Cel (Felix Kubin & Hubert Zemler) – Cel
Jarek Szczęsny:

Radosne odbicie.

Fabrizio Rat – Shades Of Blue
Paweł Gzyl:

Modularna polifonia.

Long Arm – Silent Opera
Jarek Szczęsny:

Trip-hop nigdzie nie odszedł.

Jeff Parker & The New Breed – Suite For Max Brown
Łukasz Komła:

Projekcja magicznych obrazów.

Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.



Damon Albarn – Dr Dee

Forma opery z definicji przyjmuje zaangażowanie umysłowe słuchacza. Może właśnie dlatego „Dr Dee” lepiej wpasowuje się w te ramy, będace tu portalem do historii renesansowego myśliciela, aniżeli w pop-rockowe aranżacje, którymi Damon Albarn zwojował tak wiele. A jest o czym opowiadać i czego słuchać, gdyż John Dee z równym zaangażowaniem zgłębiał tajniki matematyki i astronomii, co magii i okultyzmu, jako osobisty doradca sącząc swą wiedzę w uszy Królowej Elżbiety I.

Nie jest to pierwsze spotkanie Albarna ze światem muzyki operowej – „Monkey: Journey to the West”, nosząca wyraźne znamiona rozwiązań kompozycyjnych oraz przede wszystkim brzmieniowych znanych z płyt Gorillaz, jest tworem mało przystępnym, tracącym zapewne niemało w oderwaniu od obrazu. W przypadku „Doktora Dee” problemu takiego nie ma – instrumentarium charakterystyczne dla epoki, wzbogacone sekcją smyczków oraz chóralnymi zaśpiewami, wraz z cicho akompaniującą gitarą Albarna pozwalają traktować ten album jako dzieło niezależne, przekazujące treść także poza deskami opery.

http://www.youtube.com/watch?v=lGzQgTK7ocM

„Dr Dee” ma także jedną, ogromną zaletę – Albarn jako kompozytor nigdy nie otrzymał klasycznego wykształcenia. Dlatego też nieograniczony ramami narzucanymi przez system edukcji muzycznej, ale wspierany nieustannie przez kompozytora pomagającego mu w przelewaniu myśli na zapis nutowy, stworzył obraz Anglii epoki Elżbietańskiej posługując się talentem, doświadczeniem i wyczuciem. A to, że swój kraj potrafi przedstawić w sposób frapujący i magiczny udowodnił już wiele razy – zarówno pod banderą Blur (chociażby „Essex Dogs”), jak i projektem „The Good, The Bad & The Queen”, który PJ Harvey przed nagrywaniem „Let England Shake” słuchała zapewne nierzadko.

http://www.youtube.com/watch?v=F0PFZ06YYgI

Albarn w paru słowach potrafił wyrazić nienazwaną tęsknotę i ludzką ciekawość dotyczącą ciał niebieskich („Saturn”) oraz ubrać w muzykę spotkanie Johna Dee z aniołami (eteryczne zakończenie utworu „The Moon Exalted”). Sceny z jego życia, poprzetykane krótkimi przerywnikami, stanowiącymi zapewne większą wartość dla aktorów na scenie, niż dla słuchaczy w domu, ożywają w kameralnie zaaranżowanych utworach, w których lekko zachrypiały głos Damona przybliża życiorys człowieka nieprzeciętnie inteligentnego, naukowego pioniera, rozerwanego mentalnie pomiędzy wiedzą zdobytą w sposób empiryczny, a marzeniami o kontakcie ze światem pozaziemskim i mocami nadprzyrodzonymi. „Dr Dee” to okazja, by zostać biernym świadkiem tego konfliktu i warto z tej okazji skorzystać. Muzyka wymagająca, jednak o rzadko spotykanej urodzie.

Parlaphone | 2012

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. matt

    Kicz