Wpisz i kliknij enter

The Machine – RedHead


Brytyjski producent Matt Edwards znany jest głównie z działalności pod szyldem Radio Slave oraz prowadzenia cenionej wytwórni Rekids. Tworzenie i wydawanie energetycznej muzyki klubowej z pogranicza techno i house`u nie wyczerpuje jednak jego zainteresowań. W ciągu ostatniego roku Edwards poświęcił się zbieraniu materiału dźwiękowego na potrzeby swego nowego projektu – The Machine. Jego ideą przewodnią było zestawienie nagrań terenowych z różnych stron świata z eksperymentalną elektroniką. Efektem mozolnej pracy producenta jest album zatytułowany „RedHead”.

Płytę otwiera trzynastominutowa kompozycja „Continental Drift”. Na jej tło składają się morskie dźwięki – szum fal, krzyki mew i trzeszczenie masztu. Z dala dochodzi wijący się motyw klawiszowy o klawesynowej barwie podbity miarowymi uderzeniami bębna i basu. I to wszystko – w ten sposób Edwards oddaje monotonię morskiej żeglugi w poszukiwaniu nowych światów.

„Opening Ceremony (Fuse)” to już powitanie podróżników na Czarnym Lądzie. Sample plemiennych śpiewów mieszają się z samplami kościelnych chórów i operowej wokalizy tworząc wielokulturową mozaikę wpisaną w transowy podkład rytmiczny o minimalowym rodowodzie. Nad nagraniem tym unoszą się duchy prekursorów tego typu eksperymentów – Richarda H. Kirka i Adriana Sherwooda, którzy już na początku lat 80. wklejali egzotyczne dźwięki w industrialną muzykę taneczną.

Bardziej oszczędny charakter ma „Leopard Skin” – to morderczy tribal, w którym hipnotyczny motyw perkusyjny uzupełniają jedynie zapętlone odgłosy jakiejś plemiennej ceremonii: śpiewy, krzyki, uderzenia grzechotek i bębnów. W kontekście całości to właśnie ten utwór wypada najmniej ciekawie: mimo dzikiej energii, nie wnosi nic nowego do tego rodzaju grania.

O wiele ciekawiej wypada „Spell Bound”. Podstawą tej kompozycji jest warczący dron – taki sam, jakie znajdowaliśmy w najlepszych kompozycjach Organum ćwierć wieku temu. Edwards nie poprzestaje jednak na celebracji strumienia niskich tonów, podszywając je… samplami jazzowej perkusji, nerwowo szeleszczącej talerzami i kłującej gwałtownymi uderzeniami werbla. Wszystko to układa się w soundtrack do filmowego horroru – mroczny, niepokojący, ale i fascynujący.

W finale Edwards powraca do minimalu. „Talking Dolls”, a przede wszystkim szesnastominutowy „Root People”, wpisują się w egzotyczne poszukiwania projektu T++. Podobnie jak w ostatnich produkcjach Torstena Pröfrocka elektroniczne bity zostają wymodelowane na tribalową modłę poprzez oplecenie ich transowymi partiami afrykańskich perkusjonaliów. Wszystko to pokrywa gęsta siatka wokalnych sampli – melorecytacji, nawoływań, wrzasków dochodzących gdzieś z daleka, z głębi dźwiękowej dżungli. Mroczny charakter obu nagrań wzmagają dubowe pogłosy podszywające ponure pasaże minorowych syntezatorów.

„RedHead” to podróż do źródeł muzyki tanecznej – tam, gdzie taniec nie ma nic wspólnego z hedonistyczną zabawą, ale jest próbą komunikowania się z duchową rzeczywistością. W tym kontekście muzyka z płyty ma więcej wspólnego z industrialnymi eksperymentami grup Cabaret Voltaire, Zoviet France, 23 Skidoo czy Bourbonese Qualk, próbującymi w powrocie do prymitywu znaleźć ucieczkę od bezduszności zachodniej cywilizacji, niż z klubową elektroniką dzisiejszych czasów.

www.rekids.com

www.myspace.com/rekids

www.myspace.com/rekid
Rekids 2010







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Inline Feedbacks
View all comments
Kid Loco
Kid Loco
10 lat temu

Za te chorały w „Opening Ceremony” w ogole nie powinien sie tu pojawic.

Polecamy