Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.

Christian Scott aTunde Adjuah – Ancestral Recall
Jarek Szczęsny:

Raróg zwyczajny.



Sade – Soldier of Love

Z okazji wydanej niedawno nowej płyty – „Soldier of Love” – przyglądamy się dyskografii Sade Słuchając w 2010 roku jej dyskografii, można zarzucić Sade monotematyczność: ogromny odsetek utworów zdaje się nie wykraczać poza pościelowe rnb – idealne tło wolniejszych momentów studniówki i romansów bohaterów Disneya. Adu debiutowała rok po Madonnie, pomiędzy „Thrillerem” a „Bad” Jacksona. Jej skromna, balladowa obecność nie mogła budzić w sąsiedztwie ikon popu większych emocji. Dzięki tajemniczej aurze jednak emanuje z ich cienia i najnowszy album tłumaczy charakterystyczną odrębność tej muzyki. Chodzi o trochę naiwną, bezkompromisowo romantyczną tezę, którą sumiennie stawia Sade na każdym swoim albumie: miłość ubogaca zakochanego. Trudno przełknąć Coelhowski patos tego banału, ale równie trudno bronić się przed argumentacją takich kawałków jak „Stronger Than Pride”, „Hang On to Your Love” czy „Morning Bird”.

Prawdziwą konkurencją dla Sade jako wokalistki nie są idole tłumów, a raczej postacie pokroju debiutujących w tym samym mniej więcej czasie k. d. lang czy Elizabeth Fraser. To, co je zbliża poza ogromną skalą obejmowanych przez wokal technik i emocji, to charyzma i charakterystyczna godność. Już od pierwszej płyty – „Diamond Life” – Sade i jej zespół wyraźnie zaznaczają swój udział w wysmakowanym adult-contempo, nurcie trochę sztywniackim, bo nie mogącym zejść poniżej pewnego poziomu poruszanej problematyki. Dzisiaj obostrzenia trochę się rozluźniły, dopuszczając wszystko, o czym nie powinno się słuchać przed odebraniem dowodu (Rihanna, Lilly Allen), ale podówczas tylko wyrafinowany pop, sięgający po smooth jazzowe ozdobniki, elegancję, powściągliwą rytmikę i głębokie teksty zapewniał „dojrzałą” treść i kojącą, uniwersalną formę pasującą do każdej szkoły dekoracji wnętrz, bez obaw o bezguście.

Stylowy debiut pozyskał słuchaczy trzymających się „ambitnych brzmień”, bo za sprawą zdystansowanego, jazzującego wokalu byłej modelki, sterylnej produkcji i wkładu żywych instrumentalistów zamiast stereotypowych houseowych loopów, skutecznie maskował swoją przynależność do genres stereotypowo postrzeganych jako bezrefleksyjne. Tymczasem znalazły się na „Diamond Life” absolutne przeboje, między innymi znane każdemu „Smooth Operator” i namawiające do stałości w uczuciach „Hang On to Your Love”. Płyta nie zestarzała się, udowadniając że trzymanie się odkryć poczynionych przy okazji pierwszego kroku ma sens inwestycji w przyszłość.

Druga płyta Sade to chyba najbardziej wypośrodkowany album jaki można sobie wyobrazić. Z jednej strony „Promise” zawiera oksymoron, który zdefiniował cały łagodny nurt jej twórczości – cichą burzę jako metaforę miłości („Theres a quiet storm / I think its you / Theres a quiet storm / and i never felt this hot before” ze „Sweetest Taboo”). Z drugiej: zapowiada etap „waleczny” („War of the Hearts”) kontynuowany na następnej płycie. Czas trwania „Promise” to czas, który Sade poświęciła na ćwiczenie założeń własnego stylu, częściowo skodyfikowanego na debiucie.

Asekuranctwo? Z perspektywy dzisiaj, przy okazji wydania nowej płyty, przeczy takiej diagnozie skala napięcia towarzysząca oczekiwaniu na kolejne odsłony Sade. Zaciemniające obraz obszerne przerwy między poszczególnymi albumami wytworzyły wizerunek tajemniczej diwy, uparcie ignorującej stowarzyszanie się rnb z hip hopem i disco. Za pomocą raz obranej formy ekspresji, Adu cyklicznie się odmładzała. Podczas przerw w nagrywaniu zbierała doświadczenia. Dając spokój eksperymentom z formą na rzecz samego życia widywana była z coraz młodszymi kochankami. W efekcie każda jej płyta pozostaje dziełem immanentnym – ograniczonym sobą, czerpiącym z siebie i opowiadającym o sobie. Względna popularność nie wpłynęła na fakt, że intymność tego języka nie dla każdego jest tak samo interesująca.

Tytuł kolejnej płyty – „Stronger Than Pride” – mówi wszystko. Miłość, od której Adu jest ekspertem, zyskuje oblicze odgórnej siły – wymagającej posłuszeństwa nakazom serca i skazującej na emocjonalną zależność, czasem upokorzenie. Więcej tu „spalania się” niż na poprzednich płytach, więcej też powtórzonego na tegorocznym albumie kojarzenia miłości z walką, grą, bitwą. Utwór tytułowy, „Haunt Me”, przebojowe „Paradise”, zrezygnowane „Give It Up” – to chwilowa przerwa w refleksyjności. Sade nie zmienia się jednak – sięga po nowe środki wyrazu, wzbogacając introspekcję o wynurzenia gorzkie, ironiczne, drapieżne. Z pozycji projektu zapewniającego rozrywkę przenosi się w wymiar muzyki towarzyszącej w trudnych chwilach. Jakkolwiek naiwnie to brzmi. Idealna pozycja dla fanów zwierzania się z bólu serca i dla tych bez pomysłu na prezent.

Kolejne płyty to konsekwentne potwierdzanie formuły i poszukiwanie efektownych domieszek: bedroom-popowe ballady, zaczerpnięte z młodzieńczego osłuchania w katalogu Motown smooth-jazzowe ozdobniki i otarcie o soul, oldschoolowo taneczna rytmika odziedziczona po Donnie Summer, odniesienia do klasyki: Niny Simone i Diany Ross, a w cieplejszych odsłonach czemu nie i Astrud Gilberto. Utrzymywana przez ćwierćwiecze pula motywów zmęczyła się na zakręcie nowej dekady. Sade wchodzi w XXI wiek sięgając po autoplagiaty, jakby pragnąc wrócić do emocjonalnej szczerości swojego wokalu. Nie udaje jej się jednak oszukać samej siebie: jest już doświadczoną życiowo kobietą i wyszkoloną wokalistką. „Lovers Rock” to nie tylko rozczarowująco jednoznaczne stwierdzenie zwycięskich mocy miłości, ale też adaptacja elementów mainstreamowego rocka. Wprowadzając nowe, wątpliwe ingrediencje ryzykowała Sade od wielu lat budowanym stylem i to ryzyko sprawiło chyba, że wszystkie „odkrycia” bledną gdzieś daleko, daleko za dobrze znaną recepturą, zanieczyszczając ją. Z perspektywy czasu Lovers Rock to album niepewny, stojący na rozdrożach i chyba najsłabszy w dorobku Sade.

Dopiero po dłuższym obcowaniu z płytami Sade, zepchnięci na margines przez wymagający przestrzeni wokal instrumentaliści zwracają na siebie uwagę, upodabniając przygodę z Adu do poznawania dyskografii Cocteau Twins. Dopiero po otrząśnięciu się z wyjątkowości wokalu, przychodzi czas na przegląd „teł”. Sade jako zespół izoluje się od monotonii najnowszych hitów. Jeśli głos Adu jest dokładnie tym czego potrzeba do obnażenia luk w nowoczesnym popie i rnb, jednowymiarowo kojarzących wolne tempa z odstręczającym smutem a uczuciowy tekst z naiwnością („Love King” Dreama to już nie priorytety z „Love vs. Money”, z przebijających się do mainstreamu artystów najbliżej Sade znaleźli się w tym roku chyba Onra, Foreign Exchange czy José James w tych fragmentach swojej twórczości, które wydają się uprowadzone z fabryk Cadbury), to jej zespół uzupełnia talię o zatracone, wstydliwe ogniwo brzmień smooth, dalekich jednak od stereotypu muzyki do wind.

Krystaliczna, nasycona produkcja najnowszej płyty przyczyniła się do lekkiego odświeżenie formuły. Sade znana z zakurzonej kolekcji mamy, sprawia na „Soldier of Love” trochę kłopotów. Jej dystyngowany pop operuje teraz momentami mrocznej, dusznej atmosfery i dubowej motoryki (wyjątkiem słoneczne „Babyfather”), niespodziewanie wygrywając z „Heligoland” Massive Attack – albumem porzucającym paranoiczne początki bristol-soundu na rzecz łatwego, radio-friendly trip-popu. Obrazowe teksty Adu zwracają się ku znanej ze „Stronger Than Pride” ofensywnej stronie uczuć i mocnym, klasycznym scenom porzucenia. „Send me to slaughter/Lay me on the railway line” – Sade pragnie bólu jak Janet Jackson na „Velvet Rope” i Rihanna na „Rated R”, dorzucając mocny pakiet akcji do notowań kobiecego popu „dla dorosłych”. Przy okazji odsyła na dalsze poszukiwania własnych form wyrazu Martinę Topley-Bird („Some Place Simple”, tegoroczny live rozczarowuje na poziomie samej realizacji brzmienia, dalekiego od charakterystyczności).

Przewidywalność w przypadku tak dokładnie zbalansowanej twórczości, nawet w ogromnych ilościach, nie boli, odprężając raczej pewnością songwritingu, zakładającego budowanie intymnej więzi ze słuchaczem. Niestety albumy Sade rzadko były postrzegane jako całości. Wyrwane z kontekstu single, rozdrapywane przez składanki dołączane do czasopism z okazji walentynek, doprowadziły do pochopnego przyklejenia Adu łatki królowej cukru i sentymentów, i zdeprecjonowania w świadomości mas siły jej muzyki. Trudno oczekiwać, aby era singli to zmieniła, ale i tak: w przypadku Sade wszystko, co ma do zaoferowania pop zostaje złożone w ręce tych, którzy niezbyt przejmują się aktualizacjami listy przebojów.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 11

  1. yaniki

    No, nie spodziewałem się tekstu o Sade na NM, ale bardzo się cieszę. Pewnie mnie o to nie posądzaliście, ale jestem jej wielbicielem ;-).

    Od siebie do tekstu Filipa dodałbym tyle, że Sade należała do artystów, którzy ukształtowali – w epoce wczesnego MTV – formułę wideoklipu (choć akurat klip do „Soldier of Love” nie zrobił na mnie wrażenia) i w ogóle wiele wizualnych i muzycznych kodów kultury popularnej.

  2. dilmun

    a ja tam lubię Sade – byle by nie śpiewała…

  3. Aes

    Pomijam już fakt, że ta, wg autora, „niedawno wydana płyta” pochodzi z grudnia zeszłego roku. Nie tak dawno temu, przy okazji recki Heckera był problem, że stara i, że to źle. Na głowie to wszystko stoi, bez kitu…

  4. Aes

    Nie rozchodzi się o Sade czy jakiegokolwiek innego artystę. Nie rozchodzi się o „czystość rasy”. Rozchodzi się o to, że artykuł o Sade pasuje do tego serwisu jak pięść do nosa. Rozchodzi się o to, że nie tego szukam na NM, tak samo jak na Pudelku nie szukam niusów o Alva Noto. Dla mnie to jest jakieś totalne rozminięcie z tematyką i rozwadnianie i tak już mocno rozwodnionego „motywu przewodniego” tego serwisu. Z otwarciem umysłu, wierz mi, problemu nie mam; mogę pokazać półkę z płytami.

  5. laudia

    Tłumacz się Filip, tłumacz, Sade już nie podobała sie wspomniana przy Rojszyn M. ;p Serwis ten czy nie ten, oprysk w stonę jej czy Twoją? podszyty pogradliwym prychem i zaszufladkowaniem jej do bedroom stories świadczy o średnim otwarciu na muzę charakteryzującym buntych nowoelektronikow zwykle deklarujących mega wrażliwość muzyczna.Ale Bez urazy – zawsze można wszystko zwalić na rzecz gustu. Knyf w tym, ze ona eksplorując grząski grunt [taaa ta miłość forever and ever ] , brnąc w nim konsekwestnie i z wirtuozerskim zapleczem muzycznym pokazała bynajmniej niemilosnego faka. Wygrala i chwała jej za to. Zresztą tytułowy numer z plyty spokojnie, jak zauwazyl autor, mogło powstac w studiu niejednego trip-hopowego trio. Wracam do artukułu, bo mnie tylez zaskoczył, co ucieszył.

  6. F.

    Wszystkie recki na głównej o takich zimnych futurystycznych płytach… Nawet Gold Panda jakiś taki mało przyjazny, Trente też, Salem. Jakoś za łatwo oddaliśmy wakacje. Miły tekst na chłodne popołudnie, tyle :*

  7. Goldfinger

    Głupi pomysł. Wystarczylby Filip, jakbyś sobie to na bloga wrzucił to by wystarczyło.

  8. K0$+3k

    zaraz po discopolo and szanty edition.

  9. F.

    „Soldier of Love” > „Heligoland”

  10. Aes

    Kiedy artykuł o Metallice? Nie mam nic do Sade, ale chyba ktoś pomylił serwisy…

  11. 10

    sade 4 life!