Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.

S S S S – Walls, Corridors, Baffles
Paweł Gzyl:

Power ambient z Lucerny.



Podsumowanie 2010: Daniel Barnaś

8 > Mike Patton – Mondo Cane

Sam fakt, iż Mike Patton potrafił zaśpiewać włoskie przeboje, przy okazji aranżując je po swojemu, zasługuje na wyróżnienie. Bo czy ktoś mógł się spodziewać tego, że płyta Pattona wieńcząca dekadę zamiast zmiksowanego metalu z odgłosami wybuchającego wulkanu i pracy walca drogowego będzie zawierać łobuzerskie hity ze słonecznej Italii lat 50tych?

7 > Bonobo – Black Sands

Ciężko uwierzyć w to, iż nowa produkcja Bonobo może posiadać jakieś rysy na swej fakturze. A jednak – z każdym kolejnym przesłuchaniem niektóre melodie wydają się zbyt sztampowe, a nawet drażniąco cukierkowe, tak jakby Simon Green usilnie próbował przebić się w komercyjny świat show-biznesu lekkostrawnymi piosenkami. I choć to jedna z ciekawszych produkcji roku, to jednak Dial M For Monkey, mimo tego, że znam ją na pamięć, częściej gości w mym odtwarzaczu, niż Black Sands.

6 > Eluvium – Similes

Zamiast nagrywać albumy w zachowawczym stylu zjadając swój ogon i zbierać przy tym pochlebne opinie Matthew Cooper potrafił zaryzykować przełamując etykietę instrumentalnego ambientu ubierając ją w bardziej piosenkową formę podbitą delikatnym, nieśmiałym śpiewem. Murowany numer jeden w tym gatunku.

5 > Monika Brodka – Granda

Wydawać by się mogło, iż płytę taką jak ta na polskim rynku muzycznym mógłby nagrać tylko Czesław Mozil. Tymczasem elektropop z użyciem typowo góralskich instrumentów stworzony został przez duet Monika Brodka – Bartosz Dziedzic. Ona – jeszcze niedawno typowa gwiazdka muzyki pop, która dojrzała do rozpoczęcia świadomej realizacji swoich celów i kreowania własnego stylu. On – producent, który wreszcie dostał szansę zaistnienia w pierwszej lidze. Efekt? Piorunujący. Świetne melodie, nietuzinkowe podejście do warstwy rytmicznej i dobre teksty. Materiał na ‘Grandzie’ jest bezkompromisowy i przede wszystkim szczery, co zaowocowało ciepłym przyjęciem nowej Brodki przez krytyków oraz ciągle rozrastającą się bazę fanów.

4 > Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Before Today

Album, który brzmi jakby został nagrany przez wyjątkowo uzdolnionego muzycznie nastolatka w latach osiemdziesiątych w pokoju wymalowanym na kolor jaskrawego różu jest w rzeczywistości dziełem artysty ukrywającego się pod pseudonimem Ariel Pink. Wygrzebując się ze swoich kasetowych wydawnictw domowej produkcji guru kalifornijskiego lo-fi popu prezentuje na ‘Before Today’ zbiór dwunastu utworów, z których właściwie każdy legitymuje się świetną melodią o iście beatlesowskiej prostocie wpadającej w ucho na dłużej, niż większość dzisiejszych produkcji tego typu. Pop najwyższej próby.

3 > Jaga Jazzist – One-Armed Bandit

Jaga jednym zdaniem? Nowożytne wcielenie Fela Kuti opętane przez ducha King Crimson. Wraz z nieistniejącym już niestety Esbjorn Svensson Trio zespół ten jest głównym przedstawicielem skandynawskiego jazzu będącego jednocześnie w ścisłej europejskiej czołówce. Norweski kolektyw kazał czekać na swoją nową płytę aż pięć lat, co można w pełni wybaczyć słuchając One-Armed Bandit – dziewięcioosobowa grupa nadal utrzymuje wysoki poziom, co zdarza się niewielu.

2 > Pantha du Prince – Black Noise

Minimal, electronic, minimal techno, techno, electronica – tagi przyklejone na last.fm do tegorocznej płyty niemieckiego DJ’a Hendrika Webera udowadniają jak łatwo można spłycić piękną muzykę szufladkując ją gatunkowo. A obrośnięte stereotypami nazwy nieszczególnie mogą zachęcać do zapoznania się z tą produkcją. Wyobraźcie sobie opis ogromnej opuszczonej fabryki położonej na zboczach lodowego masywu, który został wykonany przy użyciu alfabetu Morse’a, a następnie jego dźwiękową interpretację. Nie miniecie się za wiele z prawdą.

1 > Gorillaz – Plastic Beach

Bo nowomozyczny numer jeden wcale nie musi być niezależną, ultra niszową produkcją. Bo tworząc taką płytę mając czterdzieści dwa lata na karku Damon Albarn zadał kłam przekonaniom, iż w jego wieku nie można nagrać nic odkrywczego. Bo na sukces komercyjny zapracował sobie przede wszystkim muzyką, a nie swoim nazwiskiem. Bo Superfast Jellyfish i On Melancholy Hill można śmiało postawić obok Feel Good Inc. i Clint Eastwood. Bo połączyć w sposób naturalny libańską orkiestrę orientalną z dialogiem dwóch raperów potrafią tylko najlepsi.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. thrak

    ziom, sorry, ale Mondo Cane? serio? ta płyta przecież jest tak słaba, że aż boli. Jeżeli chodzi o Pattona jestem betonem, ale ta płyta po prostu rozczarowuje. Można przesłuchać jeden, góra dwa utwory. Reszta jest nudna, całej płyty nie da się przełknąć.

    A co do plastik bitch- meh, nic ciekawego. Widać, że chłop się starał, miał pomysł, ale utknął gdzieś pomiędzy.

    Ale za Ariela plusik :]