Wpisz i kliknij enter

erlend oye – dj kicks


erlend oye to norweg specjalizujący się w popowo-tanecznych dźwiękach. ten młody artysta tworzy bardzo trendi-muzykę, która z powodzeniem sprawdza się jako tło dla wszelkich trendi-miejsc [kluby, centra handlowe] bądź reklam. na czym polega nowoczesność erlenda? jego kawałki to modny ostatnio powrót do estetyki lat 80 – norweg z lubością używa wszelkiego rodzaju syntetycznych, sztucznych brzmień, które na początku nowego wieku powróciły do klubów w glorii i chwale.
sam erlend ma na swoim koncie debiutancką solową płytkę – wydaną w 2003 „unrest”, mogącą z powodzeniem spełniać rolę definicji electro-clashu czy neo-new-romantic, jakkolwiek by nazywać to, co dzieje się teraz na klubowych parkietach. wcześniej erlend nagrywał razem erikiem gamblekiem jako kingds of convenience, brał również udział w pracach nad inną słynną trendi-płytą: „melody am” autorstwa royksopp. teraz otrzymujemy płytę „dj kicks”, czyli kolejną część słynnej serii djskich setów, przygotowaną właśnie przez erlenda oye. jest to, o ile się nie mylę, już dwudziesta trzecia płyta tego cyklu, zapoczątkowanego przez label k7 w roku 1995. pierwszym materiałem był set przygotowany przez c.j. bollanda, w ciągu zaś 9 lat dj kicks nagrywali tacy artyści jak kruder & dorfmeister, terranova, carl craig, nicolette, andrea parker czy nightmares on wax. dziś mamy dj kicks autorstwa erlenda oye, który swym setem stara się pokazać własne muzyczne fascynacje i inspiracje, umiejętnie wplatając również swoje muzyczne dokonania. całość utrzymana jest w konwencji nowoczesnej muzyki klubowej – jest tanecznie i przebojowo, bez zbędnych eksperymentów – ot materiał świadomie nagrany z myślą o parkietach i imprezach. wśród zmiksowanych wykonawców znajdziemy phoenix, avenue d, jackmate, skateboard, villalobos, minizza – nazwy mniej nam znane, wszystkie jednak jak najbardziej pasujące do konwencji obranej przez kolegę oye już cztery lata temu [wtedy to ukazał się debiutancki album kings of convenience]. sam autor miksu bardzo często chwyta się mikrofonu, wyśpiewując albo to swoje piosenki, bądź to podśpiewując w utworach należących do innych – przykładem „i need your love” the rapture.
to chyba wszystko, co można napisać o tym albumie. czy warto go oceniać? chyba nie, wszak w przeznaczonym dla siebie miejscu sprawdzi się znakomicie [w warunkach domowo-pokojowych może nieco nużyć]. jest to również na pewno niezły przewodnik po nowoczesnych, modnych obecnie brzmieniach, które nawet bez ingerencji i prób autora – prędzej czy później zlewają się w jedną, taneczną całość.
2004







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy