje fantastyczne skojarzenia, nawet jeśli są one czasem zbyt dosłowne – „Begunners Falafal” brzmi niczym zły brat-bliźniak „Witness Dub” Roots Manuvy, „Camel” to powtórka z Tobinowego „Saboteur”, zaś „Parisian Goldfish” znalazłby miejsce w dyskografii Matthew Herberta. Przykłady można mnożyć. Również okładka chyba nieprzypadkowo nawiązuje do artworku „Mezzanine”, nie tylko najdojrzalszego dzieła Massive Attack, ale i łabędziego śpiewu gatunku zwanego trip-hopem. Zamierzona autoironia?
Flying Lotus – „Parisian Goldfish”

Nie jest to najlepsza płyta tego roku, lecz z pewnością jedna z najbardziej wiarygodnych konceptualizacji dusznej, wielkomiejskiej atmosfery od czasu „Endtroducing…” DJ-a Shadowa. Flying Lotus twierdzi, że postrzega swoje kompozycje jako krótkie filmy wyświetlane w głowie. W takim ujęciu „Los Angeles” ma wiele wspólnego z dokonaniami Quentina Tarantino: liczne cytaty składają się na inteligentną i inspirującą lekcję muzycznej historii. Powiew świeżości w hołdzie retro-elektro.
2008

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 12

  1. Generał

    Jest ok ale 2008 na plyte roku to chyba za mało.

    Przy okazji: dla mnie 2008 to bedzie rok nijaki i dlatego celuje w nowe The Verve.

  2. kamil

    wspaniała płyta…

  3. Skakanka

    Świetna płyta! Duszna, napakowana brzmieniami, czasem irytująca, czasem porywająca, ale nie nudzi się i za każdym razem zachwyca! Polecam

  4. afuszejk

    rok 2008 na razie bez sensacji. Los Angeles świetne, ale… spodziewałem się właśnie takiej płyty. Bez niespodzianek. Solidnie

  5. hmm

    odbylem dwi wycieczki psychodeliczne pod wplywem wraz z ta plyta, niezapomniane wrazenie, ladne przestery , echa i przestrzen, melodie moze nie zaskakuja ale nie sa jakies nachalnie prosto linijne i ciekawią co najwazniejsze, plyte polecam

  6. Aes

    Elektroniczny Madlib, po prostu. 🙂

  7. hno3

    Panie beau bullet – zależy, który album Dalek a ma pan na myśli. Taki Absence (btw. świetny) to zupełnie inna bajka (harsh noise hip-hop). Od biedy ostatni – Abandoned Language – można by tu postawić, choć tam mamy inne środki, przeważa psychodelia. Wracając do Los Angeles – głównie brzmienie mnie przyciąga do tego albumu, lubię taki lekki brud. Z melodiami nieco gorzej, choć tragedii nie ma. Zresztą album nie może być zły, skoro dość często do niego wracam. 😉

  8. Niero

    Swietna plyta, zgadzam sie.

  9. krzychu81

    No a ja mam problem bo mi się los angeles troszke znudziło( pewnie dlatego że katowałem po kilka razy dziennie).

  10. beau bullet

    album przebija nawet Dalek a, Onra e i doskonale rozprawia sie ze swietnym Lukid em. Niezwykle wciagajaca porcja inst-h-h.

  11. John McEnroe

    Tak, płyta świeża i powala, na tyle że jak na razie to zdecydowanie numer jeden tego roku dla mnie. Gęsto, duszno, na granicy przesterowania. Kilkanaście świetnych motywów, logicznie połączonych w całość, co wcale takie proste nie jest. A od strony produkcyjnej to majstersztyk – przeniesienie najlepszych wzorców francuskiej szkoły na grunt szeroko pojętego instrumentalnego hip-hopu.

Kto linkował?

  1. Matthewdavid – Outmind | Nowamuzyka.pl