Wpisz i kliknij enter

Gorillaz – Plastic Beach

Od samego początku swojego istnienia Gorillaz przyciągał do siebie uwagę. Kreskówkowe postacie, w które życie tchnął rysownik Jamie Hewlett radośnie przemykające w teledyskach promujących kolejne świetne single zespołu, enigmatyczna otoczka – kto tak naprawdę należy do tej grupy – utrzymywana przez dłuższy czas nawet na koncertach, gdzie uwagę publiczności miały skupiać kolejne animacje i slajdy, nie zaś ukryty w cieniu sceny zespół. Do tego dodać trzeba liczne featuringi płytowo-koncertowe (często bardzo nietypowe, choćby kapitalna recytacja Dennisa Hoppera w ‘Fire Coming Out of the Monkeys Head’) i oczywiście sam Damon Albarn – mózg całego przedsięwzięcia, który po rozwiązaniu Blur postanowił urzeczywistnić swoje marzenia związane z mariażem rapu z muzyką pop okraszoną gęsto elektroniką i zapożyczeniami z wszelkich możliwych gatunków muzycznych – od Gospel po Latino.
Jak pokazało życie owoce tego projektu przerosły jego oczekiwania i wyniosły grupę na szczyt, który od czasu debiutu podpartego kolejnym, jeszcze lepszym albumem studyjnym jest uważnie obserwowany zarówno przez fanów jak i krytyków wyczekujących jakiejkolwiek aktywności – najlepiej zwiastującej nadejście nowego albumu.

Wyspa o dość nietypowym kształcie wielkiego grzyba, na której osadzona jest rozbudowana rezydencja kusząca rozległym tarasem i bajkową scenerią. Palmy, szum morza, śpiew mew i złocista plaża. Jednak im dłużej wpatrujemy się w okładkę tym łatwiej odnieść wrażenie, iż ta idylliczna sceneria jest jakby pokryta błyszczącym sztucznie celofanem. ‘Plastic Beach’ powstało na zgliszczach projektu, do którego Albarn zdążył rzekomo napisać około siedemdziesięciu utworów (mniej lub bardziej skończonych), a którego temat obracał się wokół Wielkiej Brytanii (a dokładniej – jej mistycznych aspektów). Wykorzystując przy budowaniu koncepcji albumu nośne tematy konsumpcjonizmu i ekologii powstał fundament, na którym w pełni wykorzystano reputację zespołu zapraszając do współpracy tuzy muzycznego świata – od Snoop Dogga, przez weterana sceny rockowej Lou Reeda, aż po rdzeń punkowej kapeli The Clash (Mick Jones oraz Paul Simonon). A to tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż wszyscy goście wypisani na naklejce zdobiącej okładkę płyty zakrywają ją w połowie. To oczywiście musiało doprowadzić do ogromnego rozrzutu stylistycznego utworów na albumie, jednakże patrząc przez pryzmat fikcyjnego uniwersum będącego zbieraniną plastiku z całego świata taki kolaż gatunków muzycznych był bardzo trafionym posunięciem. Niesamowita różnorodność, której wspólnym mianownikiem są tematy przewijające się przez wersy kolejnych utworów, jest elementem doskonale wpisującym się w ten sztuczny świat będący odbiciem globalnej wioski, jaką stała się Ziemia zasypywana nieustannie jednorazowymi opakowaniami i bułami z fast-food’ów.

W koncepcji albumu swoje odbicie znajduje także warstwa instrumentalna. Wykorzystując elektroniczną perkusję oraz brzmienia syntezatorów typowe dla hitów z lat osiemdziesiątych kolektyw Gorillaz uzyskał niesłyszaną przez mnie od dawna świeżość w muzyce rozrywkowej. Libańska orientalna orkiestra fenomenalnie uzupełniana przez przekomarzania raperów toczące się na tle elektronicznych podrygów sekwencera w utworze ‘White Flag’, cukierkowy pop-song ‘Empire Ants’, w którym senny śpiew Albarna kontrastuje z emocjonalną opowieścią snutą przez Yukimi Nagano podpartą kaskadami kolorowych, klawiszowych dźwięków, czy w końcu ‘Cloud Of Unknowing’ będący echem ‘Orchestral Intro’, gdzie Bobby Womack opłakuje straconą miłość. A kiedy robi to człowiek mający ponad pięćdziesięcioletnie doświadczenie wokalne (a jeszcze większe życiowe) to uwierzcie mi, że nawet przy setnym odsłuchu utwór chwyta za serce.

Większość kompozycji z tego muzycznego bigosu z początku szokuje swoją budową i barwą użytych dźwięków (często świadomie naśladujących popowy blichtr), lecz po dokładniejszym zapoznaniu się z krążkiem świadomość tego, że mamy do czynienia z płytą trzymającą wysoki poziom od pierwszego do ostatniego utworu, pełną chwytliwych refrenów i wpadających w ucho melodii, urasta do stwierdzenia, iż ‘Plastic Beach’ jest poważnym kandydatem do muzycznej produkcji roku, której to sukces komercyjny i przede wszystkim artystyczny szerzony na światowych festiwalach przez czterdziestodwuosobową sceniczną efemerydę jest dowodem na to, że w muzyce pozostało jeszcze wiele nie odkrytych lądów i wysp. I jeśli rzeczywiście ma to być ostatni album Albarna wydany pod szyldem Gorillaz, to nie wyobrażam sobie lepszego finału tej podróży, niż ‘Plastic Beach’.

Parlophone/Virgin Records 3.03.2010

5/5







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Polecamy