Wpisz i kliknij enter

Amon Tobin – ISAM


“Każdy, kto szuka jazzowych breaków, powinien poszukać gdzie indziej, albo na wcześniejszych płytach. Mamy 2011 rok, moi drodzy. Witajcie w przyszłości” – słowa Amona Tobina na temat „ISAM” stanowią nie tylko odpowiedź dla ludzi zawiedzionych najnowszym albumem Brazylijczyka, ale są też pewnym drogowskazem, podług którego warto nastawić się przed odsłuchem. Z drugiej strony, najlepiej niczego nie oczekiwać.

I dać się powalić potężną ścianą dźwięku, pełną pełzających przy ziemi brudnych basów, skorodowanych beatów, krystalicznie czystych sampli, wibrujących sprzężeń, dysonansów splecionych z konsonsami i mocno przetworzonych wokali samego artysty, który w niepokojących „Wooden Toy” i „Kitty Cat” brzmi jak wokalistka z filmów Lyncha. A to przecież tylko wierzchołek całej góry lodowej. Ta wielowymiarowa muzyka została zbudowana z niezliczonej ilości mikrodźwięków, co od dawna jest, rzecz jasna, wizytówką tego artysty. Na poprzednim krążku „Foley Room”, Tobin samplował insekty, motocykle i folię aluminiową, zaś szczątkowa geneza sesji do tej płyty wygląda mniej więcej tak:



Najbardziej liczy się oczywiście to, co powstało z tego rogu muzycznej obfitości. Same słowa stają się jednak niewystarczające w obliczu producenckiej i kompozytorskiej maestrii Tobina. Uniwersum molekuł, składających się na tę jedyną w swoim rodzaju elektroniczno-akustyczną symfonię, której kolejne części są ze sobą logicznie połączone – i zarazem doskonale funkcjonują w oderwaniu od całości – po prostu powala swoim wizjonerstwem.

Jedno nie ulega wątpliwości: Tobin nadal reprezentuje własny, zupełnie odrębny gatunek muzyczny. Choć kontynuatorów ma wielu, nikomu nie udało się podrobić tego specyficznego brzmienia, będącego niebywałą mieszanką najróżniejszych i często skrajnie odległych konwencji. A wszystko to podane z urywającą głowę ekwilibrystyką i rozmachem nigdy nie przekraczającym niebezpiecznej granicy rozbuchanej bombatyczności. Być może to banał, być może truizm, ale Amon Tobin jest, był i prawdopodobnie będzie wielki. „ISAM” potwierdza to od pierwszej do ostatniej nuty, w stu procentach, co już takie oczywiste nie jest. Przynajmniej nie dla każdego.




I tutaj nie ma sensu pisać już nic więcej, bo w przypadku Brazylijczyka sprawdza się myśl Toma Waitsa, jakoby słowa były kanciaste w odniesieniu do muzyki – kiedy wpisze się kwadrat w koło, zostaje jeszcze trochę wolnej przestrzeni. Można jedynie dodać, że nie jest to album, który można docenić od razu. Być może niektórzy w ogóle go nie docenią. Ale to nie zmienia faktu, że „ISAM” jest po prostu arcydziełem.

Ninja Tune, 2011







Jest nas 14 000 na Facebooku:


Subscribe
Powiadom o
guest
14 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
trackback

[…] recenzja płyty „ISAM” » 12. Peaking Lights – […]

trackback

[…] Amon Tobina, zamaskowanego gdzieś pośrodku swojej kosmicznej kwadratury zainstalowanej na scenie. Nowy album, który nie daje się tak łatwo oswoić oraz przegląd kompozycji z długoletniej kariery z […]

jakub_t
jakub_t
9 lat temu

@zumbeispiel O! I to już wygląda obiecująco. Jakby ten cały zgiełk oblekł się w ciało (pardon za wysoki styl:)

zumbeispiel
zumbeispiel
9 lat temu
jakub_t
jakub_t
9 lat temu

Aj, no mam z tą płytą problem, szarpię się z nią. Wg mnie przekracza ona właśnie tę całą „granicę rozbuchanej bombastyczności” (recenzja trochę też, Maćku;), jest zbyt manieryczna, upleciona zbyt drobnym ściegiem.

Ale to by nie było takie złe, gdyby coś jeszcze za tym barokiem stało…tylko że technologia pożarła tu chyba doszczętnie wszystko (@paide – racja!). Całość nie ma osi, nie jest niczemu podporządkowana, brzmi po prostu jak reklamówka możliwości studyjnego sprzętu. I to jest problem, który narastał u Tobina wraz z wypieraniem samplowania cudzych nagrań przez mikrofony: pusty formalizm. Od zawsze dźwiękowe mutacje, coraz bardziej jednak bez celu…

Przy tym przyznaję – płyta jest rzeczywiście technicznie oszałamiająca. I wcale też nie hermetyczna, wręcz przeciwnie, dobrze mi się słucha tych wygibasów – tylko że ani to muzyka, ani eksperyment, jakaś taka dźwiękowa wydmuszka. Koleś ma wyraźny kryzys twórczy i ISAM nie jest jego przełamaniem, ale szczytem.

Może liveacty będą lepsze, to trochę innymi prawami się rządzi…ale sam album – zupełny regres…

ryba16
ryba16
9 lat temu

zgadzam sie z autorem tekstu w 100%, ISAM to wielki album i kto teraz zalapuje sie jamesa blakea i dubstepy obudzi sie z reka w nocniku

mutter disckretion
mutter disckretion
9 lat temu

muzyka Pana Tobina i Brazylia makes me wild with delight !
😉

wolfisko
wolfisko
9 lat temu

miałem na myśli las amazoński 😀

wolfisko
wolfisko
9 lat temu

brzmi to wszystko jak cyfrowa amazonka, gęsto, duszno i jest co odkrywać 😉 sięgnę nie raz

piotruss
piotruss
9 lat temu

Ja grzecznie czekam do premiery – jutro powinna być u mnie w skrzynce!

paide
paide
9 lat temu

chyba trochę przesadziłeś maćku z wizjonerstwem nowej płyty Tobina. owszem zgadzam się z większością Twoich opisów, poszczególne nagrania aż kipią od iskrzący szczegółów. tylko, że ja mam poczucie pewnej przesady i przeładowania. nie można zatrzymać się na jakiejś frazie na dłuższy czas bo jest ona momentalnie przepuszczana przez efekty. słuchając ISAM mam wrażenie jakbym rozmawiał z wirtualną kopią człowieka, która do złudzenia go przypomina, ale jest efektem cyfrowego świata. a porównanie wokalu Tobina (znowu przepuszczonego przez masę filtrów) do tych z filmów Lyncha… może gdyby to brzmiało bardziej autentycznie, to dałbym się na ten opis nabrać. inna sprawa, która mi się trochę narzucała, to duże podobieństwa do przeładowania cechującego ostatnie nagrania prefusea, ba, miejscami miałem wrażenie, jakbym słuchał jednej z płyt Scotta. ale w przypadku 77 jego muzyka jakoś łatwiej do mnie trafia. i do tego te filth stepowe wstawki… jak dla mnie jest to zdecydowanie mocno przekombinowane wizjonerstwo. yoł!

noekeller
noekeller
9 lat temu

jaRÓWNIEŻ!

zumbeispiel
zumbeispiel
9 lat temu

lubie to !

killia
killia
9 lat temu

przesłuchałam raz. wciąż nie wiem, czy przesłucham drugi. może drugi… ale raz!

Polecamy