Strycharski Kacperczyk Szpura – I love you SDSS
Jarek Szczęsny:

Oglądanie nerwów.

!!! (Chk Chk Chk) – Wallop
Mateusz Piżyński:

Ciężkość punka z lekkością funka.

cover
Barker – Utility
Paweł Gzyl:

Transhumanistyczne przyjemności.

Monya – Straight Ahead
Paweł Gzyl:

Industrialne techno o pozytywnej energii.

Wojciech Golczewski – The Priests Of Hiroshima
Jarek Szczęsny:

Ścieżka dźwiękowa dla ery atomowej.

Múm – Yesterday Was Dramatic – Today Is OK
Paweł Gzyl:

Klasyk emotroniki.

Hildur Guðnadóttir – Chernobyl (OST)
Jarek Szczęsny:

Wyobrazić sobie niewyobrażalne.

Pruski – Black Birds
Jarek Szczęsny:

Wyszlifowany onyks.

Jaromir Kamiński, Rafał Warszawski, Palms Palms, Break Janek
Ania Pietrzak:

Beats & breaks idealne na koniec wakacji…

Lech Nienartowicz – Wrażenia i Mechanizmy
Jarek Szczęsny:

Pierwsze wrażenie.

The Future Eve feat. Robert Wyatt – KiTsuNe / Brian The Fox
Łukasz Komła:

Na łączach z Robertem Wyattem.

Rites of Fall – Towards the Blackest Skies
Jarek Szczęsny:

Im dalej w las, tym ciemniej.

Hula – Voice
Paweł Gzyl:

Łabędzi śpiew mistrzów industrialnego funku.

Christian Scott aTunde Adjuah – Ancestral Recall
Jarek Szczęsny:

Raróg zwyczajny.



Amon Tobin – ISAM


“Każdy, kto szuka jazzowych breaków, powinien poszukać gdzie indziej, albo na wcześniejszych płytach. Mamy 2011 rok, moi drodzy. Witajcie w przyszłości” – słowa Amona Tobina na temat „ISAM” stanowią nie tylko odpowiedź dla ludzi zawiedzionych najnowszym albumem Brazylijczyka, ale są też pewnym drogowskazem, podług którego warto nastawić się przed odsłuchem. Z drugiej strony, najlepiej niczego nie oczekiwać.

I dać się powalić potężną ścianą dźwięku, pełną pełzających przy ziemi brudnych basów, skorodowanych beatów, krystalicznie czystych sampli, wibrujących sprzężeń, dysonansów splecionych z konsonsami i mocno przetworzonych wokali samego artysty, który w niepokojących „Wooden Toy” i „Kitty Cat” brzmi jak wokalistka z filmów Lyncha. A to przecież tylko wierzchołek całej góry lodowej. Ta wielowymiarowa muzyka została zbudowana z niezliczonej ilości mikrodźwięków, co od dawna jest, rzecz jasna, wizytówką tego artysty. Na poprzednim krążku „Foley Room”, Tobin samplował insekty, motocykle i folię aluminiową, zaś szczątkowa geneza sesji do tej płyty wygląda mniej więcej tak:



Najbardziej liczy się oczywiście to, co powstało z tego rogu muzycznej obfitości. Same słowa stają się jednak niewystarczające w obliczu producenckiej i kompozytorskiej maestrii Tobina. Uniwersum molekuł, składających się na tę jedyną w swoim rodzaju elektroniczno-akustyczną symfonię, której kolejne części są ze sobą logicznie połączone – i zarazem doskonale funkcjonują w oderwaniu od całości – po prostu powala swoim wizjonerstwem.

Jedno nie ulega wątpliwości: Tobin nadal reprezentuje własny, zupełnie odrębny gatunek muzyczny. Choć kontynuatorów ma wielu, nikomu nie udało się podrobić tego specyficznego brzmienia, będącego niebywałą mieszanką najróżniejszych i często skrajnie odległych konwencji. A wszystko to podane z urywającą głowę ekwilibrystyką i rozmachem nigdy nie przekraczającym niebezpiecznej granicy rozbuchanej bombatyczności. Być może to banał, być może truizm, ale Amon Tobin jest, był i prawdopodobnie będzie wielki. „ISAM” potwierdza to od pierwszej do ostatniej nuty, w stu procentach, co już takie oczywiste nie jest. Przynajmniej nie dla każdego.




I tutaj nie ma sensu pisać już nic więcej, bo w przypadku Brazylijczyka sprawdza się myśl Toma Waitsa, jakoby słowa były kanciaste w odniesieniu do muzyki – kiedy wpisze się kwadrat w koło, zostaje jeszcze trochę wolnej przestrzeni. Można jedynie dodać, że nie jest to album, który można docenić od razu. Być może niektórzy w ogóle go nie docenią. Ale to nie zmienia faktu, że „ISAM” jest po prostu arcydziełem.

Ninja Tune, 2011

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 14

  1. jakub_t

    @zumbeispiel O! I to już wygląda obiecująco. Jakby ten cały zgiełk oblekł się w ciało (pardon za wysoki styl:)

  2. jakub_t

    Aj, no mam z tą płytą problem, szarpię się z nią. Wg mnie przekracza ona właśnie tę całą „granicę rozbuchanej bombastyczności” (recenzja trochę też, Maćku;), jest zbyt manieryczna, upleciona zbyt drobnym ściegiem.

    Ale to by nie było takie złe, gdyby coś jeszcze za tym barokiem stało…tylko że technologia pożarła tu chyba doszczętnie wszystko (@paide – racja!). Całość nie ma osi, nie jest niczemu podporządkowana, brzmi po prostu jak reklamówka możliwości studyjnego sprzętu. I to jest problem, który narastał u Tobina wraz z wypieraniem samplowania cudzych nagrań przez mikrofony: pusty formalizm. Od zawsze dźwiękowe mutacje, coraz bardziej jednak bez celu…

    Przy tym przyznaję – płyta jest rzeczywiście technicznie oszałamiająca. I wcale też nie hermetyczna, wręcz przeciwnie, dobrze mi się słucha tych wygibasów – tylko że ani to muzyka, ani eksperyment, jakaś taka dźwiękowa wydmuszka. Koleś ma wyraźny kryzys twórczy i ISAM nie jest jego przełamaniem, ale szczytem.

    Może liveacty będą lepsze, to trochę innymi prawami się rządzi…ale sam album – zupełny regres…

  3. ryba16

    zgadzam sie z autorem tekstu w 100%, ISAM to wielki album i kto teraz zalapuje sie jamesa blakea i dubstepy obudzi sie z reka w nocniku

  4. mutter disckretion

    muzyka Pana Tobina i Brazylia makes me wild with delight !
    😉

  5. wolfisko

    miałem na myśli las amazoński 😀

  6. wolfisko

    brzmi to wszystko jak cyfrowa amazonka, gęsto, duszno i jest co odkrywać 😉 sięgnę nie raz

  7. piotruss

    Ja grzecznie czekam do premiery – jutro powinna być u mnie w skrzynce!

  8. paide

    chyba trochę przesadziłeś maćku z wizjonerstwem nowej płyty Tobina. owszem zgadzam się z większością Twoich opisów, poszczególne nagrania aż kipią od iskrzący szczegółów. tylko, że ja mam poczucie pewnej przesady i przeładowania. nie można zatrzymać się na jakiejś frazie na dłuższy czas bo jest ona momentalnie przepuszczana przez efekty. słuchając ISAM mam wrażenie jakbym rozmawiał z wirtualną kopią człowieka, która do złudzenia go przypomina, ale jest efektem cyfrowego świata. a porównanie wokalu Tobina (znowu przepuszczonego przez masę filtrów) do tych z filmów Lyncha… może gdyby to brzmiało bardziej autentycznie, to dałbym się na ten opis nabrać. inna sprawa, która mi się trochę narzucała, to duże podobieństwa do przeładowania cechującego ostatnie nagrania prefusea, ba, miejscami miałem wrażenie, jakbym słuchał jednej z płyt Scotta. ale w przypadku 77 jego muzyka jakoś łatwiej do mnie trafia. i do tego te filth stepowe wstawki… jak dla mnie jest to zdecydowanie mocno przekombinowane wizjonerstwo. yoł!

  9. noekeller

    jaRÓWNIEŻ!

  10. zumbeispiel

    lubie to !

  11. killia

    przesłuchałam raz. wciąż nie wiem, czy przesłucham drugi. może drugi… ale raz!

Kto linkował?

  1. Płyta roku 2011 według czytelników Nowamuzyka.pl | Nowamuzyka.pl
  2. Tauron Nowa Muzyka – nasze rekomendacje | Nowamuzyka.pl