Wpisz i kliknij enter

va – Winter Passing Soudtrack


Zapewne sam fakt pojawienia się recenzji muzyki filmowej na nowejmuzyce wywoła zdziwienie z uwagi na swoją niecodzienność, ale właśnie ta ścieżka dźwiękowa wprawia w większe osłupienie niż sam film. Ponadto soundtrack „Oby do wiosny” wypełniony jest po brzegi muzycznymi zaklęciami. Obok tego faktu nie mogłam przejść obojętnie. Ta muzyka mnie uwiodła, już od pierwszych klatek filmowych, od pierwszych sekwencji. Klimat płyty doskonale współgra z mroczną atmosferą filmu, przepełnioną jesiennym chłodem, kapryśnie wiejącym w twarz wiatrem, gęstą mgłą o spowijającą poranek. Słuchając 12 sensualnych melodii, można stracić na parę chwil kontakt z rzeczywistością.
Zaczyna się melancholijnie i onirycznie za sprawą żeńskiego duetu Azure Ray, ale już po chwili obudzi nas z tego słodkiego snu drapieżna gitara (nostalgiczny The Kingsbury Manx czy kipiący energią i humorem Golcard). Jak to zwykle w stanie rozbudzenia bywa, błąkamy się zamyśleni, niepewni odtworzonej na jawie szarości. Dlatego tak łatwo jest na nowo pogrążyć się w snutej przez egzaltowaną Amerykankę Dawn Landes lirycznej, spisanej na folkową nutę opowieści. Niezwykłą magię i harmonię roztacza utwór „Point of disgust” autorstwa ekscentrycznego trio, założonego w 1993 roku przez małżeństwo mormonów. Mowa o pochodzącej z Minnesoty grupie slowcorowych mistrzów minimalizmu – Low.
Depresyjnym a przy tym zniewalającym brzmieniem utworem jest „The beast” nowojorskiego duetu The King of France, z nerwowym, paranoicznie rozedrganym wokalem Steva Salada. Światełek w tunelu płyta nie serwuje wiele, bo nieco jaśniej robi się jedynie przy utworze „Lady Day” Deadsy czy „Steve and Bill and Tom” Bottomside albo, choć wyłącznie w warstwie tekstowej, przy „A guilding light” w poetyckim wykonaniu subtelnego barda (Smog).
Ostatni utwór autorstwa My Morning Jacket, nie ustępujący melancholią pozostałym, ujmuje całość w spójną muzyczną klamrę. Grupa, która dotąd raczyła słuchaczy optymizmem, jednym utworem wywróciła tę opinię o 90 stopni. „Stary, wrześniowy blues” to rzewna, ba, rozpaczliwa pieśń, pełna tęsknoty za zapachem wiosennego powietrza. Mam wrażenie, że album ulepiło wrażliwe, niewinne dziecko z brudnych liści moczonych w kałużach, zmieszanego ze śniegiem błota i łez. Powstała piękna w swej naiwności konstrukcja.
2006







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy