Wpisz i kliknij enter

Gorillaz – Song Machine, Season One: Strange Timez

Metafizyczny burdel.

Gdyby ktoś pięć lat temu powiedział mi, że Polska staczać się będzie w mroki średniowiecza, kobietom odbierać się będzie wolną wolę, bezwzględni okrutnicy będą rządzić krajem, a Robert Smith będzie otwierał nowy album Gorillaz, to bym nie uwierzył. Dziwne czasy, chciałoby się rzec, a co można wyczytać w tytule płyty wirtualnego zespołu, który postanowił uczcić dwudziestolecie swojej działalności artystycznej i spakować cały świat w maszynę do piosenek. Koncepcja Damona Albarna, Jamiego Hewletta i Remi Kabaka Jr. ma obrazować chaos i sposób na poruszanie się po nim.

Podobno piosenki umarły albo w najlepszym razie zostały przymuszone do sformatowania, żeby nadawały się do zaprezentowania na antenie radiowej oraz nie zmuszały odbiorców do myślenia, nie denerwowały ich i w ogóle dobrze, żeby nie sprawiały kłopotów tekstami. Kołowrotek, któremu poddaje nas Damon Albarn nie powinien w takim razie się udać. W każdej piosence występuje inny gość nie tylko z bogatym bagażem artystycznym, ale również prezentujący odrębny styl, co rzutuje na ostateczny kształt utworu. W skrócie: każdy jest zupełnie inny, ale spójność płyty na tym nie traci. Zaskakujące? Nie w świecie Damona Albarna.

Definicjom już dziękujemy

Rozchwianie stylistyczne to grzeczne określenie zawartości krążka. Niegrzecznym (i bardziej właściwym) byłby: metafizyczny burdel. Przywołany we wstępie Robert Smith z The Cure rozpoczyna tak: „Spinnin’ around the world at night / Spin around in black and white / Spinnin’ around until the Sun comes up / Strange time to see the light” z właściwą sobie melancholią. Dalej w tekście pojawia się Białoruś, rosnąca temperatura Ziemi, a nawet wybielacz dzięki, któremu można pokonać koronawirusa, o czym zapewniał osobiście prezydent Stanów Zjednoczonych. Tylko ten księżyc, który przygląda się nam z daleka w takt tanecznej muzyki nadziwić się nie może.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że płyta zrodziła się z internetowego projektu, gdzie co miesiąc do sieci trafiał nowy klip, w odmiennym stylu i z nowym gościem. Dzięki temu mogliśmy pograć w grę komputerową „Pac-Man” wraz z ScHoolboy Q, która posłużyła do szerszej metafory albo dać się całkowicie ponieść rytmowi nadawanemu przez samego Petera Hooka (Joy Division, New Order) w „Aires”. Jest też opcja podłączenia się pod punkrockową energię wyzwoloną przez brytyjskiego straceńca, czyli Slowthaia („Momentary Bliss”).

Największą perłę znajdziemy przemierzając jezioro Como na motorówce. Towarzyszyć nam będzie  Fatoumata Diawara, bo przecież wiadomo, że Damon Albarn zbiera to co najlepsze nie tylko z europejskiej czy amerykańskiej tradycji. Utwór „Désolé” jest ekscytujący, cudnie melancholijny, pięknie brzmi i jest po prostu zjawiskowy. Emocjonalny do granic, a jednocześnie przypominający, że mamy do czynienia z płytą artysty, który zasłonięty tabunem gości prezentuje nam wszystkie swoje muzyczne oblicza, fascynacje i podróże, zamykając drogę do bycia zamkniętym jedną definicją.

Szarża Eltona i pożegnanie Allena

Właśnie takiemu artyście przyszłoby do głowy zestawienie japońskiego girlsbandu Chai z amerykańskim raperem JPEGMafia. Nawet jeśli mnie akurat to podoba się średnio, to raczej problem leży po stronie mojego numeru PESEL. Z kolei „Simplicity” z Joan As Police Woman podoba mi się zdecydowanie bardziej. Natomiast mocne wejście Moonchild Sanelly w „With Love To An Ex” każe natychmiast bliżej poznać twórczość wokalistki. Niestety zażywanie używek na mieście, jak radzi St. Vincent w „Chalk Tablet Towers”, należy odłożyć na czas jakiś.

Weterani sceny muzycznej również znaleźli tu swoje miejsce. Najlepiej prezentuje się dysponujący głosem nie do pobicia Elton John. No po prostu jak wjeżdża cały na różowo z „I tried to get to Atlanta” to jest pozamiatane. Co ciekawsze, do Albarna i Eltona dołącza jeszcze auto-tune`owany 6lack i też pasuje. Izolacja często pojawia się w tekstach, ale trudno się dziwić, gdyż spontaniczność ich powstania musi odzwierciedlać nasz dzisiejszy świat. Śmierć czai się z tyłu.

Na początku „How far?” słychać śmiech Tony`ego Allena. Śmiech, ale jakby z zza światów, gdyż ten wybitny muzyk w tym roku opuścił ziemską powłokę. W utworze towarzyszy mu raper Skepta. To pewnie jedno z ostatnich nagrań Allena, którego łączyła ścieżka artystyczna z Albarnem już od dłuższego czasu. Gorillaz świetnie operują melodiami. Potrafią odzwierciedlić błyszczącą powłokę lat 80. w „The Lost Chord” z Leee Johnem. Albo narzucić ton pogodnej melancholii wraz z francusko-brytyjskim raperem Octavianem („Friday 13th”).

I nie wiem, czy muzyka Albarna jest alegorią wolności czy przesytu, ale dobrze wiem, że muzyka Albarna to demontaż wewnętrznych naprężeń. To przypomnienie, że świat muzyki, wirtualny czy rzeczywisty, nie poradzi sobie bez piosenek odbijających ich teraźniejszość. To Zakład Ubezpieczeń Społecznych. To włosy Alberta Einsteina. To różnorodny wybór, do którego nikt nie jest przymuszany, ani nikomu się go nie zakazuje. Z całą rozkosznie błyszczącą resztą.

Parlophone | 2020
FB
FB Parlophone







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
2 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
tosca
tosca
23 dni temu

No ale fajna płyta czy niefajna?

Polecamy