Stenny – Upsurge
Paweł Gzyl:

Połamane rytmy zanurzone w ambiencie.

Justyna Steczkowska – Maria Magdalena. All Is One
Przemysław Solski:

Wędrówka duszy.

Function – Existenz
Paweł Gzyl:

Opus magnum Dave’a Sumnera.

Bella Boo – Once Upon a Passion
Jarek Szczęsny:

Z półprzymkniętymi oczami.

Shed – Oderbruch
Paweł Gzyl:

Szperając w zbiorowej pamięci.

KTLH – Azathoth
Jarek Szczęsny:

Egzorcyści będą mieć pełne ręce roboty.

Koenraad Ecker & Frederik Meulyzer – Carbon
Paweł Gzyl:

Wizyta na Spitsbergenie.

Planetary Assault Systems – Live At Cocoon Ibiza
Paweł Gzyl:

Techno z saksofonem? Czemu nie!

Olo Walicki & Jacek Prościński – Llovage
Jarek Szczęsny:

Uciekająca sekcja rytmiczna.

Abul Mogard – Kimberlin
Maciej Kaczmarski:

Elegia na odejście.

Tobias Preisig – Diver
Łukasz Komła:

Skoncentrowana powódź.

Lee Gamble – Exhaust (Flush Real Pharynx Part 2)
Paweł Gzyl:

Powrót do korzeni.

Various Artists – Pop Ambient 2020
Paweł Gzyl:

Ambient jak skała.

FKA Twigs – Magdalene
Jarek Szczęsny:

Jedno płuco.



Damon Albarn

Little Simz – GREY Area

Istotnie, miażdży. Czytaj dalej »

Everything is Recorded by Richard Russell

Dobrze jest być szefem. Czytaj dalej »

Jupiter & Okwess

Na najnowszym albumie kongijskiej grupy Jupiter & Okwess znalazło się miejsce dla Damona Albarna, Warrena Ellisa i Roberta del Naja (3D). Czytaj dalej »

Gorillaz – Humanz

Na płycie „The Fall” zespół Gorillaz udowodnił, że można stworzyć płytę z aplikacji muzycznych. Czytaj dalej »

Fufanu

8 lipca ukazała się wersja specjalna ubiegłorocznej płyty Islandczyków.   Czytaj dalej »

Podsumowanie roku 2014 – Bartek Woynicz

Subiektywna lista płyt odchodzącego roku. Czytaj dalej »

Damon Albarn w Poznaniu – relacja

Nostalgiczny wieczór z tanecznymi przecinkami. Czytaj dalej »

Damon Albarn – Everyday Robots

Od chropowatych barw Britpopu, przez pop-slapstickowy Gorillaz i garść projektów pobocznych. Zawsze ambitnie i odważnie. Damon Albarn zasłynął kartkując muzyczny wokabularz w sposób intuicyjny, scalając brzmienia i dźwięki wedle uznania. I co najpiękniejsze – nie metodą Copy-Paste’a Czytaj dalej »

Heineken Open’er Festival za 67 dni

Niniejszy artykuł jest pierwszym selektywno-subiektywnym przewodnikiem traktującym o artystach mających zawitać do Polski w lipcu. W domyśle adresowany przede wszystkim do tych jeszcze nie do końca zdecydowanych, którzy chcieliby w końcu na własnej skórze poczuć wibracje dochodzące ze sceny głównej i usłyszeć nocą nawoływania znajomych w labiryncie Toi-Toi. Dlaczego i dla kogo warto więc przyjechać w tym roku do Gdyni? Czytaj dalej »

Damon Albarn – Dr Dee

Forma opery z definicji przyjmuje zaangażowanie umysłowe słuchacza. Może właśnie dlatego „Dr Dee” lepiej wpasowuje się w te ramy, będace tu portalem do historii renesansowego myśliciela, aniżeli w pop-rockowe aranżacje, którymi Damon Albarn zwojował tak wiele. A jest o czym opowiadać i czego słuchać, gdyż John Dee z równym zaangażowaniem zgłębiał tajniki matematyki i astronomii, co magii i okultyzmu, jako osobisty doradca sącząc swą wiedzę w uszy Królowej Elżbiety I.

Nie jest to pierwsze spotkanie Albarna ze światem muzyki operowej – „Monkey: Journey to the West”, nosząca wyraźne znamiona rozwiązań kompozycyjnych oraz przede wszystkim brzmieniowych znanych z płyt Gorillaz, jest tworem mało przystępnym, tracącym zapewne niemało w oderwaniu od obrazu. W przypadku „Doktora Dee” problemu takiego nie ma – instrumentarium charakterystyczne dla epoki, wzbogacone sekcją smyczków oraz chóralnymi zaśpiewami, wraz z cicho akompaniującą gitarą Albarna pozwalają traktować ten album jako dzieło niezależne, przekazujące treść także poza deskami opery.

http://www.youtube.com/watch?v=lGzQgTK7ocM

„Dr Dee” ma także jedną, ogromną zaletę – Albarn jako kompozytor nigdy nie otrzymał klasycznego wykształcenia. Dlatego też nieograniczony ramami narzucanymi przez system edukcji muzycznej, ale wspierany nieustannie przez kompozytora pomagającego mu w przelewaniu myśli na zapis nutowy, stworzył obraz Anglii epoki Elżbietańskiej posługując się talentem, doświadczeniem i wyczuciem. A to, że swój kraj potrafi przedstawić w sposób frapujący i magiczny udowodnił już wiele razy – zarówno pod banderą Blur (chociażby „Essex Dogs”), jak i projektem „The Good, The Bad & The Queen”, który PJ Harvey przed nagrywaniem „Let England Shake” słuchała zapewne nierzadko.

http://www.youtube.com/watch?v=F0PFZ06YYgI

Albarn w paru słowach potrafił wyrazić nienazwaną tęsknotę i ludzką ciekawość dotyczącą ciał niebieskich („Saturn”) oraz ubrać w muzykę spotkanie Johna Dee z aniołami (eteryczne zakończenie utworu „The Moon Exalted”). Sceny z jego życia, poprzetykane krótkimi przerywnikami, stanowiącymi zapewne większą wartość dla aktorów na scenie, niż dla słuchaczy w domu, ożywają w kameralnie zaaranżowanych utworach, w których lekko zachrypiały głos Damona przybliża życiorys człowieka nieprzeciętnie inteligentnego, naukowego pioniera, rozerwanego mentalnie pomiędzy wiedzą zdobytą w sposób empiryczny, a marzeniami o kontakcie ze światem pozaziemskim i mocami nadprzyrodzonymi. „Dr Dee” to okazja, by zostać biernym świadkiem tego konfliktu i warto z tej okazji skorzystać. Muzyka wymagająca, jednak o rzadko spotykanej urodzie.

Parlaphone | 2012

Rocket Juice & The Moon – Rocket Juice & The Moon

Święto Pracy jest świętem dość zaniedbanym, ale na pewno nie przebrzmiałym. Ciągle żywotna jest teoria, że oprócz kultury to właśnie praca odróżnia człowieka od innych gatunków, dlatego w ten dzień warto poświęcić parę minut na docenienie ludzi, którzy nie mają nam więcej do zaoferowania niż bardzo sumienne podejście do tego, co robią i oczywiście efekt tego działania.

Poznali się cztery lata temu, w samolocie do Lagos w Nigerii. Wybierali się tam w ramach warsztatów, konferencji i zwyczajnej wymiany doświadczeń w ramach Africa Express. Damon Albarn, Michael „Flea” Balzary, Tony Allen. Każdy z osobna jest człowiekiem instytucją, który oprócz swoich głównych projektów, udziela się też w wielu innych, pomniejszych, ciągle będąc w orbicie artystów bardzo aktywnych, ale rzadko kiedy rozmieniających się na drobne. Ich sylwetki mogą stanowić w przyszłości niedościgniony wzór osób tyleż pracowitych, co skrupulatnych i nigdy nie schodzących poniżej bardzo przyzwoitego poziomu.

Ale pisanie takich peanów można zaniechać na moment, gdy spotykają się razem i pragną stworzyć kosmiczny ensemble wraz z zaproszonymi gośćmi, niemniej uznanymi. Dość wymienić Erykę Badu, gwinejskiego wschodzącego dopiero rapera M.anifest, obsługującego keyboard Cheick Tidiane Seck, czy niedawną debiutantkę, ale już bardzo uznaną Fatoumatę Diawarę. Cała plejada nazwisk nie kończy się na tych paru osobach, dając przynajmniej personalnie do zrozumienia, z jakim gatunkiem będziemy mieć do czynienia.

I rzeczywiście, bardzo łatwo wychwycić już od pierwszych dźwięków, że supergrupa jest hołdem dla klasycznego soulu i afro-funku lat 70. Nie jest to jawna kalka, tylko 18 (w wersji bonusowej 20) zgrabnych, rytmicznych (to przede wszystkim) kompozycji, czasem miniatur, ale jednak nie odbiegających od pierwowzorów sprzed 40 lat.

Jeżeli na czymś trzeba się koniecznie skupić, to jest zdecydowanie sekcja rytmiczna. Tony Allen wraz z Flea przypominają czym jest transowość, nieliniowość, przełamanie klasycznego 4/4 do stosunku 5/3 (nie uciekając przy tym od czterotaktowej podstawy). Jak mawiają wielcy tego świata – rytm to nieśmiertelność, zwłaszcza w przypadku afrykańskich konotacji muzyki zachodniej i tzw muzyki świata, która przeważnie jest bardziej onomatopeiczna, przez co posiada zupełnie inne podejście do struktury utworu, a nawet tonacji.

[embeded: src=”http://www.junostatic.com/ultraplayer/07/MicroPlayer.swf” width=”400″ height=”130″ FlashVars=”branding=records&playlist_url=http://www.juno.co.uk/playlists/builder/449045-01.xspf&start_playing=0&change_player_url=&volume=80&insert_type=insert&play_now=false&isRe lease=false&product_key=449045-01″ allowscriptaccess=”always”]

Płyta sama w sobie przenosi w zupełnie inny wymiar, bardzo wakacyjny, słoneczny (tak, taki jak teraz za oknem), ale najbardziej zdumiewa mnogością pomysłów i całą paletą barw, dźwięków, uczuć, skumulowanych w niepełnej godzinie. I nie jest to jazda emocjonalnym rollercoasterem. Bardziej mamy do czynienia z zaproszeniem do rdzennej części Afryki, gdzie można podziwiać jednocześnie niemalże oślepiający błękit nieba oraz czerwony, niemalże krwisty, odcień spalonej słońcem ziemi. Jeśli można by cokolwiek wymienić, wyróżnić, to z pewnością będą to olśniewające już nie tylko rytmiką, ale prawdziwie uzależniającymi melodiami Hey, Shooter z Eryką Badu, Lolo z Diawarą i M.anifestem, absolutnie najbardziej wyrazisty Follow-Fashion, a także Poison, najbliższy albarnowej estetyce oraz porywający swym motywem klawiszowym There. Reszta radośnie wibruje wokół tych pereł, niewiele od nich odstając poziomem, ale też nie przykuwając tak bardzo uwagi, będąc raczej ścieżką do wymienionych już wyżej wrót.

Wszystko tu się miesza jak w nieokiełznanym tyglu, wzrusza, zachwyca i idealnie nadaje się do celebrowania słonecznych i leniwych dni, choć nie ucieka się do tanich chwytów z wakacyjnych hitów. Im częściej słuchacz daje się ponieść tym dźwiękom, tym więcej światła i radości może otrzymać w zamiar. Egzotyczna pozycja obowiązkowa.

Honest Jon’s // 2012

www.rocketjuiceandthemoon.com

www.honestjons.com

 

DRC Music – Kinshasa One Two

Rozwiązując grupę Blur Damon Albarn odciął się od britpopowego współzawodnictwa, jakie na Wyspach przybrało swojego czasu wymiar świętej wojny, by skupić się na projektach pobocznych. Jeden szturmem podbił cały świat, zaś pozostałe zostały przez krytyków oraz melomanów dopisane do krótkiej listy albumów, które w zgrabnie skrojonych piosenkach eksponują elementy folkloru z odległych od Europy geograficznie miejsc. Tym samym Brytyjczyk może pochwalić się między innymi powołaniem do życia wielogatunkowej hybrydy Gorillaz, supergrupy The Good, The Bad & The Queen, balansującej pomiędzy afrobeatem i rockiem alternatywnym oraz skomponowaniem muzyki do chińskiej opery „Monkey: Journey To The West”. Do tego radosnego grona dołącza „Kinshasa One Two”, kolejny album w dorobku Albarna wymykający się zarówno łatwej ocenie, jak i jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej.

DRC* Music inspiracjami sięga głęboko w ląd Czarnego Lądu szukając ciekawych melodii, barw, głosów oraz instrumentów, jakie można by przepuścić przez zwoje mózgowe całej armii muzyków związanych z tym projektem. Damon Albarn, koordynując kierunek rozwoju „Kinshasa One Two”, na swoich usługach zgromadził niemały oddział znanych nazwisk, z których Actress, Dan The Automator, Richard Russell oraz Kwes są jedynie wierzchołkiem góry lodowej.

Afryka oczami pokolenia wychowanego na DJskich manipulacjach, muzyce rave oraz trip-hopie jest jednym wielkim roztańczonym organizmem. Przebojowo melodyjny rap, wprawnie przełożony hip-hopowymi bitami powstałymi na bazie elektroniki i folklorystycznego instrumentarium, egzystuje tu obok skomplikowanych struktur rytmicznych wygrywanych na endemicznej odmianie ksylofonu – mbili, a plemienne zaśpiewy naturalnie zlewają się z tanecznie podrygującymi aerofonami sprawującymi się nie gorzej, niż sekcje dęte w twórczości Jamesa Browna. Od rytualnych modlitw gęsto obsianych elektroniką („Ah Congo”), przez warczące gitarą basową ludowe improwizacje („Respect Of The Rules”), a kończąc na szalenie przebojowych klimatach world music („K-Town”) DRC Music daje się poznać jako grupa pomysłowa, pomyślnie przeszczepiająca swoje pomysły do czarnych melodii. Głos Albarna przyjdzie nam usłyszeć jedynie w otwierającym album utworze „Hallo” i w sumie bardzo dobrze, gdyż dzięki temu jego sława nie przytłacza egzotycznego dorobku kulturowego, jaki wręcz wylewa się z głośników podczas słuchania.

Album „Kinshasa One Two”, nagrany podczas pięciodniowego pobytu kolektywu DRC Music w Kinszasie, przez prezentowanie nietypowych rozwiązań kompozycyjnych oraz brzmieniowych, a także osoby zaangażowane w jego stworzenie, powstał w celu nadrzędnym – by skierować uwagę opinii publicznej na kryzys humanitarny, który w ciągu czterech lat pochłonął życie dwóch milionów obywateli Demokratycznej Republiki Konga. Fakt ten, zestawiony z tanecznym charakterem produkcji, nie pozwala w pełni cieszyć się muzyką bez obecności sumienia milcząco przyglądającemu się naszej stopie podążającej za rytmem. I o to właśnie chodziło.

Warp Records | 3.10.2011

  • Całość do posłuchania tutaj
  • http://drcmusic.org/
  • *DRC – Democratic Republic of the Congo
  • Wszystkie wpływy ze sprzedaży albumu zasilają organizację Oxfam

Gorillaz – The Fall

Damon Albarn potwierdził w mediach przerwę, jaką po zakończeniu tegorocznej trasy koncertowej chce zrobić sobie od Gorillaz, by zająć się innymi projektami. Tym samym ‘The Fall’ można potraktować jako tymczasowe pożegnanie z Gorylami – zamknięcie pewnego rozdziału w historii grupy. Nasunąć się może przypuszczenie, iż dostajemy odrzuty z ostatniej sesji nagraniowej, co częściej pozostawia uczucie niesmaku, niż przyjemnego obcowania z echem skończonego dzieła. Dlatego na samym początku mogę zapewnić, iż nie jest to krążek z gatunku B-sides i G-sides.

Człowiek przychodząc na koncert chciałby, aby jego ulubieńcy stanęli na wysokości zadania i zagrali fenomenalnie – bez znudzenia i popadania w rutynę. A najlepiej, żeby ten występ został nagrany i wydany oficjalnie, by wszyscy mogli się nim cieszyć. Lecz obok tak kreatywnego wydarzenia, jakim jest koncert, muzycy resztę czasu poświęcają przemieszczaniu się od miasta do miasta, co często nie służy inwencji twórczej, a bardziej niepotrzebnym spięciom i konfliktom. Aby nie wypaść z formy, a zapewne także i z nudów, podczas trasy po USA Albarn bawił się ogólnodostępnymi aplikacjami muzycznymi na swoim iPadzie. Zabawa szybko przekształciła się w szkice utworów, które zdecydował się wydać pod szyldem Gorillaz. To tłumaczy dlaczego ‘The Fall’ posłuchać można w sieci za darmo (choć nagrania doczekają się w 2011 wydania kompaktowego). Zabieg ten powinien uciszyć malkontentów, którzy najchętniej przystąpiliby do porównywania tego albumu z innymi posługując się kategoriami lepszy-gorszy.

‘The Fall’, choć zgodnie z zapewnieniami Albarna osnuty jest jesienną nostalgią, jaka towarzyszyła nagraniom, w pierwszym momencie bardzo przypomina debiutancką płytę Gorillaz, a to głównie za sprawą chirurgicznie połączonych ze sobą ścieżek i sampli. Uzyskana tak przejrzystość jest głównym powodem, dzięki któremu piosenki wypadają kameralne i skromne na tle rozbuchanego kompozycyjnie ‘Plastic Beach’. Wspólnym mianownikiem łączącym oba wydawnictwa jest oczywiście elektronika, na tle której cichy, chrypiący głos Albarna z jednaką melancholią opowiada o życiu na trasie. Obserwuje wschodzące leniwie nad horyzontem Kalifornii Słońce i stawia drzwi obrotowe, będące wszechobecną częścią lotnisk i dworców, w roli niemego świadka swoich narastających wątpliwości i zmęczenia. Oczywiście znajdą się także zarejestrowane chwile radości, z których najmocniej świeci ‘Bobby in Phoenix’ z Womackiem w roli wokalisty i gitarzysty. Same nawiązania do amerykańskiej kultury potraktowane zostały w sposób luźny – jodłowania w ‘Seattle Yodel’ nie można uznać za nic innego, jak za żart zamykający album. Z kolei pląsające w ‘Detroit’ syntezatory miło korespondują z faktem, iż miasto to uznawane jest przez wielu za kolebkę muzyki techno.

Warstwa dźwiękowa tylko z pozoru może wydawać się płaska. Melodie i podkłady nagrane przy użyciu iPadowskich symulatorów zostały podbudowane potężnym brzmieniem prawdziwych syntezatorów Korga, Mooga, a także gitary i pianina. Tym samym pozornie ekscentryczny pogląd przekonujący do tego, iż tworzyć może każdy i to jeszcze bez instrumentów został dyskretnie zburzony profesjonalną produkcją i realnym instrumentarium. Większość pomysłów w pełni zachowała jednak swą świeżość, przez co ‘The Fall’ naprawdę brzmi jak zbiór piosenek tworzonych pod wpływem chwili, bez zbędnego dłubania i dopieszczania ich metodami post produkcyjnymi. Dzięki temu ‘Phoner to Arizona’, ‘Revolving Doors’, czy też ‘Little Pink Plastic Bag’ brzmią jak hybryda kompozycyjnej prostoty pierwszego albumu Goryli z wypracowaną na ‘Plastic Beach’ synth-popową formą obdartą jednak z cyrkowych fajerwerków i cekinów.

Album ten nie powinien być traktowany jako osobne, równoprawne dzieło Gorillaz. Bardziej jak hołd złożony różnorodności cechującej USA. Prywatny epilog, pamiętnik z trasy koncertowej będący dowodem na to, że Albarn może zrobić co tylko zechce nie przejmując się zarówno opinią fanów, jak i ludzi, którzy aktualnie tworzą z nim zespół. I najczęściej, tak jak w tym przypadku, wychodzi to wszystkim na dobre. W końcu w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko muzyka.

http://thefall.gorillaz.com/

Parlophone | 25.12.2010

3/5

Damon Albarn, Tony Allen, Paul Simonon, Simon Tong – The Good, The Bad & the Queen

Uwielbiam takie projekty! Garstka artystów, czasem pochodząca z oddalonych od siebie stylistycznie zespołów, spotyka się, aby stworzyć jeden album studyjny i po imprezie wieńczącej zakończone tournee wrócić do swych rodzimych formacji. Dzięki temu nie jesteśmy świadkami odcinania kuponów od dobrego, niczym nieskażonego debiutu przez nagrywanie jakiegoś gniota (lub, co najwyżej, podejrzanie przeciętnej płyty). Przykłady? Świetny Indian Summer z 1971 roku będący wspaniałą odtrutką na powoli zjadający swój ogon rock progresywny, Temple of the Dog – hołd grunge’owego środowiska złożony zmarłemu z przedawkowania heroiny przyjacielowi, czy też rodzimy Lenny Valentino obwołany jednym z ważniejszych wydarzeń na polskiej scenie muzycznej ostatnich lat. Jednak, gdy zamiast satysfakcji zrodzonej z artystycznego sukcesu muzycznej Jętki pojawia się myśl o jego kontynuacji, to istnieje duże prawdopodobieństwo, iż magia jednostrzałowego projektu pryśnie zamieniając się w wodę na młyn kont bankowych wytwórni płytowej oraz zgrzyt fanowskich zębów. Zadziała machina marketingowa, nazwiska artystów. Oczywiście nie jest to żelazna reguła. Druga płyta The Raconteurs, fenomenalna rockowa petarda – kopie mocniej od pierwszej. Blackfield z kolei lepiej zapisałby się w mojej świadomości, gdyby spółka Wilson-Geffen odpuściła sobie dalsze dłubanie w pop-rockowych piosenkach. Jednym z takich projektów jest właśnie ‘The Good, The Bad & The Queen’ promowany nazwiskami czterech muzycznych indywidualistów pochodzących z różnych biegunów muzycznego świata.

Znacznym uproszczeniem byłoby wpisywanie tej płyty w rockową alternatywę. Doklejanie łatki ‘folk-rock’ też sprawy nie rozwiązuje (powiedziałbym nawet, że ją tylko komplikuje). Grupa po przeszło rocznej pracy w studiu uzyskała na tyle trudne do zdefiniowania, frapujące brzmienie, obfite w piękne melancholijne melodie, iż większość zespołów tworzących muzykę niezależną zapewne zaprzedałaby duszę diabłu, aby mieć taki krążek na swoim koncie. Damon Albarn, spiritus movens Blur oraz Gorillaz – pełniący rolę głównego kompozytora, nie stworzyłby zapewne tak mocnego albumu, gdyby nie wkład własny pozostałych muzyków.

Fotografia, na której sekundy dzielą młodego mężczyznę od eksplozji punkową złością skumulowaną w niszczonym na scenie instrumencie, jest jednym z symboli przemian, jakie nastąpiły w muzyce późnych lat siedemdziesiątych. Do ludzi, którzy mieli swój udział w obalaniu rockowych stereotypów należał między innym basista The Clash, bohater wspomnianego zdjęcia. Po rozwiązaniu grupy próbował swych sił przewodząc własnej kapeli, po czym z powodzeniem zajął się malowaniem obrazów oraz projektowaniem okładek. Z powrotem na muzyczne tory sprowadził go właśnie Albarn, kompletujący dream team potrzebny do urzeczywistnienia jego wizji. I choć mogłoby się to wydawać dość ryzykownym posunięciem, to już pierwsze dźwięki akustycznego basu, jakie usłyszałem, przekonały mnie, iż z punkowej szajby została w nim głównie kipiąca sceniczna charyzma, a z wiekiem przybyło mu wrażliwości muzycznej. Za fundamentalny dla muzyki XXI wieku instrument odpowiada długoletni współpracownik Damona, który do pierwszej ligi wybił się grając z The Verve. Skromny sideman mądrze dzielący się muzyczną przestrzenią z pozostałymi członkami zespołu potrafiący wyraźnie zaznaczyć swoją obecność, czy to chwytliwą progresją akordów, czy też mądrze użytą kombinacją gitarowych efektów. Oszczędny styl gry obu panów kierujących się myślą, iż w paru nutach można wyrazić więcej emocji, niż w ich zbędnej gęstwinie, co jest według mnie nadrzędną wartością cechującą dobrego muzyka, stał się wspaniałym kontrapunktem dla dopełniającego składu bębniarza, który będąc współtwórcą afrobeatu – koktajlu jazzu, funku i pomysłów melodyczno-rytmicznych zaczerpniętych od plemion Czarnego Lądu – wraz z Nigeryjczykiem Fela Kuti przyczynił się do wzrostu fascynacji muzyków dźwiękami Afryki, otwierając tym samym drogę do sukcesu takim artystom jak Peter Gabriel, czy Paul Simon. Snuta przez niego sieć perkusyjnych ghost notes dopełniających główny rytm stała się jednym z atrybutów wyróżniających tę płytę na tle europejskiej muzyki alternatywnej.

Tym samym Paul Simonon, Simon Tong oraz Tony Allen pod wodzą człowieka britpopowego renesansu stworzyli zespół, o którego sile nie świadczyła moc używanych wzmacniaczy czy też popisowe partie solowe, lecz przejrzystość strumienia dźwięku, z którego słuchacz może dowolnie wyławiać poszczególne partie instrumentów niezagłuszane niczyim ego. Nagrany materiał dodatkowo przepuszczony przez głowę Danger Mouse’a, pełniącego rolę piątego Beatlesa, uzyskał szlif momentami nadający utworom błysk nieoczekiwanej przebojowości.

Rozpościerając nad muzyką mglistą atmosferę siedemnastowiecznego Londynu czasem jedynie w paru zdaniach, działających niczym zapalnik dla wyobraźni, melancholijny śpiew oprowadzi nas po zakątkach zatopionego w mroku miasta, by zaraz skomentować wydarzenia z ostatniego pięćdziesięciolecia malując słowami szary obraz brytyjskiego socjalizmu oraz żołnierzy niepewnych jutra. Ujrzymy dzięki temu Wielką Brytanię oraz jej Kapitol dalekie od pocztówkowego wizerunku. I choć antywojenne przesłanie zdaje się być tematem dominującym, to jednak przeplata się ono momentami z pozoru błahymi historiami – problematyką zagubienia człowieka w świecie coraz to nowszych technologii, czy też opowieścią o siedmiotonowym wielorybie, który niegdyś wpłynął do Tamizy.

Zamykające płytę requiem, w którym rozdzierająca gitarowa solówka wije się przez zatracający się coraz bardziej w dźwiękowym pandemonium zespół, niesie nadzieję na lepsze jutro w świecie wolnym od dziejowych tragedii, jakie przez stulecia nawiedzały stolicę, której, wedle legend, zgubę miały przynieść opuszczające Tower of London kruki. Być może zobojętnienie ludzi na kolejne nieszczęścia sprawiło, iż upadek Imperium nie został przez nich w ogóle zauważony? Pękająca w finale ściana dźwięku pozostawi nas w zadumie nad kondycją ludzkich poczynań na przestrzeni wieków, ich konsekwencjami oraz lichym pocieszeniem, iż niezależnie od tego, co jeszcze przytrafi się podopiecznym świętego Jerzego Słońce i tak wzejdzie nad horyzont. Świecąc jednako – zarówno dla szarego społeczeństwa, zbrodniarzy, jak i samej Królowej.

Parlophone/Honest Jons 22.01.2007

5/5

Gorillaz – Plastic Beach

Od samego początku swojego istnienia Gorillaz przyciągał do siebie uwagę. Kreskówkowe postacie, w które życie tchnął rysownik Jamie Hewlett radośnie przemykające w teledyskach promujących kolejne świetne single zespołu, enigmatyczna otoczka – kto tak naprawdę należy do tej grupy – utrzymywana przez dłuższy czas nawet na koncertach, gdzie uwagę publiczności miały skupiać kolejne animacje i slajdy, nie zaś ukryty w cieniu sceny zespół. Do tego dodać trzeba liczne featuringi płytowo-koncertowe (często bardzo nietypowe, choćby kapitalna recytacja Dennisa Hoppera w ‘Fire Coming Out of the Monkeys Head’) i oczywiście sam Damon Albarn – mózg całego przedsięwzięcia, który po rozwiązaniu Blur postanowił urzeczywistnić swoje marzenia związane z mariażem rapu z muzyką pop okraszoną gęsto elektroniką i zapożyczeniami z wszelkich możliwych gatunków muzycznych – od Gospel po Latino.
Jak pokazało życie owoce tego projektu przerosły jego oczekiwania i wyniosły grupę na szczyt, który od czasu debiutu podpartego kolejnym, jeszcze lepszym albumem studyjnym jest uważnie obserwowany zarówno przez fanów jak i krytyków wyczekujących jakiejkolwiek aktywności – najlepiej zwiastującej nadejście nowego albumu.

Wyspa o dość nietypowym kształcie wielkiego grzyba, na której osadzona jest rozbudowana rezydencja kusząca rozległym tarasem i bajkową scenerią. Palmy, szum morza, śpiew mew i złocista plaża. Jednak im dłużej wpatrujemy się w okładkę tym łatwiej odnieść wrażenie, iż ta idylliczna sceneria jest jakby pokryta błyszczącym sztucznie celofanem. ‘Plastic Beach’ powstało na zgliszczach projektu, do którego Albarn zdążył rzekomo napisać około siedemdziesięciu utworów (mniej lub bardziej skończonych), a którego temat obracał się wokół Wielkiej Brytanii (a dokładniej – jej mistycznych aspektów). Wykorzystując przy budowaniu koncepcji albumu nośne tematy konsumpcjonizmu i ekologii powstał fundament, na którym w pełni wykorzystano reputację zespołu zapraszając do współpracy tuzy muzycznego świata – od Snoop Dogga, przez weterana sceny rockowej Lou Reeda, aż po rdzeń punkowej kapeli The Clash (Mick Jones oraz Paul Simonon). A to tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż wszyscy goście wypisani na naklejce zdobiącej okładkę płyty zakrywają ją w połowie. To oczywiście musiało doprowadzić do ogromnego rozrzutu stylistycznego utworów na albumie, jednakże patrząc przez pryzmat fikcyjnego uniwersum będącego zbieraniną plastiku z całego świata taki kolaż gatunków muzycznych był bardzo trafionym posunięciem. Niesamowita różnorodność, której wspólnym mianownikiem są tematy przewijające się przez wersy kolejnych utworów, jest elementem doskonale wpisującym się w ten sztuczny świat będący odbiciem globalnej wioski, jaką stała się Ziemia zasypywana nieustannie jednorazowymi opakowaniami i bułami z fast-food’ów.

W koncepcji albumu swoje odbicie znajduje także warstwa instrumentalna. Wykorzystując elektroniczną perkusję oraz brzmienia syntezatorów typowe dla hitów z lat osiemdziesiątych kolektyw Gorillaz uzyskał niesłyszaną przez mnie od dawna świeżość w muzyce rozrywkowej. Libańska orientalna orkiestra fenomenalnie uzupełniana przez przekomarzania raperów toczące się na tle elektronicznych podrygów sekwencera w utworze ‘White Flag’, cukierkowy pop-song ‘Empire Ants’, w którym senny śpiew Albarna kontrastuje z emocjonalną opowieścią snutą przez Yukimi Nagano podpartą kaskadami kolorowych, klawiszowych dźwięków, czy w końcu ‘Cloud Of Unknowing’ będący echem ‘Orchestral Intro’, gdzie Bobby Womack opłakuje straconą miłość. A kiedy robi to człowiek mający ponad pięćdziesięcioletnie doświadczenie wokalne (a jeszcze większe życiowe) to uwierzcie mi, że nawet przy setnym odsłuchu utwór chwyta za serce.

Większość kompozycji z tego muzycznego bigosu z początku szokuje swoją budową i barwą użytych dźwięków (często świadomie naśladujących popowy blichtr), lecz po dokładniejszym zapoznaniu się z krążkiem świadomość tego, że mamy do czynienia z płytą trzymającą wysoki poziom od pierwszego do ostatniego utworu, pełną chwytliwych refrenów i wpadających w ucho melodii, urasta do stwierdzenia, iż ‘Plastic Beach’ jest poważnym kandydatem do muzycznej produkcji roku, której to sukces komercyjny i przede wszystkim artystyczny szerzony na światowych festiwalach przez czterdziestodwuosobową sceniczną efemerydę jest dowodem na to, że w muzyce pozostało jeszcze wiele nie odkrytych lądów i wysp. I jeśli rzeczywiście ma to być ostatni album Albarna wydany pod szyldem Gorillaz, to nie wyobrażam sobie lepszego finału tej podróży, niż ‘Plastic Beach’.

Parlophone/Virgin Records 3.03.2010

5/5