Wpisz i kliknij enter

Noise Immunity – Everyone can kill the artist


Pełna kontrastów dusza rosyjska. Z jednej strony przepełniona bogobojnym tchnieniem, z drugiej – pogrążona w odmętach Dostojewskiej „maligny”. Kipiąca metafizyczną melancholią i nostalgią, niejednokrotnie potrafi wpaść w wir dzikiej ekstazy, nieokiełznanego opętania. Szaleństwo i religia. Taki też jest album Noise Immunity. O tym efemerycznym projekcie nie wiadomo praktycznie nic. Rosyjski oryginalnie tytuł sugeruje, że ludzie odpowiedzialni za tę płytę popijają właśnie kwas chlebowy na jednej z moskiewskich stacji metra. Jednak równie dobrze przebywać mogą w San Francisco, Maroku, bądź też na Syberii. Jedno jest pewne – każdy może zabić artystę!

Płyta dostępna, za darmo, pod adresem: rghost.net »

„(…) ogolony jegomość we fraku siedział z nogą założoną na nogę na obciągniętym czarnym aksamitem stołku. Jedną stopę miał bosą. Smyczek w prawej ręce ślizgał się po tępym skraju długiej piły, której jedną rączkę przyciskał bosą stopą do podłogi, a drugą ściskał w lewej pięści, sprawiając, że instrument wyginał się i drżał”.

Zaczyna się niemal bluesowo. Eskapistyczny monolog na gitarę solo i kiepskiej klasy mikrofon. Po leśniczym zawodzeniu, pojawiają się pierwsze oznaki zainfekowania cyfrowym wirusem. Zakres radzieckich fal radiowych okazuje się na tyle szeroki, by obok alkoholowych uniesień, pomieścić także doniesienia zza Żelaznej Kurtyny. Wędrówka po częstotliwościach przypomina surrealistyczną podróż po meandrach marzeń sennych i opiumowych urojeń. Z czasem ten wielogłosowy kolaż karze zapomnieć o nieustającym buczeniu technologicznej usterki. W końcu do akcji wkraczają uczestnicy suto zakrapianej popijawy, psychodeliczny wymiar zatacza coraz szerszy krąg. Propedeutyka groteski w stanie wcielonym.

„Rozpościerający się wokół mego łóżka wszechświat pełen był najrozmaitszych odgłosów. Rozpoznawałem niektóre – stuk młotka piętro wyżej, dochodzące z daleka trzaskanie okiennic na wietrze, krakanie gawronów – pochodzenie większości dźwięków było jednak niejasne”.

Delikatne pocieranie drewienka szybko przeistacza się w natchniony monolog nt. społecznej funkcji sztuki wysokiej. Monotonnemu przemówieniu towarzyszy patetyczny akompaniament fortepianu. Po otrzymaniu krótkiej lekcji przystosowania do jedynie słusznego stosunku wobec sztuki, wracamy na poletko Janko Muzykanta, Jurodiwego i innych quasi-folkowców. A tam – harmonijka ustna drażni się z rozstrojoną gitarą o prymat instrumentu wiodącego.

„- Czy nie miał pan przypadkiem takiego znajomego o czerwonej twarzy, z trojgiem oczu i naszyjnikiem z czaszek? – spytał. – Który tańczy między ogniskami? – Może i mam – odpowiedziałem uprzejmie – ale nie mogę się zorientować, o kim pan mówi. To zbyt ogólna charakterystyka. Mogłaby pasować do każdego”.

Doświadczenie zalewających prospekty większych miast peruwiańskich grajków, bliskie jest także naszym wschodnim sąsiadom. Z traumą tą próbuje zmierzyć się sowiecka nawijka i prostacki bit, które niestety nie są w stanie przyćmić latynoskich flecików. Dopiero zaloopowane fragmenty przemówień państwowych notabli powodują, iż wszyscy dotychczasowi uczestnicy jamu uciekają z areny swych zmagań. Potomkowie Azteków wędrują dalej, a moskiewscy beatboxerzy sprawdzą swe siły w lokalnej wersji „Mam talent”.

„To zdumiewające, jak wiele nowego odsłania się człowiekowi, wystarczy tylko na chwilę wymieść ze świadomości furę skamieniałego śmiecia! Nie wiadomo nawet, skąd się bierze większość dźwięków, które słyszymy. Cóż dopiero mówić o wszystkim innym”.

Typowa kompozycja akademicka na taśmę i dwa kieliszki wódki. Pełna żalu pieśń, rodem ze szkoły dekadenckiego zawodzenia Włodzimierza Wysockiego, staje w szranki z archiwalnymi, edukacyjnymi nagraniami, na których kobiecy głos udziela wskazówek, w jaki sposób podmiot liryczny winien przezwyciężyć egzystencjalny lęk.

„Dobiegająca mnie muzyka jakby się wspinała, po czym rzucała się jak szalona w studnię klatki schodowej, wówczas między dźwiękami stawały się uchwytne krótkie mgnienia ciszy, palce pianisty znów dopadały melodii, stawiały ją na stopniach i wszystko się powtarzało”.

Kolejne nagranie brzmi niczym utrwalone na zdewastowanej, wielokrotnie przegrywanej kasecie. Psychodeliczną dominantę stanowią w tym przypadku rozedrgane dźwięki dożynkowej fujarki. Iście jarmarski poziom demonstruje także męski głos, który nerwowo szarpie przegięte struny nerwowe. Klasyczny przedstawiciel poezji śpiewanej nie zaakceptował niedoskonałości nagrania, czemu daje wyraz w końcowych taktach utworu, wpadając w liryczną furię, wzmocnioną dodatkowo przez kilkunastosekundowy harsh-noise.

„Olśniło mnie raptem, że każda melodia ma swój określony sens. Ta konkretnie demonstrowała metafizyczną niemożliwość samobójstwa”.

Zasłużyliśmy na króciutki przerywnik, który okazuje się być melodyjką z odrzutów do „Wilka i zająca”

(…) każdy z nas to zaledwie dźwięk płynący spod palców niewiadomego pianisty, po prostu krótkie tercje, potoczyste seksty i dysonansowe septymy majestatycznej symfonii, której nikomu z nas nie dane będzie usłyszeć w całej pełni”.

Znajdujemy się wewnątrz cerkwi. Prawosławna liturgia o wyraźnie błagalnym charakterze. Śpiew jest tutaj tyleż formą mistyki, co emanacją wewnętrznych niepokojów tonącego w obłędzie prezbitera. Do wnętrza cerkwi udało się wtargnąć także naszym ulicznym grajkom, którzy ewidentnie dali się ponieść emocjom towarzyszącym Jezusowej litanii.

„Nigdy nie mogłem zrozumieć, dlaczego Bóg objawił się ludziom w szpetnym człowieczym kształcie. Moim zdaniem o wiele odpowiedniejszą formą byłaby doskonale piękna melodia”.

Klekoczące kołatki wyznaczają trasę przejścia procesji skupionej na odprawianiu modlitwy do Świętego Mikołaja. Uważny słuchacz z pewnością wyłapie werbalne przywoływanie Dziadka Mroza i Santa Clausa. Z upływem czasu kołatanie cichnie, pierwszeństwo oddając wyrafinowanej grze na szkolnym flecie. Dekoracyjności dodaje utworowi kilka cyfrowych zniekształceń, będących najpewniej efektem czułego potraktowania mikrofonu.

„Spoza drzwi dochodziła cicha muzyka. Niezwykła melodia zbudowana na dziwnych, starodawnych współbrzmieniach, smutna i zawodząca. Serdiuk zakasłał. Nikt się nie odezwał. Zakasłał raz jeszcze i pomyślał, że jeśli będzie musiał zakasłać po raz trzeci, zwymiotuje”.

Eklektyzm czystej krwi. Wreszcie dopuszczono do głosu gitarę basową oraz kilka innych – trudnych do zlokalizowania – dźwięków: tamburyn, szarpanie strun, dużo blachy (miski, wiadra), sporo zabawek, rozstrojony radioodbiornik, podręczne śmieci. Ale przede wszystkim zdesperowany bohater poparzony przez życie. Moskiewska kawalerka w cenie daczy w Soczi. Stacja „Sierp i Młot”, elektriczka o 4 rano. Potwierdzenie wielkomiejskiej klaustrofobii ubrane w eksperymenty językowe z pogranicza poezji dźwiękowej (sound poetry).

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Wiktora Pielewina „Mały palec Buddy” (Warszawa 2003).
2009







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy