Robin Saville – Build A Diorama
Paweł Gzyl:

Na powitanie wiosny.

Ku_tzu – Architekci wspomnień
Jarek Szczęsny:

Miejsce, w którym wszystko słychać.

NOON – Nobody, Nothing, Nowhere
Bartek Woynicz:

„Above me, below, me all around me”

Desire Marea – Desire
Jarek Szczęsny:

To nie pierwszy taki przypadek.

His Master’s Voice – Log: Canis Majoris
Paweł Gzyl:

Podróż w stronę Syriusza.

Cel (Felix Kubin & Hubert Zemler) – Cel
Jarek Szczęsny:

Radosne odbicie.

Fabrizio Rat – Shades Of Blue
Paweł Gzyl:

Modularna polifonia.

Long Arm – Silent Opera
Jarek Szczęsny:

Trip-hop nigdzie nie odszedł.

Jeff Parker & The New Breed – Suite For Max Brown
Łukasz Komła:

Projekcja magicznych obrazów.

Various Artists – Air Texture Vol. VII
Paweł Gzyl:

Rrose i Silent Servant serwują ambient? Niemożliwe!

Siavash Amini & Saåad – All Lanes Of Lilac Evening
Jarek Szczęsny:

Bez szwów.

Villaelvin – Headroof
Jarek Szczęsny:

Tylko bardziej.

Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.



Abul Mogard – Kimberlin

Elegia na odejście.

Próba się skończy, przedstawienie się skończy, śpiewacy umrą, ostatni zapis muzyki zostanie w taki czy inny sposób zniszczony, aż wreszcie zniknie samo nazwisko Mozart i pył zwycięży. Philip K. Dick, „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?”.

Podstawową zasadą wszechświata wydaje się być przemiana, nierozerwalnie związana z przemijaniem. Nieunikniony rozpad wszystkiego, co istnieje w formie fizycznej. Nikt nie wyraża tego w muzyce lepiej niż Abul Mogard. Jego kompozycje brzmią tak, jakby na świat przychodził jakiś organizm, który rozwija się, pęcznieje i osiąga stan kulminacyjny, a następnie odchodzi w niebyt. Czasami stopniowo rozpada się na kawałki, a czasami po prostu urywa się nagle. Zawsze jednak zmierza w tym samym, finalnym kierunku.

Najnowszy album tajemniczego producenta jest zarazem ścieżką dźwiękową do filmu krótkometrażowego w reżyserii Duncana Whitleya. Nie widziałem go, ale podczas odsłuchu obrazy same wyświetlają się w głowie. Z nicości wyłania się pojedynczy, niepozorny dźwięk, który z czasem rośnie do niebotycznych rozmiarów. W ślad za nim podążają potężne kaskady masywnych, bezlitosnych dronów, przelewających się na wszystkie strony. To tak, jakby słuchać oceanu z „Solaris” Lema w trakcie aktu tworzenia mimoidów i symetriad.

W języku lokalnych mieszkańców wyspy, gdzie toczy się akcja filmu „Kimberlin”, tytułowa fraza oznacza kogoś obcego. Zniewalające kompozycje Abula Mogarda często wyrażają ten nieprzekraczalny stan wyjścia poza samego siebie i spojrzenia na świat z innej perspektywy. Jakkolwiek byśmy się nie starali, całkowita i bezgraniczna empatia nie jest możliwa. Wszyscy jesteśmy outsiderami zamkniętymi we własnych światach, których orbity czasami przecinają się w jakiś dziwny, cudowny sposób. Przynajmniej dopóki nie zwycięży pył.

Ecstatic | 2019

Tekst dedykowany H. Byłeś najlepszy. Odpoczywaj w pokoju, drogi Przyjacielu.

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. Tomasz

    Nie ukrywam, że z Mogardem zetknąłem się całkiem niedawno – bo na Tauronie w 2018. Robiąc sobie playlistę z lineupem pod swoje preferencje wpadł mi bardzo w ucho. Sam koncert był dla mnie przeżyciem nie z tej ziemi (choć w swojej formie wydaje się banalny) – leżałem z innymi ludźmi na betonowej posadzce delektując się każdym dźwiękiem. Od tamtej pory jestem chyba psychofanem Abula kompletując wszystko co wypuszcza. Ten album to dla mnie mistrzostwo a kojarzy mi się nie z Lemem – aczkolwiek podobne „klimaty – a z pewną sceną z filmu Tree of Life, w której jest ukazywana jest supernova w akompaniamencie utworu Lacrimosa Zbigniewa Preisnera (dla mnie to jeden z najbardziej epickich momentów w kinie pod kątem audio-wizualnym). Każdy utwór z tej EPki mógłby spokojnie w tej scenie zastąpić twórczość Preisnera!

    5/5