LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.

rRoxymore – Face To Phase
Paweł Gzyl:

Introwertyczne bity.

The Big YES! – The Big YES!
Łukasz Komła:

Free jazzowy wybuch!

HTRK – Venus In Leo
Maciej Kaczmarski:

Miłość w czasach zarazy.

Matthias Schaffhauser – Hedonism, What Else
Paweł Gzyl:

Muzyka jako przyjemność.

Manu Delago – Circadian
Jarek Szczęsny:

Cykle snu.



Przepis na zimne nóżki – rozmawiamy z CO

Pod pseudonimem CO ukrywa się Maciek Kujawski, młody producent, który w 2004 zabłysnął debiutanckim album „!COMOC!, prezentującym mało jeszcze wówczas znany w Polsce abstrakcyjny hip-hop. Obecnie powraca z nową płytą – „Verge”, której Nowamuzyka.pl patronuje. Premiera stała się pretekstem do naszej rozmowy. Zacznijmy prowokacyjnie: przeciętnie inteligentny człowiek, który widzi w telewizji kolesi poobwieszanych złotem, wokół których gibają się półnagie panienki, myśli, że hip-hop to muzyka dla debili. Co sprawiło, że Ty zafascynowałeś się tym gatunkiem?
Był wieczór. Jechałem moim nowym bmx-em z wypasionymi niebieskimi oponami i czarną ramą po uliczkach osiedlowych. Zatrzymałem się przy jednym z domów, gdzie jakieś dwa cienie rytmicznie bujały się do rapowego bitu. Nie wiem, czego słuchali, ale powiedzmy, że mógł być to Luniz – „I Got 5 On It”. Taki strzał.
Jeszcze nie wiedziałem, co to może być, jednak chwilę ich obserwowałem, po czym, podniecony, wróciłem do domu. Jakiś czas później odkryłem tajemnicę „dwóch cieni” podczas gry w kosza. Standard pełen. Rap. Kosz. Na sportowo. Nie było wtedy jeszcze dziwek i szampana, za młody byłem. Co działo się później? Freestyle na złotym mikrofonie, skrecze na unitrze, loopowanie beatów na „jamniku”, NBA action, a potem gra w kosza przy dobrych klasykach. Więc może tu chodzi o ludzi? Pozdrawiam Jacka i Daniela – my brothers from another mothers. Fascynacja samą muzyką przyszła później, jako następstwo tego, przy czym dorastałem. Wraz z wiekiem odkrywałem możliwości tego gatunku, nie przejmując się przy tym niekiedy tanimi zagrywkami w muzyce i prostymi tekstami. Poznawałem różne inne gatunki, bardzo ważne dla mnie, bo wpływające na moje postrzeganie muzyki, jednak hip-hop zawsze był i będzie mi najbliższy, łącznie z tym, w klipach do którego kolesie są poobwieszani złotem, a wokół nich gibają się półnagie panienki.
Spokojnie – tylko żartowałem. (śmiech) Od początku swej działalności wyrobiłeś sobie jednak opinię „dekonstruktora” hip-hopu. Na czym polega to „dekonstruowanie”?
Hip-Hop to bardzo szerokie pojęcie. Dla mnie, przede wszystkim jest rodzajem swobody. Dlatego bardzo swobodnie poruszam się po nim, zachowując przy tym ducha wyrazistych rytmów. To „dekonstruowanie”, to najwyraźniej mój styl i postrzeganie produkcji muzycznej, która jest już tak głęboko we mnie, że każdy proces twórczy jest działaniem automatycznym. Ucząc się czegoś, za wszelką cenę robię to po swojemu, co często bardzo utrudnia sprawę. Jednak w muzyce bardzo sobie to cenię.

Twoja pierwsza płyta – „!COMOC!” – wywołała entuzjastyczne reakcje – w tym pozytywną recenzję w prestiżowym „The Wire”. Dodało Ci to wiary w to, co robiłeś?
Dla 19-letniego chłopaka, który zamiast siedzieć w książkach obijał się przy muzyce, to był ogromny szok. Samo wydanie tego albumu było czymś zaskakującym. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że moja muzyka była dojrzalsza ode mnie samego, co zrozumiałem całkiem niedawno. Docenienie płyty „!COMOC!” zajęło mi kilka lat, podczas gdy recenzentom zajęło to tylko chwilę. Nie wiedziałem nawet, jak ważnym pismem jest „The Wire”.
Na okładce MF Doom i boom na Madvillain, a gdzieś w środku recenzja mojej płyty. Już nawet ten fakt był ważniejszy. Dopiero, kiedy znajomi mówili, jak jest to prestiżowa sprawa, zacząłem rozumieć, że to nie tylko kilka zdań w znanej gazetce i byłem strasznie dumny z siebie. Jednak wiary mi to nie dodało, dlatego że nigdy mi jej nie brakowało. To, co robiłem i robię, powstaje w warunkach lenistwa, jest bardzo „moje”, nie ma w tym myślenia „oby się udało” albo „na pewno się uda!”. Lubię muzykę, lubię się nią zajmować bez napięcia. Nie potrzebuję do tego specjalnych bodźców.
Czy miałeś jakiś odzew ze strony polskiego środowiska hip-hopowego na swoją płytę?
Zero. Nie spodziewałem się odzewu i nadal się nie spodziewam.
„!COMOC!” doskonale wpasował się w postmodernistyczną estetykę Mik.Musik. To dlatego chciałeś wydać go akurat w tej wytwórni?
W tamtym okresie Mik.Musik.!. to był jedyny label w Polsce, który ceniłem. Poprzez brata Bartka (czyli 8rolek), poznałem Wojtka Kucharczyka, który dostrzegł w mojej muzyce potencjał i bardzo pomógł mi zrozumieć to, co sam robiłem. Nie dojrzałem do tego, ale miałem nad sobą pewną kontrole, która nie wymagała ode mnie kompromisów. Nie zastanawiałem się nad wydaniem płyty w innej wytwórni. To było dla mnie oczywiste. Inne rozwiązania? Nie było nawet mowy. Wybór między „cipkowatymi” labelami, a jedyną wytwórnią z „jajem” był prosty. Zanim wydałem „!COMOC!”, zobaczyłem kilka koncertów ludzi z Mik, doświadczając atmosfery, która bardzo mnie wciągała. Ludzie z publiczności, którzy krzyczeli „Dziadek, zarzuć jakiś beat!” tak mnie bawili, że proszę mi wierzyć, podobało mi się to. Czułem się wśród ludzi z Mik, jak w domu.
Dwie swoje następne płyty opublikowałeś w formie mp3. To była celowa taktyka, czy zostałeś do tego zmuszony realiami rynku?
EP-ka „Vocvocvoc” z założenia miała być darmowym wydawnictwem. Był to chwilowy kaprys, który jak się później okazało, bardzo wpłynął na moje dalsze poczynania. „King`s Meal” jednak już miało inne założenia. Kiedy album był gotowy, okazało się, że albo muszę trochę poczekać, albo wydam go w mp3. Realia rynku, pieniądze, trudny czas. Jednak mnie to nie wystraszyło. Nie mamy wyjścia? Robimy darmowo w mp3. Nigdy nie traktowałem wydawania muzyki zarobkowo, więc jedynym (ale w sumie dość sporym) minusem było to, że zabrakło radości z gotowego produktu – płyty, która w rękach jest motywem do uronienia kropli wzruszenia i kropli podniecenia.
W międzyczasie założyłeś z Deuce zespół Cobula i didżejowałeś jako Sergio Oo Aaaa. Czy te doświadczenia wpłynęły jakoś na nowy materiał opublikowany na płycie „Verge”?
Cobula i Sergio Oo Aaaa to zbliżone projekty, ponieważ są czystą rozrywką dla publiczności, jak i dla mnie samego. Zajmując się muzyką, jako CO, zapominam o wszystkim. Jestem poza inspiracją dźwiękami. Wtedy liczą się tylko moje emocje, które za pomocą muzyki staram się nazywać. Jako Cobula i Sergio nasiąkam podłością, liczy się zabawa, staję się królem tego, co się dzieje i chcę być biczem na dupach swoich poddanych. Chcę ich poniżać i kazać stawać na głowie. Tutaj pojawia się ten wpływ. Jako CO oczyszczam się z tej podłości przed samym sobą, nie oczekując niczyjego wybaczenia.
Nie tak do końca. Przecież za „Verge” stoi zaskakujący koncept – historia szalonej namiętności prowadzącej do… kanibalizmu. Czy ten fabularny zarys był pierwszy, a dopiero potem dopasowywałeś do jego klimatu muzykę?
Fabuła była pierwsza, ponieważ jest to prawdziwa historia. Muzyka stała się ilustracją do wydarzeń, o których chciałem opowiedzieć. Poza tym, nigdy nie myślę o tym, jak ma brzmieć moja muzyka. Nie głowię się nad nią, tylko realizuję to, co mi w głowie siedzi. Emocje, które dostarczyły mi doświadczenia „na krawędzi”, wystarczająco silnie pokierowały całą pracą nad albumem.

Większość utworów z „Verge” oparta jest na kontraście – z jednej strony masywne podkłady rytmiczne, a z drugiej rozwichrzona elektronika o soundtrackowym smaczku. Skąd ten pomysł?
Jeśli tak to słyszysz, pewnie masz rację. Nie powinienem analizować swojej własnej muzyki. Nie chcę rozbijać czegoś skończonego na atomy. „Verge” postrzegam jako całość, która ma dla mnie wiele znaczeń pozamuzycznych. Nie chcę stracić postrzegania tego w ten sposób. Może zamiast tej odpowiedzi dam Ci przepis na zimne nóżki?
Dziękuję – nie lubię. Pozostańmy przy muzyce: czasem sięgasz po bardziej klubowe bity – electro w „Jar” czy house w „Fear”. Dlaczego?
No to dam ci ten przepis na zimne nóżki po królewsku. Potrzebujesz około 50-60 kilogramów kobiety. Ostre narzędzia. Trochę alkoholu. Nic nie mieszaj. Dobrze popieprz. Jajka wsadzone dobrze komponują się z zimnymi nóżkami. Za reakcje organizmu i twoje sumienie nie odpowiadam. Nie polecam.
No właśnie: tak wygląda Twoje poczucie humoru, które prezentujesz również w tekstach z „Verge”…
W każdym śmiechu jest jakiś dramat. Mniejszy bądź większy, ale jest. W utworze „O”, który opowiada o głównym wydarzeniu, do którego dążyłem, mówię w taki sposób, w jaki to się działo. Śmiałem się zbrodni prosto w twarz, nie zważając na konsekwencje. Wszystko odbywało się na pełnym luzie, według planu. Świetnie się bawiłem.
Myślę, że Twoimi wynurzeniami w końcu zainteresuje się policja. Nie wiadomo, czy będziesz miał wtedy czas na prezentację materiału z „Verge” na żywo…
Jestem przygotowany do opowiedzenia całej historii. Mam pełen plan scenografii, są wszelkie materiały, które jednak wymagają zaangażowania i dobrych chęci ze strony osób pracujących w miejscach koncertów, bądź organizatorów takich wydarzeń. W innych przypadkach, których spodziewam się więcej, będzie to uproszczona forma, w której zawarte będą główne motywy z „Verge” wraz ze spojrzeniem na tę historię przez pryzmat osobowości Sergio Oo Aaaa. Wracając do pierwszej wersji. Opowiedzenie o tym, co się wydarzyło, wymaga na pewno nieco teatralnej formy. Bardzo mi zależy na tym, żeby inni choćby na chwilę dotknęli „krawędzi”.
„Verge” wydała nowa wytwórnia płytowa – Qulturap. Kto to?
Tacy jedni. Mają ogromną willę z basenem. Wożą się czarnymi limuzynami, popijając Cristala. Podobno, jak przykleisz ich logo do sprzętu audio, to po tygodniu cycuszki stają się platynowe. Cycuszki ekspedientek w mięsnych. Bardziej serio – to dawny Blend, wszystko pod Rockersem, pełne zespolenie, zero grawitacji, analizowanie spotkań. Ekstraklasa. Qulturap. Nie okultyzm i nie okurwizm. Jak mawia MC Persona Grata: „szarmancja, nonszalancja, wszystkich kobiet aprobata”. Label z przyszłością i wyraźnym parciem, nie zaparciem. Pozdrawiam wszystkich z Q. Jedna miłość – jeden żel!

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. pst

    Jedna milosc – Jeden zel! znam tworczosc CO i mysle ze lepsze pytania moglyby wydobyc z niego wiecej charakteru, ktory mozna poznac przez jego kawalki. Tak to sa bo sa. Dzis na obiad – zimne nozki.