Wpisz i kliknij enter

brian eno & robert fripp – the equatorial stars


robert fripp i brian eno znów nagrali wspólny album! genialny gitarzysta i genialny producent – duet, który swą wielkość pokazał już na początku lat 70, nagrywając wspaniały, wizjonerski krążek no pussyfooting. to właśnie ta płyta była pierwszym tak wyraźnym sygnałem tych wszystkich muzycznych ścieżek, które eno zaczął konsekwentnie wydeptywać kilka lat później – z chwilą wydania przełomowej dla siebie, pierwszej części serii ambient – music for airports. wracając jednak do najnowszej płyty eno i frippa – posłuchajmy i spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, czy para dwóch artystów po pięćdziesiątce potrafi jeszcze nagrać album – przynajmniej – udany?
już pierwszy utwor na the equatorial stars pokazuje, iż płyta ta nie jest powieleniem pomysłów znanych obu panom już od trzydziestu lat. wydana w 1973 roku no pussyfooting, podobnie jak kolejna płyta duetu – the evening star [1995] bardzo mocno opierały swe brzmienie i klimat na wyczynach roberta frippa – eno starał się jedynie nadać brzmieniu gitary odpowiednią ambientową jakość – zawijając je na swój sposób i zapętlając. wirtuozeria frippa zwracała na siebie uwagę, przyciągała, grała bez wątpienia główną rolę. na equatorial stars jest trochę inaczej – tu najważniejszy jest klimat, przestrzeń i spokój. tutaj obaj artyści – i fripp i eno starają się ten klimat tworzyć. jest ciszej, bardziej nastrojowo, bardzo nocnie – equatorial stars jest bowiem idealną płytą właśnie na czarną noc – zupełnie jak inne ciekawsze albumy eno – choćby shutov assembly czy compact forest proposal. już dwa pierwsze utwory equatorial stars śmiało nawiązują do tej enowej klasyki – szczególnie zaś kawałek lyra, w którym dźwięki zdają się lewitować, unosić się powoli w powietrzu – coś takiego to już znak firmowy briana eno. fripp jest tutaj gdzieś schowany, bardzo oszczędny i skromny – choć bez wątpienia niezbędny. słabsze punkty tego albumu to te, w których pojawia się rytm, w których wszystko jest bardziej wyraźne – szczególnie altair zdaje się być niebezpiecznym nawiązaniem do archaicznych brzmień jednej z najsłabszych płyt eno – wydanej w 1997 the drop. całość jednak trzyma poziom – fripp i eno na gwałt starali się uniknąć wpadki, i choć sam producent twierdzi, iż na początku prace nie przebiegały najlepiej – z efektu chyba wszyscy powinni być zadowoleni – i słuchacze, i sami muzycy.
eno ma ostatnio dość niezły czas. nie angażuje się w tak wiele projektów co dawniej, nie stara się za wszelką cenę pozostać muzycznym odkrywcą – taką rolę pozostawił młodszym. sam konsekwentnie idzie swoją drogą, powoli, bez pośpiechu, wydając coraz bardziej niszowe, eksperymentalne albumy [wspomnieć choćby ubiegłoroczną january 07003], ciągle jednak trzymając ten sam, wysoki producencki poziom. the equatorial stars dla fanów ambientu a la eno będzie płytą wspaniałą, dla wszystkich innych – po prostu udaną porcją nastrojowych, kojących kompozycji.
2004







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
john mcenroe
john mcenroe
17 lat temu

errata:
oczywiscie deciaki (saks i trabka) pojawiaja sie nie tylko w „dear can” – mea culpa.

Polecamy