Wpisz i kliknij enter

Trzeba być otwartym – nasza rozmowa z Maxem Skibą

Max Skiba szybko dołączył do czołówki polskich producentów tanecznej elektroniki odnoszących sukcesy na Zachodzie. Rozmawialiśmy z nim o tym, jak mu się to udało – i jak zamierza podtrzymać dobrą passę.

Dużo się mówi w mediach o sukcesach polskich zespołów metalowych na Zachodzie. Tymczasem również nasi twórcy muzyki klubowej cieszą dużą popularnością zagranicą – choćby Ty, Jacek Sienkiewicz, Marcin Czubala czy Catz`n Dogz.

Absolutną podstawą każdego sukcesu jest wysoka jakość tego, co się robi. Wtedy można łatwiej promować danego artystę. W ostatnich latach okazało się, że polscy producenci tanecznej elektroniki robiąc, to co czują, tworzą dobre nagrania, które podobają się w wielu krajach.

Zadebiutowałeś pięć lat temu materiałem wydanym przez cenioną wtwórnię z Kolonii – Boxer Recordings. Jak Ci się to udało?

Muzykę tworzyłem już wcześniej. Podsyłałem więc nagrania do różnych osób i wytwórni. Miałem pozytywny odzew, ale nie było to nic konkretnego. Do Boxera wysłałem fragment mojego występu na żywo – ponieważ im się spodobało, poprosili o demo. Wybrałem więc najlepsze kawałki i wysłałem je, a oni wydali je na winylowej EP-ce „Randez Vous Over Mars”. Bardzo fajnie mi się nimi pracowało, to ciepli i słowni ludzie, którzy mają dobrą energię. Ale potem nasze drogi się rozeszły. Boxer jest obecnie bardziej nastawiony na techniczne granie, specjalizuje się w płytach dla didżejów, a ja poszedłem raczej w stronę melodii niż rytmu.

Twoje kolejne krążki wydały wytwórnie Terranova i Skylax. Musiałeś znowu rozsyłać dema?

Sprzedaż płyty opublikowanej przez Boxera przerosła wszelkie oczekiwania. Zacząłem grać koncerty na całym świecie, poznawać ludzi z branży. Podrzucaliśmy sobie nawzajem kawałki, wymienialiśmy o nich opinie. Wytwórnie zaczęły się więc same do mnie zgłaszać. „Masz coś nowego?” – pytano coraz częściej. Nie musiałem więc sam starać się o zwrócenie na siebie uwagi.

Wyspecjalizowałeś się w nowoczesnym disco, sięgającym do korzeni tego gatunku z lat 70. i 80. Co Cię zachwyciło w takim graniu?

Od zawsze dążyłem do wpisania swej muzyki w strukturę piosenki. A muzyka disco idealnie się do tego nadaje. Interesują mnie ładne melodie i ciekawe harmonie. Jestem osobą sentymentalną i wrażliwą, mało słucham nowych rzeczy, ponadto interesuje mnie muzyka w całym swym bogactwie, nie tylko jeden gatunek.

No właśnie: dwa lata temu pojawiłeś się na składance „Astigmatic: Inspired By Chopin”. Słuchasz również klasyki?

Nie tyle, ile bym chciał. Klasyka to podstawowe źródło inspiracji dla każdego muzyka. Cieszę się, że mogłem wziąć udział we wspomnianym projekcie. To był fajny pomysł: wyjść z Chopinem poza środowisko filharmonii. Jego kompozycje w szczególnie ciekawy sposób potraktowali artyści z zagranicy – wykazali dystans do Chopina, czego przykładem było nagranie brazylijskiego didżeja Amazing Claya, który zamienił kompozycję naszego geniusza w mocne i proste electro. Wywołało ono żywą dyskusję na forach – a o to przecież chodziło.

Twoje najnowsze dokonania – nagrania zrobione z Noviką na jej album „Lovefinder” i utwory duetu The KDMS, który założyłeś z brytyjską wokalistką Kathy Diamond – to nowocześnie zaaranżowane piosenki. Czy to znaczy, że jesteś gotowy na przygodę z popem?

Dobry pop nie jest zły. (śmiech) Przecież stare utwory Kate Bush czy Fleetwood Mac to genialne rzeczy! Z Kasią od razu założyliśmy, że zrobimy piosenki, bo oboje lubimy wokalne kawałki. Produkcje The KDMS mają bardziej dyskotekowy charakter, mniej współczesny, ale również są skoncentrowane na kobiecym śpiewie. Niedawno zwróciła się do mnie piosenkarka Mia Billadoll z propozycją nagrania… niemieckojęzycznego albumu. Zauroczył mnie ten pomysł – zobaczymy, co z niego wyjdzie.

Dla producenta nowej elektroniki praca z ludzkim głosem musi być ciekawym wyzwaniem.

Podobno najprzyjemniejszym dźwiękiem dla ucha człowieka jest właśnie ludzki głos. Żeby nad nim pracować, musiałem się sporo nauczyć. Postawiłem sobie wysoko poprzeczkę i mocno się napociłem, aby jej nie strącić. (śmiech) Ciągle pojawiały się jakieś „kruczki”, z którymi trzeba było sobie radzić. To nauczyło mnie pokory wobec „żywych” dźwięków. Nieprzypadkowo to właśnie one – gitary czy fortepianu – są najchętniej słuchane przez ludzi. Elektronika to tylko alternatywa. Ale praca ta przyniosła mi mnóstwo radości, bo mogłem się otworzyć na bliskie mi gatunki – gospel, soul czy funk.

Masz na swym koncie sporo remiksów utworów innych artystów. Czy to równie kreatywne zajęcie, co tworzenie własnej muzyki?

Jak najbardziej. Zawsze staram się podchodzić z respektem do oryginału, zrozumieć, o co chodziło jego wykonawcy. Nigdy nie traktuję remiksowania jako „poprawiania” czyjegoś kawałka. To raczej przekładanie go na inny język. Choćby zwykłej piosenki pop – na klubowy numer. Czerpię z tego dużą przyjemność, szczególnie pod koniec pracy, kiedy konfrontuje się ostateczny efekt z wyjściowym materiałem.

Jak wypadło Twoje pierwsze zderzenie z zachodnią sceną klubową?

Zadebiutowałem na imprezie w paryskiej „Cafe LOpus”, zorganizowanej przez tamtejszych promotorów. Kiedy dowiedziałem się, że wcześniej występowały w niej gwiazdy pokroju Craiga Davida, podszedłem do występu z uśmiechem, pytając sam siebie: „Co ja tutaj robię?”. No i doszło do katastrofy: nagłośnienie nie było przystosowane do mojej muzyki, miałem brak odsłuchu, ludzie nie chcieli się bawić. Jakież było moje zdziwienie, kiedy rok czy dwa lata później, nagranie mojego setu z Paryża zrobiło furorę w kultowej rozgłośni internetowej nadającej z Holandii – CBS. Okazało się, że muzyka, którą wtedy grałem świetnie sprawdza się w radiu.

A jak dzisiaj grywa Ci się w klubach?

W Polsce bywa różnie. Jeśli wchodzę z materiałem, w którym decydującą rolę nie spełnia rytm, ale melodia, ludzie są czasem zaskoczeni. Oczywiście, wiem co zagrać, żeby klubowiczom zrobić dobrze, ale nie do końca odpowiada to moim muzycznym zainteresowaniom. Ostatnio jest trochę lepiej, bo ludzie nauczyli się, że przychodząc do klubu muszą się poddać nastrojowi tworzonemu przez grającego w nim didżeja. Kiedyś było inaczej – uważano, że to didżej powinien się dostosować do publiczności. To podobnie jak z koncertem jazzowym. Trzeba być otwartym i poddać się muzyce a nie stawiać jej wymagania.

A jak jest zagranicą?

Nie chciałbym generalizować, ale tam ludzie są bardziej przyzwyczajeni do muzycznej różnorodności. Nic w tym dziwnego – w Anglii, Niemczech czy Belgii scena klubowa istnieje już od dawien dawna. Do klubów chodzili kiedyś rodzice, teraz chodzą ich dzieci. Nie mają więc problemów z odnalezieniem się w tej kulturze. U nas kultura klubowa jest młoda, dopiero się kształtuje, ale i tak składa się na nią wiele pozytywnych zjawisk.

Wolisz grać w klubach czy na dużych festiwalach?

Festiwale są fajne, jest lato, ciepło, dużo ludzi, więc wytwarza się dobra energia. Ale osobiście preferuję kameralną atmosferę, kiedy mam kontakt wzrokowy z prawie każdą osobą na parkiecie. To jak w szkole – gdy klasa ma trzydzieści osób, połowa z nich nie może się skoncentrować na lekcji, ale gdy ma piętnaście – wszyscy coś z niej wynoszą. W małych klubach ludzie nie są rozkojarzeni, ale skupieni na muzyce. A o to przecież chodzi.

Kiedy doczekamy się Twojego debiutanckiego albumu?

Pomysł na album powoli we mnie dojrzewa. Nie chciałbym, żeby było to podsumowanie mojej dotychczasowej działalności, ale zupełnie świeży materiał. Dlatego nie zakładam żadnego efektu z góry. Jestem trochę maruderem, rozczulam się nad pojedynczymi dźwiękami, często zmienianm stosunek do poszczególnych nagrań – to sprawia, że długo pracuję nad EP-ką, a co dobiero nad albumem. (śmiech) Ale to nie tylko mój problem. Jakieś dwa lata temu rozmawiałem z Danielem Wangiem o jego nowej płycie. Mimo, iż przyznał wtedy, że właśnie nad nią pracuje, do dziś jej nie wydał i myślę, że poczekajmy na nią jeszcze następne dwa lata, o ile w ogóle się pojawi. Podobnie jest ze mną – tym bardziej, że ciągle mam mnóstow różnych projektów.

Który z nich jest dla Ciebie dzisiaj najważniejszy?

Dużo dobrego dzieje się z The KDMS. Początkowo miał to być solowy projekt jedynie z featuringiem Kathy. Ale tak dobrze nam się współpracowało, że postanowiliśmy pociągnąć to dalej już jako regularny duet. Włożyliśmy w nagrania dużo pracy, ale efekty są zadowalające. W sierpniu ukaże się nasz drugi singiel – „High Wire” – w wypasionej wersji z remiksami i instrumentalami, w sumie siedem utworów. Gramy go już na koncertach i publiczność reaguje wspaniale. Na zimę planujemy z kolei EP-kę z czterema premierowymi kawałkami.







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
trackback

[…] oddam głos Maksowi, zachęcam do poczytania naszego wywiadu z artystą. – Trzeba być otwartym – mówił w nim. O otwartości świadczą choćby poniższe […]

Polecamy